Recenzje
Eden. Nowy początek
Eden i Calder, dwójka młodych ludzi, zakochała się w sobie bez pamięci - wbrew zakazom, wbrew regułom. Zaryzykowali wszystkim, sprzeciwili się samym bogom, tylko po to, by udowodnić, że słodkie chwile, których zaznali we dwoje, są zwiastunem przeznaczonej im przyszłości. Takiej, w której byliby razem, nie ważne co. Czy jednak miłość, której korzenie sięgają sekty, ma szansę na trwanie, zwłaszcza po tragicznych wydarzeniach z kulminacji książki "Calder. Narodziny odwagi"?
Pierwszy tom duologii - ku memu zdumieniu - był prawdziwą niespodzianką. Przyniósł ze sobą w większości - pozytywne wrażenia, uroczą, a równocześnie tragiczną historię miłosną, której jednak przebieg śledziłam z zainteresowaniem i fascynacją. Przyniósł ciekawe tło w postaci sekty i walki z regułami oraz dowiadywaniu się co jest prawdziwe, a co wymyślone. Przyniósł badanie jak prezentuje się normalność innych ludzi. W kontynuacji historii Eden i Caldera, sięgniemy do samych początków, znajdując pytania na odpowiedzi: "dlaczego?", "czemu właśnie oni?", "kim są?".
Muszę przyznać z rozczarowaniem, że"Eden. Nowy początek" niestety nie wydawał mi się już tak dobry jak pierwszy tom. To co tam wydawało mi się słodkie, urocze, a nawet kochane, tutaj było naiwne, płytkie, przewidywalne i przesłodzone. Czytając książkę miałam wrażenie, jakby autorka wylała na papier tony lukru. Coś się bowiem zmieniło. Bohaterowie, którym w pierwszej części kibicowałam, teraz jedynie mnie irytowali. Mia Sheridan doszła do wniosku, że genialnym pomysłem byłoby wyidealizowanie każdego możliwego elementu, a na dodatek zastosowanie motywu czegoś co nazywam "szczęśliwym zbiegiem okoliczności" - do wszystkiego co przytrafiało się bohaterom. Denerwowało mnie, że informacje przychodziły im praktycznie znikąd, że nie musieli się nawet wysilać, by znaleźć odpowiedzi na pytania, bo los tajemniczo podsuwał im odpowiedzi, jak na tacy.
Na dodatek autorka umniejszyła rolę Xandera - mojego ulubieńca, co zasadniczo skończyło się na tym, że z niesmakiem obserwowałam toczącą się historię dwójki głównych bohaterów. Naprawdę starałam się polubić tę powieść, tak jak polubiłam część pierwszą, ale nie byłam w stanie.
Wydarzenia były tak przewidywalne, nierzeczywiste, nierealne i naciągane, że aż mi się wierzyć nie chciało, że żaden redaktor nie zwrócił na to uwagi autorce, gdy wydawała powieść w Stanach. Po raz kolejny uraczyła nas tyradą o przeznaczeniu i wielkiej, prawdziwej miłości i o ile jeszcze w"Calderze" faktycznie wydawało mi się to wszystko mieć sens, w "Eden"niestety nie trzymało się kupy.
I nie piszę, że ta powieść jest zła. Bo nie jest. Po prostu miałam nadzieję, że Mia Sheridan wykaże się czymś więcej, że pozytywnie mnie zaskoczy po raz kolejny. Niestety, skończyło się tak jak zwykle, co prowadzi mnie do wniosku, że prawdopodobnie jej powieści nigdy nie trafią do mojego serca. Ale hej! Jest szansa, że trafią do waszego!
Bo Mia pisze naprawdę... ciekawie. Ma dość przyjemny i lekki styl, jej książki - także "Eden" czyta się błyskawicznie. A fakt, że ja tak wiele mam do zarzucenia pisarce i jej powieściom... powiedzmy, że to sprawa indywidualnego odbioru.
Także jeśli lubicie romantyczne powieści, w którym jej mowa o przeznaczeniu, wielkiej, prawdziwej miłości, która przetrwa wszystkie burze i nawałnice i wywalczy sobie drogę do szczęścia - powinniście dać szansę pani Sheridan. W swoich dziełach łączy miłosne historie z wątkami kryminalnymi, co zdecydowanie ubarwia lekturę. Przede wszystkim jednak, w trakcie lektury czegokolwiek opatrzonego nazwiskiem Mii, nie da się przynajmniej raz nie uśmiechnąć. Autorka bowiem rozgościła się na rynku literackim i rozkochała się w pisaniu o emocjach i uczuciach, a jej oddanie tym motywom, wydaje owoce.
Opowieść o Calderze i Eden jest tragiczna, dramatyczna, a jednocześnie czuła i krucha. Jeśli jesteście gotowi by przekonać się jak w świecie pełnym zła, odnajduje się dobro i miłość - "Eden. Nowy początek" jest dla was.
