Recenzje
Kamyki w brzuchu
Czym jest zazdrość ? Ktoś ma lepszy samochód, lepszą pracę, większe powodzenie? Tego zazdroszczą dorośli. Małe dzieci też odczuwają to uczucie i potrafią być bardzo zaborcze. Są zazdrosne o brata czy siostrę, o większą uwagę mamy i taty. O przeczytaną bajkę czy zakupiony prezent. Bohater książki Kamyki w brzuchu jest tego właśnie typu zazdrośnikiem. O uczucia swoich rodziców.
'Kajtuś' jak nazywali go pieszczotliwe rodzice, jest już dorosłym mężczyzną. Ma dwadzieścia osiem lat i właśnie wraca do rodzinnego miasteczka. Musi zająć się chorą na raka matką. Nie jest to łatwe. Mary przestaje mówić, zapomina się i nie potrafi kontrolować. Wraz z pojawieniem się w domu, bohaterowi przypominają się wszystkie chwile spędzone w domu. Są one głównie złe.
Rodzice bohatera byli rodziną zastępczą. Na jakiś czas przyjmowali do swojego domu dzieci, których rodzice mieli problemy. Kiedyś był Marcus jego prześladowca, a teraz jest Robert Chmurny. Starszy o pięć lat chłopiec zachowuje się dużo dojrzalej od 'Kajtka'. Miał złych rodziców, dlatego też pragnie miłości i jest mu ona ofiarowana. Rodzice głównego bohatera przytulają Roberta, poświęcają mu dużo czasu, spełniają jego rzadkie zachcianki. Chłopiec, który jest ich prawdziwym synem tego nie rozumie. We własnym domu siedmiolatek czuje się jak intruz. Ma wrażenie, że to on jest tym dodanym chłopcem, przygarniętym jak stara zabawka. Próbuje zwrócić na siebie uwagę na przykład poprzez wkładanie ręki do ognia, chce za wszelką cenę uprzykrzyć życie Robertowi Chmurnemu.
Rozdziały w książce przeplatają się ze sobą jak mroczny warkocz wspomnieć. Na przemian jest to opowieść z teraz, gdy narrator zajmuje się chorą matką i wtedy kiedy był małym zazdrosnym dzieckiem. Co głównie charakteryzuje tę powieść? Wszędobylski smutek i depresja. Gdyby opowiedzieć tę historię kolorami byłaby to czerń, granat i grafit. Pozostałe kolory, które mogłyby symbolizować szczęście, radość i nadzieje zostały wymazane.
Główny bohater jest imponująco irytujący. Nie potrafi pogodzić się z przeszłością. Rozumiem, że jako małe dziecko czuł się odrzucony i nie rozumiał roli swoich rodziców w pomocy dzieciom, ale jako dorosły człowiek cały czas czuł rozżalenie. Z pewnością duża w tym zasługa jego matki. Jest to kobieta władcza, która często sięgała po przemoc biła chłopca, i kazała mu chodzić spać bez jedzenia gdy był niegrzeczny. Autor wykreował ją jako silną kobietę, natomiast jej mąż został pokazany jako sympatyczny dodatek do całkiem niesympatycznej rodzinki. Przemoc, którą chłopiec zaznał w dzieciństwie dzieli się jako dorosły mężczyzna.
Styl autora też mnie nie zadowolił. Jego próby ubarwiania opowiadania bardzo mnie nużyły. Zdarzało się, że przerywniki, które stosował między dialogami nie miały dla mnie żadnego sensu. Jon Bauer wylał na karty tej powieści wszystkie swoje negatywne uczucia, które niestety udzielają się czytelnikowi.
Historia o zazdrości dziecka, i jej wpływowi na dorosłe życie jest po prostu przygnębiająca.Rodzice podejmujący się wspaniałego zadania, zapominają jakoby o swoim biologicznym dziecku, które jest złe i zdolne do wszystkiego by znów mieć mamę i tatę tylko dla siebie. Jeśli lubicie smutne historie, po których trudno Wam będzie się podnieść i iść dalej to polecam.
