Recenzje
AngularJS. Kurs video. Czysty kod
AngularJS – czysty kod, recenzja kursu wideo
AngularJS. Czysty kodOd czasu gdy poznałem AngularaJS, znacznie bardziej polubiłem rzadko wykonywaną pracę nad frontendem web aplikacji. Mało tego, zaczęło mi to sprawiać przyjemność :) To świetny framework dzięki któremu znacznie szybciej napiszemy program po stronie przeglądarki w porównaniu do wykorzystania np. samego jQuery. AngularJS kładzie nacisk na wykorzystanie wzorca projektowego MVC, co sprawia, że dosyć szybko możemy napisać łatwy w dalszym rozwijaniu kod aplikacji.
Niestety sam fakt dołączenia do projektu AngularaJS i rozwijaniu własnego modułu nie sprawi, że kod będzie rozszerzalny i wydajny o czym przekonałem się osobiście. Moja pierwsza produkcyjna aplikacja składała się z jednego modułu, jednego kontrolera i jednego szablonu. A ponieważ znacie z pewnością termin pączkowania w programowaniu, można się domyśleć jaki był dalszy efekt w miarę przybywania nowych wymagań. Kod kontrolera zaczął się rozrastać, a widoku html’owego jeszcze bardziej. Dochodziły kolejne repeaty, watchery, czy ng-showy, co w efekcie spowodowało że front praktycznie przestał być używalny w przeglądarce Internet Explorer, choć w pozostałych działał bez zarzutu.
Po przerobieniu niedawno wydanego kursu „AngularJS. Czysty kod” od Videopoint sądzę, że jest on właśnie lekarstwem na tego typu problemy początkujących.
Wstęp i kwestie techniczne
„AngularJS – czysty kod” to mój trzeci recenzowany materiał od Videopoint, trwający najdłużej, bo aż ponad sześć godzin, ale przyznam, że oglądało mi się go najlepiej z tych dotychczas przerobionych (Spring, PL/SQL). Raz, że nie miałem żadnych zastrzeżeń do głosu lektora, dwa, że materiał był dla mnie interesujący.
Przerobiłem go w trzech dwugodzinnych sesjach. W tym dwie z nich oglądałem przed telewizorem w przeglądarce ze SmartTV. Działało bez problemu (logowanie do panelu videopoint, wybór kursu, przechodzenie pomiędzy lekcjami). Ostatnie dwie godziny przerabiałem w smartfonie.
Tak jak pozostałe kursy, również ten można oglądać online lub pobrać na dysk (zajmuje 1,4 GB). Jakość jest ok, wszystkie listingi czytelne.
Autorem jest Dariusz Kalbarczyk – współtwórca grupy AngularJS Warsaw oraz pierwszej ogólnopolskiej konferencji poświęconej AngularJS: NG-POLAND (22 listopada 2016 roku, PGE Narodowy; http://ng-poland.pl).
Materiał
W pierwszych lekcjach omówiona jest instalacja trzech narzędzi: Node.js, Bower.js i Grunt.js. W kolejnych krokach tworzymy bower.json, instalujemy RequireJS i poznajemy możliwości refactoringu kodu z wykorzystaniem GraspJS . Autor prowadzi lekcje pracując z MS Visual Studio.
W kolejnym module poznajemy wzorce projektowe w JavaScripcie: fabryka, strategia i dekorator. Czysty JavaScript, warto oglądnąć jeśli nie miało się do czynienia ze wzorcami projektowymi w tym języku (polecam przeczytać również książkę JavaScript. Wzorce).
Następnie dowiemy się trochę o $scope i zagnieżdżonych kontrolerach jak np:
<div ng-controller="Ctrl1">
<div ng-controller="Ctrl2">
<div ng-controller="Ctrl3">
</div>
</div>
</div>
1
2
3
4
5
6
<div ng-controller="Ctrl1">
<div ng-controller="Ctrl2">
<div ng-controller="Ctrl3">
</div>
</div>
</div>
Jest tu dobrze wyjaśniony zasięg zmiennych.
Najdłuższej trwający moduł kursu (ponad dwie godziny) poświęcony jest serwisom, które w Angularze JS są następujące:
Serwis Provider
Serwis Factory – chyba najczęściej używany serwis w Angularze
Serwis Service
Serwis Constant
Serwis Value
oraz serwisy trochę innego typu:
Serwis $q
Serwis Cookies
Serwis http
Dowiemy się tutaj co nieco o pisaniu czystego kodu w serwisach.
Ostatnie 30 minut to porady na temat dobrych praktyk podziału plików w projekcie, pisania czytelnego kodu i jego organizacji oraz omówienie modułów. Autor doradza m.in. aby stosować IIFE, unikać tworzenia funkcji anonimowych i automatyzować wstrzykiwanie zależności.
W międzyczasie zostają również poruszane bardzo ważne kwestie o wydajności aplikacji (np. ng-show vs ng-if omówienie ng-repeat, itp.).
Dla kogo?
Moim zdaniem kurs przeznaczony jest dla osób, które mają już za sobą wykonane aplikacje z wykorzystaniem AngularJS. Nie ma sensu wydawać pieniędzy jeśli nie znasz podstaw Angulara, ale warto go przerobić jeśli już się coś napisało i zmierzyło z typowymi problemami.
Do kursu dołączony jest ebook AngularJS. Praktyczne przykłady, który w druku posiada ponad 400 stron. Nie wiem jaką ma zawartość merytoryczną – nie czytałem.
AngularJS. Praktyczne przykłady.
Podsumowanie
Tak jak pisałem we wstępie – „AngularJS. Czysty kod” jest dla mnie póki co najlepiej przygotowanym kursem od Videopoint. Oglądałem go z zainteresowaniem. Można dowiedzieć się czegoś o JS-owych wzorcach projektowych, pisaniu dobrze nazwanych zmiennych i funkcji, a co najważniejsze – dobrze poznać zasady projektowania modułów, kontrolerów i widoków w Angularze 1.
