Recenzje
Olo na Atlantyku. Kajakiem przez ocean
Aleksander Doba płynie do Ameryki. Kajakiem, bez pomocy silnika, zdany na własne siły i wiosło.
Płynie przez Atlantyk już drugi raz. W 2010 roku wyruszył z Dakaru w Senegalu i po 99 dniach wiosłowania 2 lutego 2011 roku dotarł do Brazylii. Jako pierwszy na świecie przepłynął kajakiem Atlantyk z kontynentu na kontynent, na trasie wynoszącej 5394 km, czyli 2913 mil morskich.
Przed nim pokonało Atlantyk trzech kajakarzy – w latach 1928, 1956 i 2001 – jednak dwaj mieli kajaki wspomagane żaglem, a wszyscy trzej płynęli z wyspy na wyspę. „Oceany to akweny między kontynentami. Oficjalnie podaje się, że oni przepłynęli Atlantyk kajakami. Ja mam prawo takie określenie uściślić: prawie przepłynęli. Prawie jednak robi różnicę.” – mówi Doba.
Kim jest Aleksander Doba? Urodził się w 1946 roku, mieszka w Policach, gdzie do emerytury pracował jako inżynier w miejscowych zakładach chemicznych. Uprawia różne sporty, i to z sukcesami. Latał na szybowcach, zdobył srebrną odznakę z diamentem. Jest skoczkiem spadochronowym trzeciej klasy, ma złotą odznakę turystyki kolarskiej, w żeglarstwie uzyskał patent sternika jachtowego z uprawnieniami morskimi. W latach 2003 i 2004 był akademickim mistrzem Polski w kajakarstwie górskim, a wraz z synami Czesławem i Bartłomiejem zdobył w 2003 r. tytuł drużynowego mistrza Polski w tej dyscyplinie.
Historia jego wypraw kajakowych jest długa i barwna, a pokonane trasy liczone są w tysiącach kilometrów. W 1991 r. jako pierwszy przepłynął wzdłuż polskiej granicy morskiej, również jako pierwszy przebył całą Wisłę. W 1999 r. w ciągu 80 dni samotnie opłynął Bałtyk (4227 km). Rok później odbył wyprawę „Za koło podbiegunowe północne z Polic do Narwiku” (5369 km). W 2009 r. przez 41 dni płynął na składanym kajaku dookoła Bajkału, a po zakończeniu pętli na jeziorze – z biegiem rzeki Angary do Irkucka, skąd wrócił koleją transsyberyjską do Polski.
Nic więc dziwnego, że postanowił spróbować swoich sił na jeszcze większych wodach i wystawić na surową próbę nabyte przez wiele wypraw umiejętności. Takim wyzwaniem był Atlantyk. Kajak na tę wyprawę, w którą wyruszył mając 65 lat, został zaprojektowany, wykonany i częściowo wyposażony w stoczni jachtowej Andrzeja Armińskiego w Szczecinie. Kajak musiał w wypadku wywrotki sam wracać do normalnej pozycji, musiał też być odpowiednio duży, aby zabrać potrzebny sprzęt i zaopatrzenie na kilka miesięcy w morzu. Siedmiometrowej długości „Olo” w przedniej części ma „trochę większą od trumny” kabinę do odpoczynku po 10–12 godzinach wiosłowania.
Wyprawa była trudna. Prądy i silne sztormy kilka razy zawracały kajak, Doba musiał pokonywać powtórnie części trasy. Wiatry uniemożliwiły mu dopłynięcie do Fortalezy, wyszedł na ląd w Acarau. Podczas wyprawy schudł 14 kilogramów.
Mając za sobą udaną wyprawę, popłynął wzdłuż wybrzeża w kierunku ujścia Amazonki. Tam jednak silne wiatry uniemożliwiały mu oddalenie się od lądu i kilka razy wyrzucały go na brzeg. Po wielu zmaganiach z żywiołem i naprawie uszkodzonego kajaka wpłynął na Amazonkę. Spływ przerwały kolejne dwa napady bandytów, którzy obrabowali go z wszystkiego, co miało jakąkolwiek wartość i maczetami uszkodzili kajak.
Szczęśliwy, że uszedł z życiem, po powrocie do Polski napisał książkę „Olo na Atlantyku. Kajakiem przez ocean”, wydaną przez Bezdroża, oraz dodatek w wersji pdf „Oceaniczny alfabet Aleksandra Doby”.
Wkrótce zaczął planować drugą wyprawę przez Atlantyk, tym razem w szerszym miejscu – z Portugalii na Florydę, a więc na trasie liczącej około 8500 km (blisko 4600 mil morskich). Trzeba było nieco przebudować kajak, aby pomieścić w nim więcej żywności, niż dwa lata wcześniej. Wyposażono go w SPOT (lokalizator GPS) i telefon satelitarny.
Aleksander Doba wyruszył z Lizbony 5 października, ze względu na niesprzyjającą pogodę nieco później niż planował. Po kilku dniach przestał działać SPOT, bo okazało się, że wbrew zapewnieniom nie jest wodoszczelny. Nieco później odmówił posłuszeństwa telefon satelitarny. Zepsuła się też automatyczna odsalarka, uzdatniająca do picia morską wodę. Doba musi korzystać z ręcznej odsalarki, co wymaga dodatkowych kilku godzin pracy każdego dnia.
Wyprawa trwa dłużej, niż planowano, częściowo za sprawą silnych prądów morskich, które zepchnęły kajak z kursu o kilkaset kilometrów na północ. Uważnie śledzący jej przebieg Piotr Chmieliński, wybitny kajakarz i przyjaciel Doby, przygotowuje się na jego przyjęcie. Oblicza, że powinno to nastąpić mniej więcej za dwa tygodnie.
Chmieliński, który przepłynął w 1979 roku peruwiańską Rio Colca z grupą polskich studentów w ramach wyprawy Canoandes, a w 1985 uczestniczył w przebyciu kajakami całej długości Amazonki, mówi, że „Olka pcha jakaś niezwykła determinacja człowieka, który chce poznawać świat, ale przede wszystkim siebie”.
