Recenzje
SOA. Koncepcje, technologie i projektowanie
SOA to w ostatnim czasie krzykliwy temat i nie ma chyba cienia przesady w stwierdzeniu, że ogólnym szumem stara się doścignąć napompowany balon z napisem HTML 5. Trudno jednak w tym przypadku nie docenić zalet tego podejścia, które na przestrzeni lat połączyło sporo pozytywnych wzorców architektonicznych i programistycznych. Dlatego też jeśli jesteś programistą/projektantem, to Twoim solennym obowiązkiem jest wiedzieć, choćby teoretycznie o co w tym wszystkim chodzi.
Jeśli interesuje Cię ten temat, a może nawet w najbliższym czasie masz w planach zaprojektować jakiś spory system klasy enterprise, przystań na chwilę i zastanów się czy masz dostateczną wiedzę na temat tego podejścia. Akurat nadarzyła się spora okazja, by ewentualne teoretyczne braki nadrobić, ponieważ na polskim rynku pojawiła się całkiem ciekawa pozycja w tej tematyce.
SOA. Koncepcje, technologie i projektowanie to nowa na polskim rynku książka Thomasa Erla, znanego specjalisty z działki SOA. W mojej niniejszej recenzji, postaram się odpowiedzieć na pytanie czy i tym razem Thomas stanął na wysokości zadania.
Dla kogo jest ta książka?
W skrócie mógłbym napisać dla profesjonalistów, czyli dla osób które w branży zjadły już zęby. Książka napisana jest ciężkim, odrobinę górnolotnym językiem (nie wiem czy tak było również w oryginale, czy jest to kwestia tłumaczenia), przyda się więc sporo spokoju i skupienia.
Najwięcej z tej literatury powinni wynieść projektanci/architekci systemów, dla których ważna jest wiedza, w jaki sposób określone rozwiązanie działa. Oczywiście programistom też przyda się zawarta tutaj wiedza, ale z góry uprzedzam że nie znajdziecie tutaj gotowych i rozbudowanych przykładów konkretnych implementacji, lecz bardziej coś na kształt konkretnych komunikatów, plików WSDL, XML itp.
Zawartość
Całą treść książki podzielono na 18 rozdziałów, które z kolei zgrupowano w 5 tematycznych części. Spory nacisk położono tutaj na historię oraz ogólne założenia SOA. Tak jak wspominałem wcześniej, książka jest mocno nastawiona na teorię, co widać praktycznie na każdym kroku. Na szczęście pojawia się tutaj również sporo grafów, wykresów, tabelek, a w dalszej części książki również wycinków kodu, które w wymierny sposób uprzyjemniają całą lekturę.
Tak jak wspomniałem cały materiał jest dość ciężki i potrzeba sporo skupienia (przynajmniej w moim przypadku) by przebrnąć dalej. To nie jest książka, do której siądziesz na 5 minut w przerwie pomiędzy obiadem, a kawą. W tym przypadku trzeba się skupić, by zrozumieć szerszy kontekst.
Dobrym pomysłem jest umieszczenie w książce studium przypadków. W pozycji pojawiają się bowiem dwie firmy z branży kolejowej, które w wyniku optymalizacji rozwiązań IT, pragną osiągnąć wymierne korzyści w prowadzonych przez siebie biznesach. Owe przedsiębiorstwa zostają przedstawione na samym początku książki, gdzie omówione zostają ich obecne problemy oraz plany na przyszłość.
Podsumowanie
SOA. Koncepcje, technologie i projektowanie to mocna teoretyczna książka, z której z pewnością ucieszą się najbardziej analitycy i architekci, którzy potrzebują bardziej teoretycznej wiedzy na temat architektury zorientowanej na usługi. Tak jak napisałem wcześniej, nie zabrakło tutaj również fragmentów kodu, które przedstawiają przykładową budowę wybranych komunikatów, ale z pewnością brakuje konkretnych implementacji w wybranych platformach.
Jeśli masz pewne doświadczenie w branży i chcesz zobaczyć jak przyszłościowo projektować rozbudowane systemy, to sięgnij po tę książkę. Uprzedzam jednak, że trzeba mocno się skupić i potrzeba trochę czasu by się przez nią przedrzeć - całość zajmuje ponad 600 stron...
Na początek możecie zacząć jednak od fragmentu kodu, który znajdziecie poniżej (uprzedzam - okładka w PDF jest od innej książki, ale reszta już się zgadza).
Jeśli interesuje Cię ten temat, a może nawet w najbliższym czasie masz w planach zaprojektować jakiś spory system klasy enterprise, przystań na chwilę i zastanów się czy masz dostateczną wiedzę na temat tego podejścia. Akurat nadarzyła się spora okazja, by ewentualne teoretyczne braki nadrobić, ponieważ na polskim rynku pojawiła się całkiem ciekawa pozycja w tej tematyce.
SOA. Koncepcje, technologie i projektowanie to nowa na polskim rynku książka Thomasa Erla, znanego specjalisty z działki SOA. W mojej niniejszej recenzji, postaram się odpowiedzieć na pytanie czy i tym razem Thomas stanął na wysokości zadania.
Dla kogo jest ta książka?
W skrócie mógłbym napisać dla profesjonalistów, czyli dla osób które w branży zjadły już zęby. Książka napisana jest ciężkim, odrobinę górnolotnym językiem (nie wiem czy tak było również w oryginale, czy jest to kwestia tłumaczenia), przyda się więc sporo spokoju i skupienia.
