Recenzje
Hard Beat. Taniec nad otchłanią
Miłość rządzi się swoimi prawami. Najczęściej spotykamy ją w momentach najmniej przez nas spodziewanych. Możemy się przed nią bronić, możemy przed nią uciekać czy udawać, że nic nie czujemy. Jednak nie łatwo jest zapomnieć o prawdziwej miłości, a ona zawsze znajdzie sposób by dostać się do naszego serca i już w nim pozostać na zawsze.
Co w fabule piszczy?
Tanner Thomas, korespondent wojenny na Bliskim Wschodzie po stracie swojej najbliższej przyjaciółki Stelli, próbuje ułożyć swoje życie na nowo. Jednak jest to trudniejsze niż przypuszczał, a wszystko zdaje się przypominać mu o bolesnej stracie. Tanner by zakopać ból, który odczuwa każdego dnia, rzuca się w wir pracy i wyrusza na kolejną misję reporterską. Konieczność zaakceptowania nowej osoby w roli fotografa, nie sprzyja nawiązaniu przyjaznych kontaktów. Początkowa niechęć Tannera i Beaux stopniowo przeradza się w coś więcej i skutecznie odwraca uwagę reportera od bolesnych wydarzeń. Jednak jak się wydaje nie tylko Tanner ucieka od demonów z przeszłości. Beaux Croslyn pomimo twardej postawy i ciętego języka skrywa pewne fakty dotyczące swojej przeszłości, których nie chce nikomu wyjawiać. Kiedy przeszłość Beaux zaczyna zagrażać ich relacji, Tanner jest zdeterminowany by poznać jej sekrety. Jednak odkrycie prawdy będzie bardziej bolesne niż przypuszczał.
Moja opinia
Kristy Bromberg rozwija swój talent pisarski w zawrotnym tempie. Każda kolejna książka autorki jest lepsza od poprzedniej, a „Hard Beat” jest według mnie jak do tej pory jej najlepszym dziełem. Autorka tym razem zabiera nas w podróż do świata Tannera Thomasa (dla wtajemniczonych brata Rylee) próbującego zapomnieć o dotkliwej stracie, która go spotkała. Autorka bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie kreacją głównego bohatera. Tanner jest zupełnym przeciwieństwem mężczyzn, do których przywykłam w literaturze erotycznej. Nie jest opryskliwy, nie dominuje, jego język nie obfituje w wulgaryzmy, a jego przemyślenia są bardzo dojrzałe i głębokie. Nie jest to typowy playboy, tylko mężczyzna z krwi i kości, który u kobiet ceni coś więcej niż tylko ładny wygląd. Tanner jako korespondent wojenny ryzykuje życie każdego dnia, jednak „haj”, którego doświadcza za każdym razem gdy trafia na trop rekompensuje mu to ryzyko. Żyje chwilą, pędzi niczym błyskawica i wspina się po kolejnych szczeblach kariery dziennikarskiej, jednak jedno spotkanie z tajemniczą Beaux każe mu zwolnić, zatrzymać się i odetchnąć. Znajomość z początkowej wzajemnej niechęci powoli przeradza się w głębokie uczucie, pełne namiętności, pożądania, ale i mrocznych sekretów. Czy miłość w kraju ogarniętym wojną, gdzie każdy dzień może być ostatnim, jest możliwa? Kristy Bromberg udowadnia, że tak, jednak jest to miłość intensywniejsza, silniejsza, podszyta strachem i groźbą utraty tej bliskiej nam osoby.
„Hard Beat” to całkiem nowa opowieść o miłości. Wszystko co zdarzyło się w książce było dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Nie jest to kolejna wyświechtana historyjka o miłości, gdzie wszystko zmierza do takiego samego zakończenia. „Hard Beat” napisana jest plastycznym, łatwym w odbiorze językiem, gdzie zachowano równowagę pomiędzy dialogami a opisami. Autorka tym razem skupiła się bardziej na emocjonalnej części relacji damsko-męskich niż na scenach seksu pomiędzy bohaterami. Czytając niemal możemy poczuć tą silną, emocjonalną więź pomiędzy Tannerem i Beaux, możemy poczuć ten sam strach, tęsknotę, ale i wielką miłość. Tak jak wspomniałam sceny erotyczne w książce nie dominują. Autorka jednak przedstawiła je w bardzo subtelny, wyważony sposób, zupełnie inny niż w swoich poprzednich książkach. Było to dla mnie miłe zaskoczenie.
