ODBIERZ TWÓJ BONUS :: »

Recenzje

Utracony świat. Podróże Leona Barszczewskiego po XIX-wiecznej Azji Środkowej

Aleksander Czekanowski, Jan Czerski, Benedykt Dybowski, Karol Bohdanowicz, Wiktor Godlewski, Bronisław Grąbczewski – to chyba najbardziej znani Polacy, badacze w XIX w. Syberii, Azji Środkowej i innych regionów azjatyckiej części Imperium Rosyjskiego. Było ich, oczywiście, wielu więcej. Zesłańców po powstaniach Listopadowym i Styczniowym, oficerów carskiej armii, rzadziej tych, którzy dobrowolnie wyjechali tam do pracy. Należał do nich również, trochę zapomniany w minionym stuleciu, chociaż ma obszerną notę m.in. w Wikipedii, Leon Barszczewski (1849-1910). Rosyjski oficer, Polak i katolik, który dosłużył się stopnia podpułkownika. Badacz i fotograf, na potrzeby wojska, najpierw terenów i dróg prowadzących z ówczesnego Turkiestanu, przez Afganistan, w kierunku Indii. A następnie, również w cywilnych celach poznawczych, wielu obszarów Azji Środkowej, zwłaszcza gór i lodowców. Jako topograf, geolog, etnograf, przyrodnik – w każdej z tych dziedzin formalnie amator, ale ze znakomitymi rezultatami. Potwierdzonymi członkostwem lub przynajmniej uznaniem towarzystw naukowych. Złotymi medalami uzyskanymi na wystawach fotograficznych w Paryżu i Warszawie. Nazwanie jego imieniem jednego z lodowców w Górach Hisarskich oraz jednej z odkrytych przez niego roślin itp.
 
A obecnie w „Bezdrożach” ukazała się poświęcona mu obszerna i bogato ilustrowana jego zdjęciami książka napisana, po 30 latach badań i zbierania materiałów, przez jego prawnuka. Książka, podkreślę to od razu, szalenie ciekawa. Przybliżająca współczesnemu czytelnikowi nadal mało, lub praktycznie nieznane miejsca. Miejscowości często już nieistniejące. Poza, oczywiście, dużymi miastami, jak Buchara, Samarkanda, Szachrisabs czy Taszkient oraz kilkoma w innych regionach dawnej Rosji. I ich stan oraz życie, zwyczaje itp. ludzi żyjących tam w końcu XIX i na przełomie XX wieku.

Dla mnie książka ta okazała się tym bardziej interesująca, że pół wieku temu odbyłem w tamtych stronach podróż dziennikarską częściowo śladami jednego z największych europejskich reporterów pierwszych trzech dekad XX wieku, Egona Erwina Kischa i jego książki „Asien gründlich verëndert” – „Azja odmieniona”. Poznając także niektóre miejscowości i miejsca, w których żył, lub po których podróżował Leon Barszczewski. I utrwalając ich zmieniony obraz w kilka dziesięcioleci później.

Książka o nim i jego dokonaniach, którą omawiam, składa się z 31 rozdziałów, wstępu i suplementu. Opisuje życie, podróże i badania Leona Barszczewskiego w jego porządku chronologicznym. Z niezliczonymi, szalenie ciekawymi historiami i momentami. Oparta została ona na źródłach. Na ile okazało się to możliwe, gdyż spuścizna, w tym własne relacje tego podróżnika, uległa rozproszeniu oraz częściowemu zniszczeniu w trakcie pierwszej, a zwłaszcza w Warszawie drugiej – i tuż po niej – wojen światowych.

Z jego oryginalnych relacji z podróży i innych tekstów, w języku polskim zachował się większy chyba tylko jeden. Będąc Polakiem i katolikiem, co nie ułatwiało mu kariery w carskiej armii, z żoną i dziećmi rozmawiał po polsku. Ale już z dobrym pisaniem w ojczystym języku miał problemy, co sam przyznawał. Sporo o nim pisali natomiast inni, co autor książki pieczołowicie wykorzystał. Przede wszystkim oparł się jednak na wspomnieniach jego córki, Jadwigi Barszczewskiej – Michałowskiej spisanych pod koniec jej życia.