Muszę przyznać z rozczarowaniem, że"Eden. Nowy początek" niestety nie wydawał mi się już tak dobry jak pierwszy tom. To co tam wydawało mi się słodkie, urocze, a nawet kochane, tutaj było naiwne, płytkie, przewidywalne i przesłodzone. Czytając książkę miałam wrażenie, jakby autorka wylała na papier tony lukru. Coś się bowiem zmieniło. Bohaterowie, którym w pierwszej części kibicowałam, teraz jedynie mnie irytowali. Mia Sheridan doszła do wniosku, że genialnym pomysłem byłoby wyidealizowanie każdego możliwego elementu, a na dodatek zastosowanie motywu czegoś co nazywam "szczęśliwym zbiegiem okoliczności" - do wszystkiego co przytrafiało się bohaterom. Denerwowało mnie, że informacje przychodziły im praktycznie znikąd, że nie musieli się nawet wysilać, by znaleźć odpowiedzi na pytania, bo los tajemniczo podsuwał im odpowiedzi, jak na tacy.
Na dodatek autorka umniejszyła rolę Xandera - mojego ulubieńca, co zasadniczo skończyło się na tym, że z niesmakiem obserwowałam toczącą się historię dwójki głównych bohaterów. Naprawdę starałam się polubić tę powieść, tak jak polubiłam część pierwszą, ale nie byłam w stanie.
Wydarzenia były tak przewidywalne, nierzeczywiste, nierealne i naciągane, że aż mi się wierzyć nie chciało, że żaden redaktor nie zwrócił na to uwagi autorce, gdy wydawała powieść w Stanach. Po raz kolejny uraczyła nas tyradą o przeznaczeniu i wielkiej, prawdziwej miłości i o ile jeszcze w"Calderze" faktycznie wydawało mi się to wszystko mieć sens, w "Eden"niestety nie trzymało się kupy.
I nie piszę, że ta powieść jest zła. Bo nie jest. Po prostu miałam nadzieję, że Mia Sheridan wykaże się czymś więcej, że pozytywnie mnie zaskoczy po raz kolejny. Niestety, skończyło się tak jak zwykle, co prowadzi mnie do wniosku, że prawdopodobnie jej powieści nigdy nie trafią do mojego serca. Ale hej! Jest szansa, że trafią do waszego!
Bo Mia pisze naprawdę... ciekawie. Ma dość przyjemny i lekki styl, jej książki - także "Eden" czyta się błyskawicznie. A fakt, że ja tak wiele mam do zarzucenia pisarce i jej powieściom... powiedzmy, że to sprawa indywidualnego odbioru.
Także jeśli lubicie romantyczne powieści, w którym jej mowa o przeznaczeniu, wielkiej, prawdziwej miłości, która przetrwa wszystkie burze i nawałnice i wywalczy sobie drogę do szczęścia - powinniście dać szansę pani Sheridan. W swoich dziełach łączy miłosne historie z wątkami kryminalnymi, co zdecydowanie ubarwia lekturę. Przede wszystkim jednak, w trakcie lektury czegokolwiek opatrzonego nazwiskiem Mii, nie da się przynajmniej raz nie uśmiechnąć. Autorka bowiem rozgościła się na rynku literackim i rozkochała się w pisaniu o emocjach i uczuciach, a jej oddanie tym motywom, wydaje owoce.
Opowieść o Calderze i Eden jest tragiczna, dramatyczna, a jednocześnie czuła i krucha. Jeśli jesteście gotowi by przekonać się jak w świecie pełnym zła, odnajduje się dobro i miłość - "Eden. Nowy początek" jest dla was.
sherry-stories.blogspot.com Sherry; 2016-07-09
Eden. Nowy początek
Eden. Nowy początek, to bezpośrednia kontynuacja losów Caldera i Eden. Akcja rozpoczyna się w miejscu, w którym zakończyła się pierwsza część. Zarówno Calder jak i Eden są przekonani, że to drugie zginęło podczas powodzi w Akadii. I mimo, że – jak się okazuje – mieszkają w tym samym mieście, musi minąć aż trzy lata, aby znów mogli się spotkać i dowiedzieć, że to drugie żyje.
Mia Sheridan ma talent do tworzenia ciekawych bohaterów, pełnych uczuć i emocji. I nie inaczej jest w tej książce. Mimo iż od ponad trzech lat Calder i Eden żyją w normalnym świecie, ich życie wcale nie jest proste i łatwe. Oboje walczą z demonami przeszłości, boją się przyznać, że przeżyli zbiorowe samobójstwo w Akadii, unikają policji.
Autorka bardzo sugestywnie ukazała uczucie wyobcowania i samotności, które wciąż odczuwają Calder, Eden i Xander. Przeszłość nie pozwala im o sobie zapomnieć, Caldera męczy poczucie winy i rozpacz, że nie potrafił uratować Eden. Próbuje jakoś ułożyć sobie życie, ale dopiero malarstwo pozwala mu na krótkie chwile wytchnienia. To właśnie dzięki swojej sztuce, uda mu się spotkać z Eden.