Porównując „Hard Beat” z pozostałymi książkami serii Driven, muszę stwierdzić, że jest to chyba najbardziej dojrzała powieść tej autorki. Książka dotyka problemów związanych z utratą bliskiej osoby, niewyobrażalnej tęsknoty oraz sile i determinacji, by walczyć o tych, których się kocha. Podczas czytania doświadczyłam całej palety emocji. Czułam smutek, radość, wzruszenie, złość, podejrzliwość i ulgę. Każda kolejna kartka powieści wciągała mnie coraz głębiej w historię Tannera i Beaux sprawiając, ze trudno było mi się oderwać od lektury.
Podsumowując, „Hard Beat” to emocjonująca historia o silnym uczuciu, które jest w stanie pokonać największe przeszkody, o niezłomnej nadziei, o dawaniu drugich szans oraz o tym, że nawet na końcu świata można znaleźć swoją miłość. Bromberg również i tym razem mnie nie zawiodła, a ja dostałam wszystko to co cenię sobie w książkach: emocje, ciekawą nietuzinkową fabułę, dobrze skonstruowanych bohaterów oraz trzymające w napięciu zwroty akcji. Jeżeli jeszcze do tej pory nie sięgnęliście po książki tej autorki, jest to najwyższa pora by to zmienić, a ja wam obiecuję, że warto! Polecam z całego serca!
„Hard Beat” to całkiem nowa opowieść o miłości. Wszystko co zdarzyło się w książce było dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Nie jest to kolejna wyświechtana historyjka o miłości, gdzie wszystko zmierza do takiego samego zakończenia. „Hard Beat” napisana jest plastycznym, łatwym w odbiorze językiem, gdzie zachowano równowagę pomiędzy dialogami a opisami. Autorka tym razem skupiła się bardziej na emocjonalnej części relacji damsko-męskich niż na scenach seksu pomiędzy bohaterami. Czytając niemal możemy poczuć tą silną, emocjonalną więź pomiędzy Tannerem i Beaux, możemy poczuć ten sam strach, tęsknotę, ale i wielką miłość. Tak jak wspomniałam sceny erotyczne w książce nie dominują. Autorka jednak przedstawiła je w bardzo subtelny, wyważony sposób, zupełnie inny niż w swoich poprzednich książkach. Było to dla mnie miłe zaskoczenie.
Porównując „Hard Beat” z pozostałymi książkami serii Driven, muszę stwierdzić, że jest to chyba najbardziej dojrzała powieść tej autorki. Książka dotyka problemów związanych z utratą bliskiej osoby, niewyobrażalnej tęsknoty oraz sile i determinacji, by walczyć o tych, których się kocha. Podczas czytania doświadczyłam całej palety emocji. Czułam smutek, radość, wzruszenie, złość, podejrzliwość i ulgę. Każda kolejna kartka powieści wciągała mnie coraz głębiej w historię Tannera i Beaux sprawiając, ze trudno było mi się oderwać od lektury.
Podsumowując, „Hard Beat” to emocjonująca historia o silnym uczuciu, które jest w stanie pokonać największe przeszkody, o niezłomnej nadziei, o dawaniu drugich szans oraz o tym, że nawet na końcu świata można znaleźć swoją miłość. Bromberg również i tym razem mnie nie zawiodła, a ja dostałam wszystko to co cenię sobie w książkach: emocje, ciekawą nietuzinkową fabułę, dobrze skonstruowanych bohaterów oraz trzymające w napięciu zwroty akcji. Jeżeli jeszcze do tej pory nie sięgnęliście po książki tej autorki, jest to najwyższa pora by to zmienić, a ja wam obiecuję, że warto! Polecam z całego serca!
zaczytanabloguje.blogspot.com Karolina Rybkowska; 2016-09-01
Podniebny lot
Bianca jest wysoką, atrakcyjną blondynką, o chłodnym usposobieniu. Pracuje jako stewardessa w pierwszej klasie amerykańskich linii lotniczych. Jest profesjonalistką, robi co do niej należy, nie pozwala nikomu na jakąkolwiek poufałość w stosunku do niej. Wyjątkiem jest Stephan, również steward, jej przyszywany brat, oraz...James Cavendish, tajemniczy miliarder z pierwszej klasy, jedyna osoba, która jest w stanie w jakiś sposób poruszyć zamknięte na uczucia serce Bianci. Dzięki niemu dziewczyna choć na chwilę może odpocząć od codziennych zmartwień, których wbrew pozorom ma wiele.
Powiem szczerze, że nie oczekiwałam od tej powieści zbyt wiele. Miało to związek z tym, że gdzie bym nie spojrzała, której recenzji bym nie przeczytała, dowiadywałam się, że " Podniebny lot" ma wiele wspólnego z " Pięćdziesięcioma twarzami Grey'a", czyli z powieścią, której po prostu nie znoszę. Dlatego właśnie podeszłam do niego z rezerwą. Jednakże, ku własnemu zdziwieniu, zostałam pozytywnie zaskoczona.
