Recenzje
Może (morze) wróci
Wyobraźmy sobie wielką pustynię, a na niej rybackie kutry. Albo port, który oddalony jest od brzegu morza o sto kilometrów, a jeszcze niedawno był największym w Azji Środkowej ośrodkiem produkcji konserw rybnych. Wyobraźmy sobie rzekę, która kiedyś niosła życiodajne wody do wiosek i miasteczek, a dzisiaj jest smutną strugą wody płynącą pośród wyjałowionych krajobrazów. Ta pustynia to dawne Morze Aralskie, o którym jeszcze niedawno nauczano na lekcjach geografii, rzeka to słynna Amu-daria, a port to miasteczko Mujnak, kiedyś ważny port Morza Aralskiego w delcie Amu-darii, duma Republiki Karakałpackiej, dzisiaj zamieszkały przez kilkuset mieszkańców... O tych miejscach pisze Bartek Sabela w swojej reporterskiej, przejmującej książce pt. “Może (morze) wróci” wydanej przez Bezdroża.
Jest to opowieść o podróży w poszukiwaniu resztek Morza Aralskiego zamieniającego się w pustynię, znikającego z map Azji Środkowej. Poruszająca historia o tym jak w ciągu 40 lat ludzie doprowadzili do jednej z największych współczesnych katastrof ekologicznych świata. Wszystko zaczęło się od szaleńczej sowieckiej idei, by „dziewicze ziemie” Uzbekistanu, Turkmenistanu i Kazachstanu przekształcić w gigantyczne pola uprawy bawełny. „Genialny” plan gospodarczy samego Nikity Chruszczowa, rozpoczęty w latach 60. ubiegłego stulecia, zakładał, że wody Amu-darii nawadniać będą pola uprawne. Ciężki sprzęt budowlany wjechał w deltę rzeki, powstało ponad 40 tysięcy, w większości nieszczelnych, kanałów melioracyjnych i wiele innych inwestycji budowlanych, które doprowadziły do zniszczeń przyrody na niewyobrażalną skalę w bardzo krótkim czasie. Rzeka zaczęła szybko wysychać, dodatkowo zanieczyszczono ją nawozami, ściekami, gleby uległy zasoleniu... Poziom wody Morza Aralskiego, zasilanego m.in. przez Amu-darię, zaczął obniżać się o 60 cm rocznie, a jego brzeg odsunął się nawet o 100 km ...
To tak jakby ktoś z wielkiej wanny wyciągnął korek i spuścił wodę – pisze Bartek Sabela. „Statki na piasku. Śruby orzą pustynię, a dzioby łodzi rozbijają słone wydmy. Rdzawe burty płoną w świetle zachodzącego słońca. Sprawiają wrażenie jakby się lekko kołysały na piaskowych falach, zacumowane na wieki w pustynnym porcie.”... Przejmujący widok, tak plastycznie i sugestywnie oddany w książce Bartka Sabeli, działa na wyobraźnię. Ale książka ta jest nie tylko opowieścią o zagładzie przyrody. Dla mnie jest to także książka o ludziach, którzy mieszkają w tym zapomnianym zakątku świata. Karakałpacy, którym los odebrał prawie wszystko. Czy dzisiaj kogoś obchodzi dola półmilionowego narodu mieszkającego gdzieś na peryferiach Uzbekistanu, w autonomicznej Republice Karakałpackiej? Aral to było ich morze... Bartek Sabela w wymowny i piękny sposób potrafi pisać o zapomnianych przez świat Karakałpakach i ich małej ojczyźnie. Przez słowa przebija się szacunek i empatia dla nich. Ujmuje ogromna wrażliwość pisarza, potrzeba opowiedzenia światu o losie ludzi, o których prawie wszyscy już zapomnieli, albo nawet nigdy nie słyszeli. Bardzo życzę autorowi, żeby jego książka została przetłumaczona na inne języki, żeby przeczytali ją mieszkańcy tych krajów, gdzie żyje się w dostatku i wolności. Żeby cały świat dowiedział się o Karakałpakach i zwrócił uwagę na to miejsce świata, dał nadzieję, konkretną pomoc. „Może (morze) wróci” to nie tylko pięknie napisany reportaż literacki, ale także apel do świata, upomnienie się o los Karakałpaków i ich morza...
Jest to opowieść o podróży w poszukiwaniu resztek Morza Aralskiego zamieniającego się w pustynię, znikającego z map Azji Środkowej. Poruszająca historia o tym jak w ciągu 40 lat ludzie doprowadzili do jednej z największych współczesnych katastrof ekologicznych świata. Wszystko zaczęło się od szaleńczej sowieckiej idei, by „dziewicze ziemie” Uzbekistanu, Turkmenistanu i Kazachstanu przekształcić w gigantyczne pola uprawy bawełny. „Genialny” plan gospodarczy samego Nikity Chruszczowa, rozpoczęty w latach 60. ubiegłego stulecia, zakładał, że wody Amu-darii nawadniać będą pola uprawne. Ciężki sprzęt budowlany wjechał w deltę rzeki, powstało ponad 40 tysięcy, w większości nieszczelnych, kanałów melioracyjnych i wiele innych inwestycji budowlanych, które doprowadziły do zniszczeń przyrody na niewyobrażalną skalę w bardzo krótkim czasie. Rzeka zaczęła szybko wysychać, dodatkowo zanieczyszczono ją nawozami, ściekami, gleby uległy zasoleniu... Poziom wody Morza Aralskiego, zasilanego m.in. przez Amu-darię, zaczął obniżać się o 60 cm rocznie, a jego brzeg odsunął się nawet o 100 km ...