AngularJS. Czysty kodOd czasu gdy poznałem AngularaJS, znacznie bardziej polubiłem rzadko wykonywaną pracę nad frontendem web aplikacji. Mało tego, zaczęło mi to sprawiać przyjemność :) To świetny framework dzięki któremu znacznie szybciej napiszemy program po stronie przeglądarki w porównaniu do wykorzystania np. samego jQuery. AngularJS kładzie nacisk na wykorzystanie wzorca projektowego MVC, co sprawia, że dosyć szybko możemy napisać łatwy w dalszym rozwijaniu kod aplikacji.
Niestety sam fakt dołączenia do projektu AngularaJS i rozwijaniu własnego modułu nie sprawi, że kod będzie rozszerzalny i wydajny o czym przekonałem się osobiście. Moja pierwsza produkcyjna aplikacja składała się z jednego modułu, jednego kontrolera i jednego szablonu. A ponieważ znacie z pewnością termin pączkowania w programowaniu, można się domyśleć jaki był dalszy efekt w miarę przybywania nowych wymagań. Kod kontrolera zaczął się rozrastać, a widoku html’owego jeszcze bardziej. Dochodziły kolejne repeaty, watchery, czy ng-showy, co w efekcie spowodowało że front praktycznie przestał być używalny w przeglądarce Internet Explorer, choć w pozostałych działał bez zarzutu.
Po przerobieniu niedawno wydanego kursu „AngularJS. Czysty kod” od Videopoint sądzę, że jest on właśnie lekarstwem na tego typu problemy początkujących.
Wstęp i kwestie techniczne
„AngularJS – czysty kod” to mój trzeci recenzowany materiał od Videopoint, trwający najdłużej, bo aż ponad sześć godzin, ale przyznam, że oglądało mi się go najlepiej z tych dotychczas przerobionych (Spring, PL/SQL). Raz, że nie miałem żadnych zastrzeżeń do głosu lektora, dwa, że materiał był dla mnie interesujący.
Przerobiłem go w trzech dwugodzinnych sesjach. W tym dwie z nich oglądałem przed telewizorem w przeglądarce ze SmartTV. Działało bez problemu (logowanie do panelu videopoint, wybór kursu, przechodzenie pomiędzy lekcjami). Ostatnie dwie godziny przerabiałem w smartfonie.
Tak jak pozostałe kursy, również ten można oglądać online lub pobrać na dysk (zajmuje 1,4 GB). Jakość jest ok, wszystkie listingi czytelne.
Autorem jest Dariusz Kalbarczyk – współtwórca grupy AngularJS Warsaw oraz pierwszej ogólnopolskiej konferencji poświęconej AngularJS: NG-POLAND (22 listopada 2016 roku, PGE Narodowy; http://ng-poland.pl).
Materiał
W pierwszych lekcjach omówiona jest instalacja trzech narzędzi: Node.js, Bower.js i Grunt.js. W kolejnych krokach tworzymy bower.json, instalujemy RequireJS i poznajemy możliwości refactoringu kodu z wykorzystaniem GraspJS . Autor prowadzi lekcje pracując z MS Visual Studio.
W kolejnym module poznajemy wzorce projektowe w JavaScripcie: fabryka, strategia i dekorator. Czysty JavaScript, warto oglądnąć jeśli nie miało się do czynienia ze wzorcami projektowymi w tym języku (polecam przeczytać również książkę JavaScript. Wzorce).
Następnie dowiemy się trochę o $scope i zagnieżdżonych kontrolerach jak np:
<div ng-controller="Ctrl1">
<div ng-controller="Ctrl2">
<div ng-controller="Ctrl3">
</div>
</div>
</div>
1
2
3
4
5
6
<div ng-controller="Ctrl1">
<div ng-controller="Ctrl2">
<div ng-controller="Ctrl3">
</div>
</div>
</div>
Jest tu dobrze wyjaśniony zasięg zmiennych.
Najdłuższej trwający moduł kursu (ponad dwie godziny) poświęcony jest serwisom, które w Angularze JS są następujące:
Serwis Provider
Serwis Factory – chyba najczęściej używany serwis w Angularze
Serwis Service
Serwis Constant
Serwis Value
oraz serwisy trochę innego typu:
Serwis $q
Serwis Cookies
Serwis http
Dowiemy się tutaj co nieco o pisaniu czystego kodu w serwisach.
Ostatnie 30 minut to porady na temat dobrych praktyk podziału plików w projekcie, pisania czytelnego kodu i jego organizacji oraz omówienie modułów. Autor doradza m.in. aby stosować IIFE, unikać tworzenia funkcji anonimowych i automatyzować wstrzykiwanie zależności.
W międzyczasie zostają również poruszane bardzo ważne kwestie o wydajności aplikacji (np. ng-show vs ng-if omówienie ng-repeat, itp.).
Dla kogo?
Moim zdaniem kurs przeznaczony jest dla osób, które mają już za sobą wykonane aplikacje z wykorzystaniem AngularJS. Nie ma sensu wydawać pieniędzy jeśli nie znasz podstaw Angulara, ale warto go przerobić jeśli już się coś napisało i zmierzyło z typowymi problemami.
Do kursu dołączony jest ebook AngularJS. Praktyczne przykłady, który w druku posiada ponad 400 stron. Nie wiem jaką ma zawartość merytoryczną – nie czytałem.
AngularJS. Praktyczne przykłady.
Podsumowanie
Tak jak pisałem we wstępie – „AngularJS. Czysty kod” jest dla mnie póki co najlepiej przygotowanym kursem od Videopoint. Oglądałem go z zainteresowaniem. Można dowiedzieć się czegoś o JS-owych wzorcach projektowych, pisaniu dobrze nazwanych zmiennych i funkcji, a co najważniejsze – dobrze poznać zasady projektowania modułów, kontrolerów i widoków w Angularze 1.
krzysztofjelonek.net Krzysztof Jelonek
Magia porządków z feng shui
Porządki to temat dobry na każdą porę roku. Z ogarnianiem chaosu jedni radzą sobie lepiej inni gorzej. Choć bez głębszego zastanowienia łatwo jest wygenerować pozytywne skutki trzymania porządku, to jak uczy doświadczenie, zwykle jeszcze prościej jest wymienić kilka kontrargumentów, które pozwolą ze spokojnym sumieniem odwlec sprawę. Z pewnością znajdą się wielbiciele nieporządku, ale również tacy, których można by określić maniakami porządkowania z krwi i kości. No i co w ogóle oznacza „porządek” ? Czy to kwestia regularnego ścierania kurzu czy totalnego minimalizmu? Prawdopodobnie każdy z nas intuicyjnie podałby inną definicje.
