ODBIERZ TWÓJ BONUS :: »

Recenzje

Historyczne bzdury o średniowieczu. Jak naprawdę żyło się w czasach dam i rycerzy?

Średniowiecze ma fatalną opinię i, co gorsza, opinię wyjątkowo odporną na wiedzę. W powszechnym wyobrażeniu nadal bywa epoką brudu, ciemnoty, religijnego zacietrzewienia, bezmyślnej przemocy i ludzi, którzy żyli krótko, cierpieli stale, a w wolnych chwilach najpewniej spadali z konia albo trafiali do lochu. Anna Zielińska w Historycznych bzdurach o średniowieczu bierze ten obraz na warsztat nie po to, by stworzyć cukierkową kontrlegendę, lecz by pokazać, że mówienie o tysiącu lat historii jednym tonem jest zwyczajnie leniwe. Książka wyrasta z formuły dobrze znanej z profilu Historyczne bzdury. To istotne, bo wpływa zarówno na jej największe zalety, jak i ograniczenia. Zielińska pisze żywo, potocznie, z ironią i energią osoby, która nie chce jedynie przekazać zestawu informacji, ale także wytrącić czytelnika z wygodnych przyzwyczajeń. Nie udaje akademickiego podręcznika i nie powinna być tak czytana. To popularnonaukowa opowieść o tym, jak wiele klisz na temat średniowiecza powtarza się bezrefleksyjnie, ponieważ są efektowne, proste i świetnie nadają się do filmów, memów oraz szkolnych skrótów. Największy sens tej książki polega na odczarowaniu samego słowa średniowiecze. Autorka przypomina, że mówimy o epoce ogromnie długiej, geograficznie zróżnicowanej i społecznie wielowarstwowej. Nie da się jej uczciwie zamknąć w jednym obrazie błota, stosów, zamków i nieumytych rycerzy. Zielińska pokazuje, że część mitów wzięła się z późniejszych interpretacji, część z propagandy, część z anachronicznego przykładania współczesnych kategorii do dawnych realiów, a część po prostu z atrakcyjności ponurych historii. Brudne, głupie średniowiecze jest narracyjnie wygodne. Prawdziwe jest znacznie ciekawsze. Największa wartość Historycznych bzdur o średniowieczu polega na tym, że autorka nie tyle broni epoki przed krytyką, ile broni jej przed uproszczeniem. To ważna różnica. Zielińska nie twierdzi, że średniowiecze było czasem powszechnej higieny, medycznej skuteczności i społecznej harmonii. Pokazuje raczej, że rzeczywistość była bardziej złożona niż karykatura. Ludzie dbali o ciało w ramach własnych możliwości i przekonań. Medycyna nie była wyłącznie zbiorem absurdów. Polityka nie sprowadzała się do miecza i modlitwy. Religijność nie usuwała rozrywki, praktyczności ani codziennych ambicji. Dobrze wypadają rozdziały poświęcone życiu codziennemu. Higiena, choroby, medycyna, jedzenie, moda, rozrywki, obyczaje i stosunek do ciała to tematy, przy których książka osiąga najbardziej przystępny rytm. Zielińska potrafi podać źródłowy konkret, a następnie od razu pokazać, dlaczego obiegowy mit nie wytrzymuje z nim konfrontacji. Widać tu jej przywiązanie do materialnych śladów przeszłości, archeologii, rekonstrukcji i praktycznego wymiaru historii. To duża zaleta, ponieważ wiele książek popularnych o średniowieczu pozostaje na poziomie królów, bitew i dat. Tutaj ważne są także przedmioty, nawyki, ciało, codzienność i gesty. Zielińska dobrze radzi sobie również z tonem polemicznym. Potrafi być lekka bez rezygnowania z faktów. Nie zasypuje czytelnika aparatem naukowym, ale daje wyraźny sygnał, że za anegdotami stoją źródła, badania i współczesna refleksja historyczna. To szczególnie istotne w książce, która chce walczyć z mitami, bo samo obalanie bzdur łatwo może zamienić się w produkowanie nowych uproszczeń. Autorka zwykle tego unika. Jej celem jest raczej skorygowanie perspektywy niż efektowne odwrócenie znaku. Najciekawiej