To tak jakby ktoś z wielkiej wanny wyciągnął korek i spuścił wodę – pisze Bartek Sabela. „Statki na piasku. Śruby orzą pustynię, a dzioby łodzi rozbijają słone wydmy. Rdzawe burty płoną w świetle zachodzącego słońca. Sprawiają wrażenie jakby się lekko kołysały na piaskowych falach, zacumowane na wieki w pustynnym porcie.”... Przejmujący widok, tak plastycznie i sugestywnie oddany w książce Bartka Sabeli, działa na wyobraźnię. Ale książka ta jest nie tylko opowieścią o zagładzie przyrody. Dla mnie jest to także książka o ludziach, którzy mieszkają w tym zapomnianym zakątku świata. Karakałpacy, którym los odebrał prawie wszystko. Czy dzisiaj kogoś obchodzi dola półmilionowego narodu mieszkającego gdzieś na peryferiach Uzbekistanu, w autonomicznej Republice Karakałpackiej? Aral to było ich morze... Bartek Sabela w wymowny i piękny sposób potrafi pisać o zapomnianych przez świat Karakałpakach i ich małej ojczyźnie. Przez słowa przebija się szacunek i empatia dla nich. Ujmuje ogromna wrażliwość pisarza, potrzeba opowiedzenia światu o losie ludzi, o których prawie wszyscy już zapomnieli, albo nawet nigdy nie słyszeli. Bardzo życzę autorowi, żeby jego książka została przetłumaczona na inne języki, żeby przeczytali ją mieszkańcy tych krajów, gdzie żyje się w dostatku i wolności. Żeby cały świat dowiedział się o Karakałpakach i zwrócił uwagę na to miejsce świata, dał nadzieję, konkretną pomoc. „Może (morze) wróci” to nie tylko pięknie napisany reportaż literacki, ale także apel do świata, upomnienie się o los Karakałpaków i ich morza...
atitlan.pl Dominika Zaręba, 2014-03-06
Władca Języków, czyli prawie wszystko o tym, jak zostać poliglotą
Pan Włoch – idealne nazwisko dla trenera języków obcych – jest człowiekiem sukcesu. Z dumą firmuje swoją szkołę językową własnym nazwiskiem, tworzy podręczniki metody bezpośredniej, którą promuje w swym przybytku edukacji i wabi czytelników szumnym tytułem napisanej przez siebie książki. Niestety niektórzy zawiodą się na dziele samozwańczego „władcy języków” i nie znajdą tam tego, czego szukali, kupując tę książkę. „Genialnym pomysłom” z okładki daleko nie tylko do genialności, ale i do oryginalności. Wskazówki metodyczne są bardzo skąpe. Fakt ten nie powinien jednak zaskakiwać, biorąc pod uwagę to, że książka stanowi element autopromocji autora i jego szkoły. Logiczne zatem, że wszystkich tajników nauczania nie można w niej zdradzić, by odpowiednia dawka tajemniczości przyciągała nową klientelę.
Powszechnie wiadomo, że różnicowanie bodźców podczas nauki przynosi dobre efekty, a stosowanie ciągle jednej metody po jakimś czasie staje się monotonne i po prostu nudne zarówno dla nauczyciela jak i dla ucznia. Pod tym względem, a także pod wieloma innymi, Mariusz Włoch Ameryki nie odkrył. Największa innowacyjność i nowatorstwo w jego podejściu polega na wykorzystaniu metod programowania neurolingwistycznego (NLP), technik rozwoju osobistego, coachingu i użyciu kilku innych modnych słów, takich jak kognitywistyka. Jak na książkę o języku, mało tam „języka w języku”, parafrazując kwestię ze znanego filmu z czasów słusznie minionych. Zamiast tego mamy duże ego autora, dużą erudycję autora, duże poczucie humoru autora, itp. Podsumowując, mamy tam dużo autora - to książka o autorze właśnie i o jego przygodach z nauczaniem. Część o „niekonwencjonalnych narzędziach językowych” można streścić w kilku punktach: mapy myśli, fiszki, kolory, uczenie się na głos. Mowa tam też o śpiewaniu i żartach Karola Strasburgera...
Autor dzieli się z czytelnikami swoim doświadczeniem w prowadzeniu zajęć w różnych językach. Zdradza nam również kilka trików, które podłapał na kursach NLP. Książka wprost kipi od cudownych porad. Punkt ciężkości położony został na kwestie takie, jak przełamywanie bariery językowej, walka ze stresem i rola nauczyciela w procesie uczenia. Elementy NLP łączą się z Cialdinim, pojawia się również Joe Vitale – znany amerykański mentor i hipnotyzer wraz ze swym nastawieniem: „dowiedz się, czego chcesz i zacznij działać”.
Nie każdy ma obowiązek podzielać spojrzenie autora na nauczanie języków obcych. Istnieją przecież liczne metody różniące się od tej preferowanej przez niego. „Władca języków” zawiera wiele ciekawych spostrzeżeń, ale nie są one bynajmniej odkrywcze. To, że ludzie są mistrzami wymówek, wiadomo nie od dziś. Że do udanej nauki potrzeba motywacji i samodyscypliny, również nie jest nowością. Podobnie to, że najważniejsza jest komunikacja, której nie są w stanie nauczyć nas programy komputerowe ani kursy na płytach, bo potrzebna jest interakcja z drugim człowiekiem.
Dodatkowo sposób pisania autora należy do tych rzeczy, które albo się kocha albo nienawidzi. Dla niektórych będzie świetny, iskrzący humorem, inteligentny. Dla innych po prostu irytujący, pełen tanich dowcipów (zwłaszcza tych związanych z regularnym stolcem) i przemądrzały. Do tego odrobinę dezorientująca może być maniera pisania rozdziałów, skierowanych naprzemiennie do czytelnika i czytelniczki. Autor zdecydował się bowiem część rozdziałów pisać do mężczyzny a część do kobiety. Nie wiadomo, czy to kwestia braku zdecydowania, daleko posuniętej poprawności politycznej, podpowiedzianej przez doradców od PR-u, czy może zwykłe rozdwojenie jaźni.
Napisanie własnej książki to również znakomita okazja na utyskiwanie na publiczne szkolnictwo. Oczywiście nie dla samego ulżenia sobie i powspominania traumatycznych przeżyć okresu dojrzewania. Psioczenie na ograniczony, nieelastyczny i niedostosowany do geniuszu autora system edukacji państwowej, prywatne ale anonimowe pseudo-szkoły językowe oraz tanich niekompetentnych studentów udzielających korepetycji w bezpośredni sposób naprowadza czytelnika na jedyny dobry wybór, jakim jest zapisanie się do szkoły językowej autora. Nie ma bowiem idealnej metody dla wszystkich, bo każdy jest inny i różnimy się od siebie, ale najbliższa ideału jest oczywiście metoda używana w szkole autora. Zresztą złotą receptę na nauczenie się języka zawiera poniższy cytat: „Trenuj zadawanie pytań i prowadzenie rozmowy, resztę nauczysz się w życiu i oczywiście na szkoleniach z rozwoju osobistego, na które także Cię zapraszam”. Nic dodać, nic ująć...