Przyjaciele Aleksandra Doby znają jedną z jego przewodnich myśli: „Lepiej żyć jeden dzień jako tygrys, niż sto dni jako owca”. 67-letni kajakarz pokazuje dziś światu, że można żyć sto, a nawet więcej dni jako tygrys.
Płynie przez Atlantyk już drugi raz. W 2010 roku wyruszył z Dakaru w Senegalu i po 99 dniach wiosłowania 2 lutego 2011 roku dotarł do Brazylii. Jako pierwszy na świecie przepłynął kajakiem Atlantyk z kontynentu na kontynent, na trasie wynoszącej 5394 km, czyli 2913 mil morskich.
Przed nim pokonało Atlantyk trzech kajakarzy – w latach 1928, 1956 i 2001 – jednak dwaj mieli kajaki wspomagane żaglem, a wszyscy trzej płynęli z wyspy na wyspę. „Oceany to akweny między kontynentami. Oficjalnie podaje się, że oni przepłynęli Atlantyk kajakami. Ja mam prawo takie określenie uściślić: prawie przepłynęli. Prawie jednak robi różnicę.” – mówi Doba.
Kim jest Aleksander Doba? Urodził się w 1946 roku, mieszka w Policach, gdzie do emerytury pracował jako inżynier w miejscowych zakładach chemicznych. Uprawia różne sporty, i to z sukcesami. Latał na szybowcach, zdobył srebrną odznakę z diamentem. Jest skoczkiem spadochronowym trzeciej klasy, ma złotą odznakę turystyki kolarskiej, w żeglarstwie uzyskał patent sternika jachtowego z uprawnieniami morskimi. W latach 2003 i 2004 był akademickim mistrzem Polski w kajakarstwie górskim, a wraz z synami Czesławem i Bartłomiejem zdobył w 2003 r. tytuł drużynowego mistrza Polski w tej dyscyplinie.
Historia jego wypraw kajakowych jest długa i barwna, a pokonane trasy liczone są w tysiącach kilometrów. W 1991 r. jako pierwszy przepłynął wzdłuż polskiej granicy morskiej, również jako pierwszy przebył całą Wisłę. W 1999 r. w ciągu 80 dni samotnie opłynął Bałtyk (4227 km). Rok później odbył wyprawę „Za koło podbiegunowe północne z Polic do Narwiku” (5369 km). W 2009 r. przez 41 dni płynął na składanym kajaku dookoła Bajkału, a po zakończeniu pętli na jeziorze – z biegiem rzeki Angary do Irkucka, skąd wrócił koleją transsyberyjską do Polski.
Nic więc dziwnego, że postanowił spróbować swoich sił na jeszcze większych wodach i wystawić na surową próbę nabyte przez wiele wypraw umiejętności. Takim wyzwaniem był Atlantyk. Kajak na tę wyprawę, w którą wyruszył mając 65 lat, został zaprojektowany, wykonany i częściowo wyposażony w stoczni jachtowej Andrzeja Armińskiego w Szczecinie. Kajak musiał w wypadku wywrotki sam wracać do normalnej pozycji, musiał też być odpowiednio duży, aby zabrać potrzebny sprzęt i zaopatrzenie na kilka miesięcy w morzu. Siedmiometrowej długości „Olo” w przedniej części ma „trochę większą od trumny” kabinę do odpoczynku po 10–12 godzinach wiosłowania.
Wyprawa była trudna. Prądy i silne sztormy kilka razy zawracały kajak, Doba musiał pokonywać powtórnie części trasy. Wiatry uniemożliwiły mu dopłynięcie do Fortalezy, wyszedł na ląd w Acarau. Podczas wyprawy schudł 14 kilogramów.
Mając za sobą udaną wyprawę, popłynął wzdłuż wybrzeża w kierunku ujścia Amazonki. Tam jednak silne wiatry uniemożliwiały mu oddalenie się od lądu i kilka razy wyrzucały go na brzeg. Po wielu zmaganiach z żywiołem i naprawie uszkodzonego kajaka wpłynął na Amazonkę. Spływ przerwały kolejne dwa napady bandytów, którzy obrabowali go z wszystkiego, co miało jakąkolwiek wartość i maczetami uszkodzili kajak.
Szczęśliwy, że uszedł z życiem, po powrocie do Polski napisał książkę „Olo na Atlantyku. Kajakiem przez ocean”, wydaną przez Bezdroża, oraz dodatek w wersji pdf „Oceaniczny alfabet Aleksandra Doby”.
Wkrótce zaczął planować drugą wyprawę przez Atlantyk, tym razem w szerszym miejscu – z Portugalii na Florydę, a więc na trasie liczącej około 8500 km (blisko 4600 mil morskich). Trzeba było nieco przebudować kajak, aby pomieścić w nim więcej żywności, niż dwa lata wcześniej. Wyposażono go w SPOT (lokalizator GPS) i telefon satelitarny.
Aleksander Doba wyruszył z Lizbony 5 października, ze względu na niesprzyjającą pogodę nieco później niż planował. Po kilku dniach przestał działać SPOT, bo okazało się, że wbrew zapewnieniom nie jest wodoszczelny. Nieco później odmówił posłuszeństwa telefon satelitarny. Zepsuła się też automatyczna odsalarka, uzdatniająca do picia morską wodę. Doba musi korzystać z ręcznej odsalarki, co wymaga dodatkowych kilku godzin pracy każdego dnia.
Wyprawa trwa dłużej, niż planowano, częściowo za sprawą silnych prądów morskich, które zepchnęły kajak z kursu o kilkaset kilometrów na północ. Uważnie śledzący jej przebieg Piotr Chmieliński, wybitny kajakarz i przyjaciel Doby, przygotowuje się na jego przyjęcie. Oblicza, że powinno to nastąpić mniej więcej za dwa tygodnie.
Chmieliński, który przepłynął w 1979 roku peruwiańską Rio Colca z grupą polskich studentów w ramach wyprawy Canoandes, a w 1985 uczestniczył w przebyciu kajakami całej długości Amazonki, mówi, że „Olka pcha jakaś niezwykła determinacja człowieka, który chce poznawać świat, ale przede wszystkim siebie”.