Skuszona raczej magią feng shui niż porządkami zawartymi w tytule, postanowiłam poświęcić uwagę pozycji książkowej wydanej ostatnio przez Helion. Jest to pierwsze polskie wydanie książki Karen Kingston, która w pierwotnej wersji ukazała się całkiem dawno temu, bo w 1998 r. Mimo, iż do tego typu poradników podchodzę z dystansem, muszę przyznać, że miałam przyjemność z zagłębia się w naturę bałaganu, choć i ta przyjemność chwilami była wątpliwa. Żeby utrzymać wszystko w ryzach, wynotowałam niektóre informacje, które mnie zainteresowały, ale też zalecenia, czy uwagi, które mogą zdać się dość przesadziste lub wywołać pobłażliwy uśmiech.
Przede wszystkim autorka książki bardzo szeroko ujmuje problem „porządków”, krótko mówiąc, dosłownie, jakkolwiek to zabrzmi: od sprzątania szafy, poprzez układanie w głowie, po oczyszczanie jelit. Spis treści odzwierciedla uporządkowany układ książki. Całość składa się z 3 części, kolejna z nich z 7 lub 8 rozdziałów, które również podzielone są podrozdziały, w których z kolei wydzielono poszczególne treści. Wielopoziomowa struktura pozwala na szybki dostęp do konkretnych informacji, poza tym sprawia wrażenie uporządkowanego wywodu.
Pierwsza część skoncentrowana jest ogólnie na problemie bałaganu i jego negatywnym związku z feng shui – „sztuką równoważenia i harmonizowania przepływu naturalnej energii w naszym otoczeniu”. Uwagi o feng shui tak naprawdę zawarte są tylko w pierwszym i drugim rozdziale. Szkoda, że jednak trochę za mało o tej teorii. Autorka przywołuje przede wszystkim siatkę bagua, do której kilkakrotnie odnosi się w kolejnych częściach. Pierwszy rozdział dalej dotyczy skutecznego pozbywania się bałaganu, czym on jest, jaki ma na nas wpływ i dlaczego w ogóle jest.
W drugiej części dowiadujemy się więcej o strefach bagua. Okazuje się, że według zasad feng shui, poszczególnym aspektom życia, można przypisać sferę pomieszczenia czy budynku. Tutaj miejscami sugestie autorki brzmią nie tyle niepoważnie, co zabawnie:
„Możesz […] wybrać jedną strefę bagua, w której dobrze ci się powodzi, umieścić w niej stos niepotrzebnych rzeczy i pozostawić go tam na kilka miesięcy. Sam się przekonasz co się stanie. Ja zrobiłam tak jeden raz i skończyło się to kompletną katastrofą!”
W tej, drugiej części oddzielnie omówione są poszczególne pomieszczenia i zagrożenie w nim bałaganem, ale też różne jego typy – kolekcje, papierowy bałagan, przedmioty o dużych gabarytach, bałagan innych ludzi itd. Najciekawsza część książki, to ostatnia, trzecia część, zatytułowana „Porządki”. Kolejne rozdziały w niej zawarte to: „Jak pozbyć się bałaganu”, „Bałagan czasowy”, „Jak utrzymać porządek”, „Zmiana podejścia”, „Oczyszczanie organizmu”, „Oczyszczanie psychiki”, „Oczyszczanie emocji”, „Oczyszczanie duszy”.
Wiele uwag zawartych w tej części jest dość interesujących, czytelnik dowiaduje się, że zwisające kwiaty „zabierają energię” z pomieszczenia, z kolei dodają jej podwójne elementy. Poznaje sformułowany przez autorkę test przydatności, mechanizm syndromu „golenia jaka”, strategię pt. „zjedz tę żabę” i inne tajemnicze środki, które mogą wesprzeć go w skutecznym robieniu porządków. Z pewnością uwagę czytelnika zwróci rozdział dotyczący oczyszczania organizmu. Część o jelitach może się śnić po nocach, zamieszczono nawet schematyczne rysunki chorób jelita grubego. Nie zabrakło sensacyjnych opisów przywołujących nawet badania NASA, jak pisze autorka:
„Naukowcy z NASA odkryli ślady mleka w jelitach dorosłych ludzi, co oznacza, że wielu z nas nosi w jelitach materię kałową przez całe życie”.
Rozdział kończy reklama sklepu zielarskiego, gdzie można zakupić specyfiki na oczyszczanie jelit.
Przykłady można mnożyć, podsumowując, dość przyjemna lektura, zawierająca sporo praktycznych, konkretnych rad dla opornych, jednak część z nich zdaje się przesadzona (układanie ubrań odcieniami?). Pozycja uporządkowana, jednak można dopatrzeć się nieścisłości – na s. 118 autorka odwołuje się do zdjęcia na tyle okładki, którego w polskim wydaniu brak… Dla osób, które potrzebują motywacji do porządków, może spełnić rolę motywatora. Może też pobudzić do pracy nad sobą.
Skuszona raczej magią feng shui niż porządkami zawartymi w tytule, postanowiłam poświęcić uwagę pozycji książkowej wydanej ostatnio przez Helion. Jest to pierwsze polskie wydanie książki Karen Kingston, która w pierwotnej wersji ukazała się całkiem dawno temu, bo w 1998 r. Mimo, iż do tego typu poradników podchodzę z dystansem, muszę przyznać, że miałam przyjemność z zagłębia się w naturę bałaganu, choć i ta przyjemność chwilami była wątpliwa. Żeby utrzymać wszystko w ryzach, wynotowałam niektóre informacje, które mnie zainteresowały, ale też zalecenia, czy uwagi, które mogą zdać się dość przesadziste lub wywołać pobłażliwy uśmiech.