Najwięcej z tej literatury powinni wynieść projektanci/architekci systemów, dla których ważna jest wiedza, w jaki sposób określone rozwiązanie działa. Oczywiście programistom też przyda się zawarta tutaj wiedza, ale z góry uprzedzam że nie znajdziecie tutaj gotowych i rozbudowanych przykładów konkretnych implementacji, lecz bardziej coś na kształt konkretnych komunikatów, plików WSDL, XML itp.
Zawartość
Całą treść książki podzielono na 18 rozdziałów, które z kolei zgrupowano w 5 tematycznych części. Spory nacisk położono tutaj na historię oraz ogólne założenia SOA. Tak jak wspominałem wcześniej, książka jest mocno nastawiona na teorię, co widać praktycznie na każdym kroku. Na szczęście pojawia się tutaj również sporo grafów, wykresów, tabelek, a w dalszej części książki również wycinków kodu, które w wymierny sposób uprzyjemniają całą lekturę.
Tak jak wspomniałem cały materiał jest dość ciężki i potrzeba sporo skupienia (przynajmniej w moim przypadku) by przebrnąć dalej. To nie jest książka, do której siądziesz na 5 minut w przerwie pomiędzy obiadem, a kawą. W tym przypadku trzeba się skupić, by zrozumieć szerszy kontekst.
Dobrym pomysłem jest umieszczenie w książce studium przypadków. W pozycji pojawiają się bowiem dwie firmy z branży kolejowej, które w wyniku optymalizacji rozwiązań IT, pragną osiągnąć wymierne korzyści w prowadzonych przez siebie biznesach. Owe przedsiębiorstwa zostają przedstawione na samym początku książki, gdzie omówione zostają ich obecne problemy oraz plany na przyszłość.
Podsumowanie
SOA. Koncepcje, technologie i projektowanie to mocna teoretyczna książka, z której z pewnością ucieszą się najbardziej analitycy i architekci, którzy potrzebują bardziej teoretycznej wiedzy na temat architektury zorientowanej na usługi. Tak jak napisałem wcześniej, nie zabrakło tutaj również fragmentów kodu, które przedstawiają przykładową budowę wybranych komunikatów, ale z pewnością brakuje konkretnych implementacji w wybranych platformach.
Jeśli masz pewne doświadczenie w branży i chcesz zobaczyć jak przyszłościowo projektować rozbudowane systemy, to sięgnij po tę książkę. Uprzedzam jednak, że trzeba mocno się skupić i potrzeba trochę czasu by się przez nią przedrzeć - całość zajmuje ponad 600 stron...
Na początek możecie zacząć jednak od fragmentu kodu, który znajdziecie poniżej (uprzedzam - okładka w PDF jest od innej książki, ale reszta już się zgadza).
altcontroldelete.pl Jerzy Piechowiak, 2014-03-12
Wzorzec MVC w PHP dla profesjonalistów
Wzorzec MVC na dobre zagościł we wszelakich projektach informatycznych. Pozwala na rozsądny podział na warstwy i oddzielenie logiki od danych, a także kodu robiącego cokolwiek "na serwerze" od kodu wyświetlającego np. stronę internetowa.
Chris Pitt bardzo starannie opisuje kolejno, co trzeba napisać (i w tracie książki sam pisze pokazując czytelnikowi wszystkie kroki), aby stworzyć własny framework PHP implementujący wzorzec MVC.
W książce spodobało mi się, że można mimochodem nauczyć się kilku ciekawych sztuczek języka i dobrych praktyk, choćby testy jednostkowe (ang. unit tests) (choć trochę na siłę pisany własny framework dla nich, lepiej było użyć PHP_Unit), wzorce projektowe (autor omówił także kilka innych bardzo przydatnych wzorców i pokazał, jak ich używać w praktyce) . Nie jestem przekonany, czy wszystko, co zaprezentował Chris Pitt jest słuszne, ale aby móc odrzucić jakiś fragment technologii należy go najpierw dobrze poznać, aby upewnić się, że na pewno nie zasługuje na wykorzystanie w naszych projektach. Ja chociażby nie lubię w PHP "magii" - to w końcu nie Harry Potter, szczególnie, że ostatecznie wszystkie `__call`, `__set` itp. powodują podobnie wiele problemów, ile rozwiązują. Mimo wszystko podoba mi się w większości kod tworzony przez autora. Na pewno nie jest naszpikowany antywzorcami, które czasem można spotkać w niektórych książkach.
Jeśli ktoś szuka książki, która nauczy go jak napisać swój własny MVC, to może lepiej poszukać książki "Dlaczego nie powinienem wynajdować koła od nowa". Aktualnie na rynku jest bardzo wiele istniejących frameworków i któryś z pewnością będzie wystarczający. Jeśli natomiast bardzo upierasz się, aby napisać własny MVC - to ta książka z pewnością pomoże. Ja proponowałbym jednak traktować ją jako dobry zbiór porad programistycznych, bez aż tak dużego nacisku na MVC. A samo napisanie frameworka traktowałbym jako ciekawostkę i zabawę z kodem, a nie wyznacznik pozycji w środowisku developerów.