Co ma swoje plusy, gdyż zawierają one mnóstwo szczegółów także z życia rodzinnego porucznika, później kapitana, w Samarkandzie i innych miejscowościach Azji Środkowej. Równocześnie jednak nie brak w nich historii nieprawdopodobnych, wręcz fantastycznych. Ojciec miał bowiem zwyczaj po powrocie, z niekiedy wielomiesięcznych wypraw, opowiadać o nich, wówczas kilkuletnim dzieciom. W sposób jednak, o czym pisze autor książki, możliwy do zrozumienia przez nie.

Z uproszczeniami, ciekawostkami, ubarwieniami. Wspomnienia córki spisywane po wielu latach mogły więc utrwalić wiele faktów tak, jak je odbierała jako mała dziewczynka. A równocześnie „wygładzać” i idealizować postać oraz osiągnięcia ojca. Nie trudno zwrócić uwagę na takie, mało realne sceny i wydarzenia. Sam autor książki zresztą w kilku przypadkach wyraża wątpliwości, czy mogły one wydarzyć się w rzeczywistości. Nie zawsze chyba jednak dostrzegł niektóre wewnętrzne sprzeczności.

W dziesiątkach miejsc relacji i opisie sytuacji znajdujących się w tej książce, podkreślany jest serdeczny i przyjacielski stosunek Leona Barszczewskiego do tubylców o różnym pochodzeniu etnicznym, kulturze, językach i narzeczach w których mówili. O łatwości z jaką nawiązywał z nimi kontakt – także dzięki poznaniu z czasem kilku miejscowych języków. Oraz uznania, a także przyjaźni – padają nawet słowa o jego uwielbieniu, z jakimi spotykał się z ich strony.

M.in. dzięki leczeniu – chociaż nie był przecież lekarzem – chorych np. na febrę, czy opatrywaniu rannych. I przytaczane fakty jego znakomitych stosunków z miejscową ludnością, podkreślane przez innych europejskich – bo byli wśród nich nie tylko Rosjanie, ale m.in. Francuzi – uczestników wypraw badawczych, w których Leon Barszczewski uczestniczył, lub nimi kierował. Równocześnie jednak w wielu cytowanych jego wypowiedziach aż się roi o „półdzikich ludziach”, czy wręcz narodach, z którymi styka się.

Czy wyrażanych opinii o nich: „jacy oni są dwulicowi, interesowni, w przypadku trudnej sytuacji gotowi zdradzić cię, aby ratować własną skórę…”. Tych sprzeczności autor albo nie zauważa, albo przechodzi nad nimi do porządku dziennego. Nie brak też informacji co najmniej mało prawdopodobnych, zawartych we wspomnieniach córki oficera – podróżnika, poza tymi, co do których wątpliwości ma sam autor, również innych, nie zauważonych przez niego.

Np. w relacji z kilkutygodniowej rodzinnej podróży m.in. na wielbłądach przez pustynię do Aszchabadu, przeczytać można, że 9-letnia wówczas Jadzia, późniejsza autorka wspomnień, nie tylko świetnie jeździła konno, ale i posługiwała się bronią palną. Zaś jej ojciec władał, (oprócz rosyjskiego, polskiego, francuskiego i niemieckiego), także kilkoma językami egzotycznymi: turkmeńskim, sartowskim, tadżyckim, uzbeckim i… arabskim.

Co do pierwszych czterech, jest to bardzo prawdopodobne, chociaż w opisach konkretnych sytuacji podkreślane jest, iż w rozmowach z tubylcami, korzystał z pomocy zaufanego tłumacza. Ale skąd w tym zestawie wziął się arabski? Przecież w Azji Środkowej nie był on, i nadal nie jest używany. Może poza Koranem, ale recytowanym głównie na pamięć, często bez rozumienia treści Świętej Księgi. A rzekomo po arabsku mieli do niego zwracać się… gruzińscy powstańcy w górach Kaukazu.

Być może w uszach dziewczynki gruziński brzmiał tak samo niezrozumiale jak arabski? Tego rodzaju wątpliwych, czy raczej niewątpliwie wymyślonych, lub źle zapamiętanych, zwłaszcza przez główną autorkę wspomnień, opisów i informacji jest w książce więcej. Dotyczą one również nieścisłości w niektórych odsyłaczach. Przeważnie dosyć dokładnie wyjaśniających, kim był wspominany człowiek, gdzie znajduje się oraz jaką jest miejscowość, rzeka lub inny obiekt na opisywanej trasie podróży. W paru jednak, i to ważnych przypadkach, zaskakujących zwłaszcza niedopowiedzeniami.