Przede wszystkim autorka książki bardzo szeroko ujmuje problem „porządków”, krótko mówiąc, dosłownie, jakkolwiek to zabrzmi: od sprzątania szafy, poprzez układanie w głowie, po oczyszczanie jelit. Spis treści odzwierciedla uporządkowany układ książki. Całość składa się z 3 części, kolejna z nich z 7 lub 8 rozdziałów, które również podzielone są podrozdziały, w których z kolei wydzielono poszczególne treści. Wielopoziomowa struktura pozwala na szybki dostęp do konkretnych informacji, poza tym sprawia wrażenie uporządkowanego wywodu.
Pierwsza część skoncentrowana jest ogólnie na problemie bałaganu i jego negatywnym związku z feng shui – „sztuką równoważenia i harmonizowania przepływu naturalnej energii w naszym otoczeniu”. Uwagi o feng shui tak naprawdę zawarte są tylko w pierwszym i drugim rozdziale. Szkoda, że jednak trochę za mało o tej teorii. Autorka przywołuje przede wszystkim siatkę bagua, do której kilkakrotnie odnosi się w kolejnych częściach. Pierwszy rozdział dalej dotyczy skutecznego pozbywania się bałaganu, czym on jest, jaki ma na nas wpływ i dlaczego w ogóle jest.
W drugiej części dowiadujemy się więcej o strefach bagua. Okazuje się, że według zasad feng shui, poszczególnym aspektom życia, można przypisać sferę pomieszczenia czy budynku. Tutaj miejscami sugestie autorki brzmią nie tyle niepoważnie, co zabawnie:
„Możesz […] wybrać jedną strefę bagua, w której dobrze ci się powodzi, umieścić w niej stos niepotrzebnych rzeczy i pozostawić go tam na kilka miesięcy. Sam się przekonasz co się stanie. Ja zrobiłam tak jeden raz i skończyło się to kompletną katastrofą!”
W tej, drugiej części oddzielnie omówione są poszczególne pomieszczenia i zagrożenie w nim bałaganem, ale też różne jego typy – kolekcje, papierowy bałagan, przedmioty o dużych gabarytach, bałagan innych ludzi itd. Najciekawsza część książki, to ostatnia, trzecia część, zatytułowana „Porządki”. Kolejne rozdziały w niej zawarte to: „Jak pozbyć się bałaganu”, „Bałagan czasowy”, „Jak utrzymać porządek”, „Zmiana podejścia”, „Oczyszczanie organizmu”, „Oczyszczanie psychiki”, „Oczyszczanie emocji”, „Oczyszczanie duszy”.
Wiele uwag zawartych w tej części jest dość interesujących, czytelnik dowiaduje się, że zwisające kwiaty „zabierają energię” z pomieszczenia, z kolei dodają jej podwójne elementy. Poznaje sformułowany przez autorkę test przydatności, mechanizm syndromu „golenia jaka”, strategię pt. „zjedz tę żabę” i inne tajemnicze środki, które mogą wesprzeć go w skutecznym robieniu porządków. Z pewnością uwagę czytelnika zwróci rozdział dotyczący oczyszczania organizmu. Część o jelitach może się śnić po nocach, zamieszczono nawet schematyczne rysunki chorób jelita grubego. Nie zabrakło sensacyjnych opisów przywołujących nawet badania NASA, jak pisze autorka:
„Naukowcy z NASA odkryli ślady mleka w jelitach dorosłych ludzi, co oznacza, że wielu z nas nosi w jelitach materię kałową przez całe życie”.
Rozdział kończy reklama sklepu zielarskiego, gdzie można zakupić specyfiki na oczyszczanie jelit.
Przykłady można mnożyć, podsumowując, dość przyjemna lektura, zawierająca sporo praktycznych, konkretnych rad dla opornych, jednak część z nich zdaje się przesadzona (układanie ubrań odcieniami?). Pozycja uporządkowana, jednak można dopatrzeć się nieścisłości – na s. 118 autorka odwołuje się do zdjęcia na tyle okładki, którego w polskim wydaniu brak… Dla osób, które potrzebują motywacji do porządków, może spełnić rolę motywatora. Może też pobudzić do pracy nad sobą.
moznaprzeczytac.pl Anna Szymańska; 2016-07-06
Calder. Narodziny odwagi
Lato to czas niecierpliwie wyczekiwany przez wszystkich uczniów, urlopowiczów i właścicieli lodziarni. Muszę przyznać, ze ja także bardzo lubię ten okres, bo właśnie podczas wakacji znajduje się najwięcej czasu na to, by czytać książki. Dlatego też nie tracąc ani dnia dłużej i już wczoraj zabrałem się za czytanie książki napisanej przez znaną autorkę, Mię Sheridan. "Calder. Narodziny odwagi", jak polecała mi dobra znajoma, miała być powieścią cudowną i niepowtarzalną. W każdym bądź razie, liczyłem na to, że bardzo mi się spodoba. I co?
Istnieje sobie pewne miejsce w Stanach Zjednoczonych, w stanie Arizona. Ludzie żyją tam szczęśliwie, są małą wioską, która całkowicie odizolowała się od zewnętrznego świata. Nie mają elektryczności i żyją tylko z tego, co dała im natura. Jedynie w głównej siedzibie jest prąd, a Rada, która w niej mieszka, ma dostęp do świata zewnętrznego. Przewodniczącym tej grupy jest Hector, który jak sam zapewnia, ma kontakt z bogami. Nie jednym, a kilkoma. Raz na jakiś czas cała wioska spotyka się w świątyni, gdzie odprawiane są obrzędy, a kapłanem jest przewodniczący sekty. Często także potrzebna jest święta woda, którą do chrzcielnicy ze źródła dostarcza posłaniec wody. Jak można się domyśleć, odpowiedzialny za tę funkcje jest tytułowy Calder. Chłopak posłuszny jest rodzicom, działa na rzecz społeczeństwa i pragnie znaleźć się w Radzie. Ślepo wierzy w to, co mówi przywódca sekty i biblia przez niego napisana. Po jednej z pielgrzymek, Hector przywozi do wioski Eden. Drobną dziewczynkę, która podobno ma być kobietą z przepowiedni. To ją wybrali bogowie, to Eden ma poślubić Hectora i to Eden ma poprowadzić wyznawców sekty do Elizjum, raju, w którym znaleźć się mają, kiedy nadejdzie wielka powódź.