Za minus książki - jak zawsze - można uznać fakt, że jest już (w świecie technologii) dość wiekowa. Choćby jeden z trzech opisanych na końcu frameworków - Zend - jest w wersjach bliskiej archiwalnych, stąd te rozdziały można potraktować jako ciekawostkę i "sensacje początków 2010's" niż wyznacznik nowych trendów w półświadku PHP ;)
Ocena
Książka jest dobra. Nie zwaliła mnie z nóg, ale w kilku miejscach potrafiła zaciekawić i nauczyła czegoś nowego. Jeśli chciałbyś poprawić swój warsztat programistyczny i programujesz w PHP, to jest to dobra pozycja dla Ciebie.
Chris Pitt bardzo starannie opisuje kolejno, co trzeba napisać (i w tracie książki sam pisze pokazując czytelnikowi wszystkie kroki), aby stworzyć własny framework PHP implementujący wzorzec MVC.
W książce spodobało mi się, że można mimochodem nauczyć się kilku ciekawych sztuczek języka i dobrych praktyk, choćby testy jednostkowe (ang. unit tests) (choć trochę na siłę pisany własny framework dla nich, lepiej było użyć PHP_Unit), wzorce projektowe (autor omówił także kilka innych bardzo przydatnych wzorców i pokazał, jak ich używać w praktyce) . Nie jestem przekonany, czy wszystko, co zaprezentował Chris Pitt jest słuszne, ale aby móc odrzucić jakiś fragment technologii należy go najpierw dobrze poznać, aby upewnić się, że na pewno nie zasługuje na wykorzystanie w naszych projektach. Ja chociażby nie lubię w PHP "magii" - to w końcu nie Harry Potter, szczególnie, że ostatecznie wszystkie `__call`, `__set` itp. powodują podobnie wiele problemów, ile rozwiązują. Mimo wszystko podoba mi się w większości kod tworzony przez autora. Na pewno nie jest naszpikowany antywzorcami, które czasem można spotkać w niektórych książkach.
Jeśli ktoś szuka książki, która nauczy go jak napisać swój własny MVC, to może lepiej poszukać książki "Dlaczego nie powinienem wynajdować koła od nowa". Aktualnie na rynku jest bardzo wiele istniejących frameworków i któryś z pewnością będzie wystarczający. Jeśli natomiast bardzo upierasz się, aby napisać własny MVC - to ta książka z pewnością pomoże. Ja proponowałbym jednak traktować ją jako dobry zbiór porad programistycznych, bez aż tak dużego nacisku na MVC. A samo napisanie frameworka traktowałbym jako ciekawostkę i zabawę z kodem, a nie wyznacznik pozycji w środowisku developerów.
Za minus książki - jak zawsze - można uznać fakt, że jest już (w świecie technologii) dość wiekowa. Choćby jeden z trzech opisanych na końcu frameworków - Zend - jest w wersjach bliskiej archiwalnych, stąd te rozdziały można potraktować jako ciekawostkę i "sensacje początków 2010's" niż wyznacznik nowych trendów w półświadku PHP ;)
Ocena
Książka jest dobra. Nie zwaliła mnie z nóg, ale w kilku miejscach potrafiła zaciekawić i nauczyła czegoś nowego. Jeśli chciałbyś poprawić swój warsztat programistyczny i programujesz w PHP, to jest to dobra pozycja dla Ciebie.
yarpo.pl 2014-02-13
Sztuka rynkologii
Jacek Kotarbiński – znany autorytet w branży marketingowej: trener biznesu, coach i konsultant zarządów, wprowadza czytelnika w nowe realia zarządzania firmą.
Turbulentne otoczenie, klient na piedestale i aktywne badanie potrzeb rynku to tylko czubek góry lodowej, którą poruszył swym pełnym humoru i ekspresji wywodzie o współczesnej RYNKOLOGII.
Czy jest RYNKOLOGIA zapytacie? Sam autor trzyma się teorii, iż to nic innego jak wyjście poza ramy klasycznego marketingu XX w., a dokładniej uznaje ją jako sztukę kreowania wartościowych rynków i zarządzania nimi.
Książka zbudowana jest z sześciu obszernych rozdziałów zawierających cytaty i przykłady oparte na życiowych wydarzeniach w branży. Pierwszy z nich to niestandardowe wprowadzenie do tematu – specyficzny bufor między akademicką teorią marketingu, a nowoczesnym postrzeganiem świata przez Kotarbińskiego. Przyzwyczaja Czytelnika do toku myślenia autora oraz charakterystycznego poczucia humoru – które można zaobserwować już w samym spisie treści. Kolejne rozdziały traktują na tematy historii marketingu i jego ewolucji przez lata do obecnej formy.
Autor stara się podkreślać różnice pomiędzy klasycznym pojęciem marketingu, a rynkologią. Dzięki tym zabiegom Czytelnik jest w stanie głęboko zrozumieć sens i przede wszystkim różnice tychże pojęć. Ostatecznie Kotarbiński dociera do „deseru” – czyli zbioru rad, których każdy marketer (nie marketingowiec!) powinien przestrzegać. Po deserze pojawia się jednak jeszcze czas na ogólne podsumowanie w płynnej formie oraz kilka infografik – które, o dziwo, nie przewijają się w innych rozdziałach.
Jeżeli chodzi o samą treść książki istnieją dla niej dwie recenzje: dla marketingowych świeżaczków i branżowych wyjadaczy.
Jeżeli masz duże doświadczenie w branży marketingowej, ale uważasz, że czegoś brakuje (klienci nie wracają, opinie stają się mniej pochlebne) – warto przeczytać Rynkologię w formie rozrywki. Natomiast jeżeli radzisz sobie świetnie w branży – książka ta wiele nowego nie wniesie.