'Kajtuś' jak nazywali go pieszczotliwe rodzice, jest już dorosłym mężczyzną. Ma dwadzieścia osiem lat i właśnie wraca do rodzinnego miasteczka. Musi zająć się chorą na raka matką. Nie jest to łatwe. Mary przestaje mówić, zapomina się i nie potrafi kontrolować. Wraz z pojawieniem się w domu, bohaterowi przypominają się wszystkie chwile spędzone w domu. Są one głównie złe.
Rodzice bohatera byli rodziną zastępczą. Na jakiś czas przyjmowali do swojego domu dzieci, których rodzice mieli problemy. Kiedyś był Marcus jego prześladowca, a teraz jest Robert Chmurny. Starszy o pięć lat chłopiec zachowuje się dużo dojrzalej od 'Kajtka'. Miał złych rodziców, dlatego też pragnie miłości i jest mu ona ofiarowana. Rodzice głównego bohatera przytulają Roberta, poświęcają mu dużo czasu, spełniają jego rzadkie zachcianki. Chłopiec, który jest ich prawdziwym synem tego nie rozumie. We własnym domu siedmiolatek czuje się jak intruz. Ma wrażenie, że to on jest tym dodanym chłopcem, przygarniętym jak stara zabawka. Próbuje zwrócić na siebie uwagę na przykład poprzez wkładanie ręki do ognia, chce za wszelką cenę uprzykrzyć życie Robertowi Chmurnemu.
Rozdziały w książce przeplatają się ze sobą jak mroczny warkocz wspomnieć. Na przemian jest to opowieść z teraz, gdy narrator zajmuje się chorą matką i wtedy kiedy był małym zazdrosnym dzieckiem. Co głównie charakteryzuje tę powieść? Wszędobylski smutek i depresja. Gdyby opowiedzieć tę historię kolorami byłaby to czerń, granat i grafit. Pozostałe kolory, które mogłyby symbolizować szczęście, radość i nadzieje zostały wymazane.
Główny bohater jest imponująco irytujący. Nie potrafi pogodzić się z przeszłością. Rozumiem, że jako małe dziecko czuł się odrzucony i nie rozumiał roli swoich rodziców w pomocy dzieciom, ale jako dorosły człowiek cały czas czuł rozżalenie. Z pewnością duża w tym zasługa jego matki. Jest to kobieta władcza, która często sięgała po przemoc biła chłopca, i kazała mu chodzić spać bez jedzenia gdy był niegrzeczny. Autor wykreował ją jako silną kobietę, natomiast jej mąż został pokazany jako sympatyczny dodatek do całkiem niesympatycznej rodzinki. Przemoc, którą chłopiec zaznał w dzieciństwie dzieli się jako dorosły mężczyzna.
Styl autora też mnie nie zadowolił. Jego próby ubarwiania opowiadania bardzo mnie nużyły. Zdarzało się, że przerywniki, które stosował między dialogami nie miały dla mnie żadnego sensu. Jon Bauer wylał na karty tej powieści wszystkie swoje negatywne uczucia, które niestety udzielają się czytelnikowi.
Historia o zazdrości dziecka, i jej wpływowi na dorosłe życie jest po prostu przygnębiająca.Rodzice podejmujący się wspaniałego zadania, zapominają jakoby o swoim biologicznym dziecku, które jest złe i zdolne do wszystkiego by znów mieć mamę i tatę tylko dla siebie. Jeśli lubicie smutne historie, po których trudno Wam będzie się podnieść i iść dalej to polecam.
Spetana-przez-ksiazki.blogspot.com 2014-01-09
Pokolenia. Wiek deszczu, wiek słońca
Z biografiami zwykle jest tak, że jeśli one nie dotyczą osób, które znamy, cenimy, lubimy to zwykle nas nie interesują. Jeśli jest to powieść oparta na wątkach biograficznych to zupełnie inaczej to odbieramy, bo fabuła to fabuła, odgórnie zakłada się, że jest interesująca, a życiorys… Niekoniecznie. Dlatego z pewnym sceptycyzmem podchodziłam do Pokoleń, bo co mnie może obchodzić życie rodziców i dziadków autorki? Jednak wieś, wojna i ogólnie życie społeczne do lat 70. XX wieku brzmi dla mnie ciekawie.