Dwoje młodych ludzi od razu wpada sobie w oko. Nikt nie spodziewa się jednak, że przypadkowe zauroczenie może przemienić się w wielką miłość. Jednak czy zwykły, osiemnastoletni robotnik może kochać siedemnastoletnią boginię? Co będzie gotowy zrobić przywódca sekty, by ich miłość nawet nie rozwinęła się w zalążku? Czy prawdziwe uczucie można pokonać? Ostatecznie: czy miłość silniejsza jest od śmierci?
Na samym początku do książki podszedłem z wielką rezerwą. Okładka średnio mnie zachwyciła, po pierwszych kilku stronach pomyślałem nawet, że wkopałem się w czytanie książki z pogranicza romansu i fantasy. Ale gdy odrzuciłem na bok wszelkie moje obawy i po prostu pozwoliłem książce, by mnie ze sobą zabrała, okazało się, że jest to naprawdę fantastyczna lektura. Napisana jako romans, w bardzo przystępnej formie, a jednak przypomina nam o sprawach, o których istnieniu wiemy, jednak często nie chcemy o nich pamiętać. Świetnym przykładem jest tutaj właśnie ta sekta. Sheridan ukazuje, że mimo tego, iż każdy z członków sekty mógł samemu podejmować decyzje o swoim życiu, to praktycznie wszyscy zaślepieni byli tym, co mówił ich przywódca. Pokazuje jak niewiele trzeba, by nami wszystkimi manipulować, jak nie wiele wystarczy, by zniszczyć życie swoje i wielu innym osobom. Nie musi się to koniecznie odnosić w kwestii sekty, ale ogólnie polityki, religii, telewizji. Codziennie jesteśmy okłamywani, czasem zdajemy sobie z tego sprawę, a czasem nie. Nie robimy jednak nic, by to zmienić. Wybieramy ciągle te same władze, popełniamy te same błędy. Boimy się zmian.
I tak, jest to historia o miłości. Ale nie historia przesłodzona, z idealnymi bohaterami. Jest to opowieść o odwadze i sile, o tym, czego możemy dokonać, jeśli tylko kogoś kochamy. Autorka nie boi się mówić odważnie o sprawach, które często są przemilczane. Opowiada o tym, co zachodzi w życiu głównych bohaterów. Nie tylko duchowo, ale także i fizycznie. Niezmiernie cieszę się, że mogłem przeczytać tę książkę, bo choć nie jest to typowy wyciskacz łez, to z pewnością zasługuje na uwagę.
"Calder" w Polsce wyszedł całkiem niedawno, choć musieliśmy czekać na niego aż dwa lata. Na półkach księgarni znajdziecie tę książkę z logo Septem, jest to marka grupy Helion SA. Tłumaczeniem zajęła się Petra Carpenter. Nic niestety nie wiadomo mi na temat korekty czy redakcji, choć tu mam pewne zastrzeżenia. Czasem pojawiały się bowiem literówki, a jedna z bohaterek raz nazywała się Maya, a innym razem Maja. Na przyszłość warto lepiej przyjrzeć się tekstowi i przy ewentualnym dodruku usunąć błędy.
Powieść łącznie posiada 373 strony, a jej okładka jest broszurowa ze skrzydełkami. Cena detaliczna wynosi 39,90. Dostępny jest także ebook, a już niebawem w księgarniach pojawi się druga cześć - "Eden. Nowy początek.".
Powieść łącznie posiada 373 strony, a jej okładka jest broszurowa ze skrzydełkami. Cena detaliczna wynosi 39,90. Dostępny jest także ebook, a już niebawem w księgarniach pojawi się druga cześć - "Eden. Nowy początek.".
Ostatecznie: mam nadzieję, że powyższa notka wystarczy, byście nabrali przekonania do tej powieści. Oczywiście, ostateczną ocenę każdy musi zrobić sam, gdy już przeczyta, jednak mi się naprawdę podobało, choć początki były ciężkie.
Moje-bestsellery.blogspot.com Patryk Obarski; 2016-06-27
Calder. Narodziny odwagi
Każdy z nas może definiować miłość zupełnie inaczej. Dla jednych będzie to uczucie, którego nigdy nie potrafili zaznać, dla innych relacja, bez której nie mogą żyć. Można powiedzieć o niej wiele: że jest niedługotrwała, że prędzej czy później się kończy, a nawet, że nie istnieje. Ale przecież każdy z nas kogoś kocha. Nawet jeśli jest to miłość do rodziców, czy dziadków, to mamy dowód na to, że coś takiego istnieje. A teraz pytanie. Czy potrafilibyśmy kogoś pokochać? Tak bezinteresownie. Zapałać do niego gorącym uczuciem... Historia Caldera i Eden jest niezwykła. Naturalnie, nie opowiem jej całej, jednak wysłuchajcie mnie do końca.
Kiedy dziesięcioletni Calder po raz pierwszy zobaczył ośmioletnią Eden, nie przeczuwał, że ich losy na zawsze splecie niewidzialna nić. Ale z pewnością wiedział, że jego uczucia nie zyskają aprobaty społeczności, w której przyszło mu żyć. Jako syn członków apokaliptycznej sekty o surowych zasadach moralnych nie powinien nawet marzyć o dziewczynce, która... miała zostać żoną przywódcy tej sekty. Sęk w tym, że ani Calder, ani Eden nie mogą tak po prostu zrezygnować z marzeń. Odważny chłopak i zdeterminowana dziewczyna postanawiają walczyć o własną godność, o prawo do decydowania o swoim życiu i wreszcie - o swoją miłość.