Jeżeli stawiasz pierwsze kroki lub pierwszy raz słyszysz słowo marketing – książka jest dla Ciebie idealna! Pełna humoru, przystępnie napisana, pełna przykładów z życia i najważniejsze, przykłady te są stosunkowo nowe! Czytając ją unikniesz błędów związanych z niewłaściwą interpretacją klasycznego marketingu, poznasz nowe trendy i współczesne oczekiwania społeczeństwa, a więc Twoich klientów.
Warto też na koniec przypomnieć, że budowanie marki nawet największych firm zaczyna się do jednostek. Książka ta przeznaczona jest również dla pojedynczych filarów przedsiębiorstw, które wpływają na ostateczny wizerunek firmy. Jak podkreśla sam Kotarbiński musimy pamiętać, że „Marka osobowa – twarz i wartości wyrażane przez twórcę, jego sposób myślenia, zasady działania, styl funkcjonowania – wpływa bezpośrednio na postrzeganie firmy.”. Dlatego też polecam tą pozycję jako idealną, aby lepiej zrozumieć swojego pracodawcę i motywy, które nim kierują.
Turbulentne otoczenie, klient na piedestale i aktywne badanie potrzeb rynku to tylko czubek góry lodowej, którą poruszył swym pełnym humoru i ekspresji wywodzie o współczesnej RYNKOLOGII.
Czy jest RYNKOLOGIA zapytacie? Sam autor trzyma się teorii, iż to nic innego jak wyjście poza ramy klasycznego marketingu XX w., a dokładniej uznaje ją jako sztukę kreowania wartościowych rynków i zarządzania nimi.
Książka zbudowana jest z sześciu obszernych rozdziałów zawierających cytaty i przykłady oparte na życiowych wydarzeniach w branży. Pierwszy z nich to niestandardowe wprowadzenie do tematu – specyficzny bufor między akademicką teorią marketingu, a nowoczesnym postrzeganiem świata przez Kotarbińskiego. Przyzwyczaja Czytelnika do toku myślenia autora oraz charakterystycznego poczucia humoru – które można zaobserwować już w samym spisie treści. Kolejne rozdziały traktują na tematy historii marketingu i jego ewolucji przez lata do obecnej formy.
Autor stara się podkreślać różnice pomiędzy klasycznym pojęciem marketingu, a rynkologią. Dzięki tym zabiegom Czytelnik jest w stanie głęboko zrozumieć sens i przede wszystkim różnice tychże pojęć. Ostatecznie Kotarbiński dociera do „deseru” – czyli zbioru rad, których każdy marketer (nie marketingowiec!) powinien przestrzegać. Po deserze pojawia się jednak jeszcze czas na ogólne podsumowanie w płynnej formie oraz kilka infografik – które, o dziwo, nie przewijają się w innych rozdziałach.
Jeżeli chodzi o samą treść książki istnieją dla niej dwie recenzje: dla marketingowych świeżaczków i branżowych wyjadaczy.
Jeżeli masz duże doświadczenie w branży marketingowej, ale uważasz, że czegoś brakuje (klienci nie wracają, opinie stają się mniej pochlebne) – warto przeczytać Rynkologię w formie rozrywki. Natomiast jeżeli radzisz sobie świetnie w branży – książka ta wiele nowego nie wniesie.
Jeżeli stawiasz pierwsze kroki lub pierwszy raz słyszysz słowo marketing – książka jest dla Ciebie idealna! Pełna humoru, przystępnie napisana, pełna przykładów z życia i najważniejsze, przykłady te są stosunkowo nowe! Czytając ją unikniesz błędów związanych z niewłaściwą interpretacją klasycznego marketingu, poznasz nowe trendy i współczesne oczekiwania społeczeństwa, a więc Twoich klientów.
Warto też na koniec przypomnieć, że budowanie marki nawet największych firm zaczyna się do jednostek. Książka ta przeznaczona jest również dla pojedynczych filarów przedsiębiorstw, które wpływają na ostateczny wizerunek firmy. Jak podkreśla sam Kotarbiński musimy pamiętać, że „Marka osobowa – twarz i wartości wyrażane przez twórcę, jego sposób myślenia, zasady działania, styl funkcjonowania – wpływa bezpośrednio na postrzeganie firmy.”. Dlatego też polecam tą pozycję jako idealną, aby lepiej zrozumieć swojego pracodawcę i motywy, które nim kierują.
moznaprzeczytac.pl Justyna, 2014-03-07
Made in Japan
Japonia traci swą odmienność i coraz gorzej odnajduje się we współczesnym świecie - pisze Rafał Tomański, próbując zrelacjonować przemiany, jakie dokonały się w kraju znanym ze swojej oryginalności kulturowej.
Zamknijmy na chwilę oczy i wyobraźmy sobie, że jesteśmy w Kraju Kwitnącej Wiśni. Zapewne każdy zobaczy inny obraz, wywołany przez różne skojarzenia. Jeden będzie przedstawiał centrum tętniącej życiem tokijskiej dzielnicy handlowej, drugi – czerwoną pagodę u szczytu góry i spotkanie z kobietą w tradycyjnym kimono.