Nieśpiesznie zaczynamy poznawać rodziców Janki, głównej postaci opowieści i matki Katarzyny Drogi, i Leszka, przyszłego męża Janki. Dwa tory akcji zaczynają się zbiegać właśnie w momencie, kiedy oboje się poznają i postanawiają spędzić ze sobą resztę życia. Z Podlasia przenoszą się do Poznania, gdzie Leszek studiuje medycynę i wgłębia tajniki radiologii, później wracają w swoje rodzinne regiony do Białegostoku, gdzie podobnie jak w Wielkopolsce zmagają się z wieloma przeciwnościami losu, aż ostatecznie pomyślą o przeprowadzce to jeszcze mniejszego miasteczka, gdzie wszystko zaczyna się rozwijać. Zasadnicza akcja przypada na okres powojenny, lata 50. i 60. Kibicujemy nie tylko głównym bohaterom, ale wspólnie przeżywamy pewne kryzysy w rodzinie, w życiu znajomych i przyjaciół, którzy się zmieniają wraz z miejscem zamieszkania.
Nie sądziłam, że obserwacja cudzego życia, tak wnikliwa i sentymentalna potrafi być tak pasjonująca, że mimo braku zabiegów budowania napięcia, w wielu momentach czytelnik jest zaskoczony takim obrotem akcji i czasem nie potrafi uwierzyć, że tyle może się przydarzyć jednej rodzinie. Wydawałoby się, że po wojnie los powinien zlitować się nad tymi, którzy wytrwali. Życie jednak nie jest takie piękne…
Choć momentami historia mi się niepotrzebnie dłużyła, podobała mi się. Historia ludzi, którzy wiele przeżyli, jest naprawdę fascynująca. Szczególnie podobały mi się wypowiedzi dotyczące ówczesnych technologii i zapowiedzi o ich rozwoju, które wybiegały sto lat naprzód, kiedy po 50 latach należały już do powszechnie stosowanych. Moja wiedza o tym okresie poszerzyła się znacznie i chyba za to, książkę Katarzyny Drogi cenię najbardziej.
Ocena: 5/6
Inspiracja: Coraz bardziej korci mnie spisywanie historii własnych przodków, a szczególnie prababci, która w okresie II wojny światowej uciekła z niemieckiej farmy, na widok krowy, która raczyła się na prababcię spojrzeć, do Wiednia. Dobrze, że tam pradziadka spotkała prędzej niż jakiekolwiek następne zwierzę, od którego znowu by uciekała do innego kraju.
Za książkę dziękuję
Nieśpiesznie zaczynamy poznawać rodziców Janki, głównej postaci opowieści i matki Katarzyny Drogi, i Leszka, przyszłego męża Janki. Dwa tory akcji zaczynają się zbiegać właśnie w momencie, kiedy oboje się poznają i postanawiają spędzić ze sobą resztę życia. Z Podlasia przenoszą się do Poznania, gdzie Leszek studiuje medycynę i wgłębia tajniki radiologii, później wracają w swoje rodzinne regiony do Białegostoku, gdzie podobnie jak w Wielkopolsce zmagają się z wieloma przeciwnościami losu, aż ostatecznie pomyślą o przeprowadzce to jeszcze mniejszego miasteczka, gdzie wszystko zaczyna się rozwijać. Zasadnicza akcja przypada na okres powojenny, lata 50. i 60. Kibicujemy nie tylko głównym bohaterom, ale wspólnie przeżywamy pewne kryzysy w rodzinie, w życiu znajomych i przyjaciół, którzy się zmieniają wraz z miejscem zamieszkania.