Powieść Calder. Narodziny odwagi pozwoliła mi po raz pierwszy zetknąć się ze stylem Mii Sheridan, której dzieła zachwalało naprawdę wiele osób. Przyznam, że nie do końca zadowolił mnie sposób pisania tej autorki - zauważałam ubytki oraz niezbyt umiejętnie sprecyzowane zdania. W sumie przez pierwsze sto stron nie potrafiłam się "wgryźć" w tę pozycję i strasznie się męczyłam. Zarówno plusem jak i minusem książki jest to, że autorka podzieliła ją tak, byśmy mogli poznawać całą historię zarówno z perspektywy Caldera jak i Eden. Taki zabieg przypadł mi do gustu, ponieważ jedna perspektywa subtelnie przechodziła w drugą i zgrabnie się z nią łączyła, co sprawiło, że fabuła prezentowało się naprawdę ciekawie. Jednak z drugiej strony, wydawało mi się, że siedzę w głowie tego samego bohatera, co było naprawdę dziwnym uczuciem, jednak z czasem minęło.
Skoro o bohaterach mowa, główne postaci nie podobały mi się w ogóle. Naprawdę bardzo się zdziwiłam, kiedy doszłam do takiego wniosku, ale to prawda. Według mnie, Calder i Eden zachowywali się jak dzieci, nawet wtedy gdy już nimi nie byli. Męczyły mnie dość głupie i dziecinne wtrącenia, chociaż nie było ich tak wiele. Gdybym miała wybierać między tą dwójką, a zarazem zdecydować, kto z nich denerwował mnie bardziej, myślę, że padłoby na Caldera. Tak, jego charakter mnie nużył, ale nie mogę powiedzieć tego samego o jego, godnym podziwu, postępowaniu. Za to Eden nieustannie zachowywała się infantylnie, może wyłączając końcówkę książki, gdzie akcja nabrała tempa.
Przyznam, że od zawsze miałam słabość do mniej kluczowych bohaterów, ale nie spodziewałam się, że sympatią obdarzę chociaż jednego, którego wykreowała Mia Sheridan. Okazało się, że bardzo się zaskoczyłam. Pokochałam Xandera całą sobą. Chłopak przez całe życie był wzorem dla tytułowej postaci, która traktowała go jak brata. Ich relacja podbiła moje serce, co wydawało się teoretycznie niemożliwe. To, jak się o siebie troszczą i na sobie polegają... Po prostu coś genialnego.
Polubiłam również Mayę, czyli siostrę Caldera, która urodziła się z zespołem Downa. Zawsze zaskakiwało mnie to, ile miłości może zmieścić się w człowieku z tą chorobą. Emanowała taką ilością szczęścia i dobroci, że nie mogłam jej nie polubić.
Mia Sheridan nie jest mistrzynią pisania scen erotycznych. Może się nie znam i może jetem za młoda, żeby cokolwiek powiedzieć na ten temat, ale czegoś mi zabrakło. Sceny te rozgrywały się na sześciu, czasem pięciu stronach, co naprawdę mnie nudziło i musicie mi wybaczyć, bo przyznam się do tego otwarcie, z czasem było to już tak nużące, że przewracałam strony, szukając właściwej akcji. Nie potrafię znaleźć powodu, ale tak po prostu się działo.
Nie mogę jednak powiedzieć, że książka była zła, wręcz przeciwnie, podobała mi się. Nie zaliczyłabym jej do literatury wysokich lotów, ale była całkiem dobra.
Ciekawie rozegrano wątek romantyczny między Calderem i Eden. Z niecierpliwością wyczekiwałam na dalszy rozwój wypadków i muszę przyznać, że co jakiś czas autorka naprawdę mnie zaskakiwała. Bardzo mocno kibicowałam tej dwójce i przyznam, że przez kilkanaście ostatnich stron przechodziły po mnie ciarki - akcja w tamtym miejscu rozwijała się bowiem naprawdę szybko. Sam pomysł na pisanie o zakazanej miłości wypadł dość ciekawie, mimo że mogłoby się nam wydawać, że jest to już oklepany schemat. Mia Sheridan pokazała, jak wiele jesteśmy w stanie poświęcić, aby być z osobą, którą darzymy uczuciem.
Mia Sheridan Calderem zmusza swoich czytelnika do niemałej refleksji, a jednocześnie pokazuje, że potrafi napisać lekką, niezobowiązującą powieść, która podbije serca wielu czytelników. Otwarcie powiem, że nie żałuję tego, że przeczytałam tę książkę, chociaż miała swoje dobre i złe strony. Ta pozycja na pewno spodoba się osobom, lubiącym romanse. Ja do nich nie należę, ale na pewno sięgnę po drugi tom tej serii, bo jestem ciekawa jak potoczy się historia Caldera i Eden. Naprawdę warto sięgnąć po tę pozycję!
Kiedy dziesięcioletni Calder po raz pierwszy zobaczył ośmioletnią Eden, nie przeczuwał, że ich losy na zawsze splecie niewidzialna nić. Ale z pewnością wiedział, że jego uczucia nie zyskają aprobaty społeczności, w której przyszło mu żyć. Jako syn członków apokaliptycznej sekty o surowych zasadach moralnych nie powinien nawet marzyć o dziewczynce, która... miała zostać żoną przywódcy tej sekty. Sęk w tym, że ani Calder, ani Eden nie mogą tak po prostu zrezygnować z marzeń. Odważny chłopak i zdeterminowana dziewczyna postanawiają walczyć o własną godność, o prawo do decydowania o swoim życiu i wreszcie - o swoją miłość.
Powieść Calder. Narodziny odwagi pozwoliła mi po raz pierwszy zetknąć się ze stylem Mii Sheridan, której dzieła zachwalało naprawdę wiele osób. Przyznam, że nie do końca zadowolił mnie sposób pisania tej autorki - zauważałam ubytki oraz niezbyt umiejętnie sprecyzowane zdania. W sumie przez pierwsze sto stron nie potrafiłam się "wgryźć" w tę pozycję i strasznie się męczyłam. Zarówno plusem jak i minusem książki jest to, że autorka podzieliła ją tak, byśmy mogli poznawać całą historię zarówno z perspektywy Caldera jak i Eden. Taki zabieg przypadł mi do gustu, ponieważ jedna perspektywa subtelnie przechodziła w drugą i zgrabnie się z nią łączyła, co sprawiło, że fabuła prezentowało się naprawdę ciekawie. Jednak z drugiej strony, wydawało mi się, że siedzę w głowie tego samego bohatera, co było naprawdę dziwnym uczuciem, jednak z czasem minęło.