Wszystkie te wyobrażenia zetkną się jednak ze sobą w jednym punkcie. Kreując wizerunek Japonii, która jest nam – mniej lub bardziej – znana. Wizerunek niebędący do końca jasnym przekaźnikiem panującej tam sytuacji. Wiedzą, która wymaga uporządkowania. Najlepiej przez kogoś, kto dobrze orientuje się w temacie, darzy obiekt swoich zainteresowań szczerą miłością i pragnie tym uczuciem zarażać.
Taką osobą jest Rafał Tomański – dziennikarz i japonista, który w książce "Made in Japan" – z lepszym lub gorszym skutkiem - podejmuje problem kondycji współczesnej Japonii. Swoją wypowiedź próbuje konstruować tak, aby dotarła zarówno do zagorzałych "japonistów", jak i zwykłych czytelników. Stykających się z Krajem Kwitnącej Wiśni, być może, po raz pierwszy.
Autor posiada rozległą wiedzę, zbudowaną na wnikliwej obserwacji tamtejszej codzienności. Dzieli się nią z czytelnikami na kartach aż trzydziestu sześciu rozdziałów. Realiów podobnych tym, które przytacza, raczej nie znajdziemy w mediach. Przedstawiony świat podglądamy dość krytycznym okiem, dostrzegając silną mieszankę pozorów i wstydliwych prawd. To, co dotąd było skrywane za fasadą technologicznej potęgi.
Teza, która kształtuje charakter książki, pojawia się pod koniec wstępnego rozdziału. Japonia traci swą odmienność i coraz gorzej odnajduje się we współczesnym świecie - pisze Tomański. Jako autor i reporter próbuje więc relacjonować przemiany, jakie dokonały się w kraju znanym ze swojej oryginalności kulturowej i dystansu wobec państw Zachodu. Opowiada o zachowaniach polityków, porusza kwestie konfliktów z innymi państwami o sporne terytoria czy spekuluje odnośnie materii językowej. Za punkt wyjścia i źródło zaistniałej sytuacji Tomański obiera jedną konkretną datę.
11 marca 2011 roku o godz. 14.46 czasu japońskiego wydarzyło się coś, co zaburzyło spokój "delikatnych z natury” Japończyków. Potężne trzęsienie ziemi i wybuch elektrowni atomowej w Fukushimie są się pretekstem do opowiedzenia historii "Zosi samosi", którą rzeczywistość zmusiła do powolnej rezygnacji z własnej niezależności. Autor prezentuje przekrój różnych wydarzeń i dąży do obnażenia stanu japońskiego społeczeństwa – pod względem ekonomicznym, gospodarczym i politycznym. Stwierdzenie made in Japan nie brzmi już dumnie, ale zaczyna konotować znaczenia niosące za sobą bezradność, rezygnację czy zagubienie. Ekspansywny rozwój przestaje stanowić nieodłączny element skojarzeń budzonych przez określenie "japoński”.
Czytając książkę Tomańskiego, nie tak trudno wyczuć, że docelowo miała być reportażem czy przewodnikiem po odległym państwie. Jej struktura przypomina bowiem zbiór luźnych felietonów połączonych ze sobą jednym motywem. Tomański zarysowuje wachlarz różnorodnych problemów, sięgając po nie "na wyrywki”, przez co wątki zdają się być niespójne (nielogiczne jest nawet umiejscowienie fotografii w sposób przypadkowy wobec tekstu). Skacze z tematu na temat. Nie zagłębia się dostatecznie mocno w kulturę czy tradycję Japonii. A szkoda. Zabieg ten mógłby rozjaśnić nieco ciemny i zmącony wizerunek Kraju Wschodzącego Słońca (w oczach dziennikarza słońce w tym kraju zdaje się raczej zachodzić).
Tematyka rozważań zmienia się wraz z nurtem przewracanych stron. Trochę czytamy o wszechobecnym strachu związanym z energią atomową, trochę o sposobie, w jaki politycy czy przedsiębiorcy doszli do swoich stanowisk, a już za chwilę przenosimy się w świat mody na nowoczesne technologie (m.in. dygresje o firmach, które nie mają z Japonią żadnego związku). Takie nagromadzenie myśli może zakłócać percepcję i oddalać uwagę od tego, co naprawdę istotne.
Pomimo występujących na poziomie kompozycji kontrastów i rozwarstwień, nie można odmówić książce zasobu ciekawostek i zagadek lingwistycznych. Twórca, jak na doświadczonego dziennikarza przystało, operuje językiem w sposób przystępny i wciągający. Pobudza wyobraźnię i skłania czytelnika do połykania treści w bardzo szybkim tempie… Czasem trzeba jednak uważać, żeby się nie zakrztusić.
Zamknijmy na chwilę oczy i wyobraźmy sobie, że jesteśmy w Kraju Kwitnącej Wiśni. Zapewne każdy zobaczy inny obraz, wywołany przez różne skojarzenia. Jeden będzie przedstawiał centrum tętniącej życiem tokijskiej dzielnicy handlowej, drugi – czerwoną pagodę u szczytu góry i spotkanie z kobietą w tradycyjnym kimono.
Wszystkie te wyobrażenia zetkną się jednak ze sobą w jednym punkcie. Kreując wizerunek Japonii, która jest nam – mniej lub bardziej – znana. Wizerunek niebędący do końca jasnym przekaźnikiem panującej tam sytuacji. Wiedzą, która wymaga uporządkowania. Najlepiej przez kogoś, kto dobrze orientuje się w temacie, darzy obiekt swoich zainteresowań szczerą miłością i pragnie tym uczuciem zarażać.