robi się tam, gdzie książka pokazuje mechanizmy powstawania legend. Wielka Lechia, źle rozumiane wyobrażenia o medycynie, przekonanie o powszechnym brudzie, uproszczenia dotyczące bitwy pod Grunwaldem czy opowieści o dawnych bohaterach, którzy z historią mają luźny związek, pozwalają zobaczyć, że mity historyczne nie biorą się znikąd. Czasem wynikają z potrzeby narodowej dumy. Czasem z popkulturowej atrakcyjności. Czasem z niechęci do sprawdzania źródeł. Czasem z tego, że prosty obraz łatwiej sprzedać niż skomplikowane wyjaśnienie. Książka najlepiej sprawdzi się u odbiorców, którzy znają średniowiecze głównie przez szkolny filtr i popularne wyobrażenia. Dla nich może być bardzo przyjemnym otwarciem tematu. Autorka nie pisze hermetycznie, nie wymaga od czytelnika znajomości sporów mediewistycznych i nie buduje dystansu. Przeciwnie, stale zachęca do wejścia w epokę, która pod warstwą stereotypów okazuje się ruchliwa, praktyczna, zaskakująco różnorodna i pełna ludzi myślących inaczej niż my, ale nie głupszych od nas. Tu pojawia się jednak pierwsze poważniejsze zastrzeżenie. Książka miejscami jest tak mocno nastawiona na przystępność, że traci precyzję konstrukcyjną. Niektóre rozdziały rozwijają się szerzej, inne sprawiają wrażenie krótszych notatek do większej całości. Zdarza się, że zapowiedziany temat rozrasta się w stronę pobocznych ciekawostek, przez co oś wywodu lekko się rozmywa. Rozdział o higienie może nagle zahaczać o czas wolny i rozrywki, a przejścia między historią Polski i historią powszechną bywają nie zawsze dostatecznie wyraźnie zaznaczone. Dla początkującego czytelnika nie będzie to wielki problem, ale osoba bardziej obeznana z epoką zauważy nierówności. Drugim ograniczeniem jest skala. Przy tak szerokim temacie niewiele ponad dwieście stron musi oznaczać wybór skrótu. Książka chce mówić o średniowieczu jako epoce, o polskich mitach, o Europie Zachodniej, o medycynie, higienie, Grunwaldzie, Wielkiej Lechii i nieistniejących bohaterach. To materiał na znacznie większą publikację albo serię krótszych, mocno skoncentrowanych tomów. W obecnej formie część zagadnień zostawia niedosyt. Nie dlatego, że są źle przedstawione, lecz dlatego, że aż proszą się o pogłębienie. Najbardziej dyskusyjny jest język. Dla wielu czytelników będzie to ogromna zaleta. Narracja jest szybka, komunikatywna, żartobliwa i bliska internetowemu sposobowi popularyzowania wiedzy. Dzięki temu książkę czyta się lekko i bez poczucia uczestnictwa w wykładzie. Jednocześnie ten styl chwilami zbliża się do tonu wpisu z mediów społecznościowych bardziej niż do dopracowanego eseju historycznego. Potoczność ożywia tekst, ale bywa też zbyt nachalna. W książce drukowanej, która ma ambicję porządkowania wiedzy, przydałoby się czasem więcej oddechu i mocniejsze wyważenie żartu. Nie zmienia to faktu, że Zielińska ma coś, czego brakuje wielu autorom popularyzującym historię: wyczuwalną pasję. Nie jest to chłodne streszczenie literatury przedmiotu. To książka napisana przez osobę zirytowaną tym, jak niesprawiedliwie i bezmyślnie traktuje się jej ulubioną epokę. Ten emocjonalny ton może niekiedy prowadzić do nadmiernej swady, ale nadaje całości charakter. Autorka nie ukrywa, że średniowiecze ją obchodzi. Dzięki temu czytelnik łatwiej rozumie, że obalanie mitów nie jest tu suchą korektą błędów, tylko próbą odzyskania bardziej uczciwego spojrzenia. Cenne jest też to, że książka nie sprowadza historii do wielkich postaci. Owszem, pojawia się Grunwald i polityczne mity, ale równie ważne są rzeczy pozornie małe: mycie, leczenie, jedzenie, ubiór, rozrywka, praktyki