Skoro o bohaterach mowa, główne postaci nie podobały mi się w ogóle. Naprawdę bardzo się zdziwiłam, kiedy doszłam do takiego wniosku, ale to prawda. Według mnie, Calder i Eden zachowywali się jak dzieci, nawet wtedy gdy już nimi nie byli. Męczyły mnie dość głupie i dziecinne wtrącenia, chociaż nie było ich tak wiele. Gdybym miała wybierać między tą dwójką, a zarazem zdecydować, kto z nich denerwował mnie bardziej, myślę, że padłoby na Caldera. Tak, jego charakter mnie nużył, ale nie mogę powiedzieć tego samego o jego, godnym podziwu, postępowaniu. Za to Eden nieustannie zachowywała się infantylnie, może wyłączając końcówkę książki, gdzie akcja nabrała tempa.
Przyznam, że od zawsze miałam słabość do mniej kluczowych bohaterów, ale nie spodziewałam się, że sympatią obdarzę chociaż jednego, którego wykreowała Mia Sheridan. Okazało się, że bardzo się zaskoczyłam. Pokochałam Xandera całą sobą. Chłopak przez całe życie był wzorem dla tytułowej postaci, która traktowała go jak brata. Ich relacja podbiła moje serce, co wydawało się teoretycznie niemożliwe. To, jak się o siebie troszczą i na sobie polegają... Po prostu coś genialnego.
Polubiłam również Mayę, czyli siostrę Caldera, która urodziła się z zespołem Downa. Zawsze zaskakiwało mnie to, ile miłości może zmieścić się w człowieku z tą chorobą. Emanowała taką ilością szczęścia i dobroci, że nie mogłam jej nie polubić.
Mia Sheridan nie jest mistrzynią pisania scen erotycznych. Może się nie znam i może jetem za młoda, żeby cokolwiek powiedzieć na ten temat, ale czegoś mi zabrakło. Sceny te rozgrywały się na sześciu, czasem pięciu stronach, co naprawdę mnie nudziło i musicie mi wybaczyć, bo przyznam się do tego otwarcie, z czasem było to już tak nużące, że przewracałam strony, szukając właściwej akcji. Nie potrafię znaleźć powodu, ale tak po prostu się działo.
Nie mogę jednak powiedzieć, że książka była zła, wręcz przeciwnie, podobała mi się. Nie zaliczyłabym jej do literatury wysokich lotów, ale była całkiem dobra.
Ciekawie rozegrano wątek romantyczny między Calderem i Eden. Z niecierpliwością wyczekiwałam na dalszy rozwój wypadków i muszę przyznać, że co jakiś czas autorka naprawdę mnie zaskakiwała. Bardzo mocno kibicowałam tej dwójce i przyznam, że przez kilkanaście ostatnich stron przechodziły po mnie ciarki - akcja w tamtym miejscu rozwijała się bowiem naprawdę szybko. Sam pomysł na pisanie o zakazanej miłości wypadł dość ciekawie, mimo że mogłoby się nam wydawać, że jest to już oklepany schemat. Mia Sheridan pokazała, jak wiele jesteśmy w stanie poświęcić, aby być z osobą, którą darzymy uczuciem.
Mia Sheridan Calderem zmusza swoich czytelnika do niemałej refleksji, a jednocześnie pokazuje, że potrafi napisać lekką, niezobowiązującą powieść, która podbije serca wielu czytelników. Otwarcie powiem, że nie żałuję tego, że przeczytałam tę książkę, chociaż miała swoje dobre i złe strony. Ta pozycja na pewno spodoba się osobom, lubiącym romanse. Ja do nich nie należę, ale na pewno sięgnę po drugi tom tej serii, bo jestem ciekawa jak potoczy się historia Caldera i Eden. Naprawdę warto sięgnąć po tę pozycję!
recenzjekawoholika.blogspot.com Isabelle West; 2016-07-04
Crashed. W zderzeniu z miłością
Jakiś czas temu miałam okazję sięgnąć po pierwszy tom serii Driven. Dość szybko przekonałam się, że mam do czynienia z nieprzeciętną powieścią erotyczną, która oprócz podnoszących temperaturę scen oferuje coś więcej. Z niemałą fascynacją sięgnęłam po drugą część i wreszcie dotarłam do trzeciej, zadając sobie to samo pytanie, które trapi mnie za każdym razem gdy przychodzi mi zmierzyć się z trylogią. Czy autorka będzie w stanie jeszcze czymś mnie zaskoczyć? Ja odpowiedź na to pytanie już znam. Teraz kilka słów na ten temat chciałam skierować do Was.
Colton, po wielu godzinach nieprzytomności, powraca do świata żywych. Wypadek na torze postawił pod wielkim znakiem zapytania wszystko, jego karierę, uczucie oraz istnienie. Czuwająca przy jego łóżku Rylee uświadomiła sobie to, jak bardzo go kocha, wie, że jeżeli by go straciła, umarłaby razem z nim. Jednak w chwili, kiedy tli się nadzieja, pojawiają się kolejne przeszkody. Colton chciałby wrócić na tor, jednak czy jego ukochana zaakceptuje coś, co za każdym razem będzie otwierało niezagojone rany? I kiedy oboje próbują znaleźć wspólną drogę, pośród zamętu, sprzeczności, kompromisów i wewnętrznej walki, pojawia się dziecko – nienarodzone jeszcze maleństwo Coltona, które jednak nie Rylee nosi pod sercem…
Po walce z wewnętrznymi demonami, po obraniu właściwych pozycji i celów przychodzą problemy o wiele gorsze – te z zewnątrz, atakując znienacka, niespodziewanie, intensywnie. K. Bromberg sypnęła w trzeciej części garścią pieprzu, zarówno w oczy bohaterów jak i czytelnika. Akcja „Crashed. W zderzeniu z miłością” cały czas pracuje na najwyższych obrotach i jeśli nawet na chwilę wydaje się uśpiona, wkrótce powraca z impetem.