Taką osobą jest Rafał Tomański – dziennikarz i japonista, który w książce "Made in Japan" – z lepszym lub gorszym skutkiem - podejmuje problem kondycji współczesnej Japonii. Swoją wypowiedź próbuje konstruować tak, aby dotarła zarówno do zagorzałych "japonistów", jak i zwykłych czytelników. Stykających się z Krajem Kwitnącej Wiśni, być może, po raz pierwszy.
Autor posiada rozległą wiedzę, zbudowaną na wnikliwej obserwacji tamtejszej codzienności. Dzieli się nią z czytelnikami na kartach aż trzydziestu sześciu rozdziałów. Realiów podobnych tym, które przytacza, raczej nie znajdziemy w mediach. Przedstawiony świat podglądamy dość krytycznym okiem, dostrzegając silną mieszankę pozorów i wstydliwych prawd. To, co dotąd było skrywane za fasadą technologicznej potęgi.
Teza, która kształtuje charakter książki, pojawia się pod koniec wstępnego rozdziału. Japonia traci swą odmienność i coraz gorzej odnajduje się we współczesnym świecie - pisze Tomański. Jako autor i reporter próbuje więc relacjonować przemiany, jakie dokonały się w kraju znanym ze swojej oryginalności kulturowej i dystansu wobec państw Zachodu. Opowiada o zachowaniach polityków, porusza kwestie konfliktów z innymi państwami o sporne terytoria czy spekuluje odnośnie materii językowej. Za punkt wyjścia i źródło zaistniałej sytuacji Tomański obiera jedną konkretną datę.
11 marca 2011 roku o godz. 14.46 czasu japońskiego wydarzyło się coś, co zaburzyło spokój "delikatnych z natury” Japończyków. Potężne trzęsienie ziemi i wybuch elektrowni atomowej w Fukushimie są się pretekstem do opowiedzenia historii "Zosi samosi", którą rzeczywistość zmusiła do powolnej rezygnacji z własnej niezależności. Autor prezentuje przekrój różnych wydarzeń i dąży do obnażenia stanu japońskiego społeczeństwa – pod względem ekonomicznym, gospodarczym i politycznym. Stwierdzenie made in Japan nie brzmi już dumnie, ale zaczyna konotować znaczenia niosące za sobą bezradność, rezygnację czy zagubienie. Ekspansywny rozwój przestaje stanowić nieodłączny element skojarzeń budzonych przez określenie "japoński”.
Czytając książkę Tomańskiego, nie tak trudno wyczuć, że docelowo miała być reportażem czy przewodnikiem po odległym państwie. Jej struktura przypomina bowiem zbiór luźnych felietonów połączonych ze sobą jednym motywem. Tomański zarysowuje wachlarz różnorodnych problemów, sięgając po nie "na wyrywki”, przez co wątki zdają się być niespójne (nielogiczne jest nawet umiejscowienie fotografii w sposób przypadkowy wobec tekstu). Skacze z tematu na temat. Nie zagłębia się dostatecznie mocno w kulturę czy tradycję Japonii. A szkoda. Zabieg ten mógłby rozjaśnić nieco ciemny i zmącony wizerunek Kraju Wschodzącego Słońca (w oczach dziennikarza słońce w tym kraju zdaje się raczej zachodzić).
Tematyka rozważań zmienia się wraz z nurtem przewracanych stron. Trochę czytamy o wszechobecnym strachu związanym z energią atomową, trochę o sposobie, w jaki politycy czy przedsiębiorcy doszli do swoich stanowisk, a już za chwilę przenosimy się w świat mody na nowoczesne technologie (m.in. dygresje o firmach, które nie mają z Japonią żadnego związku). Takie nagromadzenie myśli może zakłócać percepcję i oddalać uwagę od tego, co naprawdę istotne.
Pomimo występujących na poziomie kompozycji kontrastów i rozwarstwień, nie można odmówić książce zasobu ciekawostek i zagadek lingwistycznych. Twórca, jak na doświadczonego dziennikarza przystało, operuje językiem w sposób przystępny i wciągający. Pobudza wyobraźnię i skłania czytelnika do połykania treści w bardzo szybkim tempie… Czasem trzeba jednak uważać, żeby się nie zakrztusić.
kulturaonline.pl Monika Branicka, 2014-03-08
Władca Języków, czyli prawie wszystko o tym, jak zostać poliglotą
Pan Włoch – idealne nazwisko dla trenera języków obcych – jest człowiekiem sukcesu. Z dumą firmuje swoją szkołę językową własnym nazwiskiem, tworzy podręczniki metody bezpośredniej, którą promuje w swym przybytku edukacji i wabi czytelników szumnym tytułem napisanej przez siebie książki. Niestety niektórzy zawiodą się na dziele samozwańczego „władcy języków” i nie znajdą tam tego, czego szukali, kupując tę książkę. „Genialnym pomysłom” z okładki daleko nie tylko do genialności, ale i do oryginalności. Wskazówki metodyczne są bardzo skąpe. Fakt ten nie powinien jednak zaskakiwać, biorąc pod uwagę to, że książka stanowi element autopromocji autora i jego szkoły. Logiczne zatem, że wszystkich tajników nauczania nie można w niej zdradzić, by odpowiednia dawka tajemniczości przyciągała nową klientelę.