Akcja powieści koncentruje się głównie na Eden i Calderze. Narracja prowadzona jest z perspektywy ich obojga. Autorka pokazuje jak oboje walczą z koszmarami z przeszłości, jak próbują ułożyć sobie życie we dwoje, jak starają się odnaleźć swoje miejsce w świecie.
Dodatkowo, oboje pragną poznać swoje korzenie, przeszłość i pochodzenie. O ile Eden dość łatwo uzyskuje informacje o swojej rodzinie, o tyle aby poznać pochodzenie Caldera, będą musieli oboje wybrać się w podróż, aby odkryć skrzętnie skrywane przez Hectora tajemnice.
Mia Sheridan prócz obrazu życia w sekcie, pokazała również, w jaki sposób wpłynęła ona na dalsze życie bohaterów. Mimo zła, które wyrządził Hector, mimo manipulacji ludźmi, to dla Caldera, Eden i Xandera, Acadia była jedynym domem jaki mieli i jaki znali i do jakiego przynależeli. Fizyczne wyrwanie się ze szponów sekty okazało się tylko połową sukcesu. Dużo więcej trudu i siły, będzie od nich wymagać psychiczne uwolnienie się od Acadii i jej wpływu. I właśnie tą walkę bardzo dobrze ukazała autorka. Ta strona powieści najbardziej mi się spodobała, była przejmująca, wywoływała wiele emocji.
Trzeba pamiętać, że mimo trudnego tematu, książka jest niewątpliwie opowieścią o miłości. Wśród wszystkiego co działo się z życiem bohaterów, to właśnie wzajemna miłość stanowiła ich największą siłę, dawała nadzieję i mobilizowała do walki o lepszą przyszłość.
Sporo w „Eden. Nowy początek” jest scen erotycznych, ale opisanych z wyczuciem i okraszonych ogromną miłością głównych bohaterów. Nie ma scen seksu tylko po to aby były. Miłość fizyczna jest kontynuacją uczucia jakie połączyło Caldera i Eden.
Autorka posługuje się pięknym językiem, powieść potrafi oczarować mimo dość niespiesznie prowadzonej akcji. Mia Sheridan nie boi się pokazać dobra w swoich bohaterach, nie odbiera im niewinności, jaką posiadali, gdy żyli w Acadii. Mimo, że chwilami Calder i Eden mogą wydawać się nieco naiwni, to wcale nie działa to na niekorzyść ich postaci. Wręcz przeciwnie. Autorka dzięki takiemu zabiegowi pokazuje czytelnikowi, jak ogromny wpływ na człowieka potrafi mieć sekta. Jak bardzo jeden człowiek może wpłynąć na umysł drugiego człowieka i jak przemożny wpływ wywrzeć na działania i życie innych ludzi – w przypadku Hectora, doprowadzić prawie 200 osób do zbiorowego samobójstwa.
Zanim sięgnęłam po Eden. Nowy początek, miałam pewne obawy, czy po emocjonujących wydarzeniach w pierwszej części, ta nie wyda mi się nijaka. Absolutnie tak nie jest. Prócz opowieści o uczuciu, autorka zaserwowała czytelnikowi również wątek poszukiwania korzeni Caldera oraz rozwikłania tajemnicy przeszłości Hectora. Autorka w swoich książkach nie boi się poruszać trudnych tematów, ale opisuje je w sposób subtelny i z wyczuciem. Mi odpowiada taki sposób opowiadania historii, więc na pewno sięgnę po kolejne książki tej pisarki.
Mam cichą nadzieję, że autorka napisze książkę o Xanderze, bo wg mnie zasługuje on na swoją indywidualną historię.
miszmasz79.blogspot.com Attra; 2016-07-05
Piętrzenie nawyków. 97 małych zmian, które odmienią Twoje życie
Małe zawiasy wprawiają w ruch duże drzwi.
fragment książki
Wszyscy wiemy, jak to działa. Chcemy zmiany w swoim życiu. Obojętnie, w jakim zakresie – każdy z nas ma coś „swojego”, nad czym usiłuje pracować (lub odkłada w nieskończoność rozpoczęcie takiego wysiłku), a co mogłoby znacznie poprawić jakość naszego życia. Mamy te swoje wymówki, z których najsłynniejszą jest oczywiście brak czasu spowodowany całą masą ważniejszych spraw.
Stop. Tak być nie może. Ciągły pośpiech i narzekanie na nadmiar obowiązków nic dobrego nie wróżą. Tak samo jak i bezskuteczna walka z zaprowadzaniem nowych nawyków, które w niewytłumaczalny sposób nie chcą stać się częścią naszej codzienności. Jak się z tym uporać? Steve Scott ma dla Was pewną propozycję.