Książka rozwija się dość szybko, jest wciągająca, z łatwością przechodzi się z rozdziału w rozdział. Jedyną belką, która momentami przeszkadza, są bohaterowie i sposób, w jaki zostali wykreowani. Ale o nich za chwilę. Fabuła, według mnie, była niczym połączenie " Girl Online" i niektórych fragmentów " 50 twarzy Grey'a". Sam wątek erotyczny nie był tym głównym, a " mocnych" scen było naprawdę niewiele i powiem szczerze, że myślałam, że będą mi przeszkadzały, ale okazało się, że w zasadzie były mi obojętne.
Przechodząc już do postaci, głównych i drugoplanowych, na ich temat mam dużo do powiedzenia. Zacznijmy może od Bianci- głównej bohaterki. Była oddaną przyjaciółką, odważną i w miarę racjonalnie myślącą kobietą, choć czasem irytowała mnie swoim niezdecydowaniem i naiwnością. Na szczęście, zawsze mogła liczyć na pomoc Stephana. Ten chłopak był najciekawszą postacią ze wszystkich i właściwie brakowało mi jego częstszej obecności na kartach " Podniebnego lotu". Był typem takiego starszego brata - geja ( a jakże by inaczej), który niezależnie od sytuacji, będzie robił wszystko, by uszczęśliwić, sprawić przyjemność przyszywanej siostrze/przyjaciółce . W razie przykrej awarii, byłby w stanie spuścić łomot temu, kto sprawiłby przykrość Biance ( tak, SPOJLER ALERT, mówię o Jamesie). Mam nadzieję, że w drugiej części serii autorka rozwinie jego wątek.
O Panu Cavendishu mogę powiedzieć tylko tyle, że kompletnie go nie rozumiałam i nie rozumiem. Ani jeśli chodzi o charakter, ani o podejmowane działania. Myślę jednak, że to wina niezbyt dobrego wykreowania postaci; przez całą powieść czytelnik niewiele się o nim dowiaduje.
Jedyną osobą, która mnie niesamowicie irytowała była Melissa. Jej zachowanie było godne pożałowania, a o charakterze lepiej nie mówić. Była wredna, podstępna i zadufana w sobie. Uwierzcie, dawno nie natknęłam się w żadnej książce na tak denerwującą postać.
To właściwie tyle na dzisiaj! Podsumowując, powieść jak najbardziej polecam, choć może nie tym, którzy poszukują poważniejszej lektury. "Podniebny lot" nie należy do literatury wysokich lotów ( ciekawa gra słów ) , ale jest idealny na gorące, letnie dni jako coś, przy czym można odpocząć.
Powiem szczerze, że nie oczekiwałam od tej powieści zbyt wiele. Miało to związek z tym, że gdzie bym nie spojrzała, której recenzji bym nie przeczytała, dowiadywałam się, że " Podniebny lot" ma wiele wspólnego z " Pięćdziesięcioma twarzami Grey'a", czyli z powieścią, której po prostu nie znoszę. Dlatego właśnie podeszłam do niego z rezerwą. Jednakże, ku własnemu zdziwieniu, zostałam pozytywnie zaskoczona.
Książka rozwija się dość szybko, jest wciągająca, z łatwością przechodzi się z rozdziału w rozdział. Jedyną belką, która momentami przeszkadza, są bohaterowie i sposób, w jaki zostali wykreowani. Ale o nich za chwilę. Fabuła, według mnie, była niczym połączenie " Girl Online" i niektórych fragmentów " 50 twarzy Grey'a". Sam wątek erotyczny nie był tym głównym, a " mocnych" scen było naprawdę niewiele i powiem szczerze, że myślałam, że będą mi przeszkadzały, ale okazało się, że w zasadzie były mi obojętne.
Przechodząc już do postaci, głównych i drugoplanowych, na ich temat mam dużo do powiedzenia. Zacznijmy może od Bianci- głównej bohaterki. Była oddaną przyjaciółką, odważną i w miarę racjonalnie myślącą kobietą, choć czasem irytowała mnie swoim niezdecydowaniem i naiwnością. Na szczęście, zawsze mogła liczyć na pomoc Stephana. Ten chłopak był najciekawszą postacią ze wszystkich i właściwie brakowało mi jego częstszej obecności na kartach " Podniebnego lotu". Był typem takiego starszego brata - geja ( a jakże by inaczej), który niezależnie od sytuacji, będzie robił wszystko, by uszczęśliwić, sprawić przyjemność przyszywanej siostrze/przyjaciółce . W razie przykrej awarii, byłby w stanie spuścić łomot temu, kto sprawiłby przykrość Biance ( tak, SPOJLER ALERT, mówię o Jamesie). Mam nadzieję, że w drugiej części serii autorka rozwinie jego wątek.