Tak np. w odsyłaczu do Tamerlana (Timura Chromego), jest tylko informacja o jego zasługach, także dla sztuki i nauki oraz o zdobyczach. Ale ani słowa o tym, że był on jednym z najkrwawszych władców w dziejach. Do Lhasy, że to „miasto na Wyżynie Tybetańskiej, obecnie w południowo – zachodnich Chinach…”, z pominięciem tak ważnego faktu, że jest ono przede wszystkim stolicą Tybetu. Fatalne są również – ale to już wina wydawcy – opisy, szczególnie całostronicowych zdjęć.

Maleńkimi czcionkami, wzdłuż grzbietowej krawędzi. Trudne nie tylko do przeczytania, ale i ich otwarcia. Są to jednak w sumie drobne mankamenty. Natomiast opisy życia, wypraw, spotkań z tubylcami i innymi badaczami oraz osiągnięć jej bohatera, bardzo ciekawe. Zapowiada je zresztą autor w swoim wstępie pisząc:

„Losy, podróże i przygody Leona Barszczewskiego dziś mogą wydać się zupełnie nierealne. Bo też świata, który obserwował i dokumentował, już nie ma – został na zawsze utracony. Jego ślad trwa jedynie na niezwykłych fotografiach i szklanych negatywach. Podróżnik jawi się współczesnym jako tajemniczy pionier przemierzający nieznane lądy, bohater wyjęty z na poły fantastycznych powieści. Barszczewski bez wątpienia był pionierem – to on był zapewne pierwszym Europejczykiem, jakiego ujrzeli mieszkańcy niejednej wioski leżącej wśród azjatyckich szczytów i lodowców.

Ten obcy tiura z dalekiego kraju szybko zyskiwał ich zaufanie i sympatię dzięki swej otwartości, szczerości i szacunkowi, jakim darzył spotykanych ludzi. Nie bez znaczenia był fakt, że poznał lokalne języki i ich narzecza. Znajomość różnych rzemiosł i sztuki leczenia, posiadane środki medyczne, choć bardzo podstawowe (jak chinina), i zwyczajne „nadprzyrodzone zdolności”, a czasem nawet umiejętności kuglarskie powodowały, że w oczach tubylców stawał się kimś dysponującym niemal cudowną mocą…”.

Przytoczone wyżej przykłady i wątpliwości trochę zaciemniają ten jasny obraz. Ale z ogromnym zainteresowaniem i uwagą czytałem kolejne rozdziały opowieści o życiu oraz działalności tego oficera, podróżnika i badacza. Nawet, jeżeli czasami zżymałem się trochę na mało prawdopodobne, czy wręcz niemożliwe sceny, sytuacje bądź fakty, przedstawiane przez autora. Chyba nie zawsze z dostateczną dawką krytycyzmu w stosunku do źródeł, z których korzystał. Zwłaszcza dziecięcych wspomnień córki podróżnika.

Na szczęście również i innych źródeł. Wynagradzało mi to jednak mnóstwo fascynujących opowieści i relacji oraz ilustrujących wiele z nich zdjęć sprzed ponad wieku. Od opisów i informacji w jakie sposób Leon Barszczewski trafił na ponad 20-letnią służbę w tamten region Imperium Rosyjskiego. Poprzez relację z pierwszej i wielu następnych wypraw. Także wywiadowczych, do których trzeba zaliczyć m.in. badanie przez niego dróg do Afganistanu opisane w postaci częściowego przedruku jego tajnego raportu wojskowego. Czy o „przyjaciołach domu” w Samarkandzie: psie Aracie i wężu Zydze.

Nawet fantazje Jadzi o uzdrowieniu przez Leona Barszczewskiego „królowej gór i lodowców”. O oswobodzeniu przez niego przetrzymywanych w nieludzkich warunkach więźniów. A następnie, prawdopodobnie za to, podstępne uwięzienie carskiego oficera i niemal cudowne jego ocalenie. Przykłady można mnożyć. Zatrzymam się na chwilę przy opisie odkrycia przez niego na wzgórzu Afrasiab, wówczas w pobliżu Samarkandy, obecnie w tym mieście, niedaleko zresztą jego najsłynniejszego zabytku – zespołu Registanu, ruin i skarbów jej poprzedniczki, starożytnej Marakandy.