ciała, zabytki materialne. Takie podejście ma dużą edukacyjną wartość. Uczy, że przeszłość nie składa się wyłącznie z dat i wojen. Składa się także z tego, jak ludzie radzili sobie z codziennością, czego się bali, co uważali za piękne, jak chorowali, jak pracowali i jak tłumaczyli sobie świat. To książka najpotrzebniejsza nie specjalistom, lecz tym czytelnikom, którzy podejrzewają, że historia może być ciekawsza niż jej szkolna i popkulturowa karykatura. Mediewista nie znajdzie tu wielu nowych ustaleń, a część mitów uzna za dawno rozbrojone. Ale nie do niego przede wszystkim skierowano tę publikację. Jej zadaniem jest rozpocząć rozmowę, skorygować najbardziej uporczywe przekonania i sprawić, aby ktoś po lekturze przestał mówić o średniowieczu jako jednolitej epoce brudu i zacofania. W tym sensie Historyczne bzdury o średniowieczu spełniają swoje zadanie. Nie są syntezą dziejów epoki ani wyczerpującym przewodnikiem po mediewistyce. Są sprawną, energiczną książką popularyzatorską, która ma odczarować temat i zachęcić do dalszego czytania. Jej niedoskonałości wynikają głównie z przyjętej formuły: lekkość ogranicza głębię, szeroki zakres wymusza skrót, a internetowa energia czasem osłabia kompozycję. Bilans pozostaje jednak wyraźnie dodatni, bo autorka potrafi robić rzecz najważniejszą w popularyzacji. Przyciąga uwagę bez obrażania inteligencji odbiorcy. Najlepiej czytać tę książkę jako początek, nie koniec rozmowy o średniowieczu. Jako zachętę do sprawdzania, nie jako ostatnie słowo. Jako przypomnienie, że epoki historyczne nie istnieją po to, by dopasowywać je do naszych wygodnych etykiet. Średniowiecze było brutalne, religijne, hierarchiczne i obce współczesnej wrażliwości. Było też pomysłowe, praktyczne, barwne, ruchliwe i znacznie mniej jednowymiarowe, niż lubi się powtarzać. Historyczne bzdury o średniowieczu mają największą wartość tam, gdzie uczą nieufności wobec łatwych obrazków. To dobra, lekka i potrzebna książka dla tych, którzy chcą wyjść poza hasło o mrocznych wiekach, ale nie są jeszcze gotowi na ciężkie opracowania naukowe. Anna Zielińska pokazuje, że historia nie musi być nudna, pod warunkiem że traktuje się ją poważnie, ale nie napuszenie. I że czasem najlepszym sposobem na walkę z mitem nie jest wielki akademicki młot, lecz dobrze wymierzona, błyskotliwa korekta.
kawerna Marek Tokarz

Historyczne bzdury o średniowieczu. Jak naprawdę żyło się w czasach dam i rycerzy?

Historyczne bzdury o średniowieczu” - Anna Zielińska Czarna legenda średniowiecza „Wieki ciemne” albo „mroczne wieki” - tak o średniowieczu pisali historycy XVIII i XIX stulecia. To wtedy zrodził się wciąż żywy w powszechnej świadomości obraz epoki, która miała być brudna i posępna. Skupiona na Bogu i modlitwie. Pełna przemocy, śmierci, głodu, chorób, wojen i czasem bardzo wymyślnych tortur. Fakt, średniowiecze nie ma najlepszej prasy, jednak Anna Zielińska, twórczyni facebookowego profilu Historyczne bzdury, zdecydowała się rzucić nieco światła na mroki średniowiecza. Książka otrzymana dzięki współpracy z wydawnictwem Sploty. Wielka Lechia, Grunwald i dawna medycyna Autorka za pośrednictwem Historycznych bzdur o średniowieczu rozprawia się z popularnymi mitami na temat tej epoki - między innymi z legendą Wielkiej Lechii, pogłoskami o braku skuteczności ówczesnej medycyny i o niedostatkach higieny w średniowiecznej egzystencji. Zabiera Czytelnika na pole bitwy pod Grunwaldem. Opowiada także o dawnych bohaterach, o których wciąż krążą legendy, czasami zupełnie nieprawdziwe. Każdy rozdział przenosi nas w inne miejsce i odkrywa