O Panu Cavendishu mogę powiedzieć tylko tyle, że kompletnie go nie rozumiałam i nie rozumiem. Ani jeśli chodzi o charakter, ani o podejmowane działania. Myślę jednak, że to wina niezbyt dobrego wykreowania postaci; przez całą powieść czytelnik niewiele się o nim dowiaduje.
Jedyną osobą, która mnie niesamowicie irytowała była Melissa. Jej zachowanie było godne pożałowania, a o charakterze lepiej nie mówić. Była wredna, podstępna i zadufana w sobie. Uwierzcie, dawno nie natknęłam się w żadnej książce na tak denerwującą postać.
To właściwie tyle na dzisiaj! Podsumowując, powieść jak najbardziej polecam, choć może nie tym, którzy poszukują poważniejszej lektury. "Podniebny lot" nie należy do literatury wysokich lotów ( ciekawa gra słów ) , ale jest idealny na gorące, letnie dni jako coś, przy czym można odpocząć.
http://podrozemiedzyksiazkowe.blogspot.com/ Demetria Books; 2016-08-19
Slow Burn. Kropla drąży skałę. Seria Driven
Jesienne szarugi za oknem pozytywnie niestety nie nastrajają. Zimno, wietrznie i nader pesymistycznie wręcz... Jednak dla mnie ma to swoje plusy- można owinąć się kocem, zasiąść przed kaloryferem z kubkiem gorącej herbaty i z przyjemnością nadrabiać czytelnicze zaległości. W piątek skończyłam lekturę kolejnej książki K. Bromberg - Slow burn - Kropla drąży skałę. Dziś podzielę się z Wami wrażeniami. Niedawno pisałam Wam o innej powieści tejże autorki - Hard Beat. Jeśli jeszcze nie czytaliście mojej recenzji- klik.
Czy kropla wydrążyła skałę i w moim sercu? Czy druga, przeczytana przeze mnie książka K. Bromberg spodobała mi się bardziej, niż pierwsza? Tego dowiecie się czytając dalej.
Okładka
Zapoznawszy się już z twórczością K. Bromberg sądzę, iż szata graficzna jest charakterystyczna dla pisanych przez nią powieści. Kolorystycznie przykuwa wzrok, czcionki jak najbardziej zsynchronizowane. Sam tytuł Slow Burn - Kropla dąży skałę sugeruje nieco fabułę nadchodzącej lektury (po jej ukończeniu mogę spokojnie potwierdzić, że w stu procentach do niej pasuje). Całokształt podoba mi się wizualnie (bardziej, niż to było w przypadku Hard Beat), jest sensualny.
Opis z tyłu
Niestety nie miałam jeszcze przyjemności przeczytania początków serii Driven, jednak nie przeszkodziło mi to w lekturze powieści. Opis jest odrobinę zbyt... typowy, jak na mój gust. Zwiastuje schematyczną miłość, która nie powinna się wydarzyć, a jednak ziarenko zostało gdzieś zasiane i wykiełkowało. Myślę, iż pytania na samym końcu są zbędne- osobiście nie lubię takich wybiegów. Gdybym w wyborze lektury miała sugerować się opisami z tyłu książek- nie wiem czy sięgnęłabym po tę akurat. A jeśli tak to dla zdania - Rozkręca się niepowtarzalna karuzela emocji, instynktów i pragnień, wciągająca, uzależniająca, przyprawiająca o zawrót głowy, dreszcze i bezsenność. Tak.
Okładka
Zapoznawszy się już z twórczością K. Bromberg sądzę, iż szata graficzna jest charakterystyczna dla pisanych przez nią powieści. Kolorystycznie przykuwa wzrok, czcionki jak najbardziej zsynchronizowane. Sam tytuł Slow Burn - Kropla dąży skałę sugeruje nieco fabułę nadchodzącej lektury (po jej ukończeniu mogę spokojnie potwierdzić, że w stu procentach do niej pasuje). Całokształt podoba mi się wizualnie (bardziej, niż to było w przypadku Hard Beat), jest sensualny.