Mam bowiem podstawy, aby zakwestionować podawane jako bezsporny fakt, odkrycie tego miejsca właśnie przez niego. Podczas mojego pierwszego tam pobytu pół wieku temu, trafiłem bowiem na to wzgórze gruntownie badane wówczas przez ekspedycję archeologiczną Uzbeckiej Akademii Nauk. Miałem zresztą wówczas sporo szczęścia, gdyż w mojej obecności odkopano gliniany garnek ze skarbem srebrnych monet sogdyjskich z IX w. n.e. Ekspedycją tą kierował, trochę na odległość, gdyż z Taszkientu przyjeżdżał tylko raz na kilka tygodni, wybitny badacz i odkrywca starożytnych osad w Azji Centralnej, prof. Szyszkin.

Na miejscu zaś jego zastępca, Michaił Fiodorow. Jak mi się przedstawił, gdy dowiedział się kim jestem, prawnuk Aleksandra Koczanowskiego, polskiego zesłańca po powstaniu 1863 r. Opowiedział mi wówczas o największym odkryciu w trakcie prac w 1966 r.: przed islamskich fresków z VII w. n.e. A także o prowadzonych na tym wzgórzu wcześniej pracach wykopaliskowych. Po raz pierwszy w 1874 r., a więc 11 lat wcześniej, niż rzekomo odkrył je Leon Barszczewski.

Odkopano wówczas ślady cytadeli z okresu przed najazdem (329 r. p.n.e.) wojsk Aleksandra Macedońskiego. Następnie niewielkie wykopaliska prowadzono w latach 1885 – mogły to być wykopki polskiego badacza, chociaż nie wymienił jego nazwiska – oraz w roku 1904. A kolejne, już systematyczne, prace badawcze w latach 1905-1931. Prof. Szyszkin nie przepadał podobno za dziennikarzami, był też zresztą chyba trochę zmęczony, gdyż był to wrzesień – okres zbioru bawełny, gdy w mieście niewiele spraw można było załatwić.

Kto mógł, nawet jak nie chciał, musiał jechać pomagać kołchoźnikom i sowchoźnikom w jej zbiorach. Gdy więc zadzwoniłem do niego do hotelu „Registan” – mieszkałem w innym, „Samarkand” sieci Intourist, znacznie lepszym, bo pozwalała mi na to śmieszna na ówczesne polskie warunki cena – początkowo nie godził się na spotkanie i rozmowę ze mną. Ale na wiadomość, że jestem polskim dziennikarzem, przystał na „15-minutową wizytę”. I… przegadaliśmy w jego nad wyraz skromnym hotelowym pokoju ponad 5 godzin.

Po czym obdarowany zostałem publikacjami profesora z jego dedykacjami. On też mówił mi, że Afrasiab był już wcześniej częściowo badany w ciągu niemal stu lat, m.in. przez ekspedycję francuską jeszcze w czasach carskich. O tym, że wśród badaczy tego miejsca był również Polak, nie było jednak mowy. Być może nawet o tym nie wiedział, lub nie kojarzył rosyjskiego oficera z polskością. Trudno również wykluczyć, że do tego stopnia zapomniano o badaniach Leona Barszczewskiego na wzgórzu Afrasjab, albo nie uznawano ich za istotne.

Ja o nich dowiedziałem się dopiero z tej książki. A przecież część odkopanych wówczas przez niego starożytnych skarbów trafiła, sprzedana Francuzom przez odkrywcę, nawet do paryskiego Museé National des Arts Asiatiques Guimet. O tym też można przeczytać w niej. Pamiętam, że mój reportaż „Tajemnice Wzgórza Afrasjab” opublikowany w cyklu relacji z Uzbekistanu, spotkał się z dużym zainteresowaniem czytelników. Gdy po raz kolejny byłem w Samarkandzie kilka lat temu, zastałem miejsce wykopalisk nakryte budynkiem muzeum. Zaś w jego ekspozycji wiele odkrytych na wzgórzu skarbów.

M.in. chyba tych samych monet sogdyjskich, które widziałem zaraz po ich odkopaniu w 1966 r. Teraz, w trakcie lektury książki o polskim badaczu, z dużą ciekawością oglądałem zamieszczone w niej stare fotografie zabytkowych budowli Azji Środkowej. Miałem bowiem okazję nie tylko obejrzeć wiele z nich w ich obecnym stanie. Ale również sfotografować je, już w kolorze. Nie wiedząc, że robię to nierzadko z tego samego miejsca lub perspektywy, co fotograf przed ponad wiekiem.