Nie sądziłam, że obserwacja cudzego życia, tak wnikliwa i sentymentalna potrafi być tak pasjonująca, że mimo braku zabiegów budowania napięcia, w wielu momentach czytelnik jest zaskoczony takim obrotem akcji i czasem nie potrafi uwierzyć, że tyle może się przydarzyć jednej rodzinie. Wydawałoby się, że po wojnie los powinien zlitować się nad tymi, którzy wytrwali. Życie jednak nie jest takie piękne…
Choć momentami historia mi się niepotrzebnie dłużyła, podobała mi się. Historia ludzi, którzy wiele przeżyli, jest naprawdę fascynująca. Szczególnie podobały mi się wypowiedzi dotyczące ówczesnych technologii i zapowiedzi o ich rozwoju, które wybiegały sto lat naprzód, kiedy po 50 latach należały już do powszechnie stosowanych. Moja wiedza o tym okresie poszerzyła się znacznie i chyba za to, książkę Katarzyny Drogi cenię najbardziej.
Ocena: 5/6
Inspiracja: Coraz bardziej korci mnie spisywanie historii własnych przodków, a szczególnie prababci, która w okresie II wojny światowej uciekła z niemieckiej farmy, na widok krowy, która raczyła się na prababcię spojrzeć, do Wiednia. Dobrze, że tam pradziadka spotkała prędzej niż jakiekolwiek następne zwierzę, od którego znowu by uciekała do innego kraju.
Za książkę dziękuję
Moje-recenzje-ksiazek.blog.onet.pl Moje-recenzje-ksiazek.blog.onet.pl
Wszyscy jesteśmy dziwni. O micie masowości i końcu posłuszeństwa
Czym jest normalność? W dzisiejszym świecie to pojęcie wcale nie pozytywne – oznacza przeciętność, brak wyróżniających cech. Według autora prezentowanej książki, coraz więcej osób wokół nas zdradza zachowania i preferencje mogące ich zaklasyfikować jako dziwnych. Masowa produkcja przedmiotów w uniwersalnych wzorach i rozmiarach ma coraz mniejszy udział w globalnej sprzedaży. Społeczeństwo przestaje być masą, a zaczyna przypominać zbiór mikrospołeczności, a nawet jednostek podkreślających swą indywidualność na różne sposoby. Pokolenie bezkrytycznych ludzi wychowanych w czasach komunizmu, ubierających się podobnie i godzących się na niewielki wybór towarów na sklepowych półkach, odchodzi w przeszłość.
Wiek XX był wiekiem masowości, wiek XXI otwiera się na indywidualność każdego z nas. Dziś konsumenci nie wstydzą się uzewnętrzniać swoich indywidualnych oczekiwań, nierzadko zakrawających na dziwactwa – po to, by ich potrzeby zostały spełnione przez sprzedawców. Wiedzą o tym wytrawni specjaliści z dziedziny marketingu, którzy często prezentują swój produkt jako niszowy, czym zyskują zainteresowanie określonej grupy odbiorców.
Dziś bogactwo nie oznacza posiadania dużej ilości pieniędzy, ale możliwość wyboru stylu życia i korzystanie z tego prawa. Dziwność jako odstępstwo od normy staje się zaletą jednostki. Dziwny to nie tylko inny, ale też wyrażający siebie, oryginalny, wyróżniający się na tle społeczności, w której żyje.
Szczególna łatwość w kontaktach między ludźmi o podobnych zainteresowaniach czy poglądach wynika z rozwoju nowych technologii, wśród których pierwsze miejsce zajmuje Internet. Seth Godin podkreśla, że to właśnie na specjalistycznych forach, w serwisach społecznościowych najłatwiej spotkać osoby, które są “dziwne” w podobnym zakresie. Jego książka stanowi nie tylko podręcznik dla osób zawodowo zajmujących się sprzedażą i nawiązywaniem relacji z klientami. Jest ważnym świadectwem naszych czasów – tak jak my, nieco “dziwnych”. Polecam ją wszystkim, którzy chcą lepiej poznać i zrozumieć mechanizmy rządzące życiem społecznym i przemianami dokonującymi się w ciągu ostatniego dziesięciolecia.