Kupienie „Władcy języków” osobom uczącym się języków obcych raczej nie zaszkodzi. Znajdą tam one kilka ciekawych rzeczy, pod warunkiem, że nie zniechęci ich wspomniany już wyżej styl pisarski autora, stojący na pograniczu showmańskich wspomnień kabareciarza oraz wynurzeń eksperta specjalizującego się w coachingu i warsztatach rozwoju osobistego. Nic się również nie stanie, jeśli uczący się języków nie zakupią książki pana Włocha. Wszakże wielokrotnie na kartach swej książki powtarza on, że wszystko zależy od nas samych i ucząc się zawsze mamy rację. W myśl tego, to, czy nauczymy się języka angielskiego, norweskiego czy suahili także zależy tylko od nas, a nie od jakiejś konkretnej książki. Tak samo tylko od Was samych zależy, czy sięgniecie po tę pozycję. Ale może zamiast ją czytać, warto sięgnąć po listę słówek albo fiszki. Włączyć obcojęzyczne radio. Przeczytać artykuł w obcym języku w Internecie. Mariusz Włoch, jego książka, ani jego szkoła nie zrobią tego za was.
Powszechnie wiadomo, że różnicowanie bodźców podczas nauki przynosi dobre efekty, a stosowanie ciągle jednej metody po jakimś czasie staje się monotonne i po prostu nudne zarówno dla nauczyciela jak i dla ucznia. Pod tym względem, a także pod wieloma innymi, Mariusz Włoch Ameryki nie odkrył. Największa innowacyjność i nowatorstwo w jego podejściu polega na wykorzystaniu metod programowania neurolingwistycznego (NLP), technik rozwoju osobistego, coachingu i użyciu kilku innych modnych słów, takich jak kognitywistyka. Jak na książkę o języku, mało tam „języka w języku”, parafrazując kwestię ze znanego filmu z czasów słusznie minionych. Zamiast tego mamy duże ego autora, dużą erudycję autora, duże poczucie humoru autora, itp. Podsumowując, mamy tam dużo autora - to książka o autorze właśnie i o jego przygodach z nauczaniem. Część o „niekonwencjonalnych narzędziach językowych” można streścić w kilku punktach: mapy myśli, fiszki, kolory, uczenie się na głos. Mowa tam też o śpiewaniu i żartach Karola Strasburgera...
Autor dzieli się z czytelnikami swoim doświadczeniem w prowadzeniu zajęć w różnych językach. Zdradza nam również kilka trików, które podłapał na kursach NLP. Książka wprost kipi od cudownych porad. Punkt ciężkości położony został na kwestie takie, jak przełamywanie bariery językowej, walka ze stresem i rola nauczyciela w procesie uczenia. Elementy NLP łączą się z Cialdinim, pojawia się również Joe Vitale – znany amerykański mentor i hipnotyzer wraz ze swym nastawieniem: „dowiedz się, czego chcesz i zacznij działać”.
Nie każdy ma obowiązek podzielać spojrzenie autora na nauczanie języków obcych. Istnieją przecież liczne metody różniące się od tej preferowanej przez niego. „Władca języków” zawiera wiele ciekawych spostrzeżeń, ale nie są one bynajmniej odkrywcze. To, że ludzie są mistrzami wymówek, wiadomo nie od dziś. Że do udanej nauki potrzeba motywacji i samodyscypliny, również nie jest nowością. Podobnie to, że najważniejsza jest komunikacja, której nie są w stanie nauczyć nas programy komputerowe ani kursy na płytach, bo potrzebna jest interakcja z drugim człowiekiem.
Dodatkowo sposób pisania autora należy do tych rzeczy, które albo się kocha albo nienawidzi. Dla niektórych będzie świetny, iskrzący humorem, inteligentny. Dla innych po prostu irytujący, pełen tanich dowcipów (zwłaszcza tych związanych z regularnym stolcem) i przemądrzały. Do tego odrobinę dezorientująca może być maniera pisania rozdziałów, skierowanych naprzemiennie do czytelnika i czytelniczki. Autor zdecydował się bowiem część rozdziałów pisać do mężczyzny a część do kobiety. Nie wiadomo, czy to kwestia braku zdecydowania, daleko posuniętej poprawności politycznej, podpowiedzianej przez doradców od PR-u, czy może zwykłe rozdwojenie jaźni.
Napisanie własnej książki to również znakomita okazja na utyskiwanie na publiczne szkolnictwo. Oczywiście nie dla samego ulżenia sobie i powspominania traumatycznych przeżyć okresu dojrzewania. Psioczenie na ograniczony, nieelastyczny i niedostosowany do geniuszu autora system edukacji państwowej, prywatne ale anonimowe pseudo-szkoły językowe oraz tanich niekompetentnych studentów udzielających korepetycji w bezpośredni sposób naprowadza czytelnika na jedyny dobry wybór, jakim jest zapisanie się do szkoły językowej autora. Nie ma bowiem idealnej metody dla wszystkich, bo każdy jest inny i różnimy się od siebie, ale najbliższa ideału jest oczywiście metoda używana w szkole autora. Zresztą złotą receptę na nauczenie się języka zawiera poniższy cytat: „Trenuj zadawanie pytań i prowadzenie rozmowy, resztę nauczysz się w życiu i oczywiście na szkoleniach z rozwoju osobistego, na które także Cię zapraszam”. Nic dodać, nic ująć...
Kupienie „Władcy języków” osobom uczącym się języków obcych raczej nie zaszkodzi. Znajdą tam one kilka ciekawych rzeczy, pod warunkiem, że nie zniechęci ich wspomniany już wyżej styl pisarski autora, stojący na pograniczu showmańskich wspomnień kabareciarza oraz wynurzeń eksperta specjalizującego się w coachingu i warsztatach rozwoju osobistego. Nic się również nie stanie, jeśli uczący się języków nie zakupią książki pana Włocha. Wszakże wielokrotnie na kartach swej książki powtarza on, że wszystko zależy od nas samych i ucząc się zawsze mamy rację. W myśl tego, to, czy nauczymy się języka angielskiego, norweskiego czy suahili także zależy tylko od nas, a nie od jakiejś konkretnej książki. Tak samo tylko od Was samych zależy, czy sięgniecie po tę pozycję. Ale może zamiast ją czytać, warto sięgnąć po listę słówek albo fiszki. Włączyć obcojęzyczne radio. Przeczytać artykuł w obcym języku w Internecie. Mariusz Włoch, jego książka, ani jego szkoła nie zrobią tego za was.