Opis z tyłu
Niestety nie miałam jeszcze przyjemności przeczytania początków serii Driven, jednak nie przeszkodziło mi to w lekturze powieści. Opis jest odrobinę zbyt... typowy, jak na mój gust. Zwiastuje schematyczną miłość, która nie powinna się wydarzyć, a jednak ziarenko zostało gdzieś zasiane i wykiełkowało. Myślę, iż pytania na samym końcu są zbędne- osobiście nie lubię takich wybiegów. Gdybym w wyborze lektury miała sugerować się opisami z tyłu książek- nie wiem czy sięgnęłabym po tę akurat. A jeśli tak to dla zdania - Rozkręca się niepowtarzalna karuzela emocji, instynktów i pragnień, wciągająca, uzależniająca, przyprawiająca o zawrót głowy, dreszcze i bezsenność. Tak.
Moje wrażenia - fabuła, kreacja bohaterów, język
Pierwsza powieść pani K. spodobała mi się w takim stopniu, iż z chęcią sięgnęłam po jej kolejną powieść. I tak oto moje uczucia zmieniały się w ciągu lektury od zaintrygowania do znudzenia do niemożliwie wielkiej irytacji do akceptacji do jeszcze większej irytacji do zadowolenia do ponownej irytacji do zaciekawienia (gdzie czytałam z prędkością światła, chcąc dowiedzieć się jednego) do akceptacji zakończenia, które oceniam pozytywnie. Momentami miałam ochotę odłożyć książkę, przyznam się. Dlaczego? O ile główny bohater, wytrwały w walce o swoje pragnienia Beckett, o wielkim sercu, silnych ramionach i światłym umyśle normalnego człowieka skradł moje serce od samego początku, o tyle Haddie, imprezowa trzpiotka, której jedyną myślą było nie wiązać się a bawić doprowadzała mnie do szału każdym, absolutnie każdym swoim zachowaniem, czy wyrażaną myślą- książka jest bowiem napisana naprzemiennie z perspektywy obu bohaterów.
Okazało się oczywiście, iż nastawienie Haddie do życia ma związek z tragiczną śmiercią jej młodej siostry- darzę to pełnym zrozumieniem i szanuję. Jednak jak można aż tak zirytować czytelnika- nie wiem. Beckett dwoi się i troi, coby jej udowodnić jak mu na niej zależy. A ta- aż chciałoby się zanucić utwór Power Play - Zawsze coś- (...) mówisz tak, potem nie, w końcu weź zdecyduj się!. Wylewa te swoje żale spowodowane niczym innym, jak własnym uporem i popełnionymi przez siebie wciąż tymi samymi błędami i sama się unieszczęśliwia. W dodatku przekonana jest święcie, że robi to dla dobra innych... Zmaga się z traumą, z własnymi tragediami, ale uważam, że wszystko ma swoje granice... Cóż, przekonajcie się sami i przeczytajcie. Powieść zaczęła mi się podobać tak naprawdę dopiero pod koniec, kiedy fabuła nabrała dynamiki a Haddie nabrała trochę ogłady dzięki wytrwałości cudownego i kojącego Becketta, który w końcu i w jej sercu wydrążył otwór jak i kropla skałę. Historia miłości baaardzo zagmatwanej, krętej i właściwie nieprzewidywalnej (bo jak tu coś przewidzieć, skoro główna bohaterka co trzy minuty zmienia zdanie?). Wątki bohaterów pobocznych zbudowane rzeczowo, logicznie, wtrącane w odpowiednich momentach. Mamy tutaj zabawnego przyjaciela Becketta, Coltona, który niedawno całkiem wziął ślub z przyjaciółką Haddie- Rylee i świata poza nią nie widzi. Mamy słodką córeczkę zmarłej niedawno siostry Haddie o imieniu Maddie, która rozczula. Jest i jej średnio jeszcze pozbierany po tragedii ojciec. Są też rodzice Haddie i Becketta (Mama, marząca o wnukach i święcie przekonana że wybranka syna będzie mieć różowe japonki- świetne! Naśmiałam się, kiedy pierwsze co po poznaniu przyszła teściowa zapytała Haddie czy ma różowe japonki, a ta odrzekła, iż kilka par!) oraz jego brat. Fabuła skonstruowana jest spójnie. Jest też kilka scen erotycznych opisanych gorzej, moim zdaniem, niż to było w Hard Beat, ale jednak dość w porządku. Bez ordynarnych zwrotów. I nie powtarzają się te sceny co pięć kartek, a występują bodajże tylko 4 razy w całej powieści. Język jest nieskomplikowany, dzięki czemu powieść czyta się szybko i przyjemnie. Nie zauważyłam jakichkolwiek błędów.