Przyjaciele Aleksandra Doby znają jedną z jego przewodnich myśli: „Lepiej żyć jeden dzień jako tygrys, niż sto dni jako owca”. 67-letni kajakarz pokazuje dziś światu, że można żyć sto, a nawet więcej dni jako tygrys.
dziennikzwiazkowy.com Krystyna Cygielska, 2014-01-24
Zwyciężyć znaczy przeżyć. 20 lat później
Aleksander Lwow jest nie tylko jednym z najlepszych polskich wspinaczy, ale też świetnym dokumentalistą i dziennikarzem. Jakie są efekty połączenia obu tych pasji, przekonujemy się w jego odświeżonej wersji "Zwyciężyć znaczy przeżyć", czyli "20 lat później".
"Zwyciężyć znaczy przeżyć", książka po raz pierwszy wydana została w 1994 roku. W roku 2002 ukazało się jej drugie wydanie, a miniony rok przyniósł trzecią, wzbogaconą wersję. Już pierwsza edycja książki osiągnęła status kultowej pozycji w literaturze górskiej i - jak pisze sam Lwow na wstępie do najnowszego wydania - zmieniła życie wielu osób. Jest to też pozycja wśród górskich książek znacznie się wyróżniająca. Aleksander Lwow unika bowiem żmudnych opisów poręczowania, rozbijania obozów, wszystkich tych szczegółów, które wypełniają większość wspinaczkowej prozy. Autor skupia się za to na ludziach, na ich historiach oraz swoich własnych - nawet tych niekoniecznie z górami związanych. Jest mistrzem dygresji, których mnoży całą masę, zachowując jednocześnie integralność całej opowieści. Bo czytając książkę Lwowa mam wrażenie, jakbym słuchała opowiadania górskiego wyjadacza, przy herbacie (lub czymś mocniejszym) w jakąś zimną noc na stołówce w schronisku.
Lwow opisuje mniej lub bardziej osobiste historie z typową dla siebie błyskotliwością. Nie boi się subiektywnych, często ostrych, osądów - jak przy komentarzu do raportu w sprawie wydarzeń na Broad Peak, od którego "20 lat później" się zaczyna. Momentami trąci to swoistą arogancją, ale właśnie dzięki temu, że Lwow niczego nie rozmywa, nie bawi się w ogólniki, ta książka tak fascynuje i wciąga. Zwłaszcza, że z faktami podawanymi przez Lwowa trudno polemizować - opiera je na notatkach sporządzanych na bieżąco, podczas opisywanych wydarzeń.
"Zwyciężyć znaczy przeżyć" przypomina mi... autobiografię Milesa Davisa. Podobnie bowiem jak w przypadku historii życia sławnego jazzmana dzięki lekturze dotyczącej jednego bohatera (autora) poznajemy historię całego środowiska i ludzi z nim związanych. Szczególnie tych, których już wśród nas nie ma. Alek Lwow pozwala tę historię poznać - i ocalić od zapomnienia. Prawdziwe kompendium wiedzy taternictwa i himalaizmu.
"Zwyciężyć znaczy przeżyć", książka po raz pierwszy wydana została w 1994 roku. W roku 2002 ukazało się jej drugie wydanie, a miniony rok przyniósł trzecią, wzbogaconą wersję. Już pierwsza edycja książki osiągnęła status kultowej pozycji w literaturze górskiej i - jak pisze sam Lwow na wstępie do najnowszego wydania - zmieniła życie wielu osób. Jest to też pozycja wśród górskich książek znacznie się wyróżniająca. Aleksander Lwow unika bowiem żmudnych opisów poręczowania, rozbijania obozów, wszystkich tych szczegółów, które wypełniają większość wspinaczkowej prozy. Autor skupia się za to na ludziach, na ich historiach oraz swoich własnych - nawet tych niekoniecznie z górami związanych. Jest mistrzem dygresji, których mnoży całą masę, zachowując jednocześnie integralność całej opowieści. Bo czytając książkę Lwowa mam wrażenie, jakbym słuchała opowiadania górskiego wyjadacza, przy herbacie (lub czymś mocniejszym) w jakąś zimną noc na stołówce w schronisku.
Lwow opisuje mniej lub bardziej osobiste historie z typową dla siebie błyskotliwością. Nie boi się subiektywnych, często ostrych, osądów - jak przy komentarzu do raportu w sprawie wydarzeń na Broad Peak, od którego "20 lat później" się zaczyna. Momentami trąci to swoistą arogancją, ale właśnie dzięki temu, że Lwow niczego nie rozmywa, nie bawi się w ogólniki, ta książka tak fascynuje i wciąga. Zwłaszcza, że z faktami podawanymi przez Lwowa trudno polemizować - opiera je na notatkach sporządzanych na bieżąco, podczas opisywanych wydarzeń.
"Zwyciężyć znaczy przeżyć" przypomina mi... autobiografię Milesa Davisa. Podobnie bowiem jak w przypadku historii życia sławnego jazzmana dzięki lekturze dotyczącej jednego bohatera (autora) poznajemy historię całego środowiska i ludzi z nim związanych. Szczególnie tych, których już wśród nas nie ma. Alek Lwow pozwala tę historię poznać - i ocalić od zapomnienia. Prawdziwe kompendium wiedzy taternictwa i himalaizmu.
etnosystem.pl Kaśka Paluch, 2014-01-22
Zwyciężyć znaczy przeżyć. 20 lat później
Nie pamiętam już okoliczności, ale w moim domu rodzinnym musiało się o tym mówić, bo jakoś od zawsze wiedziałam, kim jest Wanda Rutkiewicz i Jerzy Kukuczka; te nazwiska kojarzę właśnie z dzieciństwa, czyli akurat z czasów, w których oni zginęli, zabrały ich góry. Lata minęły i pewnego dnia natknęłam się na rozmowę Szymona Hołowni z Olgą Morawską, wdową po Piotrze Morawskim, himalaiście, który również pozostał w górach na wieki. Jej książka o ich związku i jego wspinaczce bardzo mnie poruszyła. Potem była pozycja autorstwa Martyny Wojciechowskiej „Przesunąć horyzont”; dziennikarce udało się zdobyć Mount Everest, górę – symbol; z tej publikacji zapamiętałam też nazwisko Artura Hajzera, który z kraju wspierał dziennikarkę w jej wyprawie.