Powszechnie wiadomo, że różnicowanie bodźców podczas nauki przynosi dobre efekty, a stosowanie ciągle jednej metody po jakimś czasie staje się monotonne i po prostu nudne zarówno dla nauczyciela jak i dla ucznia. Pod tym względem, a także pod wieloma innymi, Mariusz Włoch Ameryki nie odkrył. Największa innowacyjność i nowatorstwo w jego podejściu polega na wykorzystaniu metod programowania neurolingwistycznego (NLP), technik rozwoju osobistego, coachingu i użyciu kilku innych modnych słów, takich jak kognitywistyka. Jak na książkę o języku, mało tam „języka w języku”, parafrazując kwestię ze znanego filmu z czasów słusznie minionych. Zamiast tego mamy duże ego autora, dużą erudycję autora, duże poczucie humoru autora, itp. Podsumowując, mamy tam dużo autora - to książka o autorze właśnie i o jego przygodach z nauczaniem. Część o „niekonwencjonalnych narzędziach językowych” można streścić w kilku punktach: mapy myśli, fiszki, kolory, uczenie się na głos. Mowa tam też o śpiewaniu i żartach Karola Strasburgera...
Autor dzieli się z czytelnikami swoim doświadczeniem w prowadzeniu zajęć w różnych językach. Zdradza nam również kilka trików, które podłapał na kursach NLP. Książka wprost kipi od cudownych porad. Punkt ciężkości położony został na kwestie takie, jak przełamywanie bariery językowej, walka ze stresem i rola nauczyciela w procesie uczenia. Elementy NLP łączą się z Cialdinim, pojawia się również Joe Vitale – znany amerykański mentor i hipnotyzer wraz ze swym nastawieniem: „dowiedz się, czego chcesz i zacznij działać”.
Nie każdy ma obowiązek podzielać spojrzenie autora na nauczanie języków obcych. Istnieją przecież liczne metody różniące się od tej preferowanej przez niego. „Władca języków” zawiera wiele ciekawych spostrzeżeń, ale nie są one bynajmniej odkrywcze. To, że ludzie są mistrzami wymówek, wiadomo nie od dziś. Że do udanej nauki potrzeba motywacji i samodyscypliny, również nie jest nowością. Podobnie to, że najważniejsza jest komunikacja, której nie są w stanie nauczyć nas programy komputerowe ani kursy na płytach, bo potrzebna jest interakcja z drugim człowiekiem.
Dodatkowo sposób pisania autora należy do tych rzeczy, które albo się kocha albo nienawidzi. Dla niektórych będzie świetny, iskrzący humorem, inteligentny. Dla innych po prostu irytujący, pełen tanich dowcipów (zwłaszcza tych związanych z regularnym stolcem) i przemądrzały. Do tego odrobinę dezorientująca może być maniera pisania rozdziałów, skierowanych naprzemiennie do czytelnika i czytelniczki. Autor zdecydował się bowiem część rozdziałów pisać do mężczyzny a część do kobiety. Nie wiadomo, czy to kwestia braku zdecydowania, daleko posuniętej poprawności politycznej, podpowiedzianej przez doradców od PR-u, czy może zwykłe rozdwojenie jaźni.
Napisanie własnej książki to również znakomita okazja na utyskiwanie na publiczne szkolnictwo. Oczywiście nie dla samego ulżenia sobie i powspominania traumatycznych przeżyć okresu dojrzewania. Psioczenie na ograniczony, nieelastyczny i niedostosowany do geniuszu autora system edukacji państwowej, prywatne ale anonimowe pseudo-szkoły językowe oraz tanich niekompetentnych studentów udzielających korepetycji w bezpośredni sposób naprowadza czytelnika na jedyny dobry wybór, jakim jest zapisanie się do szkoły językowej autora. Nie ma bowiem idealnej metody dla wszystkich, bo każdy jest inny i różnimy się od siebie, ale najbliższa ideału jest oczywiście metoda używana w szkole autora. Zresztą złotą receptę na nauczenie się języka zawiera poniższy cytat: „Trenuj zadawanie pytań i prowadzenie rozmowy, resztę nauczysz się w życiu i oczywiście na szkoleniach z rozwoju osobistego, na które także Cię zapraszam”. Nic dodać, nic ująć...
Kupienie „Władcy języków” osobom uczącym się języków obcych raczej nie zaszkodzi. Znajdą tam one kilka ciekawych rzeczy, pod warunkiem, że nie zniechęci ich wspomniany już wyżej styl pisarski autora, stojący na pograniczu showmańskich wspomnień kabareciarza oraz wynurzeń eksperta specjalizującego się w coachingu i warsztatach rozwoju osobistego. Nic się również nie stanie, jeśli uczący się języków nie zakupią książki pana Włocha. Wszakże wielokrotnie na kartach swej książki powtarza on, że wszystko zależy od nas samych i ucząc się zawsze mamy rację. W myśl tego, to, czy nauczymy się języka angielskiego, norweskiego czy suahili także zależy tylko od nas, a nie od jakiejś konkretnej książki. Tak samo tylko od Was samych zależy, czy sięgniecie po tę pozycję. Ale może zamiast ją czytać, warto sięgnąć po listę słówek albo fiszki. Włączyć obcojęzyczne radio. Przeczytać artykuł w obcym języku w Internecie. Mariusz Włoch, jego książka, ani jego szkoła nie zrobią tego za was.