Czy polecam? Długo zastanawiałam się nad odpowiedzią na to pytanie. Postanowiłam jednak udzielić odpowiedzi twierdzącej, ponieważ poza przenoszeniem w inny, magiczny świat, książka powinna budzić emocje. Nawet jeśli skrajne. Ważne, by nie przejść obok niej obojętnie.
okiem-julii.pl Julka
Sny Morfeusza
Sny są odzwierciedleniem naszych myśli, lęków, obaw i pragnień. Ludzie nie od dziś wierzą, że to co nam się przyśni może wkrótce spotkać nas w rzeczywistości. Jednak czy wszystkie nasze marzenia senne powinny zostać urzeczywistnione?
Co w fabule piszczy?
Cassandra Givens zdecydowanie nie ma szczęścia do facetów, a wybuchowy charakter, kobieca złośliwość i przekora nie pomagają jej w znalezieniu tego idealnego. Mimo to, co noc w snach Cassandry pojawia się tajemniczy Morfeusz przybierający postać namiętnego i przystojnego kochanka. Jednak dziewczyna nie przewiduje, że wkrótce jej marzenia senne staną się rzeczywistością, a Morfeusz wciągnie ją do bardzo niebezpiecznej gry, która rozpali jej zmysły. Czy Cassandra zaryzykuje i podejmie to wyzwanie?
Moja opinia
„Sny Morfeusza” były moim pierwszym spotkaniem z twórczością K.N Haner. Nie spodziewałam się tego, że polska autorka zaskoczy mnie tak pozytywnie, tworząc pełnokrwisty erotyk, który wciąga czytelnika od pierwszej strony i nie pozwala oderwać się na długie godziny. Powieść K.N. Haner przenosi czytelnika w świat demonicznego Morfeusza, gdzie erotyczne sny stają się rzeczywistością, a ukryte głęboko pragnienia zostają zaspokojone. Jest to świat pełen mrocznych tajemnic, ognistego pożądania oraz namiętności, która rozpali zmysły każdego z was. Taka mieszanka uderza do głowy, pobudza wyobraźnię i sprawia, że masz ochotę na więcej.
Powieść pisana jest dość plastycznym, prostym w odbiorze językiem, w którym jednak nie brakuje wulgaryzmów, ale mimo to czyta się ją bardzo szybko i przyjemnie. Fabuła „Snów Morfeusza” nie jest zaskakująca, jest to typowy erotyk, z dość schematyczną kolejnością zdarzeń. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że jest to polskie „Pięćdziesiąt twarzy Greya” jednak w jak najlepszym wydaniu.
Na duży plus zasługują sceny erotyczne, które K.N Haner dopracowała w nawet najmniejszym szczególe. Autorka stanęła na wysokości zadania tworząc sceny, które pobudzają i rozpalają czytelnika do czerwoności. Szczerze mówiąc już dawno nie czytałam erotyku z tak dobrze skonstruowanymi scenami seksu, które działają na wyobraźnię. Namiętność i wzajemne pożądanie pomiędzy bohaterami jest niezaprzeczalne. Na pochwałę zasługuje również postać Adama/Morfeusza. Oczywiście jak możecie się spodziewać ma on w sobie wszystkie cechy typowe dla bohatera erotyku. Jest mega przystojny, bajecznie bogaty, pewny siebie, tajemniczy i dominujący, ale mimo, że postać ta jest bardzo schematyczna, to całokształt tworzy niezwykle intrygującą mieszankę. Podczas czytania książki najbardziej ciekawiła mnie podwójna natura Adama/Morfeusza oraz jego mroczna i tajemnicza przeszłość, która niestety w pierwszym tomie nie została czytelnikowi w pełni przybliżona. Jednak mój apetyt został skutecznie przez autorkę zaostrzony!
Jednak dość sporym mankamentem książki jest według mnie postać głównej bohaterki, a zarazem narratorki – Cassandry. Cass okazała się być nadzwyczaj naiwną, irytującą, niedojrzałą i kierującą się tylko instynktami, a nie zdrowym rozsądkiem kobietą. I o ile takie zachowanie jakoś uchodzi na sucho większości bohaterek powieści erotycznych, tak akurat w „Snach Morfeusza” było to nieco przesadzone, przez co postać głównej bohaterki wydaje się być przerysowana i nienaturalna.Podejmowane przez Cass decyzje trudno było mi zrozumieć, często zachowywała się jak rozkapryszone dziecko, które samo nie wie czego chce. Dlatego Cassandra nie przekonała mnie do siebie, jednak mam ogromną nadzieję, że postać w kolejnej części serii trochę zmądrzeje, a przede wszystkim wydorośleje.