Opętani Czytaniem Michał Surmacz, 2014-03-09
Mapy myśli w biznesie. Jak twórczo i efektywnie osiągać cele przy pomocy mind mappingu
W dzisiejszych czasach mapy myśli stały się dość powszechnie używanym pojęciem, zagadnieniem. Jednak jak powinno się je robić? Z tym zagadnieniem już jest gorzej. Słyszymy o tej technice czy w radiu czy na różnorakich kursach jednak jak możemy wprowadzić ją w nasze życie? Zastosować ją w nim?
Odpowiedzi i podpowiedzi dotyczące różnych zagadnień powiązanych z mapami myśli można znaleźć chociażby w książce Katarzyny Żbikowskiej „Mapy myśli w biznesie”. Choć tytuł odnosi się do pewnego określonego działu – to znaczy biznesu – to jednak zawarte w niej informacje wykorzystać można również w naszym codziennym życiu (chociażby podczas nauki czy robienia jakiś notatek).
Sama książka a właściwie przede wszystkim jej format skojarzył mi się z książką dla dzieci. Kiedyś, jak byłam młodsza, właśnie o takim formacie książki czytałam, no może przeglądałam bo czytanie to za dużo powiedziane. Nie jest to jednak żadną ujmą dla książki, tak mi się po prostu skojarzył jej wygląd.
Pozycja wydaje się przyjemna dla oka, do tego kolorowa i z licznymi Rysunkami, co w tej pozycji jest sporym plusem. W końcu najlepiej zaprezentować jak może wyglądać mapa myśli ukazując jakąś przykładową a nie tylko o nich pisać. Publikacja naprawdę fajnie wygląda, może się od strony graficznej podobać.
Znaleźć w tej pozycji można między innymi kilka informacji o mózgu a także wspomniano o Tony’m Buzanie (twórcy koncepcji map myśli). Innymi swego rodzaju wiadomościami dodatkowymi są: wspomnienie metody 6W, która może pomóc w identyfikowaniu jakiegoś problemu a także o pięciu krokach procesu rozwiązywania problemów. Zawarto tu informacje nie tylko jak robić/tworzyć mapy myśli ale również przedstawiono chociażby zalety tej techniki. Ukazano, że istnieje możliwość stworzenia takiej mapy w formie odręcznej ale również i elektronicznej (jak zostało to wskazane istnieją specjalne aplikacje do tego celu).
Prezentowana problematyka jest w sposób czytelny i zrozumiały. Może jednak zastanawiać użycie cioci wiki (potoczne określenie Wikipedii) jako źródła wiedzy i zaprezentowanie jej w przypisie dolnym i to nie tylko w jednym miejscu. Niestety nie daje to pozytywnego wrażenia, choć dość powszechnie się jej używa, to jednak jako źródło informacji nie jest ona raczej mile widziana. Nawet w pracach na ocenę w średniej szkole mówi się, że Wikipedia nie jest wiarygodnym źródłem. Co w takiej książce może budzić małe wątpliwości. Jednak jej całkowicie nie przekreśla, w końcu nie wszystko jest tu zaczerpnięte z tego źródła. Większa część materiału to w końcu uwagi, przemyślenia etc. autorki. Znajdują się tu również małe błędy w druku, trochę zatrzymują w czytaniu, ale treść nadal pozostaje zrozumiała dla odbiorcy.
Jeśli ktoś dopiero chce się dowiedzieć na czym polega tworzenie map myśli jest to pozycja, która może taką osobę zainteresować. Gdy jednak to technika, którą już dobrze ktoś zna i od dawna stosuje to nie koniecznie może ona satysfakcjonować takiego czytelnika. Wówczas można ją przeczytać dla porównania swojego sposobu ich tworzenia z tym co podaje autorka. Może się wówczas przydać właśnie do różnych porównań i ewentualnego wprowadzenia zmian, ale nie musi. Warto wówczas chociaż zajrzeć do środka i postanowić czy ktoś decyduje się na zakup jej czy nie.
Przed lekturą „Map myśli w biznesie” znałam ogólnie poruszane tu tytułowe zagadnienie, jednak było to zbyt mało by spróbować zastosować tę technikę w swoim życiu. Wydawała mi się ona zbyt odległa i nie mogłam sobie jej dobrze wyobrazić. Przeczytanie tej książki spowodowało jednak, że prawdopodobnie spróbuję zacząć ją stosować. Już mam pierwsze kroki w tym kierunku za sobą.
Pozdrawiam :>
Odpowiedzi i podpowiedzi dotyczące różnych zagadnień powiązanych z mapami myśli można znaleźć chociażby w książce Katarzyny Żbikowskiej „Mapy myśli w biznesie”. Choć tytuł odnosi się do pewnego określonego działu – to znaczy biznesu – to jednak zawarte w niej informacje wykorzystać można również w naszym codziennym życiu (chociażby podczas nauki czy robienia jakiś notatek).
Sama książka a właściwie przede wszystkim jej format skojarzył mi się z książką dla dzieci. Kiedyś, jak byłam młodsza, właśnie o takim formacie książki czytałam, no może przeglądałam bo czytanie to za dużo powiedziane. Nie jest to jednak żadną ujmą dla książki, tak mi się po prostu skojarzył jej wygląd.
Pozycja wydaje się przyjemna dla oka, do tego kolorowa i z licznymi Rysunkami, co w tej pozycji jest sporym plusem. W końcu najlepiej zaprezentować jak może wyglądać mapa myśli ukazując jakąś przykładową a nie tylko o nich pisać. Publikacja naprawdę fajnie wygląda, może się od strony graficznej podobać.