Swą procedurę nazwał „piętrzeniem nawyków”, bo dokładnie o to właśnie chodzi – by kilka drobnych zmian złączyć w jeden schemat działania. Jest jednak parę kluczowych zasad – między innymi, nawyki muszą być krótkie, łatwe do wykonania, powinny też być zamkniętymi czynnościami (nie da się ich rozbudowywać). Samo budowanie procedury opiera się na klasycznym mechanizmie warunkowania instrumentalnego – za każdy poprawnie wykonany schemat powinniśmy się nagrodzić, chociażby dobrym słowem wypowiedzianym przed lustrem. Równie istotny jest także bodziec wyzwalający, który będzie sygnalizował nam konieczność uruchomienia procedury – wyraźnie określone miejsce i czas działania (przykładowo: tuż po śniadaniu, zaraz po przebudzeniu, w drodze do pracy czy na uczelnię).
Pomysł na piętrzenie nawyków to zdecydowanie największy plus książki. I choć brakowało mi nieco argumentacji stricte naukowej, to sama procedura jest opisana niezwykle precyzyjnie, więc czytelnik bez problemu może zabrać się za tworzenie swojej własnej rutyny. Pomogą mu w tym przykłady drobnych zmian, które autor ułożył według 7 kategorii:wydajność, relacje, finanse, porządek, duchowość i samopoczucie psychiczne oraz zdrowie. Nie wszystkie z propozycji przypadły mi do gustu i nie z wszystkimi się zgadzam, lecz bez wątpienia będą dobrą inspiracją lub krokiem ku stworzeniu własnej, oryginalnej listy nawyków, która odpowiadać będzie w stu procentach Waszym potrzebom.
Sama stworzyłam swoją procedurę z pomocą książki Steve’a Scotta i powoli zaczynam wprowadzać ją do swej codzienności. Wybrałam poranek, bo to moja ulubiona pora dnia, zmiany z propozycji autora połączyłam z własnymi pomysłami, stworzyłam „check listę” i rozpoczynam kolejną próbę przemieniania w nawyki tych czynności, które z pewnością podniosą jakość mojego życia, gdy tylko staną się jego nieodłączną częścią.
fragment książki
Wszyscy wiemy, jak to działa. Chcemy zmiany w swoim życiu. Obojętnie, w jakim zakresie – każdy z nas ma coś „swojego”, nad czym usiłuje pracować (lub odkłada w nieskończoność rozpoczęcie takiego wysiłku), a co mogłoby znacznie poprawić jakość naszego życia. Mamy te swoje wymówki, z których najsłynniejszą jest oczywiście brak czasu spowodowany całą masą ważniejszych spraw.
Stop. Tak być nie może. Ciągły pośpiech i narzekanie na nadmiar obowiązków nic dobrego nie wróżą. Tak samo jak i bezskuteczna walka z zaprowadzaniem nowych nawyków, które w niewytłumaczalny sposób nie chcą stać się częścią naszej codzienności. Jak się z tym uporać? Steve Scott ma dla Was pewną propozycję.
Swą procedurę nazwał „piętrzeniem nawyków”, bo dokładnie o to właśnie chodzi – by kilka drobnych zmian złączyć w jeden schemat działania. Jest jednak parę kluczowych zasad – między innymi, nawyki muszą być krótkie, łatwe do wykonania, powinny też być zamkniętymi czynnościami (nie da się ich rozbudowywać). Samo budowanie procedury opiera się na klasycznym mechanizmie warunkowania instrumentalnego – za każdy poprawnie wykonany schemat powinniśmy się nagrodzić, chociażby dobrym słowem wypowiedzianym przed lustrem. Równie istotny jest także bodziec wyzwalający, który będzie sygnalizował nam konieczność uruchomienia procedury – wyraźnie określone miejsce i czas działania (przykładowo: tuż po śniadaniu, zaraz po przebudzeniu, w drodze do pracy czy na uczelnię).
Pomysł na piętrzenie nawyków to zdecydowanie największy plus książki. I choć brakowało mi nieco argumentacji stricte naukowej, to sama procedura jest opisana niezwykle precyzyjnie, więc czytelnik bez problemu może zabrać się za tworzenie swojej własnej rutyny. Pomogą mu w tym przykłady drobnych zmian, które autor ułożył według 7 kategorii:wydajność, relacje, finanse, porządek, duchowość i samopoczucie psychiczne oraz zdrowie. Nie wszystkie z propozycji przypadły mi do gustu i nie z wszystkimi się zgadzam, lecz bez wątpienia będą dobrą inspiracją lub krokiem ku stworzeniu własnej, oryginalnej listy nawyków, która odpowiadać będzie w stu procentach Waszym potrzebom.
Sama stworzyłam swoją procedurę z pomocą książki Steve’a Scotta i powoli zaczynam wprowadzać ją do swej codzienności. Wybrałam poranek, bo to moja ulubiona pora dnia, zmiany z propozycji autora połączyłam z własnymi pomysłami, stworzyłam „check listę” i rozpoczynam kolejną próbę przemieniania w nawyki tych czynności, które z pewnością podniosą jakość mojego życia, gdy tylko staną się jego nieodłączną częścią.