Podsumowując, „Sny Morfeusza” są przede wszystkim rozpalającą zmysły erotyczną podróżą w głąb ukrytych pragnień, gdzie bohaterowie przekraczają swoje granice, a każda kolejna kartka książki wciąga coraz głębiej w świat bezlitosnego Morfeusza. K. N Hanner spełniła wszystkie moje oczekiwania. Dostałam stuprocentową powieść erotyczną, mnóstwo gorących scen miłosnych oraz wciągającą fabułę, która nie pozwala oderwać się od czytania. Książkę polecam nie tylko fanom gatunku, ale wszystkim tym, którym brakuje mocnych wrażeń. Uwierzcie mi „Sny Morfeusza” wciągną Was w bardzo niebezpieczną grę, a wy bez wahania podejmiecie to wyzwanie!
zaczytanabloguje.blogspot.com Karolina Rybkowska; 2016-08-27
Sny Morfeusza
Trans namiętności.
Seks jak narkotyk? Senne wizje zmieniające się w realną rzeczywistość mogą być niepokojące, ale też cudownie uzależniające. Bo jak żyć bez raz posmakowanego spełnienia, które niczym wijący się bluszcz obezwładnia, oplata i nie wypuszcza ze swych wszędobylskich macek?
Historia Cassandry i Adama to mnóstwo czytelniczych emocji. Tych dobrych i tych nieco gorszych. Co zrobić z książką, którą chciało się skrytykować, a dziewięć ostatnich stron diametralnie zmienia punkt widzenia? Autorko, dlaczego? Dlaczego nie dało się przedstawić pełnej historii w jednej książce? Dlaczego fabuła „Snów Morfeusza” nie porywa, a zakończenie wbija w fotel? Dlaczego mroczna tajemnica snuje się przez kolejne strony jak niezauważalny cień, by nagle uderzyć z siłą wodospadu i rozbudzić ciekawość do granic możliwości? W efekcie „Sny Morfeusza” to dwuznaczna w odbiorze książka.
Pomysł na całą historię jest naprawdę bardzo dobry, a przede wszystkim niekonwencjonalny, jak na polską prozę. Mroczna tajemnica, intryga ze specyficzną i zamkniętą grupą (być może mafią) w tle, podkreślenie istoty niepohamowanego popędu seksualnego, który potrafi obezwładnić umysł, podświadome poszukiwanie spełnienia najbardziej odważnych fantazji, dążenie do zaspokojenia iście hedonistycznych zachcianek, spychanie na margines moralności i przebłysków zdrowego rozsądku, wręcz narkotyczne uzależnienie od seksu, odkrywanie nieznanych dotąd pokładów cielesności. Wszystko dobrze, ale zupełnie niepotrzebnie autorka tak wiele stron poświeciła na niewiele wnoszące i powtarzające się sceny erotyczne, z niewyszukanymi dialogami i chwilami irytującym językiem. Rozumiem, wprowadzenie w temat niebezpiecznego uzależnienia od ciała i namiętności, która potrafi obezwładnić, ale przyspieszenie fabuły z pewnością byłoby korzystne dla całej historii.
Podobieństwa do „Grey’a” są spore i myślę, że wielu czytelnikom się one nasuną, ale ja wskażę na jeszcze jedno. „Sny Morfeusza” nieśmiało kierują skojarzenia do filmu Stanley’a Kubricka „Oczy szeroko zamknięte”. Motyw specyficznego kręgu ludzi w maskach, uprawiających seks publicznie, wręcz narkotyczne wizje cudownego spełnienia, zagubienie własnego ja i psychiczne ubezwłasnowolnienie względem siły seksu oraz wnioski, które też przychodzą z pewnym opóźnieniem. Aż chciało się wyjść z kina. Kto wytrwał wie, że było warto. Zupełny trans umysłu. Tu jest podobnie.
W przedstawionej w powieści historii trudno mi rozgryźć bohaterkę, która z jednej strony jest zagubiona, a z drugiej szalenie pewna siebie, infantylna i pusta, aż tu nagle dojrzała i empatyczna, dopuszczająca do siebie głos rozsądku, by po chwili zaskoczyć głupotą. O nie, Cassandra nie przypadła mi do gustu. Emocjonalnie rozmemłana młoda dama bez ikry. Za to Adam vel Morfeusz to inna bajka. Pewny siebie, wie, czego chce, tajemniczy, demoniczny, niebezpieczny i nieodgadniony. Bohater z charakterem. Charyzmatyczny i z pazurem. Boski i diabelnie groźny.