Znaleźć w tej pozycji można między innymi kilka informacji o mózgu a także wspomniano o Tony’m Buzanie (twórcy koncepcji map myśli). Innymi swego rodzaju wiadomościami dodatkowymi są: wspomnienie metody 6W, która może pomóc w identyfikowaniu jakiegoś problemu a także o pięciu krokach procesu rozwiązywania problemów. Zawarto tu informacje nie tylko jak robić/tworzyć mapy myśli ale również przedstawiono chociażby zalety tej techniki. Ukazano, że istnieje możliwość stworzenia takiej mapy w formie odręcznej ale również i elektronicznej (jak zostało to wskazane istnieją specjalne aplikacje do tego celu).
Prezentowana problematyka jest w sposób czytelny i zrozumiały. Może jednak zastanawiać użycie cioci wiki (potoczne określenie Wikipedii) jako źródła wiedzy i zaprezentowanie jej w przypisie dolnym i to nie tylko w jednym miejscu. Niestety nie daje to pozytywnego wrażenia, choć dość powszechnie się jej używa, to jednak jako źródło informacji nie jest ona raczej mile widziana. Nawet w pracach na ocenę w średniej szkole mówi się, że Wikipedia nie jest wiarygodnym źródłem. Co w takiej książce może budzić małe wątpliwości. Jednak jej całkowicie nie przekreśla, w końcu nie wszystko jest tu zaczerpnięte z tego źródła. Większa część materiału to w końcu uwagi, przemyślenia etc. autorki. Znajdują się tu również małe błędy w druku, trochę zatrzymują w czytaniu, ale treść nadal pozostaje zrozumiała dla odbiorcy.
Jeśli ktoś dopiero chce się dowiedzieć na czym polega tworzenie map myśli jest to pozycja, która może taką osobę zainteresować. Gdy jednak to technika, którą już dobrze ktoś zna i od dawna stosuje to nie koniecznie może ona satysfakcjonować takiego czytelnika. Wówczas można ją przeczytać dla porównania swojego sposobu ich tworzenia z tym co podaje autorka. Może się wówczas przydać właśnie do różnych porównań i ewentualnego wprowadzenia zmian, ale nie musi. Warto wówczas chociaż zajrzeć do środka i postanowić czy ktoś decyduje się na zakup jej czy nie.
Przed lekturą „Map myśli w biznesie” znałam ogólnie poruszane tu tytułowe zagadnienie, jednak było to zbyt mało by spróbować zastosować tę technikę w swoim życiu. Wydawała mi się ona zbyt odległa i nie mogłam sobie jej dobrze wyobrazić. Przeczytanie tej książki spowodowało jednak, że prawdopodobnie spróbuję zacząć ją stosować. Już mam pierwsze kroki w tym kierunku za sobą.
Pozdrawiam :>
swiatairi.blogspot.com 2014-03-09
Mapy myśli w biznesie. Jak twórczo i efektywnie osiągać cele za pomocą mind mappingu
W dzisiejszych czasach mapy myśli stały się dość powszechnie używanym pojęciem, zagadnieniem. Jednak jak powinno się je robić? Z tym zagadnieniem już jest gorzej. Słyszymy o tej technice czy w radiu czy na różnorakich kursach jednak jak możemy wprowadzić ją w nasze życie? Zastosować ją w nim?
Odpowiedzi i podpowiedzi dotyczące różnych zagadnień powiązanych z mapami myśli można znaleźć chociażby w książce Katarzyny Żbikowskiej „Mapy myśli w biznesie”. Choć tytuł odnosi się do pewnego określonego działu – to znaczy biznesu – to jednak zawarte w niej informacje wykorzystać można również w naszym codziennym życiu (chociażby podczas nauki czy robienia jakiś notatek).
Sama książka a właściwie przede wszystkim jej format skojarzył mi się z książką dla dzieci. Kiedyś, jak byłam młodsza, właśnie o takim formacie książki czytałam, no może przeglądałam bo czytanie to za dużo powiedziane. Nie jest to jednak żadną ujmą dla książki, tak mi się po prostu skojarzył jej wygląd.
Pozycja wydaje się przyjemna dla oka, do tego kolorowa i z licznymi Rysunkami, co w tej pozycji jest sporym plusem. W końcu najlepiej zaprezentować jak może wyglądać mapa myśli ukazując jakąś przykładową a nie tylko o nich pisać. Publikacja naprawdę fajnie wygląda, może się od strony graficznej podobać.
Znaleźć w tej pozycji można między innymi kilka informacji o mózgu a także wspomniano o Tony’m Buzanie (twórcy koncepcji map myśli). Innymi swego rodzaju wiadomościami dodatkowymi są: wspomnienie metody 6W, która może pomóc w identyfikowaniu jakiegoś problemu a także o pięciu krokach procesu rozwiązywania problemów. Zawarto tu informacje nie tylko jak robić/tworzyć mapy myśli ale również przedstawiono chociażby zalety tej techniki. Ukazano, że istnieje możliwość stworzenia takiej mapy w formie odręcznej ale również i elektronicznej (jak zostało to wskazane istnieją specjalne aplikacje do tego celu).
Prezentowana problematyka jest w sposób czytelny i zrozumiały. Może jednak zastanawiać użycie cioci wiki (potoczne określenie Wikipedii) jako źródła wiedzy i zaprezentowanie jej w przypisie dolnym i to nie tylko w jednym miejscu. Niestety nie daje to pozytywnego wrażenia, choć dość powszechnie się jej używa, to jednak jako źródło informacji nie jest ona raczej mile widziana. Nawet w pracach na ocenę w średniej szkole mówi się, że Wikipedia nie jest wiarygodnym źródłem. Co w takiej książce może budzić małe wątpliwości. Jednak jej całkowicie nie przekreśla, w końcu nie wszystko jest tu zaczerpnięte z tego źródła. Większa część materiału to w końcu uwagi, przemyślenia etc. autorki. Znajdują się tu również małe błędy w druku, trochę zatrzymują w czytaniu, ale treść nadal pozostaje zrozumiała dla odbiorcy.
Jeśli ktoś dopiero chce się dowiedzieć na czym polega tworzenie map myśli jest to pozycja, która może taką osobę zainteresować. Gdy jednak to technika, którą już dobrze ktoś zna i od dawna stosuje to nie koniecznie może ona satysfakcjonować takiego czytelnika. Wówczas można ją przeczytać dla porównania swojego sposobu ich tworzenia z tym co podaje autorka. Może się wówczas przydać właśnie do różnych porównań i ewentualnego wprowadzenia zmian, ale nie musi. Warto wówczas chociaż zajrzeć do środka i postanowić czy ktoś decyduje się na zakup jej czy nie.