Ale wróćmy do tekstu tej książki. Część zawartych w niej opisów i relacji powstała także na podstawie napisanych przez innych. M.in. bardzo obszernej relacji „Uroczystości weselne w Bucharze Wschodniej” (w książce zajmuje ona prawie 35 stron), napisanej przez Witolda Barszczewskiego (1867-1926), stryjecznego brata Leona i ojca znakomitej aktorki Elżbiety Barszczewskiej, na podstawie notatek oraz opowiadań podróżnika. I opublikowanej w 1902 r. w piśmie „Naokoło Świata”.

Podobnie wykorzystana została, jako częściowy przedruk korespondencji polskiego podróżnika z prof. Władimirem Lipskim, z którym odbył on jedną z wypraw badawczych oraz dziennik Leona Barszczewskiego z tej wyprawy, które stały się podstawą jej opisu. Takie, niezwykle interesujące historie – a przytaczam tylko niewielką ich część, dominują w tej książce. Naprawdę wartej przeczytania. Nie tylko dlatego, że przywraca z zapomnienia postać wybitnego polskiego podróżnika i badacza Azji Środkowej. Ale przede wszystkim dotyczy przeszłości ciągle mało znanego u nas, chociaż zasługuje on na to, regionu świata.
GLOBTROTER INFO CEZARY RUDZIŃSKI; 2016-12-08

Mój dziennik podróży

Podróże są wspaniałą przygodą. Podróże kształcą, poszerzają horyzonty, rozwijają, w końcu pozostawiają po sobie niezatarte wspomnienia. Powinniśmy być wdzięczni, że żyjemy w obecnych czasach, kiedy podróże stały się czymś dość powszednim. Nie wymagają już nadzwyczajnych środków, nie są czymś zarezerwowanym dla wybrańców. W XXI wieku podróżnikami stają się nie tylko ludzie dorośli. Podróżnikami są już maleńkie dzieci, które wraz ze swymi opiekunami odwiedzają bliskie i dalekie zakątki świata. Często młody człowiek nie zdaje sobie nawet sprawy, że właśnie staje się podróżnikiem. Może to nie skala Vasco da Gamy czy Krzysztofa Kolumba, jednak to nadal podróże.
 
Młodego podróżnika warto zatem uświadomić, że takowym się staje i warto też zrobić jak najwięcej, by ze swej podróży wyniósł niezapomniane wspomnienia, by czerpał z podróży jak najwięcej, w końcu, by podróż, która często niesie ze sobą choć odrobinę niedogodności, stała się przyczynkiem do dziecięcej radości. Zdarzyć się też może, że młody człowiek wcale nie chce zostać podróżnikiem. Nie chce nigdzie jechać, nie chce poznawać nowych miejsc. Woli zostać w domu i bez nowych wrażeń i przeżyć spędzać czas. Dzieci są przecież różne.
 
Zarówno w pierwszym jak i w drugim przypadku warto zatem sięgnąć po coś, co pomoże rodzicom przygotować dziecko do podróży, da sporą dawkę radości oraz sprawi, że młody człowiek jeszcze lepiej będzie wspominał czas spędzony na wojażach. Warto zatem sięgnąć po niewielkich rozmiarów opracowanie autorstwa Dominiki Zaręby oraz Ani Jamróz Mój dziennik podróży, który ukazał się nakładem Wydawnictwa Bezdroża.
 
Mój dziennik podróży to właśnie dziennik, który sanie się dla dziecka podczas wyjazdu źródłem ciekawej i pouczającej zabawy. To księga wspomnień, do której malec już po powrocie z podróży będzie z pewnością wielokrotnie zaglądał i przypominał sobie swe niezapomniane przygody.
 
W podróży dziecku towarzyszyć będą trzej inni podróżnicy czyli Flamingo Oszalały – poszukiwacz przygód, figlarz i awanturnik, Osiołek Nudzimisię, któremu nic się nie chce i najchętniej spałby do południa oraz Iguana Mądralińska czyli postać niezwykle inteligentna i ciągle żądna wiedzy. Z takimi kompanami podróży dziecko po prostu nie może się nudzić.
 