K. N. Haner ma wyraźny potencjał, to czuć w prozie, którą przedstawia. Mam jednak nieodparte wrażenie, że zbyt wiele treści chciała przekazać, a czasem nie o ilość chodzi. Podejrzewam, że druga odsłona tej intrygującej historii będzie zdecydowanie bardziej rozpalająca zmysły, a przede wszystkim ciekawość czytelniczą, bo to czuć w zakończeniu. Tymczasem zajrzyjcie do „Snów Morfeusza”, a właściwie snów o Morfeuszu, które czasem stają się jawą. Jestem ciekawa Waszych opinii.
Seks jak narkotyk? Senne wizje zmieniające się w realną rzeczywistość mogą być niepokojące, ale też cudownie uzależniające. Bo jak żyć bez raz posmakowanego spełnienia, które niczym wijący się bluszcz obezwładnia, oplata i nie wypuszcza ze swych wszędobylskich macek?
Historia Cassandry i Adama to mnóstwo czytelniczych emocji. Tych dobrych i tych nieco gorszych. Co zrobić z książką, którą chciało się skrytykować, a dziewięć ostatnich stron diametralnie zmienia punkt widzenia? Autorko, dlaczego? Dlaczego nie dało się przedstawić pełnej historii w jednej książce? Dlaczego fabuła „Snów Morfeusza” nie porywa, a zakończenie wbija w fotel? Dlaczego mroczna tajemnica snuje się przez kolejne strony jak niezauważalny cień, by nagle uderzyć z siłą wodospadu i rozbudzić ciekawość do granic możliwości? W efekcie „Sny Morfeusza” to dwuznaczna w odbiorze książka.
Pomysł na całą historię jest naprawdę bardzo dobry, a przede wszystkim niekonwencjonalny, jak na polską prozę. Mroczna tajemnica, intryga ze specyficzną i zamkniętą grupą (być może mafią) w tle, podkreślenie istoty niepohamowanego popędu seksualnego, który potrafi obezwładnić umysł, podświadome poszukiwanie spełnienia najbardziej odważnych fantazji, dążenie do zaspokojenia iście hedonistycznych zachcianek, spychanie na margines moralności i przebłysków zdrowego rozsądku, wręcz narkotyczne uzależnienie od seksu, odkrywanie nieznanych dotąd pokładów cielesności. Wszystko dobrze, ale zupełnie niepotrzebnie autorka tak wiele stron poświeciła na niewiele wnoszące i powtarzające się sceny erotyczne, z niewyszukanymi dialogami i chwilami irytującym językiem. Rozumiem, wprowadzenie w temat niebezpiecznego uzależnienia od ciała i namiętności, która potrafi obezwładnić, ale przyspieszenie fabuły z pewnością byłoby korzystne dla całej historii.
Podobieństwa do „Grey’a” są spore i myślę, że wielu czytelnikom się one nasuną, ale ja wskażę na jeszcze jedno. „Sny Morfeusza” nieśmiało kierują skojarzenia do filmu Stanley’a Kubricka „Oczy szeroko zamknięte”. Motyw specyficznego kręgu ludzi w maskach, uprawiających seks publicznie, wręcz narkotyczne wizje cudownego spełnienia, zagubienie własnego ja i psychiczne ubezwłasnowolnienie względem siły seksu oraz wnioski, które też przychodzą z pewnym opóźnieniem. Aż chciało się wyjść z kina. Kto wytrwał wie, że było warto. Zupełny trans umysłu. Tu jest podobnie.
W przedstawionej w powieści historii trudno mi rozgryźć bohaterkę, która z jednej strony jest zagubiona, a z drugiej szalenie pewna siebie, infantylna i pusta, aż tu nagle dojrzała i empatyczna, dopuszczająca do siebie głos rozsądku, by po chwili zaskoczyć głupotą. O nie, Cassandra nie przypadła mi do gustu. Emocjonalnie rozmemłana młoda dama bez ikry. Za to Adam vel Morfeusz to inna bajka. Pewny siebie, wie, czego chce, tajemniczy, demoniczny, niebezpieczny i nieodgadniony. Bohater z charakterem. Charyzmatyczny i z pazurem. Boski i diabelnie groźny.
K. N. Haner ma wyraźny potencjał, to czuć w prozie, którą przedstawia. Mam jednak nieodparte wrażenie, że zbyt wiele treści chciała przekazać, a czasem nie o ilość chodzi. Podejrzewam, że druga odsłona tej intrygującej historii będzie zdecydowanie bardziej rozpalająca zmysły, a przede wszystkim ciekawość czytelniczą, bo to czuć w zakończeniu. Tymczasem zajrzyjcie do „Snów Morfeusza”, a właściwie snów o Morfeuszu, które czasem stają się jawą. Jestem ciekawa Waszych opinii.
ksiazkiweterze.pl Aneta Kwaśniewska; 2016-08-31