Opsychologii.pl - Porta i centrum praktyków psychologii Natalia Stasiowska; 2016-07-27
Sny Morfeusza
K.N.Haner stworzyła powieść, która z każdą kolejną stroną coraz mocniej wciąga nas w świat dzikich rządz oraz mrocznych tajemnic.
Cassandra to kobieta, która wyznaczyła sobie jasny cel w życiu. Wyprowadzić się z rodzinnego domu do Miami i dostać wymarzone stanowisko pracy. Rozmowa kwalifikacyjna jednak nie idzie po jej myśli. Zrezygnowana wspólnie z poznanym na ulicy chłopakiem wybiera się do klubu, gdzie poznaje Morfeusza. To spotkanie odmienia jej życie.
Adam to mężczyzna, który strasznie mnie irytował swoim zachowaniem. Człowiek o dwóch maskach. Kiedy był sobą, czyli zwykłym Adamem lubiłam go, kiedy przyodziewał maskę Morfeusza, mogłabym go udusić momentami.
"Znowu na niego spoglądam. Jedyne, co przychodzi mi na myśl, to to, że Adam McKey jest tak zmienny, jak woda w kranie u nas w kuchni. Przez chwilę leci zimna, a za chwilę ukrop i łatwo można się poparzyć."
Adam to człowiek w gorącej wodzie kąpany, raz jest niczym "aniołek", a w drugiej chwili potrafi zmienić się w istnego "diabła". Gdyby to mnie przytrafiło się spotykać z takim facetem, prawdopodobnie nie wytrzymałabym nerwowo. Dlaczego on taki jest? Ma to związek z jego przeszłością.
Powieść jest erotykiem, co jest widoczne niemalże na każdym kroku, gdyż kiążka aż nim ocieka. Czuć pieprzyk, który potrafi wywołać rumieniec na twarzy i myśli skierować na "niewłaściwy" tor. Postacie są wyraziste, odznaczają się swoimi charakterkami i nie można się z nimi nudzić. Ciągłe zwroty akcji, nagłe wyskoki, któregoś z bohaterów nie pozwolą Wam odłożyć książki na bok, gdyż z zaciekawieniem będziecie śledzić dalsze losy bohaterów.
Miłość nie zawsze jest łatwa, nie zawsze potrafimy się przyznać do uczuć, które nam towarzyszą. Czasem powodem są jakieś demony przeszłości, czasem lęk przed czymś, a innym razem obawa przed ponownym zranieniem. Jednak czasem wplątujemy się w jakieś nietypowe układy z których ciężko nam się jest wyrwać. Tak było w przypadku Adama. To postać, która budzi w sobie skrajne emocje - od uwielbienia do nienawiści.
"Czemu jest tak cholernie zmiennym człowiekiem? W jednej chwili istny dżentelmen, książę na białym koniu, a w drugiej wybuchowy, nieopanowany brutal."
Zdarzyło Wam się kiedyś tak w życiu, że pomimo tego iż czuliście, że związek z kimś powoli Was niszczy to i tak ciągle Was do tego kogoś ciągnęło? Jakaś nieziemska moc przyciągania. W jednej chwili kogoś nienawidzicie, ale wystarczy spojrzenie na tę osobę i już o wszystkich złych rzeczach zapominacie, tak jakby się one w ogóle nie wydarzyły. Tak miała Cassandra, tak wpływał na nią Adam. Czy zatem związek, w którym jest mnóstwo tajemnic ma szansę przetrwać?
"Są takie miejsca, w których nigdy nie powinniśmy się znaleźć. Są tacy ludzie, których nigdy nie powinniśmy poznać. Są też takie chwile, w których jest za późno na to, by się wycofać, i wtedy już nic nie zależy od nas samych. Tak naprawdę nic nie zależy ode mnie od chwili, w której go poznałam."
To co mnie najbardziej urzekło w tej książce, to ukazanie przepięknej przyjaźni, przyjaźni narodzonej w biedzie. Każda scena w której pojawiała się Cassandra i Tommy wywoływała we mnie lawinę emocji. Może dlatego, że przyjaźń ma dla mnie ogromne znaczenie. Haner ukazała nam przyjaźń w jej najlepszym znaczeniu, w momencie kiedy Tommy potrzebował kogoś, kto będzie go wspierał w ciężkich chwilach.
Czasem spotykamy w życiu jakąś osobę i od pierwszego wejrzenia czujemy z nią silną więź. Nie da się tego wytłumaczyć, tak po prostu się dzieje. Zdarzyło mi się w życiu kilka razy poznać na ludziach, tzn. że kiedy pierwszy raz spotkałam daną osobę, po prostu jej nie lubiłam od początku, czułam, że jest zła. I tak właśnie było. Czy Wam też się tak zdarza? A może ja mam jakiś dodatkowy zmysł?