W Mój dziennik podróży czeka na młodego podróżnika całe mnóstwo zadań do wykonania. Zabawa zaczyna się zanim jeszcze ruszymy na wyprawę, w której z pewnością przydadzą się nożyczki, klej, coś do rysowania oraz pisania. Pierwszym zadaniem dziecka jest wklejenie do dziennika swego zdjęcia oraz zapisanie dokąd, kiedy i z kim rusza w podróż. Następnie mały podróżnik ma za zadanie określenie swego podróżniczego niezbędnika – wskazanie czy woli walizkę czy plecak oraz zrobienie listy rzeczy niezbędnych w swoim bagażu. Wśród kolejnych zadań znajdziemy sporą ilość zadań, które powinny bez reszty zająć małego turystę. Malowanie mapy podróży, malowanie flagi odwiedzanego państwa albo herbu polskiego miasta, wklejanie biletów z podróży, rysowanie najfajniejszego miejsca, rysowanie najsmaczniejszego dania, tworzenie listy ciekawych potraw, owoców, warzyw i deserów smakowanych w podróży, opisywanie najfajniejszego podróżniczego dnia, opisywanie miejscowej fauny i flory, tworzenie własnego unikatowego języka lub szyfru i wiele, wiele innych zadań, które z pewnością pobudzą dziecięcą wyobraźnię a także sprawią, że podróż stanie się dla niego jeszcze bardziej atrakcyjna oraz niezapomniana.
 
Mój dziennik podróży to opracowanie skromnych rozmiarów, w którym kryje się moc zabawy. Polecam.
Sztukater.pl Krzywa Prosta

Utracony świat. Podróże Leona Barszczewskiego po XIX-wiecznej Azji Środkowej

Fotografie Leona Barszczewskiego są cennym źródłem informacji Azji Centralnej, choć w ostatnim czasie trochę zapomniane. Pan Barszczewski to nie tylko fotograf, ale też badacz i podróżnik. W dzisiejszym Kazachstanie odnalazł bogate pokłady rud żelaza i złoża granitu. W górach Andak odkrył żyły złota, malachity, turkusy, rudy miedzi i żelaza.To także odkrywca starożytnego miasta Samarkandy, założył tam Muzeum Historyczne.

Uczestniczył w czterech ekspedycjach naukowych, ale najbardziej podobały mi się jego fotografie ukazujące ubiory i aktualnie panującą modę zamożnych członków społeczności Samarkandy. Ludzie ci ubrani w eleganckie czapy, uszyte z luksusowych tkanin jedwabnych, wyglądali w nich bardzo dostojnie. Książka ukazuje takie właśnie zdjęcia, zarówno kobiet jak i mężczyzn, tych bogatych i tych całkiem biednych, są też np. kobiety z zasłoniętymi twarzami. Barszczewski oprócz tego, że był fotografem i podróżnikiem, odkrywcą, był także oficerem Turkieństańskiego Batalionu Liniowego. Jako miłośnik przyrody marzył, aby odwiedzić odległe kresy Rosji.
We wszystko to włożył niemało sił, pracy oraz pieniędzy, a posiadał przecież żonę i pięcioro dzieci. Autor książki Igor Strojecki to zapalony pisarz o Leonie Barszczewskim. Napisał wiele artykułów, o słynnym fotografie, katalogów, a także jest autorem wystaw poświęconych swoim przodkom, bowiem Pan Leon był jego pradziadkiem. Jego motto brzmi: „Być może jeszcze nie narodził się ten, który kiedyś zapuka do twoich drzwi i o historię twojej rodziny poprosi”.
 
Spuścizna fotograficzna Leona Barszczewskiego jest dziś cennym dokumentem dla mieszkańców Azji Środkowej XIX wieku.
Fotograf uchwyciwszy na zdjęciach szczegóły, ukazujące typy ubiorów i ich zdobienia przybliżył dzisiejszemu czytelnikowi odległe w czasie i inne kulturowe społeczeństwa, które zachwycają wielu podróżników i badaczy.
 
Jeśli choć trochę jesteś zainteresowany Drogi Czytelniku, to zajrzyj do tej książki i poczytaj o ciekawej historii Leona Barszczewskiego i o losach jego rodziny.