Wreszcie rok 2013, który wyjątkowo tragicznie zapisał się w historii polskiego alpinizmu. Najpierw w marcu wielki sukces – pierwsze zimowe wejście na Broad Peak czterech Polaków, a zaraz potem coś, w co trudno do dziś uwierzyć: zgon dwóch z nich, Macieja Berbeki i Tomasza Kowalskiego, podczas zejścia. Potem lipiec i śmierć w niewyjaśnionych okolicznościach wspomnianego Artura Hajzera – samego twórcy i szefa programu Polskiego Himalaizmu Zimowego, w czasie wyprawy na Gasherbrum I, co mnie mocno zszokowało, bo bardzo go lubiłam. Wszystkie te nazwiska przytaczam tutaj z konkretnego powodu, by zaznaczyć, że zainteresowanie tematem wspinaczki gdzieś tam we mnie tkwi. Przy okazji niedawno recenzowanych wspomnień Wandy Rutkiewicz pisałam, że najbardziej intryguje mnie, co takiego jest w tym sporcie, dlaczego góry uzależniają jak narkotyk. Z takim też pytaniem sięgnęłam po książkę Aleksandra Lwowa, dzięki któremu nie tylko dowiedziałam się o innych, mniej czy bardziej zasłużonych dla himalaizmu; dostałam też szansę poznania ciekawego człowieka i jego poglądów.
Aleksander Lwow urodził się w 1953 r. w Krakowie. Swoją przygodę ze wspinaniem zaczął w siedemnastej wiośnie życia w Karkonoszach. Na swoim koncie ma cztery ośmiotysięczniki: Manaslu, Lhotse, Czo Oju i Gasherbrum II. Brał również udział w licznych wyprawach w góry wysokie, co przyniosło mu uznanie w postaci medali za wybitne osiągnięcia sportowe. Był redaktorem miesięcznika „Góry i Alpinizm”. W 2013 r. został członkiem honorowym Polskiego Związku Alpinizmu.
To tylko kilka suchych faktów, ale zapewniam, że Lwow może się pochwalić życiorysem ciekawym i obfitującym w liczne przygody, więc naprawdę jest o czym czytać. Jednak niniejsza publikacja nie jest typową autobiografią. Owszem, autor pisze o sobie, o swoich triumfach czy porażkach, ale na pierwszym planie są przede wszystkim góry i ludzie: „Nie mylą mi się tylko twarze. Twarze ludzi, z którymi się wspinałem, z którymi harcowałem w górach i schroniskach lub choćby w tychże górach i schroniskach się spotykałem, a którzy tym różnią się ode mnie, że (...) przedwcześnie odeszli z tego świata. To jest książka o nich” (okł.). Siłą rzeczy jest to więc opowieść smutna, trochę nostalgiczna, bo przykro czytać, jak Lwow tracił kolejnych przyjaciół i znajomych, a świat kolejnego wybitnego przedstawiciela dyscypliny. Z drugiej jednak strony, w książce tej autor zawarł niesamowity ładunek poczucia humoru, zwłaszcza w jego ciętej postaci, czy wręcz gryzącej czasem ironii. Ten aspekt sprawia, że całość pochłania się w błyskawicznym tempie i ja osobiście nie mogłam się zdecydować, czy czytać na raz, czy jednak może lepiej sobie dawkować, żeby dłużej móc przebywać w tym środowisku ludzi nietuzinkowych. Nie zapominajmy też, że Lwow wspinał się w czasach komuny, kiedy przygotowania do wypraw i przebieg ich samych wyglądał inaczej, niż obecnie. Wtedy uczestnik ekspedycji nie miał takiego kontaktu ze światem, był on, jego towarzysze i góry; teraz możemy śledzić przebieg wydarzeń na bieżąco, co przyjmuje czasem wymiar traumatyczny – Lwow wspomina o alpiniście, który do samej śmierci na szczycie rozmawiał z żoną przebywającą w domu. To zestawienie realiów PRL-u z wysuwającą się na pierwszy plan komercją jest fascynujące z punktu widzenia czytelniczego odbioru.
Silne emocje wywołuje stosunek autora do gór. One są drugim bohaterem „Zwyciężyć znaczy przeżyć”. Da się zauważyć niesamowitą pokorę wobec ich potęgi i majestatu, traktowanie ich z szacunkiem, nadawanie im cech jakby ludzkich. Jest to widoczne w opisach wypraw, gdy padają stwierdzenia, że np. góra nie dopuściła kogoś na szczyt czy ukarała za brawurę i zbytnią pewność siebie lub swoich możliwości. Coś w tym musi być, skoro tyle ekspedycji zakończyło się tragicznie.
W zeszłym roku śmierć na Broad Peak stała się przedmiotem medialnych dyskusji, do czego odnosi się również Aleksander Lwow, komentując raport PZA, opracowany przez powołaną do tego celu komisję. Trzeba przyznać, że w swojej opinii zwrócił uwagę na rzeczy, o których wtedy się nie mówiło, otworzył oczy na kilka niezwykle istotnych spraw. Uświadomił tym jedno: oceną wydarzeń w górach wysokich nie powinny się zajmować osoby, które nigdy w nich nie były, czyli praktycznie większa część społeczeństwa, ta, która dwóch pozostałych przy życiu himalaistów odsądziła od czci i wiary.
Pozwolę sobie teraz na cytaty:
„(...) nie poszli w góry po śmierć, lecz po radość zdobywania i po smak zwycięstwa nad własną słabością i trudnościami, czyli po to, co jest (...) składnikiem tzw. życia pełnego (str. 70).
„Istotą alpinizmu jest ryzyko, którego eliminować się nie da. Jan Alfred Szczepański napisał kiedyś: „(...) otarcie się o śmierć jest najwyższą nagrodą wspinactwa, zwycięstwa nad przeciwnościami przyrody i własnym lękiem”. Natomiast Zdzisław Ryn (...) stwierdził: „Myślę, że uprawianie alpinizmu zaspokaja szczególną potrzebę zajrzenia poza granicę śmierci, zachowując życie” (str. 104).