Podsumowując Sny Morfeusza to powieść, która przeniesie Was do świata, w którym poznacie smak licznych tajemnic, niezwykłych doznań, miłości i niezwykłej przyjaźni. Wciągniecie się w niezwykłe zwroty akcji, które będziecie śledzić z zapartym tchem. Zachęcam do przeczytania, naprawdę warto! Ja już z niecierpliwością oczekuję kolejnej części.
czytaninka.blogspot.com Grażyna Wróbel; 2016-07-03
Stinger. Żądło namiętności
Myślicie, że życie można zaplanować od A do Z? Spisać cele na kartce, przewidzieć pojawiające się na drodze do przyszłości osoby, problemy i wydarzenia? A może sądzicie, że jak coś postanowicie, to przynajmniej los nie spłata figla i, z odrobiną wysiłku i samozaparcia, dopniecie swego? To jednym może wydawać się nudne, innym natomiast... stabilne. Pytanie jednak brzmi, czy jest możliwe?
Przez kilka lat Grace uważała, że ma nad swoim życiem całkowitą kontrolę i nic nie może jej zaskoczyć. Po rozwodzie rodziców studiowała prawo, ojciec doradził jej przyszłościową specjalizację i wszystko wskazywało na to, że będzie trwała w obecnej sytuacji, w przyszłości zarobi dużo pieniędzy i... no właśnie, i co? Zaplanowała sobie, że w przyszłości pozna "faceta numer dwa", który nauczy ją wszystkiego, co będzie jej potrzebne w relacji z przyszłym mężem. Mąż pojawi się "kiedyś tam", gdy skończy studia i znajdzie pracę w odpowiednim miejscu. Do tego dwójka dzieci i ciepełko rodzinnego życia. Brzmi cudownie, ale nieco absurdalnie, czyż nie? Życie również musiało sobie zakpić z młodej i naiwnej Grace, gdy wyjechała na konferencję studentów prawa do Las Vegas. To jej pierwszy wolny weekend od niepamiętnych czasów, wciąż zaplanowany co do godziny. Basen, nauka, wykład... Dziewczyna zdziwiona odkrywa, że w tym samym czasie w luksusowym hotelu odbywa się konferencja pracowników i fanów porno. Można zadać pytanie, co to ma wspólnego z ułożoną i niewinną studentką? Odpowiedź przychodzi sama, gdy Grace poznaje Carsona Stingera, aktora heteroseksualnego. Jedna chwila w zepsutej windzie zmienia całe życie zarówno jej, jak i jego. Mimo że mają być w swoich życiorysach tylko epizodem, połączyło ich coś, czego nigdy się nie spodziewali. Coś, czego nie było w planach Grace.
Życie każdego człowieka jest dynamiczne. Nic nie jest niezmienne, a codzienność pozbawiona emocji i uczuć jest niepełna. Dziś nie jesteśmy tym, kim byliśmy wczoraj. Jutro znów będziemy kimś innym. Ta książka pokazuje ludzi tak prawdziwych, że mogliby żyć gdzieś obok nas. Oczywiście nie zaglądamy im do sypialni, więc o tym nie wiemy. Mia Sheridan podejmuje w Stinger. Żądło namiętności temat dość popularny, ale w sposób wyjątkowy i ciekawy. Do tej pory przeczytałam tylko jedną jej książkę, Bez słów, i byłam pod niemałym wrażeniem. Jednak jeśli uważacie, że to, co autorka zrobiła w historii, której głównym bohaterem był Archer, to wszystko, na co ją stać... cóż, mylicie się. Moim zdaniem Stinger... jest jeszcze lepsze, chociaż przedstawia zupełnie inną historię. Wciąż jest życiowo i zaskakująco, wciąż Mia daje popis swoich umiejętności poprowadzenia fabuły w sposób niekonwencjonalny i tworzenia niebanalnych postaci o ciekawych osobowościach.
Grace, jak już wiecie, chce być perfekcyjna. Wszystko musi być idealne. Postępuje tak z logicznych powodów i niemal udaje jej się trzymać całe swoje życie w ryzach. Carson jest z kolei jej przeciwieństwem. Chce przeżywać każdy dzień, doświadczać wielu emocji i czuć płynącą w żyłach adrenalinę. Rzekomo w branży erotycznej pracuje, bo lubi seks. Ale czy na pewno? Autorka nie zdradza czytelnikom od razu powodów, dlaczego jego życie potoczyło się tak, a nie inaczej. Nie rzuca w nas bohaterem przewidywalnym i bezsensownym, ale pozwala z czasem odkrywać przeszłość i sposób myślenia. Ta dwójka bohaterów jest z dwóch różnych światów, ale – jak wiemy – są tacy ludzie, którzy pojawiają się w naszym życiu po coś. Nie możemy powiedzieć od razu: "o, on zmieni moje życie", ale patrząc na wiele sytuacji z perspektywy czasu uświadamiamy sobie, że od początku "coś było nie tak". Właśnie na tym polega relacja Grace i Carsona, diametralnie zmieniają życie drugiej osoby.