Powszechnie wiadomo, że różnicowanie bodźców podczas nauki przynosi dobre efekty, a stosowanie ciągle jednej metody po jakimś czasie staje się monotonne i po prostu nudne zarówno dla nauczyciela jak i dla ucznia. Pod tym względem, a także pod wieloma innymi, Mariusz Włoch Ameryki nie odkrył. Największa innowacyjność i nowatorstwo w jego podejściu polega na wykorzystaniu metod programowania neurolingwistycznego (NLP), technik rozwoju osobistego, coachingu i użyciu kilku innych modnych słów, takich jak kognitywistyka. Jak na książkę o języku, mało tam „języka w języku”, parafrazując kwestię ze znanego filmu z czasów słusznie minionych. Zamiast tego mamy duże ego autora, dużą erudycję autora, duże poczucie humoru autora, itp. Podsumowując, mamy tam dużo autora - to książka o autorze właśnie i o jego przygodach z nauczaniem. Część o „niekonwencjonalnych narzędziach językowych” można streścić w kilku punktach: mapy myśli, fiszki, kolory, uczenie się na głos. Mowa tam też o śpiewaniu i żartach Karola Strasburgera...
Autor dzieli się z czytelnikami swoim doświadczeniem w prowadzeniu zajęć w różnych językach. Zdradza nam również kilka trików, które podłapał na kursach NLP. Książka wprost kipi od cudownych porad. Punkt ciężkości położony został na kwestie takie, jak przełamywanie bariery językowej, walka ze stresem i rola nauczyciela w procesie uczenia. Elementy NLP łączą się z Cialdinim, pojawia się również Joe Vitale – znany amerykański mentor i hipnotyzer wraz ze swym nastawieniem: „dowiedz się, czego chcesz i zacznij działać”.
Nie każdy ma obowiązek podzielać spojrzenie autora na nauczanie języków obcych. Istnieją przecież liczne metody różniące się od tej preferowanej przez niego. „Władca języków” zawiera wiele ciekawych spostrzeżeń, ale nie są one bynajmniej odkrywcze. To, że ludzie są mistrzami wymówek, wiadomo nie od dziś. Że do udanej nauki potrzeba motywacji i samodyscypliny, również nie jest nowością. Podobnie to, że najważniejsza jest komunikacja, której nie są w stanie nauczyć nas programy komputerowe ani kursy na płytach, bo potrzebna jest interakcja z drugim człowiekiem.
Dodatkowo sposób pisania autora należy do tych rzeczy, które albo się kocha albo nienawidzi. Dla niektórych będzie świetny, iskrzący humorem, inteligentny. Dla innych po prostu irytujący, pełen tanich dowcipów (zwłaszcza tych związanych z regularnym stolcem) i przemądrzały. Do tego odrobinę dezorientująca może być maniera pisania rozdziałów, skierowanych naprzemiennie do czytelnika i czytelniczki. Autor zdecydował się bowiem część rozdziałów pisać do mężczyzny a część do kobiety. Nie wiadomo, czy to kwestia braku zdecydowania, daleko posuniętej poprawności politycznej, podpowiedzianej przez doradców od PR-u, czy może zwykłe rozdwojenie jaźni.
Napisanie własnej książki to również znakomita okazja na utyskiwanie na publiczne szkolnictwo. Oczywiście nie dla samego ulżenia sobie i powspominania traumatycznych przeżyć okresu dojrzewania. Psioczenie na ograniczony, nieelastyczny i niedostosowany do geniuszu autora system edukacji państwowej, prywatne ale anonimowe pseudo-szkoły językowe oraz tanich niekompetentnych studentów udzielających korepetycji w bezpośredni sposób naprowadza czytelnika na jedyny dobry wybór, jakim jest zapisanie się do szkoły językowej autora. Nie ma bowiem idealnej metody dla wszystkich, bo każdy jest inny i różnimy się od siebie, ale najbliższa ideału jest oczywiście metoda używana w szkole autora. Zresztą złotą receptę na nauczenie się języka zawiera poniższy cytat: „Trenuj zadawanie pytań i prowadzenie rozmowy, resztę nauczysz się w życiu i oczywiście na szkoleniach z rozwoju osobistego, na które także Cię zapraszam”. Nic dodać, nic ująć...
Kupienie „Władcy języków” osobom uczącym się języków obcych raczej nie zaszkodzi. Znajdą tam one kilka ciekawych rzeczy, pod warunkiem, że nie zniechęci ich wspomniany już wyżej styl pisarski autora, stojący na pograniczu showmańskich wspomnień kabareciarza oraz wynurzeń eksperta specjalizującego się w coachingu i warsztatach rozwoju osobistego. Nic się również nie stanie, jeśli uczący się języków nie zakupią książki pana Włocha. Wszakże wielokrotnie na kartach swej książki powtarza on, że wszystko zależy od nas samych i ucząc się zawsze mamy rację. W myśl tego, to, czy nauczymy się języka angielskiego, norweskiego czy suahili także zależy tylko od nas, a nie od jakiejś konkretnej książki. Tak samo tylko od Was samych zależy, czy sięgniecie po tę pozycję. Ale może zamiast ją czytać, warto sięgnąć po listę słówek albo fiszki. Włączyć obcojęzyczne radio. Przeczytać artykuł w obcym języku w Internecie. Mariusz Włoch, jego książka, ani jego szkoła nie zrobią tego za was.
Opętani Czytaniem Michał Surmacz, 2014-03-09