Tytuł powieści okazuje się jak najbardziej adekwatny do treści. Jest miłość i są zderzenia, te rozbijające przedmioty, kaleczące ciała i targające serca. Pojawiają się godziny zwątpienia, minuty wlotów i sekundy upadków, a wszystko razem tworzy wspaniałą, spójną historię, sądząc po gatunku literackim mało ambitną, a jednak w tym wypadku całkiem angażującą i wartościową.
Autorka oczywiście nie zapomniała o scenach miłosnych, o dialogach przepełnionych pożądaniem i namiętnością. Niemniej jednak nie przepchała kart swojej książki ogromną, często odpychającą ilością ognistych scen, przez co w momencie, kiedy dochodzi do zbliżenia bohaterów, czyta się o tym z autentyczną przyjemnością.
Nieraz miewam problemy z recenzowaniem kolejnych tomów serii erotycznych, bo niejednokrotnie bywa tak, że rozwlekła akcja i brak punktów kulminacyjnych pozostawiają uczucie niedosytu czy niezadowolenia. O „Crashed. W zderzeniu z miłością” można byłoby opowiadać naprawdę bardzo długo, więc może zakończę, by nie zdradzić Wam zbyt wiele, a jest co odkrywać.
Wszystkim wielbicielkom literatury erotycznej rekomenduję całą trylogię Driven, która rozpala, angażuje i zaskakuje. Daleko tutaj do nudy czy rutyny, a co więcej, mam wrażenie, że z każdą kolejną częścią autorka coraz wyraźniej rozwija swoje skrzydła. Chyba nie trzeba więcej mówić. Po prostu – polecam.
Colton, po wielu godzinach nieprzytomności, powraca do świata żywych. Wypadek na torze postawił pod wielkim znakiem zapytania wszystko, jego karierę, uczucie oraz istnienie. Czuwająca przy jego łóżku Rylee uświadomiła sobie to, jak bardzo go kocha, wie, że jeżeli by go straciła, umarłaby razem z nim. Jednak w chwili, kiedy tli się nadzieja, pojawiają się kolejne przeszkody. Colton chciałby wrócić na tor, jednak czy jego ukochana zaakceptuje coś, co za każdym razem będzie otwierało niezagojone rany? I kiedy oboje próbują znaleźć wspólną drogę, pośród zamętu, sprzeczności, kompromisów i wewnętrznej walki, pojawia się dziecko – nienarodzone jeszcze maleństwo Coltona, które jednak nie Rylee nosi pod sercem…
Główni bohaterowie, których autorka postanowiła dopuścić do głosu w pierwszoosobowej narracji (z tym, że Rylee ma wyraźnie więcej do powiedzenia), muszą zmierzyć się z przeszkodami mogącymi zmienić wszystko – nawet ich samych. Nie ma chwil na niepotrzebne, błahe kłótnie. Nie ma miejsca na słabości, czy uprzedzenia. Do akcji wkracza prawdziwe życie, to, które nie zna litości. Colton, wyraźnie odczuwając potrzebę towarzystwa swojej ukochanej wie dobitnie, jak nigdy przedtem, że to ona jest mu teraz najbliższa. Pragnąc ją chronić ma na uwadze jednak fakt, że chwilami właśnie on stanowi dla niej największe zagrożenie. Rylee z kolei dojrzewa, wie, że będzie musiała dźwigać na barkach o wiele więcej, aniżeli przedtem. Musi zawalczyć i udowodnić to, jak bardzo bywa niezłomna. Czy jednak wystarczy jej sił?
Po walce z wewnętrznymi demonami, po obraniu właściwych pozycji i celów przychodzą problemy o wiele gorsze – te z zewnątrz, atakując znienacka, niespodziewanie, intensywnie. K. Bromberg sypnęła w trzeciej części garścią pieprzu, zarówno w oczy bohaterów jak i czytelnika. Akcja „Crashed. W zderzeniu z miłością” cały czas pracuje na najwyższych obrotach i jeśli nawet na chwilę wydaje się uśpiona, wkrótce powraca z impetem.
Tytuł powieści okazuje się jak najbardziej adekwatny do treści. Jest miłość i są zderzenia, te rozbijające przedmioty, kaleczące ciała i targające serca. Pojawiają się godziny zwątpienia, minuty wlotów i sekundy upadków, a wszystko razem tworzy wspaniałą, spójną historię, sądząc po gatunku literackim mało ambitną, a jednak w tym wypadku całkiem angażującą i wartościową.
Autorka oczywiście nie zapomniała o scenach miłosnych, o dialogach przepełnionych pożądaniem i namiętnością. Niemniej jednak nie przepchała kart swojej książki ogromną, często odpychającą ilością ognistych scen, przez co w momencie, kiedy dochodzi do zbliżenia bohaterów, czyta się o tym z autentyczną przyjemnością.
Nieraz miewam problemy z recenzowaniem kolejnych tomów serii erotycznych, bo niejednokrotnie bywa tak, że rozwlekła akcja i brak punktów kulminacyjnych pozostawiają uczucie niedosytu czy niezadowolenia. O „Crashed. W zderzeniu z miłością” można byłoby opowiadać naprawdę bardzo długo, więc może zakończę, by nie zdradzić Wam zbyt wiele, a jest co odkrywać.
Wszystkim wielbicielkom literatury erotycznej rekomenduję całą trylogię Driven, która rozpala, angażuje i zaskakuje. Daleko tutaj do nudy czy rutyny, a co więcej, mam wrażenie, że z każdą kolejną częścią autorka coraz wyraźniej rozwija swoje skrzydła. Chyba nie trzeba więcej mówić. Po prostu – polecam.
http://ktoczytaksiazki-zyjepodwojnie.blogspot.com/ werka777; 2016-07-02