przed nami kolejne tajemnice z dawnych czasów. Nie chcę zdradzać więcej szczegółów, aby pozostawić wam radość z czytania. Mimo niewielkiego formatu, cała książka potrafi w sposób nietuzinkowy i intrygujący zaciekawić czytelnika do samodzielnego zgłębiania kolejnych historycznych tajemnic. Uważam, że styl pisania autorki jest naprawdę wciągający, ponieważ nie każdy posiada taki dar, aby w sposób ciekawy, ale też merytoryczny opowiadać o dawnych dziejach. Przystępna forma i ciekawe ilustracje Jak wspomniałam wyżej, Historyczne bzdury o średniowieczu czyta się naprawdę błyskawicznie, a lekturę umilają nam fotografie, które mają nam pozwolić lepiej zrozumieć temat i pokazać dawne wyobrażenia. Jako ogromna fanka sztuki nie mogę nie docenić ukazania nam wycinków z różnych podręczników czy zaprezentowania mieszkańców tamtej epoki. Wiele tematów, które są poruszane w tej książce, może wzbudzać kontrowersje wśród najbardziej wiernych patriotów. W końcu dyskusje o pochodzeniu naszego narodu już nieraz wywoływały wielkie utarczki między naukowcami. Do tego autorce udało się odczarować wizję bitwy pod Grunwaldem, która w oczach niektórych urosła do prawdziwie boskiej batalii. Mimo krótkich rozdziałów udało mi się znaleźć wiele przyjemności w tej lekturze i z przyjemnością mogę ją polecić dalej. Gratka dla koneserów i amatorów historii Ta pozycja sprawdzi się dla osób, które nie wiedzą zbyt wiele o dawnych epokach, ale również dla koneserów, którzy chcą sobie odnowić informacje, dzięki czemu dowiedzą się nowych, intrygujących faktów. Autorka Historycznych bzdur o średniowieczu od samego początku prezentuje czytelnikowi, jak wiele materiałów źródłowych przeczytała, dzięki czemu jej wiedza bazuje na konkretnych tekstach, które dla zwykłego człowieka mogłyby się wydawać zbyt skomplikowane czy po prostu za nudne. Liczę, że na rynku pojawi się więcej takich pozycji, a ja będę mogła po nie sięgać z równie wielkim entuzjazmem.

Portal Immersja Zarzyńska Laura

Opos Schrödingera. Jak zwierzęta przeżywają i rozumieją śmierć

Najciekawsze pytanie dotyczące śmierci wcale nie brzmi, czy zwierzęta jej doświadczają. Oczywiście, że doświadczają. Widzą zabitych członków stada, unikają drapieżników, polują, tracą potomstwo i natrafiają na martwe ciała. Znacznie trudniej odpowiedzieć, czy rozumieją, co właściwie się wydarzyło. Czy wiedzą, że organizm, który przestał oddychać, już nie zacznie? Czy potrafią pojąć nieodwracalność śmierci? I czy do uznania, że zwierzę rozumie śmierć, naprawdę potrzebujemy od niego całego bagażu pojęć, który przez tysiące lat stworzył człowiek? Susana Monsó w Oposie Schrödingera nie próbuje udowadniać, że szympans zastanawia się nad własną śmiertelnością, a słoń rozważa sens istnienia. Robi coś dużo ciekawszego. Kwestionuje nasze kryteria i zamiast pytać, czy zwierzęta rozumieją śmierć tak jak człowiek, zastanawia się, ile właściwie trzeba rozumieć, żeby można było powiedzieć, że posiada się pojęcie śmierci. To pozornie niewielkie przesunięcie całkowicie zmienia rozmowę, bo odbiera człowiekowi rolę jedynego wzorca, do którego trzeba przykładać wszystkie pozostałe gatunki. Opos Schrödingera znajduje się gdzieś pomiędzy etologią, psychologią porównawczą i filozofią umysłu. Monsó korzysta z obserwacji zachowania zwierząt, badań oraz eksperymentów, ale nie tworzy katalogu ciekawostek. Przypadki szympansów, drapieżników, ofiar czy tytułowego oposa służą jej przede wszystkim do rozważenia tego, jakie wnioski wolno nam wyciągać z zachowania innych gatunków. Autorka interesuje się więc nie tylko tym, co zwierzę robi, ale