Autor odpowiedział na nurtujące mnie kwestie, mało tego, napisał jeszcze: „Nie pytajcie, proszę, dlaczego wspinamy się. Równie dobrze można by dociekać przyczyn, dla których ludzie oddychają, pracują, bawią się lub rywalizują między sobą. Wśród wielu motywów uprawiania alpinizmu są i takie właśnie elementy zwyczajnego, codziennego życia – praca, zabawa, żądza sławy, pragnienie dokonania niedokonanego...” (str. 429)
Lwow sporo miejsca poświęca także kwestiom sukcesu i porażki widzianych z górskiej perspektywy. Zwycięstwem jest przeżyć, szczęśliwie wrócić z wyprawy, nie ponieść najwyższej ofiary. Myślę sobie jednak, że ci, którzy nie wrócili, którzy już na wieki spoczęli w miejscach tak dla nich ważnych, także zwyciężyli, bo przeżyli w ludzkiej pamięci – we wspomnieniach, myślach, rozmowach, w sercu – a ona będzie trwać także dzięki książkom, takim ja ta, i dzięki ludziom, takim jak Aleksander Lwow, który utrwalił ich życie i śmierć dla potomnych.
„Everest skupia w sobie, jak w soczewce, wszelkie możliwe skrajności – wielkość i małość alpinizmu, heroizm i podłość ludzi, sportowy wyczyn i żałosną komercję, marzenia i porażki, nadzieje i rozczarowania. Jest też polem nieustającej rywalizacji ludzi z ludźmi i ludzi z Naturą” (str. 363). To właśnie o tym jest ta książka, którą gorąco polecam. Niech jej najlepszą rekomendacją będzie to, że ja na pewno jeszcze kiedyś do niej wrócę.
Wreszcie rok 2013, który wyjątkowo tragicznie zapisał się w historii polskiego alpinizmu. Najpierw w marcu wielki sukces – pierwsze zimowe wejście na Broad Peak czterech Polaków, a zaraz potem coś, w co trudno do dziś uwierzyć: zgon dwóch z nich, Macieja Berbeki i Tomasza Kowalskiego, podczas zejścia. Potem lipiec i śmierć w niewyjaśnionych okolicznościach wspomnianego Artura Hajzera – samego twórcy i szefa programu Polskiego Himalaizmu Zimowego, w czasie wyprawy na Gasherbrum I, co mnie mocno zszokowało, bo bardzo go lubiłam. Wszystkie te nazwiska przytaczam tutaj z konkretnego powodu, by zaznaczyć, że zainteresowanie tematem wspinaczki gdzieś tam we mnie tkwi. Przy okazji niedawno recenzowanych wspomnień Wandy Rutkiewicz pisałam, że najbardziej intryguje mnie, co takiego jest w tym sporcie, dlaczego góry uzależniają jak narkotyk. Z takim też pytaniem sięgnęłam po książkę Aleksandra Lwowa, dzięki któremu nie tylko dowiedziałam się o innych, mniej czy bardziej zasłużonych dla himalaizmu; dostałam też szansę poznania ciekawego człowieka i jego poglądów.
Aleksander Lwow urodził się w 1953 r. w Krakowie. Swoją przygodę ze wspinaniem zaczął w siedemnastej wiośnie życia w Karkonoszach. Na swoim koncie ma cztery ośmiotysięczniki: Manaslu, Lhotse, Czo Oju i Gasherbrum II. Brał również udział w licznych wyprawach w góry wysokie, co przyniosło mu uznanie w postaci medali za wybitne osiągnięcia sportowe. Był redaktorem miesięcznika „Góry i Alpinizm”. W 2013 r. został członkiem honorowym Polskiego Związku Alpinizmu.
To tylko kilka suchych faktów, ale zapewniam, że Lwow może się pochwalić życiorysem ciekawym i obfitującym w liczne przygody, więc naprawdę jest o czym czytać. Jednak niniejsza publikacja nie jest typową autobiografią. Owszem, autor pisze o sobie, o swoich triumfach czy porażkach, ale na pierwszym planie są przede wszystkim góry i ludzie: „Nie mylą mi się tylko twarze. Twarze ludzi, z którymi się wspinałem, z którymi harcowałem w górach i schroniskach lub choćby w tychże górach i schroniskach się spotykałem, a którzy tym różnią się ode mnie, że (...) przedwcześnie odeszli z tego świata. To jest książka o nich” (okł.). Siłą rzeczy jest to więc opowieść smutna, trochę nostalgiczna, bo przykro czytać, jak Lwow tracił kolejnych przyjaciół i znajomych, a świat kolejnego wybitnego przedstawiciela dyscypliny. Z drugiej jednak strony, w książce tej autor zawarł niesamowity ładunek poczucia humoru, zwłaszcza w jego ciętej postaci, czy wręcz gryzącej czasem ironii. Ten aspekt sprawia, że całość pochłania się w błyskawicznym tempie i ja osobiście nie mogłam się zdecydować, czy czytać na raz, czy jednak może lepiej sobie dawkować, żeby dłużej móc przebywać w tym środowisku ludzi nietuzinkowych. Nie zapominajmy też, że Lwow wspinał się w czasach komuny, kiedy przygotowania do wypraw i przebieg ich samych wyglądał inaczej, niż obecnie. Wtedy uczestnik ekspedycji nie miał takiego kontaktu ze światem, był on, jego towarzysze i góry; teraz możemy śledzić przebieg wydarzeń na bieżąco, co przyjmuje czasem wymiar traumatyczny – Lwow wspomina o alpiniście, który do samej śmierci na szczycie rozmawiał z żoną przebywającą w domu. To zestawienie realiów PRL-u z wysuwającą się na pierwszy plan komercją jest fascynujące z punktu widzenia czytelniczego odbioru.
Silne emocje wywołuje stosunek autora do gór. One są drugim bohaterem „Zwyciężyć znaczy przeżyć”. Da się zauważyć niesamowitą pokorę wobec ich potęgi i majestatu, traktowanie ich z szacunkiem, nadawanie im cech jakby ludzkich. Jest to widoczne w opisach wypraw, gdy padają stwierdzenia, że np. góra nie dopuściła kogoś na szczyt czy ukarała za brawurę i zbytnią pewność siebie lub swoich możliwości. Coś w tym musi być, skoro tyle ekspedycji zakończyło się tragicznie.