Przed lekturą „Map myśli w biznesie” znałam ogólnie poruszane tu tytułowe zagadnienie, jednak było to zbyt mało by spróbować zastosować tę technikę w swoim życiu. Wydawała mi się ona zbyt odległa i nie mogłam sobie jej dobrze wyobrazić. Przeczytanie tej książki spowodowało jednak, że prawdopodobnie spróbuję zacząć ją stosować. Już mam pierwsze kroki w tym kierunku za sobą.
Pozdrawiam :>
Odpowiedzi i podpowiedzi dotyczące różnych zagadnień powiązanych z mapami myśli można znaleźć chociażby w książce Katarzyny Żbikowskiej „Mapy myśli w biznesie”. Choć tytuł odnosi się do pewnego określonego działu – to znaczy biznesu – to jednak zawarte w niej informacje wykorzystać można również w naszym codziennym życiu (chociażby podczas nauki czy robienia jakiś notatek).
Sama książka a właściwie przede wszystkim jej format skojarzył mi się z książką dla dzieci. Kiedyś, jak byłam młodsza, właśnie o takim formacie książki czytałam, no może przeglądałam bo czytanie to za dużo powiedziane. Nie jest to jednak żadną ujmą dla książki, tak mi się po prostu skojarzył jej wygląd.
Pozycja wydaje się przyjemna dla oka, do tego kolorowa i z licznymi Rysunkami, co w tej pozycji jest sporym plusem. W końcu najlepiej zaprezentować jak może wyglądać mapa myśli ukazując jakąś przykładową a nie tylko o nich pisać. Publikacja naprawdę fajnie wygląda, może się od strony graficznej podobać.
Znaleźć w tej pozycji można między innymi kilka informacji o mózgu a także wspomniano o Tony’m Buzanie (twórcy koncepcji map myśli). Innymi swego rodzaju wiadomościami dodatkowymi są: wspomnienie metody 6W, która może pomóc w identyfikowaniu jakiegoś problemu a także o pięciu krokach procesu rozwiązywania problemów. Zawarto tu informacje nie tylko jak robić/tworzyć mapy myśli ale również przedstawiono chociażby zalety tej techniki. Ukazano, że istnieje możliwość stworzenia takiej mapy w formie odręcznej ale również i elektronicznej (jak zostało to wskazane istnieją specjalne aplikacje do tego celu).
Prezentowana problematyka jest w sposób czytelny i zrozumiały. Może jednak zastanawiać użycie cioci wiki (potoczne określenie Wikipedii) jako źródła wiedzy i zaprezentowanie jej w przypisie dolnym i to nie tylko w jednym miejscu. Niestety nie daje to pozytywnego wrażenia, choć dość powszechnie się jej używa, to jednak jako źródło informacji nie jest ona raczej mile widziana. Nawet w pracach na ocenę w średniej szkole mówi się, że Wikipedia nie jest wiarygodnym źródłem. Co w takiej książce może budzić małe wątpliwości. Jednak jej całkowicie nie przekreśla, w końcu nie wszystko jest tu zaczerpnięte z tego źródła. Większa część materiału to w końcu uwagi, przemyślenia etc. autorki. Znajdują się tu również małe błędy w druku, trochę zatrzymują w czytaniu, ale treść nadal pozostaje zrozumiała dla odbiorcy.
Jeśli ktoś dopiero chce się dowiedzieć na czym polega tworzenie map myśli jest to pozycja, która może taką osobę zainteresować. Gdy jednak to technika, którą już dobrze ktoś zna i od dawna stosuje to nie koniecznie może ona satysfakcjonować takiego czytelnika. Wówczas można ją przeczytać dla porównania swojego sposobu ich tworzenia z tym co podaje autorka. Może się wówczas przydać właśnie do różnych porównań i ewentualnego wprowadzenia zmian, ale nie musi. Warto wówczas chociaż zajrzeć do środka i postanowić czy ktoś decyduje się na zakup jej czy nie.
Przed lekturą „Map myśli w biznesie” znałam ogólnie poruszane tu tytułowe zagadnienie, jednak było to zbyt mało by spróbować zastosować tę technikę w swoim życiu. Wydawała mi się ona zbyt odległa i nie mogłam sobie jej dobrze wyobrazić. Przeczytanie tej książki spowodowało jednak, że prawdopodobnie spróbuję zacząć ją stosować. Już mam pierwsze kroki w tym kierunku za sobą.
Pozdrawiam :>
swiatairi.blogspot.com 2014-03-09
Medytacja w życiu codziennym
„Medytacja w życiu codziennym” to pozycja, która nie tylko zawiera wiadomości dotyczących tytułowej medytacji ale również zawiera wiele informacji dotyczących sufizmu (to pojęcie na okładce się nie pojawia).
Główną tematyką staje się w tej pozycji „sufizm uniwersalny”. A przynajmniej takie jest moje odczucie. Głównym zagadnieniem sufizm a dopiero do tego zawarta w głównym tytule (umieszczonym na okładce) medytacja.
Zacznijmy może jednak od wyglądu książki. Formatem przypomina zeszyt A5, jest jednak od przeciętnego zeszytu na przykład grubsza. Zawiera około 140 stron tekstu. Oprawa miękka, ale wydaje się dość trwała. Do tego przednia część okładki jest ładna (przynajmniej ja mam takie wrażenie), przyjemna dla oka. Za projekt okładki odpowiedzialny jest tu Jan Paluch. Spodobała mi się ona więc sądzę, że warto wyróżnić tę postać, chociażby przez podanie jej imienia i nazwiska. Mam jedynie obawy czy po kilkakrotnym nazwijmy to ‘używaniu’ książki niektóre kartki nie oddzielą się od całości, szczególnie te pierwsze (dotyczy sposobu łączenia stron).