również tym, jak my to zachowanie interpretujemy i jakie własne założenia nieświadomie do niego dokładamy. Dlatego książka wymaga cierpliwości. Autorka nie zaczyna od najbardziej spektakularnych historii, lecz najpierw porządkuje podstawy. Zastanawia się, czym jest pojęcie, jak możemy badać umysły zwierząt i na jakiej podstawie stwierdzamy, że dany organizm coś rozumie. Rozkłada problem na części, definiuje terminy i wraca do nich później, gdy zaczyna analizować konkretne zachowania. Dla czytelnika oczekującego lekkiej książki popularnonaukowej może być to początkowo rozczarowujące, ale właśnie na tej skrupulatności opiera się cała konstrukcja wywodu. Monsó nie chce powiedzieć nam, co zwierzęta czują wobec śmierci. Chce pokazać, jak łatwo człowiek sam utrudnia sobie zobaczenie tego, co zwierzęta naprawdę mogą rozumieć. To rozróżnienie jest bardzo istotne, bo pozwala odejść od sentymentalnych interpretacji i skupić się na procesach poznawczych. Książka nie szuka wzruszeń za wszelką cenę. Znacznie bardziej interesuje ją to, co da się obronić logicznie i naukowo. Centralnym elementem argumentacji jest minimalne pojęcie śmierci. Ludzkie rozumienie śmierci składa się z wielu elementów. Wiemy między innymi, że dotyczy wszystkich żywych organizmów, że jest nieodwracalna i że oznacza ustanie procesów życiowych. Dochodzą do tego kwestie własnej śmiertelności, przyszłości, czasu czy przekonań religijnych. Monsó pyta jednak, które z tych elementów są naprawdę niezbędne, jeśli chcemy mówić jedynie o podstawowym rozpoznawaniu śmierci. Dochodzi do wniosku, że dwa mają znaczenie podstawowe. Pierwszym jest niefunkcjonalność, czyli rozumienie, że martwe ciało przestaje wykonywać czynności właściwe żywemu organizmowi. Drugim jest nieodwracalność, a więc świadomość, że jeśli organizm umarł, nie powróci już do poprzedniego stanu. To wystarczy, aby mówić o najbardziej podstawowej formie rozumienia śmierci. Zwierzę nie musi więc wiedzieć, że kiedyś samo umrze, nie potrzebuje pojęcia wieczności, pogrzebu ani metafizyki. Jeśli potrafi rozpoznać różnicę między organizmem żywym a martwym oraz rozumie, że ta zmiana jest trwała, spełnia minimalne wymagania. Właśnie tutaj ludzka wyjątkowość zaczyna się chwiać. Przez lata kolejne zdolności przedstawiano jako coś właściwego wyłącznie człowiekowi. Posługiwanie się narzędziami, kultura, racjonalność czy skomplikowane relacje społeczne miały stanowić granicę oddzielającą nas od innych zwierząt. Badania stopniowo tę granicę przesuwały, a Monsó przekonuje, że podobnie może być z pojęciem śmierci. Nie chodzi przy tym o całkowite zrównanie ludzkiego i zwierzęcego doświadczenia, ale o odejście od założenia, że każda bardziej złożona zdolność musi być z definicji wyłącznie nasza. Dużą część książki autorka poświęca błędom popełnianym podczas interpretowania zwierzęcych zachowań. Najbardziej oczywistym jest antropomorfizm. Widzimy zwierzę siedzące przy martwym towarzyszu i natychmiast opisujemy jego zachowanie za pomocą ludzkich emocji. Mówimy o żałobie, pożegnaniu, smutku. Monsó nie proponuje jednak prostego rozwiązania polegającego na odrzuceniu każdej takiej interpretacji, ponieważ istnieje także odwrotny błąd, czyli antropektomia. Polega on na odmawianiu zwierzętom cech lub zdolności tylko dlatego, że kojarzymy je przede wszystkim z człowiekiem. Do tego dochodzi antropocentryzm. Człowiek traktuje własny sposób poznawania świata jako wzorzec, do którego wszystkie inne umysły powinny się zbliżać. Jeżeli wymagamy od zwierząt, żeby rozumiały śmierć dokładnie tak jak my, to wynik badania ustalamy jeszcze