W zeszłym roku śmierć na Broad Peak stała się przedmiotem medialnych dyskusji, do czego odnosi się również Aleksander Lwow, komentując raport PZA, opracowany przez powołaną do tego celu komisję. Trzeba przyznać, że w swojej opinii zwrócił uwagę na rzeczy, o których wtedy się nie mówiło, otworzył oczy na kilka niezwykle istotnych spraw. Uświadomił tym jedno: oceną wydarzeń w górach wysokich nie powinny się zajmować osoby, które nigdy w nich nie były, czyli praktycznie większa część społeczeństwa, ta, która dwóch pozostałych przy życiu himalaistów odsądziła od czci i wiary.
Pozwolę sobie teraz na cytaty:
„(...) nie poszli w góry po śmierć, lecz po radość zdobywania i po smak zwycięstwa nad własną słabością i trudnościami, czyli po to, co jest (...) składnikiem tzw. życia pełnego (str. 70).
„Istotą alpinizmu jest ryzyko, którego eliminować się nie da. Jan Alfred Szczepański napisał kiedyś: „(...) otarcie się o śmierć jest najwyższą nagrodą wspinactwa, zwycięstwa nad przeciwnościami przyrody i własnym lękiem”. Natomiast Zdzisław Ryn (...) stwierdził: „Myślę, że uprawianie alpinizmu zaspokaja szczególną potrzebę zajrzenia poza granicę śmierci, zachowując życie” (str. 104).
Autor odpowiedział na nurtujące mnie kwestie, mało tego, napisał jeszcze: „Nie pytajcie, proszę, dlaczego wspinamy się. Równie dobrze można by dociekać przyczyn, dla których ludzie oddychają, pracują, bawią się lub rywalizują między sobą. Wśród wielu motywów uprawiania alpinizmu są i takie właśnie elementy zwyczajnego, codziennego życia – praca, zabawa, żądza sławy, pragnienie dokonania niedokonanego...” (str. 429)
Lwow sporo miejsca poświęca także kwestiom sukcesu i porażki widzianych z górskiej perspektywy. Zwycięstwem jest przeżyć, szczęśliwie wrócić z wyprawy, nie ponieść najwyższej ofiary. Myślę sobie jednak, że ci, którzy nie wrócili, którzy już na wieki spoczęli w miejscach tak dla nich ważnych, także zwyciężyli, bo przeżyli w ludzkiej pamięci – we wspomnieniach, myślach, rozmowach, w sercu – a ona będzie trwać także dzięki książkom, takim ja ta, i dzięki ludziom, takim jak Aleksander Lwow, który utrwalił ich życie i śmierć dla potomnych.
„Everest skupia w sobie, jak w soczewce, wszelkie możliwe skrajności – wielkość i małość alpinizmu, heroizm i podłość ludzi, sportowy wyczyn i żałosną komercję, marzenia i porażki, nadzieje i rozczarowania. Jest też polem nieustającej rywalizacji ludzi z ludźmi i ludzi z Naturą” (str. 363). To właśnie o tym jest ta książka, którą gorąco polecam. Niech jej najlepszą rekomendacją będzie to, że ja na pewno jeszcze kiedyś do niej wrócę.
mojswiat-szelestkart.blogspot.com Paula, 2014-01-11
Zwyciężyć znaczy przeżyć. 20 lat później
Piszę o książce jako laik kompletny, ale ponoć do laików jest skierowana. Jej lektura uczy pokory, zbyt często bowiem – jak przekonuje nas Aleksander Lwow – osoby niemające pojęcia o alpinizmie czy himalaizmie zimowym, wypowiadają się na temat tego sportu z wielkim znawstwem. Patrz: tragedia na Broad Peaku. Wiem, bo tak jak cała Polska, rozprawiałem w tamtym czasie ze znajomymi o śmierci Berbeki i Kowalskiego. Ale to pseudo-znawstwo to przypadłość zdaje się ogólnokrajowa i dotyczy wszelkich dziedzin życia. Polanie znają się po prostu na wszystkim: od fizyki kwantowej poczynając na wojnie domowej w Syrii kończąc. Też mnie to czasem infekuje i trzeba się z tego leczyć. Dobrze więc posłuchać człowieka, który wspina się już przeszło czterdzieści lat i który wie co to piękno, ale i piekło gór. Na jedno nie ma się co zżymać panie Aleksandrze. Ano na to, że media nie interesują się specjalnie tym sportem, chyba, że wydarzy się tragedia i wrócą odwieczne pytania typu: „po kiego ch… oni tam lezą?”. Kibicuję polskim wyprawom i chciałoby się żeby dzienniki informowały o wyprawach codziennie, żeby wielkie sukcesy nie był tylko suchą, 30-sekundową wzmianką. Nie ma co się jednak obrażać na rzeczywistość. Nie jest to sport widowiskowy (no chyba że dla himalaistów), a już na pewno nie jest natychmiastowy i to pomimo rewolucji cyfrowej. I brak w nim wielkiej, międzyludzkiej rywalizacji. Niegdyś był wyścig Messner-Kukuczka, teraz podobnego (wymyślonego bądź prawdziwego) w społecznej jaźni nie ma. Są ludzie kontra góra, ale to już nie rozpala tak wyobraźni. Jest więc jak jest. Szachiści pewnie też są wściekli, że nad szachownicą świat pochylił się dopiero, gdy w szranki stanęli Amerykaniec-Fischer z Ruskiem-Karpowem, później Karpow z Kasparowem, końcem Kasparow z komputerem. Potem zdaje się cisza, bo nikt z komputerem do stołu już nie zasiadł. Komputery jak wiadomo są coraz doskonalsze, a ludzie coraz głupsi.
Wracając jednak do meritum, czyli do książki. Dużo tu ciekawych informacji dla takich żółtodziobów jak ja. Dowiadujemy się jako to się drzewiej wspinano. Nie tak odległe to czasy jak te opisane w książce Krzysztofa Pisera[1], ale dla człowieka urodzonego w latach 80-tych to jednak jurajski park. Przy opisie początków swojej przygody ze skałami Lwow przedstawia nam jak rozwijał się sprzęt wspinaczkowy oraz jak wraz z tym zmieniało się samo wspinanie. Nie, but wspinaczkowy nie zawsze był taki jak teraz. O ile można sobie wyobrazić wspinanie w korkotrampkach (na mojej pierwszej wizycie na ściance też mi je polecano na początek), o tyle trzewiki brzmią już absurdalnie. Podobnie jak wiązanie liny pod pachami.