Muszę przyznać, że momentami było bardzo przewidywalnie. Jeszcze zanim przewróciłam kartkę, wiedziałam, co za chwilę przeczytam. Było tak przede wszystkim w pierwszej części książki, noszącej nazwę "Skorpion". Z upływem stron wiedziałam jednak, że nie będzie sielankowo i nudnawo. Kolejna część utwierdziła mnie tylko w tym przekonaniu, bo z historyjki opartej na seksie – o którym za chwilę wspomnę szerzej – zrodziła się historia o problemie istotnym, ale niezauważanym przez zwykłych ludzi. Historia, która pokazała, że wszystko jest możliwe. Wystarczy tylko małe pchnięcie, by sprawy przybrały nieoczekiwany obrót, by wszystko się zmieniło. Na lepsze czy na gorsze, nie mnie oceniać. Tego dowiecie się zapewne sięgając po tę pozycję.
W Bez słów Mia Sheridan nie wplatała w fabułę seksu tak często, jak w Stinger. Żądło namiętności. Tam stawiała głownie na uczucia, które prowadzą do zbliżenia. Miłość odgrywała główną rolę, miłość trudna i piękna. Tutaj jest natomiast odwrotnie: to seks prowadzi do miłości. W krótkiej notce o autorce możemy przeczytać, że uwielbia snuć opowieści o ludziach, którzy są sobie przeznaczeni. I muszę powiedzieć, że bardzo w niej to polubiłam. Autorka idealnie opisuje uczucia zakochanych, dopełniając je scenami seksu i miłości cielesnej, w takich dawkach, że nie są męczące. Mia pokazuje, że jedno nie wyklucza drugiego, i za to daję jej ogromnego plusa. Opisy zawsze są pełne delikatności i namiętności, nie wulgarne czy przesadzone... No, jak to w erotykach bywa, czasami zbyt idealne. Najlepsze jest jednak to, że opowieści są tak wciągające, że trudno nie pochłonąć jej od razu.
Och, dobra! Przyznam się bez bicia: przeczytałam ją w jeden dzień. Wszystko dlatego, że lubię historie lekkie i przyjemne, jednak poruszające nie tylko moje uczucia, ale ważne kwestie życiowe. Lubię obserwować, jak bohater zmienia się na moich oczach, bierze życie w swoje ręce i zaczyna decydować o sobie, nie zapominając przy tym o innych. Stinger. Żądło namiętności pokazuje, że ludzie są w życiu bardzo ważni i potrzebni do właściwego funkcjonowania, ale trzeba żyć z nimi, nie tylko się na nich zdawać. Grace była tylko bodźcem, który wywołał lawinę myśli i decyzji zmieniających rzeczywistość Carsona, i odwrotnie. W każdym człowieku kryje się dobro i wrażliwość, potrzebny jest tylko impuls, który wypuści je na światło dzienne.
Przez kilka lat Grace uważała, że ma nad swoim życiem całkowitą kontrolę i nic nie może jej zaskoczyć. Po rozwodzie rodziców studiowała prawo, ojciec doradził jej przyszłościową specjalizację i wszystko wskazywało na to, że będzie trwała w obecnej sytuacji, w przyszłości zarobi dużo pieniędzy i... no właśnie, i co? Zaplanowała sobie, że w przyszłości pozna "faceta numer dwa", który nauczy ją wszystkiego, co będzie jej potrzebne w relacji z przyszłym mężem. Mąż pojawi się "kiedyś tam", gdy skończy studia i znajdzie pracę w odpowiednim miejscu. Do tego dwójka dzieci i ciepełko rodzinnego życia. Brzmi cudownie, ale nieco absurdalnie, czyż nie? Życie również musiało sobie zakpić z młodej i naiwnej Grace, gdy wyjechała na konferencję studentów prawa do Las Vegas. To jej pierwszy wolny weekend od niepamiętnych czasów, wciąż zaplanowany co do godziny. Basen, nauka, wykład... Dziewczyna zdziwiona odkrywa, że w tym samym czasie w luksusowym hotelu odbywa się konferencja pracowników i fanów porno. Można zadać pytanie, co to ma wspólnego z ułożoną i niewinną studentką? Odpowiedź przychodzi sama, gdy Grace poznaje Carsona Stingera, aktora heteroseksualnego. Jedna chwila w zepsutej windzie zmienia całe życie zarówno jej, jak i jego. Mimo że mają być w swoich życiorysach tylko epizodem, połączyło ich coś, czego nigdy się nie spodziewali. Coś, czego nie było w planach Grace.