przed jego rozpoczęciem. Monsó próbuje więc znaleźć drogę pomiędzy naiwnym uczłowieczaniem a równie naiwnym odmawianiem zwierzętom każdej bardziej złożonej zdolności poznawczej. To jeden z najmocniejszych elementów książki, bo zmusza do krytycznego spojrzenia nie tylko na zwierzęta, ale również na nasze własne przyzwyczajenia interpretacyjne. Śmierć zwierząt najbardziej interesuje nas zwykle wtedy, gdy przypomina ludzką tragedię. Szczególne zainteresowanie wywołują szympansy pozostające przy zmarłych członkach grupy, słonie interesujące się kośćmi swoich pobratymców czy walenie długo utrzymujące kontakt z martwym potomstwem. To zachowania niezwykle sugestywne, ale Monsó zwraca uwagę, że żałoba i rozumienie śmierci nie są tym samym. Możliwe jest silne emocjonalne reagowanie na utratę bez pełnego rozumienia tego, co się wydarzyło, tak samo jak możliwe jest rozpoznawanie śmierci bez reakcji przypominającej ludzką żałobę. To ważne, ponieważ badania śmierci zwierząt przez długi czas koncentrowały się głównie na gatunkach społecznych, których zachowania najłatwiej interpretować za pomocą naszych własnych doświadczeń. Monsó kieruje uwagę także na przemoc, polowanie i unikanie zagrożenia. Drapieżnik musi orientować się, czy jego ofiara nadal żyje, a ofiara funkcjonuje w świecie, w którym błędna ocena przeciwnika może zakończyć się śmiercią. Zwierzęta zabijają w trakcie polowania, walk o terytorium i konfliktów wewnątrzgatunkowych, więc jeśli interesuje nas zdolność odróżniania życia od śmierci, takie sytuacje są równie ważne jak reakcje na zwłoki bliskiego osobnika. Śmierć nie jest dla natury wyłącznie doświadczeniem straty. Jest również informacją. Czasem mówi, że zagrożenie minęło, czasem że pojawiło się źródło pokarmu, a czasem że trzeba natychmiast uciekać. To właśnie szersze spojrzenie pozwala autorce wyjść poza najbardziej oczywiste i medialne przykłady zwierzęcej żałoby. Najbardziej efektownym przykładem pozostaje tytułowy opos. Kiedy zwierzę znajdzie się w sytuacji bez wyjścia, może wejść w stan tanatozy. Nieruchomieje, jego funkcje życiowe spowalniają, język zmienia kolor, a ciało zaczyna wydzielać zapach kojarzący się z rozkładem. Opos wygląda jak martwy i potrafi pozostawać w tym stanie nawet mimo fizycznego kontaktu. Nie jest to jednak zwykłe udawanie, bo cały organizm zostaje podporządkowany stworzeniu możliwie wiarygodnej imitacji zwłok. Znacznie ciekawsze jest pytanie, dlaczego taka strategia działa. Jeżeli drapieżnik odróżnia żywą zdobycz od martwego lub rozkładającego się organizmu, imitowanie śmierci może uratować życie. Ewolucyjny sukces tanatozy zależy więc częściowo od zdolności poznawczych zwierzęcia, które ma zostać oszukane. Cała sztuczka ma sens tylko dlatego, że inne zwierzę potrafi zaklasyfikować ciało jako martwe i odpowiednio zmienić swoje zachowanie. To jeden z najbardziej eleganckich argumentów w całej książce. Monsó wykorzystuje ten przykład jako argument na rzecz tezy, że podstawowe rozumienie śmierci może być w świecie zwierząt znacznie bardziej rozpowszechnione, niż przywykliśmy zakładać. Śmierć jest przecież jednym z najbardziej powszechnych zjawisk biologicznych. Zwierzęta mają z nią kontakt od milionów lat, polują, są atakowane, obserwują martwe organizmy, tracą potomstwo i spotykają ciała innych osobników. Z ewolucyjnego punktu widzenia umiejętność odróżnienia życia od śmierci może być po prostu przydatna. W tym miejscu warto jednak jasno powiedzieć, czym Opos Schrödingera nie jest. Nie jest książką złożoną z poruszających opowieści o zwierzętach reagujących na śmierć. Takie przykłady