Autor zgrabnie przechodzi od opowieści o swoim życiu, nie tylko zresztą tym górskim, do opisów barwnych postaci takich jak Jerzy „Druciarz” Rudnicki. Świetne są też opisy „Moka” – schroniska nad Morskim Okiem – i przygód taternickiej braci. Nie brak też wycieczek osobistych i rozliczeń z pobratymcami. Fakt, że życzliwych i w duchu pojednawczym. Co zrozumiałe, sporo miejsca poświęcono najwyższym górom. W opowieści o zimowej wyprawie na Everest, Lwow wplata historię zdobywania tej góry. Generalnie ciągle przeskakujemy w czasie, co jakiś czas jesteśmy raczeni porcją różnorodnych informacji. Ale to jednak ludzie są najważniejszymi bohaterami tej książki. Taki zresztą był i zamysł autora, bo już na wstępie zaznaczył: „Piszę o tym, co na przestrzeni z górą czterdziestu lat mojego alpinistycznego życia utkwiło mi w pamięci na zawsze. Dlatego jest w niej tak wiele o ludziach i przemijaniu. A że nie są to wyłącznie epizody, myśli czy uwagi ściśle związane z górami? Cóż, góry plączą się z życiem…”. Zresztą ze zdziwieniem odkrywałem, ilu znanych ludzi związało się z górami. I ilu w nich zostało już na zawsze. Ale pomyli się ten, kto pomyśli, że to tylko epitafium. Ta książka to raczej hołd dla życia pełną piersią. Wielka przygoda opisana z pasją. Himalaizm zimowy to sport ryzykowny jak mało który, ale nikt przy zdrowych zmysłach nie ściga się ze śmiercią. Autor często podkreśla, że wymaga on nie tylko umiejętności ale i zdrowego rozsądku. Bo zwyciężyć, znaczy przeżyć.
Nie da się jednak wszystkiego zmieścić w jednej książce i po pewnym czasie zacząłem się męczyć. Bo niby jest tu o wszystkim, ale jakby i o niczym w zupełności. Poza tym historie i anegdoty w wielu miejscach się powtarzają. Więc pozostaje niedosyt, a czasami czujemy przesyt.
Wracając jednak do meritum, czyli do książki. Dużo tu ciekawych informacji dla takich żółtodziobów jak ja. Dowiadujemy się jako to się drzewiej wspinano. Nie tak odległe to czasy jak te opisane w książce Krzysztofa Pisera[1], ale dla człowieka urodzonego w latach 80-tych to jednak jurajski park. Przy opisie początków swojej przygody ze skałami Lwow przedstawia nam jak rozwijał się sprzęt wspinaczkowy oraz jak wraz z tym zmieniało się samo wspinanie. Nie, but wspinaczkowy nie zawsze był taki jak teraz. O ile można sobie wyobrazić wspinanie w korkotrampkach (na mojej pierwszej wizycie na ściance też mi je polecano na początek), o tyle trzewiki brzmią już absurdalnie. Podobnie jak wiązanie liny pod pachami.
Autor zgrabnie przechodzi od opowieści o swoim życiu, nie tylko zresztą tym górskim, do opisów barwnych postaci takich jak Jerzy „Druciarz” Rudnicki. Świetne są też opisy „Moka” – schroniska nad Morskim Okiem – i przygód taternickiej braci. Nie brak też wycieczek osobistych i rozliczeń z pobratymcami. Fakt, że życzliwych i w duchu pojednawczym. Co zrozumiałe, sporo miejsca poświęcono najwyższym górom. W opowieści o zimowej wyprawie na Everest, Lwow wplata historię zdobywania tej góry. Generalnie ciągle przeskakujemy w czasie, co jakiś czas jesteśmy raczeni porcją różnorodnych informacji. Ale to jednak ludzie są najważniejszymi bohaterami tej książki. Taki zresztą był i zamysł autora, bo już na wstępie zaznaczył: „Piszę o tym, co na przestrzeni z górą czterdziestu lat mojego alpinistycznego życia utkwiło mi w pamięci na zawsze. Dlatego jest w niej tak wiele o ludziach i przemijaniu. A że nie są to wyłącznie epizody, myśli czy uwagi ściśle związane z górami? Cóż, góry plączą się z życiem…”. Zresztą ze zdziwieniem odkrywałem, ilu znanych ludzi związało się z górami. I ilu w nich zostało już na zawsze. Ale pomyli się ten, kto pomyśli, że to tylko epitafium. Ta książka to raczej hołd dla życia pełną piersią. Wielka przygoda opisana z pasją. Himalaizm zimowy to sport ryzykowny jak mało który, ale nikt przy zdrowych zmysłach nie ściga się ze śmiercią. Autor często podkreśla, że wymaga on nie tylko umiejętności ale i zdrowego rozsądku. Bo zwyciężyć, znaczy przeżyć.
Nie da się jednak wszystkiego zmieścić w jednej książce i po pewnym czasie zacząłem się męczyć. Bo niby jest tu o wszystkim, ale jakby i o niczym w zupełności. Poza tym historie i anegdoty w wielu miejscach się powtarzają. Więc pozostaje niedosyt, a czasami czujemy przesyt.
magiaksiazki.blogspot.com Alen Sierżęga, 2014-01-22
Schudnij metodą małych kroków. Wolno, bezpiecznie i na stałe! Zdrowe nawyki krok po kroku
Pomyśl o plaży i o sobie
Nasza wyprawa na bałtycką lub śródziemnomorską plażę wydaje odległa, ale nie tym, którzy obejrzeli swoje ostatnie zdjęcia z wakacji, spojrzeli w lustro i... postanowili schudnąć. Ci już powinni sięgnąć po książkę Wydawnictwa Sensus / Helion, by dać się namówić Annie Kuraszyńskiej. która proponuje: „Schudnij metodą małych kroków. Wolno, bezpiecznie i na stałe! Zdrowe nawyki krok po kroku".