Zachęcam do lektury.
DobreRecenzje.pl Dorota; 2016-12-07

TukTukCinema. Czyli rzecz o Indiach, Gangesie, radości życia, wiecznie psującym się skuterze i Bolku i Lolku

W egzotyczne światy wprowadza nas Wydawnictwo Bezdroża. Barokowy tytuł "Tuk Tuk Cinema, czyli rzecz o Indiach, Gangesie, radości życia, wiecznie psującym się skuterze i Bolku i Lolku" nadał swej relacji Robb Maciąg. W 2013 roku autor jechał do Nepalu, by pokazać dzieciom... kreskówki z Bolkiem i Lolkiem i przygody Reksia. Ta "bajkowa" wyprawa staje się zaczątkiem jednoosobowego kina objazdowego. Trasa operatora na skuterze - licząca 2,5 tys. km - wiedzie wzdłuż świętego Gangesu. 
Dziennik Łódzki MAREK NIEDŹWIECKI; 2016-12-07

Pod samym niebem

W końcu przyszedł ten czas, aby poznać dalsze losy bohaterów Podniebnego lotu, który pomimo, że wpisuje się w literaturę erotyczną, to jednak zainteresował mnie swoją fabułą. Dlatego też wiedząc, że jest kontynuacja, bez zastanowienie sięgnęłam po kolejną część – Pod samym niebem
 
Tym razem jednak trudno jest nakreślić fabułę książki ponieważ w większości są to powroty do przeszłości uzupełnione jedynie wydarzeniami obecnie się dziejącymi. Dlatego też aby nie zdradzić za wiele z fabuły, i nie zepsuć przyjemności z lektury tomu pierwszego skupię się w większej części na własnych odczuciach.
 
Brutalny napad, który spotkał Biankę w poprzedniej części mocno zaważył na dalszych relacjach pomiędzy nią a Cavendishem.  Rozstanie i przeżycia po napadzie spowodowały w kobiecie wielkie spustoszenie, i pomimo bólu nadal cierpi po rozstaniu z mężczyzną, który wywarł na niej tak duże wrażenie, z którym tak wiele ją łączyło. Niestety James po tych wydarzeniach stara się unikać Bianki, a z drugiej strony nie pozwala o sobie zapomnieć. Co się stanie z uczuciem pomiędzy nimi? Czy uda się zapomnieć?
 
Pod samym niebem trochę mnie rozczarowało postępowaniem głównych bohaterów. Bianka zachowuje się jakby miała dwanaście lat, z jednej strony mówi, że kocha Jamesa, by za chwilę stwierdzić, że nie jest jej wart, a może jednak będzie im razem dobrze? James natomiast zachowuje się jak przysłowiowy pies ogrodnika: sam nie weźmie i nikomu nie da. 
 
Tak jak w poprzedniej części elementów BDSM było niewiele, tak tutaj autorka pokusiła się o ich rozbudowanie, jednak nic więcej nowego nie wprowadziła w fabułę. Ciągłe powroty do przeszłości, ciągłe wahania nastrojów bohaterów nie wniosły nic odkrywczego. Byłam pewna że tym razem autorka bardziej skupi się na przeżyciach głównej bohaterki po napadzie, niestety zawiodłam się, gdyż wzmianka o tym zajęła może jedną stronę powieści i jakby się skończyła, więcej powrotu do niej nie było.
 
Reasumując Pod samym niebem czytało mi się dość dobrze i w miarę szybko, jednak nie powaliła mnie na kolana, i mogę stwierdzić, że lepiej bawiłam się przy pierwszej części serii.
zksiazkawdloni.pl Kasia Roszczenko
Płatności obsługuje:
Ikona płatności Alior Bank Ikona płatności Apple Pay Ikona płatności Bank PEKAO S.A. Ikona płatności Bank Pocztowy Ikona płatności Banki Spółdzielcze Ikona płatności BLIK Ikona płatności Crédit Agricole e-przelew Ikona płatności dawny BNP Paribas Bank Ikona płatności Google Pay Ikona płatności ING Bank Śląski Ikona płatności Inteligo Ikona płatności iPKO Ikona płatności mBank Ikona płatności Millennium Ikona płatności Nest Bank Ikona płatności Paypal Ikona płatności PayPo | PayU Płacę później Ikona płatności PayU Płacę później Ikona płatności Plus Bank Ikona płatności Płacę z Citi Handlowy Ikona płatności Płacę z Getin Bank Ikona płatności Płać z BOŚ Ikona płatności Płatność online kartą płatniczą Ikona płatności Santander Ikona płatności Visa Mobile
Bezpieczne płatności szyfrowane SSL