Zdziwić może początkowo sposób numeracji stron raz numer zostaje podany na dole raz u góry. Jednak po chwili lektury można zrozumieć zastosowany tu system. Niektóre treści w początkowej części książki zostały „wyróżnione” poprzez zastosowanie szarej czcionki. Wydaje się, że to nie był zbyt trafny pomysł gdyż nie jest ona jedną z lepiej widocznych. Może też dlatego tak mało razy została zastosowana (chyba z dwa razy). Odnaleźć można w tejże publikacji liczne przytoczenia poglądów, wypowiedzi (chociażby pisemnych) różnych osób. Co z jednej strony może być plusem, poglądy autora poparte również poglądami i zapiskami innych postaci, z drugiej strony zaś może wydawać się po prostu swego rodzaju sklejką innych dzieł czy myśli innych ludzi.
„Medytacja w życiu codziennym” została zadedykowana doktorowi H.J. Witteveenowi, kilka słów o tej postaci znajdziemy na stronicach tejże pozycji między innymi w jednym z przypisów dolnych. Sam Wstęp również jest autorstwa tejże osoby. Odnajdziemy tu również kilka informacji o samym autorze (dla przypomnienia, jest nim Maciej Wielobób) a także dotyczących postaci i ‘nauk’ ważnej tu osoby: Hazrat Inayat Khan. Jego nazwisko przewija się w różnych miejscach tejże książki.
Publikacja składa się z czterech części zatytułowanych: Teoria, Praktyka i jej odcienie, Ćwiczenia praktyczne, Teksty. Ich zarys został również przedstawiony w Słowie wstępnym od autora. Na końcu zaś znajdziemy Polecane lektury, jak również kilka kartek na Notatki. Podczas czytania znajdziemy tu chociażby próbę wytłumaczenie pojęcia medytacja czy odnaleźć informacje o problemach w sformułowaniu definicji sufizmu.
Podczas lektury tejże pozycji miałam różne odczucia. Raz mi się bardzo podobała i z chęcią dowiadywałam się nowych informacji o sufich i sufizmie, by w innych momentach niektóre treści po prostu do mnie nie trafiały czy trochę nudziły. Mojego taty zaś reakcja była (często czytam na głoś więc czasami rodzina staje się chcąc nie chcąc słuchaczami) taka, że „znowu czytam jakieś głupoty”. Moim zdaniem nie są to jednak głupoty i wiele ciekawych informacji można tu „wyłowić”. Choć odbiór pozycji oczywiście może być różny. Miałam podczas lektury nieraz jakieś wewnętrzne ‘ale’, ogólnie zaś pozycja mi się podobała i przyjemnie mi się ją czytało. No może czasami przy jakimś nazwisku czy pojęciu chwilę się zatrzymałam by w miarę poprawnie coś wymówić (o ile jest to możliwe jak ktoś styka się z mało znanym dla siebie językiem ;)). Fajnym pomysłem było dodanie przykładowych sekwencji ćwiczeń do pracy nad ciałem. Bardzo też mi się spodobał symbol sufich. Miałam wrażenie, że pierwszy obrazek (pierwsze sposób przedstawienie tego symbolu) gdzieś już widziałam, choć nie mogę sobie przypomnieć gdzie to mogło być.
Reasumując „Medytacja w życiu codziennym” może być ciekawą lekturą. Jednak jeśli kogoś nie interesuje sufizm to najpierw niech sobie przekartkuję tę pozycję bo może mu nie przypaść do gustu.
Życzę przyjemnej lektury.
Główną tematyką staje się w tej pozycji „sufizm uniwersalny”. A przynajmniej takie jest moje odczucie. Głównym zagadnieniem sufizm a dopiero do tego zawarta w głównym tytule (umieszczonym na okładce) medytacja.
Zacznijmy może jednak od wyglądu książki. Formatem przypomina zeszyt A5, jest jednak od przeciętnego zeszytu na przykład grubsza. Zawiera około 140 stron tekstu. Oprawa miękka, ale wydaje się dość trwała. Do tego przednia część okładki jest ładna (przynajmniej ja mam takie wrażenie), przyjemna dla oka. Za projekt okładki odpowiedzialny jest tu Jan Paluch. Spodobała mi się ona więc sądzę, że warto wyróżnić tę postać, chociażby przez podanie jej imienia i nazwiska. Mam jedynie obawy czy po kilkakrotnym nazwijmy to ‘używaniu’ książki niektóre kartki nie oddzielą się od całości, szczególnie te pierwsze (dotyczy sposobu łączenia stron).
Zdziwić może początkowo sposób numeracji stron raz numer zostaje podany na dole raz u góry. Jednak po chwili lektury można zrozumieć zastosowany tu system. Niektóre treści w początkowej części książki zostały „wyróżnione” poprzez zastosowanie szarej czcionki. Wydaje się, że to nie był zbyt trafny pomysł gdyż nie jest ona jedną z lepiej widocznych. Może też dlatego tak mało razy została zastosowana (chyba z dwa razy). Odnaleźć można w tejże publikacji liczne przytoczenia poglądów, wypowiedzi (chociażby pisemnych) różnych osób. Co z jednej strony może być plusem, poglądy autora poparte również poglądami i zapiskami innych postaci, z drugiej strony zaś może wydawać się po prostu swego rodzaju sklejką innych dzieł czy myśli innych ludzi.
„Medytacja w życiu codziennym” została zadedykowana doktorowi H.J. Witteveenowi, kilka słów o tej postaci znajdziemy na stronicach tejże pozycji między innymi w jednym z przypisów dolnych. Sam Wstęp również jest autorstwa tejże osoby. Odnajdziemy tu również kilka informacji o samym autorze (dla przypomnienia, jest nim Maciej Wielobób) a także dotyczących postaci i ‘nauk’ ważnej tu osoby: Hazrat Inayat Khan. Jego nazwisko przewija się w różnych miejscach tejże książki.
Publikacja składa się z czterech części zatytułowanych: Teoria, Praktyka i jej odcienie, Ćwiczenia praktyczne, Teksty. Ich zarys został również przedstawiony w Słowie wstępnym od autora. Na końcu zaś znajdziemy Polecane lektury, jak również kilka kartek na Notatki. Podczas czytania znajdziemy tu chociażby próbę wytłumaczenie pojęcia medytacja czy odnaleźć informacje o problemach w sformułowaniu definicji sufizmu.