To propozycja dla tych, którzy próbowali, próbowali i niewiedzą, dlaczego wciąż nie mogą schudnąć, choć katowali się niskokalorycznymi dietami, dziwiąc się, że działają tylko chwilowo. Autorka prezentuje program odchudzania oparty na metodzie małych kroków, gwarantującej chudnięcie od 1 do 1,5 kg miesięcznie. Chudnięcie dzięki ćwiczeniom i zdrowej diecie zalecanej przez Światową Organizację Zdrowia(WHO).
Program składa się z trzech etapów: budowanie motywacji, okresu przygotowującego do odchudzania - którego celem jest wykształcenie zdrowych nawyków-oraz właściwego odchudzania. Oprócz programu odchudzania książka zawiera 20-tygodniowy kalendarz-umożliwiający rejestrowanie sukcesów i ćwiczeń motywacyjnych - oraz program radzenia sobie z problemami emocjonalnymi związanymi z nadwagą.
Autorka pod kreślą, jak ważne jest przed rozpoczęciem odchudzania zbudowanie odpowiedniej motywacji. Po pierwsze - trzeba uzmysłowić sobie obecną sytuację i uprzytomnić sobie, że nasze życie nie wygląda tak, jak byśmy naprawdę chcieli. Po drugie-trzeba określić ostateczny cel, który chcemy osiągnąć. Po trzecie - stworzyć realistyczny plan działania, który zostanie zaakceptowany przez organizm. Anna Kuraszyńska proponuje ćwiczenia, które umożliwią zbudowanie odpowiednio silnej motywacji. Dzięki nim bez trudu wytrwamy w postanowieniach związanych z tym, co czeka nas w kolejnych tygodniach. Te zadania to m.in. wykonanie zdjęcia swojej obecnej sylwetki, wypisanie negatywnych skutków nadwagi, opisanie najbardziej bolesnej sytuację z przeszłości związanej z nadwagą, wyznanie przed innymi, jak ważne jest dbanie o ciało i wygląd oraz uświadomienie sobie swoich obecnych nawyków w sferze odżywiania i aktywności fizycznej.
Autorka udowadnia wyższość planu działania opartego na metodzie małych kroków nad tradycyjnym modelem odchudzania i jego negatywnymi skutkami. I tu znajdujemy zestaw zadań, wśród których są: opisanie doświadczeń związanych ze stosowaniem diety, ustalenie wartości kalorycznej diety - która pozwoli wolno i bezpiecznie chudnąć - wyznaczenie okresu przygotowawczego i kolejnych etapów odchudzania.
W okresie przygotowującym musimy m.in. powoli rezygnować z niezdrowej żywności oraz jedzenia przed snem, uprzytomnić sobie błędy dietetyczne uniemożliwiające schudnięcie oraz zacząć jeść świadomie. A to dopiero początek...
Nasza wyprawa na bałtycką lub śródziemnomorską plażę wydaje odległa, ale nie tym, którzy obejrzeli swoje ostatnie zdjęcia z wakacji, spojrzeli w lustro i... postanowili schudnąć. Ci już powinni sięgnąć po książkę Wydawnictwa Sensus / Helion, by dać się namówić Annie Kuraszyńskiej. która proponuje: „Schudnij metodą małych kroków. Wolno, bezpiecznie i na stałe! Zdrowe nawyki krok po kroku".
To propozycja dla tych, którzy próbowali, próbowali i niewiedzą, dlaczego wciąż nie mogą schudnąć, choć katowali się niskokalorycznymi dietami, dziwiąc się, że działają tylko chwilowo. Autorka prezentuje program odchudzania oparty na metodzie małych kroków, gwarantującej chudnięcie od 1 do 1,5 kg miesięcznie. Chudnięcie dzięki ćwiczeniom i zdrowej diecie zalecanej przez Światową Organizację Zdrowia(WHO).
Program składa się z trzech etapów: budowanie motywacji, okresu przygotowującego do odchudzania - którego celem jest wykształcenie zdrowych nawyków-oraz właściwego odchudzania. Oprócz programu odchudzania książka zawiera 20-tygodniowy kalendarz-umożliwiający rejestrowanie sukcesów i ćwiczeń motywacyjnych - oraz program radzenia sobie z problemami emocjonalnymi związanymi z nadwagą.
Autorka pod kreślą, jak ważne jest przed rozpoczęciem odchudzania zbudowanie odpowiedniej motywacji. Po pierwsze - trzeba uzmysłowić sobie obecną sytuację i uprzytomnić sobie, że nasze życie nie wygląda tak, jak byśmy naprawdę chcieli. Po drugie-trzeba określić ostateczny cel, który chcemy osiągnąć. Po trzecie - stworzyć realistyczny plan działania, który zostanie zaakceptowany przez organizm. Anna Kuraszyńska proponuje ćwiczenia, które umożliwią zbudowanie odpowiednio silnej motywacji. Dzięki nim bez trudu wytrwamy w postanowieniach związanych z tym, co czeka nas w kolejnych tygodniach. Te zadania to m.in. wykonanie zdjęcia swojej obecnej sylwetki, wypisanie negatywnych skutków nadwagi, opisanie najbardziej bolesnej sytuację z przeszłości związanej z nadwagą, wyznanie przed innymi, jak ważne jest dbanie o ciało i wygląd oraz uświadomienie sobie swoich obecnych nawyków w sferze odżywiania i aktywności fizycznej.
Autorka udowadnia wyższość planu działania opartego na metodzie małych kroków nad tradycyjnym modelem odchudzania i jego negatywnymi skutkami. I tu znajdujemy zestaw zadań, wśród których są: opisanie doświadczeń związanych ze stosowaniem diety, ustalenie wartości kalorycznej diety - która pozwoli wolno i bezpiecznie chudnąć - wyznaczenie okresu przygotowawczego i kolejnych etapów odchudzania.
W okresie przygotowującym musimy m.in. powoli rezygnować z niezdrowej żywności oraz jedzenia przed snem, uprzytomnić sobie błędy dietetyczne uniemożliwiające schudnięcie oraz zacząć jeść świadomie. A to dopiero początek...
POLSKA - DZIENNIK ŁÓDZKI .N, 2014-01-25