Życie każdego człowieka jest dynamiczne. Nic nie jest niezmienne, a codzienność pozbawiona emocji i uczuć jest niepełna. Dziś nie jesteśmy tym, kim byliśmy wczoraj. Jutro znów będziemy kimś innym. Ta książka pokazuje ludzi tak prawdziwych, że mogliby żyć gdzieś obok nas. Oczywiście nie zaglądamy im do sypialni, więc o tym nie wiemy. Mia Sheridan podejmuje w Stinger. Żądło namiętności temat dość popularny, ale w sposób wyjątkowy i ciekawy. Do tej pory przeczytałam tylko jedną jej książkę, Bez słów, i byłam pod niemałym wrażeniem. Jednak jeśli uważacie, że to, co autorka zrobiła w historii, której głównym bohaterem był Archer, to wszystko, na co ją stać... cóż, mylicie się. Moim zdaniem Stinger... jest jeszcze lepsze, chociaż przedstawia zupełnie inną historię. Wciąż jest życiowo i zaskakująco, wciąż Mia daje popis swoich umiejętności poprowadzenia fabuły w sposób niekonwencjonalny i tworzenia niebanalnych postaci o ciekawych osobowościach.
Grace, jak już wiecie, chce być perfekcyjna. Wszystko musi być idealne. Postępuje tak z logicznych powodów i niemal udaje jej się trzymać całe swoje życie w ryzach. Carson jest z kolei jej przeciwieństwem. Chce przeżywać każdy dzień, doświadczać wielu emocji i czuć płynącą w żyłach adrenalinę. Rzekomo w branży erotycznej pracuje, bo lubi seks. Ale czy na pewno? Autorka nie zdradza czytelnikom od razu powodów, dlaczego jego życie potoczyło się tak, a nie inaczej. Nie rzuca w nas bohaterem przewidywalnym i bezsensownym, ale pozwala z czasem odkrywać przeszłość i sposób myślenia. Ta dwójka bohaterów jest z dwóch różnych światów, ale – jak wiemy – są tacy ludzie, którzy pojawiają się w naszym życiu po coś. Nie możemy powiedzieć od razu: "o, on zmieni moje życie", ale patrząc na wiele sytuacji z perspektywy czasu uświadamiamy sobie, że od początku "coś było nie tak". Właśnie na tym polega relacja Grace i Carsona, diametralnie zmieniają życie drugiej osoby.
Muszę przyznać, że momentami było bardzo przewidywalnie. Jeszcze zanim przewróciłam kartkę, wiedziałam, co za chwilę przeczytam. Było tak przede wszystkim w pierwszej części książki, noszącej nazwę "Skorpion". Z upływem stron wiedziałam jednak, że nie będzie sielankowo i nudnawo. Kolejna część utwierdziła mnie tylko w tym przekonaniu, bo z historyjki opartej na seksie – o którym za chwilę wspomnę szerzej – zrodziła się historia o problemie istotnym, ale niezauważanym przez zwykłych ludzi. Historia, która pokazała, że wszystko jest możliwe. Wystarczy tylko małe pchnięcie, by sprawy przybrały nieoczekiwany obrót, by wszystko się zmieniło. Na lepsze czy na gorsze, nie mnie oceniać. Tego dowiecie się zapewne sięgając po tę pozycję.
W Bez słów Mia Sheridan nie wplatała w fabułę seksu tak często, jak w Stinger. Żądło namiętności. Tam stawiała głownie na uczucia, które prowadzą do zbliżenia. Miłość odgrywała główną rolę, miłość trudna i piękna. Tutaj jest natomiast odwrotnie: to seks prowadzi do miłości. W krótkiej notce o autorce możemy przeczytać, że uwielbia snuć opowieści o ludziach, którzy są sobie przeznaczeni. I muszę powiedzieć, że bardzo w niej to polubiłam. Autorka idealnie opisuje uczucia zakochanych, dopełniając je scenami seksu i miłości cielesnej, w takich dawkach, że nie są męczące. Mia pokazuje, że jedno nie wyklucza drugiego, i za to daję jej ogromnego plusa. Opisy zawsze są pełne delikatności i namiętności, nie wulgarne czy przesadzone... No, jak to w erotykach bywa, czasami zbyt idealne. Najlepsze jest jednak to, że opowieści są tak wciągające, że trudno nie pochłonąć jej od razu.
Och, dobra! Przyznam się bez bicia: przeczytałam ją w jeden dzień. Wszystko dlatego, że lubię historie lekkie i przyjemne, jednak poruszające nie tylko moje uczucia, ale ważne kwestie życiowe. Lubię obserwować, jak bohater zmienia się na moich oczach, bierze życie w swoje ręce i zaczyna decydować o sobie, nie zapominając przy tym o innych. Stinger. Żądło namiętności pokazuje, że ludzie są w życiu bardzo ważni i potrzebni do właściwego funkcjonowania, ale trzeba żyć z nimi, nie tylko się na nich zdawać. Grace była tylko bodźcem, który wywołał lawinę myśli i decyzji zmieniających rzeczywistość Carsona, i odwrotnie. W każdym człowieku kryje się dobro i wrażliwość, potrzebny jest tylko impuls, który wypuści je na światło dzienne.
askier-pisze.blogspot.com Ula MA