się pojawiają, ale są materiałem do filozoficznej analizy. Monsó definiuje pojęcia, przewiduje zarzuty, przedstawia kontrargumenty i regularnie wraca do wcześniejszych założeń. To sprawia, że lektura bywa bardzo ciekawa, ale czasami również nużąca, zwłaszcza kiedy autorka ponownie wyjaśnia rozróżnienia wprowadzone kilkadziesiąt stron wcześniej. Niektóre fragmenty rzeczywiście sprawiają wrażenie bardziej rozbudowanego artykułu naukowego niż klasycznej książki popularnonaukowej. Jeżeli czytelnik lubi analizowanie argumentów, będzie to zaleta. Jeżeli przede wszystkim chce poznawać zachowania poszczególnych gatunków, może poczuć niedosyt. Sama dziedzina również stawia autorce ograniczenia, ponieważ śmierć w naturze trudno obserwować systematycznie, a część wiedzy pochodzi z pojedynczych przypadków. O szympansach, słoniach czy waleniowatych wiemy znacznie więcej niż o setkach innych gatunków. Monsó nie ukrywa tych problemów. Przeciwnie, wykorzystuje je do krytyki sposobu, w jaki rozwijała się tanatologia porównawcza. To uczciwe podejście, ponieważ autorka nie sprzedaje hipotez jako pewników. Pokazuje raczej, że dotychczasowe przekonanie o braku rozumienia śmierci u zwierząt było często równie spekulatywne jak pogląd przeciwny. W ten sposób książka staje się nie tylko opowieścią o zwierzęcych umysłach, ale też lekcją ostrożności w wyciąganiu wniosków. Ostatecznie Opos Schrödingera jest więc książką również o sposobie, w jaki człowiek myśli o samym sobie. Monsó nie próbuje udowodnić, że nie istnieją między nami różnice. Ludzkie rozumienie śmierci jest wyjątkowo rozbudowane, bo stworzyliśmy rytuały pogrzebowe, systemy religijne, filozofie, literaturę i symbole pozwalające mierzyć się ze świadomością własnego końca. Nie oznacza to jednak, że każda prostsza forma tego pojęcia musi być wyłącznie ludzka. Błędem nie jest zauważenie różnic między człowiekiem i innymi zwierzętami, lecz założenie, że każda różnica jest przepaścią. Ewolucja znacznie częściej tworzy stopniowe przejścia niż nagłe granice. Złożone ludzkie rozumienie śmierci mogło powstać poprzez rozwinięcie prostszych zdolności, które występują także u innych gatunków. W takim ujęciu człowiek nie jest jedynym właścicielem pojęcia śmierci, ale zwierzęciem, które doprowadziło je do wyjątkowo złożonej postaci. Opos Schrödingera nie jest książką idealnie płynną. Bywa powtarzalna, chwilami nadmiernie analityczna i wymaga większego skupienia, niż sugerują niewielkie rozmiary. Kto oczekuje lekkiej popularyzacji biologii, może być zaskoczony ilością filozofii, a kto szuka przede wszystkim faktów o konkretnych gatunkach, nie zawsze dostanie tyle, ile chciałby dostać. Podstawowy argument Monsó jest jednak zbudowany bardzo dobrze i z każdą kolejną częścią nabiera większej siły. Największą wartością książki jest to, że Monsó nie próbuje uczłowieczyć zwierząt. Próbuje przestać traktować człowieka jako jedyny poprawny model umysłu. Po tej lekturze trudno spojrzeć na zwierzę stojące przy martwym osobniku i z pełnym przekonaniem stwierdzić, że niczego nie rozumie. Tak samo nierozsądne byłoby automatyczne uznanie, że przeżywa dokładnie to samo co człowiek. Pomiędzy tymi skrajnościami pozostaje ogromna przestrzeń możliwości i właśnie ona okazuje się najciekawsza. Tytułowy opos nie zna paradoksu Schrödingera i nie potrzebuje go znać. Leży nieruchomo, wygląda jak trup i czeka, aż drapieżnik podejmie decyzję. Skoro ta sztuczka działa, być może nie powinniśmy już pytać wyłącznie, czy zwierzęta rozumieją śmierć. Znacznie ciekawsze jest pytanie, na ile różnych sposobów można ją rozumieć.