Podczas lektury tejże pozycji miałam różne odczucia. Raz mi się bardzo podobała i z chęcią dowiadywałam się nowych informacji o sufich i sufizmie, by w innych momentach niektóre treści po prostu do mnie nie trafiały czy trochę nudziły. Mojego taty zaś reakcja była (często czytam na głoś więc czasami rodzina staje się chcąc nie chcąc słuchaczami) taka, że „znowu czytam jakieś głupoty”. Moim zdaniem nie są to jednak głupoty i wiele ciekawych informacji można tu „wyłowić”. Choć odbiór pozycji oczywiście może być różny. Miałam podczas lektury nieraz jakieś wewnętrzne ‘ale’, ogólnie zaś pozycja mi się podobała i przyjemnie mi się ją czytało. No może czasami przy jakimś nazwisku czy pojęciu chwilę się zatrzymałam by w miarę poprawnie coś wymówić (o ile jest to możliwe jak ktoś styka się z mało znanym dla siebie językiem ;)). Fajnym pomysłem było dodanie przykładowych sekwencji ćwiczeń do pracy nad ciałem. Bardzo też mi się spodobał symbol sufich. Miałam wrażenie, że pierwszy obrazek (pierwsze sposób przedstawienie tego symbolu) gdzieś już widziałam, choć nie mogę sobie przypomnieć gdzie to mogło być.
Reasumując „Medytacja w życiu codziennym” może być ciekawą lekturą. Jednak jeśli kogoś nie interesuje sufizm to najpierw niech sobie przekartkuję tę pozycję bo może mu nie przypaść do gustu.
Życzę przyjemnej lektury.
swiatairi.blogspot.com 2014-03-05
Światła, ujęcie, retusz. Od pustego studia do gotowej fotografii
Co łączy film „Amerykański prezydent”, zespół Bon Jovi, Taekwon-do i grę na pianinie? Nie uwierzycie – Scott Kelby! Autor popularnych książek o fotografii i obróbce cyfrowej. Kolejna książka nosi tytuł „Światła ujęcie retusz – od pustego studia do gotowej fotografii”.
Przeważnie książki poruszają różne tematy niekoniecznie ze sobą powiązane, w przypadku tej, jest inaczej. Znajdziemy kilkanaście gotowych przepisów od A do Z. Przepisów jak zorganizować sesje w studio, jak dobrać sprzęt, ustawić światło i potem obrobić pliki, tak by zdjęcia wyglądały zawodowo.
O sposobie pisania książek przez Scotta Kelbiego można by napisać pewnie osobną rozprawkę. To już uznany standard. Należy zwrócić uwagę na szczegóły które wyróżniają tego autora. Jednym z nich jest to, że autor np. zdecydował się wyciąć ze wszystkich zdjęć ukazujących rozstawienie lamp w studio kable, „bo zaciemniały obraz sytuacji”. Niby prosty zabieg, ale jak charakterystyczny dla sposobu w jaki Kelby stara się przekazać wiedzę.
Osobiście w książce zainteresowały mnie zdjęcia studia, to jak są ustawione lampy, modelka, sam fotograf. To taki rodzaj wiedzy, co to wystarczy spojrzeć i reszta staje się jasna. Rzadko w książkach jest to pokazane w tak przystępny sposób.
Biorąc pod uwagę że przedstawiana wiedza jest kompleksowa, od przygotowań do końcowego efektu daje to duży komfort. Możemy prześledzić interesujący nas przypadek i spróbować zrobić podobne zdjęcie samemu. Gdy jednak nie mamy odpowiedniego sprzętu można pobrać z serwera wydawcy pliki ze zdjęciami przedstawionymi w książce i przećwiczyć obróbkę proponowaną przez autora.
Cena książki 59,- PLN jest na poziomie podobnych pozycji. Miękka okładka, dobrej jakości reprodukcja zdjęć. Tłumaczenie Pana Piotra Cieślaka ułatwia czytanie i zrozumienie niełatwych przecież zagadnień.
Jak zwykle apetyt rośnie w miarę jedzenia, w przypadku tej książki przydała by się pewnie większa różnorodność zaproponowanych scen, choć pewnie nic nie stoi na przeszkodzie by wyszła 2,3,… część.
Przeważnie książki poruszają różne tematy niekoniecznie ze sobą powiązane, w przypadku tej, jest inaczej. Znajdziemy kilkanaście gotowych przepisów od A do Z. Przepisów jak zorganizować sesje w studio, jak dobrać sprzęt, ustawić światło i potem obrobić pliki, tak by zdjęcia wyglądały zawodowo.
O sposobie pisania książek przez Scotta Kelbiego można by napisać pewnie osobną rozprawkę. To już uznany standard. Należy zwrócić uwagę na szczegóły które wyróżniają tego autora. Jednym z nich jest to, że autor np. zdecydował się wyciąć ze wszystkich zdjęć ukazujących rozstawienie lamp w studio kable, „bo zaciemniały obraz sytuacji”. Niby prosty zabieg, ale jak charakterystyczny dla sposobu w jaki Kelby stara się przekazać wiedzę.
Osobiście w książce zainteresowały mnie zdjęcia studia, to jak są ustawione lampy, modelka, sam fotograf. To taki rodzaj wiedzy, co to wystarczy spojrzeć i reszta staje się jasna. Rzadko w książkach jest to pokazane w tak przystępny sposób.
Biorąc pod uwagę że przedstawiana wiedza jest kompleksowa, od przygotowań do końcowego efektu daje to duży komfort. Możemy prześledzić interesujący nas przypadek i spróbować zrobić podobne zdjęcie samemu. Gdy jednak nie mamy odpowiedniego sprzętu można pobrać z serwera wydawcy pliki ze zdjęciami przedstawionymi w książce i przećwiczyć obróbkę proponowaną przez autora.
Cena książki 59,- PLN jest na poziomie podobnych pozycji. Miękka okładka, dobrej jakości reprodukcja zdjęć. Tłumaczenie Pana Piotra Cieślaka ułatwia czytanie i zrozumienie niełatwych przecież zagadnień.
Jak zwykle apetyt rośnie w miarę jedzenia, w przypadku tej książki przydała by się pewnie większa różnorodność zaproponowanych scen, choć pewnie nic nie stoi na przeszkodzie by wyszła 2,3,… część.
Szczecin czyta Artur Magdziarz