kawerna Marek Tokarz

Maskarada

„Maskarada” to drugi i zarazem finałowy tom dylogii „Awangarda” K.N. Haner. Nie będę jednak zdradzać zbyt wielu szczegółów fabuły, ponieważ łatwo byłoby zaspoilerować wydarzenia z pierwszej części. W skrócie mogę jedynie powiedzieć, że książka kontynuuje historię Avy, której życie wywróciło się do góry nogami. Pierwszy tom bardzo mi się podobał, dlatego wobec kontynuacji miałam spore oczekiwania. Niestety po lekturze pozostały mi mieszane uczucia. Pierwsza połowa książki bardzo mi się dłużyła, mimo że cały czas coś się działo. Miałam wrażenie, że autorka próbowała dodać jeszcze więcej wątków, aby uczynić historię ciekawszą i bardziej złożoną. W moim odczuciu przyniosło to jednak odwrotny efekt. Działo się zbyt wiele, przez co fabuła momentami wydawała się przytłaczająca. Niektóre decyzje bohaterów również wydały mi się nielogiczne. Na szczęście druga połowa książki wypada znacznie lepiej. Tempo stało się bardziej wyważone, a wiele wcześniejszych wydarzeń i decyzji zostało wreszcie wyjaśnionych. Relacje bohaterów nadal wzbudzają emocje, jednak zabrakło mi większej głębi. Ich uczucia zeszły na dalszy plan, przez co nie odczuwałam tych silnych emocji, których oczekuję od romansu. Chętnie przeczytałabym również więcej szczerych rozmów między bohaterami, które pozwoliłyby lepiej zrozumieć ich relację. Ostatecznie uważam, że „Maskarada” nie jest złą książką, ale mnie niestety nie porwała. Być może sama miałam zbyt wysokie oczekiwania i liczyłam na historię bliższą temu co dostałam w pierwszym tomie i temu co najbardziej lubię w romansach. Dlatego nie sugerujcie się wyłącznie moją opinią. Być może Wam ta książka bardziej przypadnie do gustu. Jeśli jednak czytaliście pierwszy tom, warto sięgnąć po kontynuację, aby poznać zakończenie historii Avy i dowiedzieć się, jak potoczyły się jej losy.

_biblio_teczka Mehl Jessika

Nieplanowany układ

Kiedy jej przyjaciele biorą ślub, uświadamia sobie, że przegrała własne życie. Ale czy rzeczywiście tak jest? Wkrótce do miasta wraca brat jej przyjaciółki, z którym łączył ją płomienny, choć krótki romans.Bryan nie może zaoferować jej nic więcej niż niezobowiązujący seks. Stałe związki to nie dla niego; nie szuka stabilizacji. Dlaczego więc coraz częściej myśli o kobiecie, która pragnie od życia czegoś więcej? Miłości z tego nie będzie - ma to być jedynie układ, który pozwoli jej spełnić największe marzenie: zostać mamą. Wszystko było ustalone, jednak rzeczywistość okazała się trudniejsza, niż się spodziewali. To historia o planach na życie, przyjaźni i być może idealnym pomyśle na miłość.Emocjonująca, pełna napięcia opowieść, która wciąga od pierwszej strony. Ulubione motywy w jednej książce: przyjaciele z korzyściami, hate-love oraz cięte riposty, które podkręcają ich relację.Fabuła koncentruje się na budowaniu więzi między dwojgiem ludzi, którzy są swoimi przeciwieństwami. Ona pragnie stabilizacji, kochającego partnera, domu i dziecka, podczas gdy on ma zupełnie inne priorytety. Jednak wszystko się zmienia - jeden prosty układ odmienia dosłownie wszystko, sprawiając, że mężczyzna zaczyna inaczej postrzegać swoje dotychczasowe życie. Silna bohaterka obawia się, że nie spotka w swoim życiu prawdziwej miłości i że będzie za późno, aby założyć rodzinę. Autorka pokazuje, że każdy, nawet odległy cel, jest realny do osiągnięcia, gdy znajdzie się tę właściwą osobę. Lekki i przyjemny styl pisania sprawia, że historia jest praktycznie nieodkładana. Zabawne dialogi, sytuacje oraz cięte riposty między bohaterami dodają pikanterii ich relacji. Podczas czytania uśmiech na twarzy jest gwarantowany. To romantyczna, zabawna historia z nutą pikanterii w tle i lekkimi zawirowaniami. Przyjaźń, która przerodziła się w uczucie, plan, który zmienił dosłownie wszystko, oraz miłość, której nikt się nie spodziewał.

AnkaWach Wachowska Anna