Wiek XX był wiekiem masowości, wiek XXI otwiera się na indywidualność każdego z nas. Dziś konsumenci nie wstydzą się uzewnętrzniać swoich indywidualnych oczekiwań, nierzadko zakrawających na dziwactwa – po to, by ich potrzeby zostały spełnione przez sprzedawców. Wiedzą o tym wytrawni specjaliści z dziedziny marketingu, którzy często prezentują swój produkt jako niszowy, czym zyskują zainteresowanie określonej grupy odbiorców.
Dziś bogactwo nie oznacza posiadania dużej ilości pieniędzy, ale możliwość wyboru stylu życia i korzystanie z tego prawa. Dziwność jako odstępstwo od normy staje się zaletą jednostki. Dziwny to nie tylko inny, ale też wyrażający siebie, oryginalny, wyróżniający się na tle społeczności, w której żyje.
Szczególna łatwość w kontaktach między ludźmi o podobnych zainteresowaniach czy poglądach wynika z rozwoju nowych technologii, wśród których pierwsze miejsce zajmuje Internet. Seth Godin podkreśla, że to właśnie na specjalistycznych forach, w serwisach społecznościowych najłatwiej spotkać osoby, które są “dziwne” w podobnym zakresie. Jego książka stanowi nie tylko podręcznik dla osób zawodowo zajmujących się sprzedażą i nawiązywaniem relacji z klientami. Jest ważnym świadectwem naszych czasów – tak jak my, nieco “dziwnych”. Polecam ją wszystkim, którzy chcą lepiej poznać i zrozumieć mechanizmy rządzące życiem społecznym i przemianami dokonującymi się w ciągu ostatniego dziesięciolecia.
urodaizdrowie.pl Ilona, 2014-01-28
O współczuciu. Jak osiągnąć spokój wewnętrzny i zbudować lepszy świat
Książka „O Współczuciu” jest stosunkowo niewielkich rozmiarów, przypomina trochę zeszyt A5. Nie jest również zbyt „gruba” ma około 120 stron. Jest w twardej okładce co sprawia, że jest trochę bardziej trwała. Reasumując nadaje się całkowicie do noszenia w damskiej torebce i czytania na przykład podczas podróży pociągiem czy autobusem albo gdzieś w kolejce bądź gdy na coś czekamy.
Czymś co bardzo mi przypadło do gustu jest kolor stronic tejże pozycji oraz pomocna i ładna „wstążka/zakładka” będąca tutaj koloru czerwonego. Sama okładka również przyjaźnie i przyjemnie dla oka wygląda. Przeważa tu, nazwijmy to, wiśniowy kolor, który ładnie koresponduje chociażby ze wspomnianą „wstążką/zakładką”. Za projekt okładki odpowiedzialna jest Magdalena Stasik. Myślę, że warto ją za jej pracę pochwalić.
W książce tej znajdziemy Przedmowę napisaną przez dr Jeffreya Hopkinsa. W tejże pozycji jest on dość ważną postacią. Jak się dowiadujemy ze wspomnianej Przedmowy przedstawione treści zostały zebrane właśnie przez niego.
Oprócz Przedmowy znajdziemy tutaj również Wstęp, dwanaście rozdziałów, Zakończenie, Podsumowanie ćwiczeń gdzie praktycznie powtarza się treść z wcześniejszych rozdziałów, swoiste ich podsumowania zebrane w jednym miejscu oraz Wybrane lektury, w których znajduje się między innymi książka „Droga do oświecenia” za autorów przedstawia się tu Jego Świętobliwość Dalajlamę oraz Tenzina Gjaco, pod redakcją Jeffreya Hopkinsa. W Wybranych lekturach zastanawia numeracja gdzie po dziesiątej pozycji mamy pierwszą bez żadnego wyróżnienia, że to jakiś inny podział. Można więc przypuszczać, że ta pierwsza i druga pozycja miały być jedenastą i dwunastą. No cóż pozostają domysły. Nie przeszkadza to jednak w lekturze choć może trochę zastanawiać. Została również wydzielona jedna kartka na Notatki.
„O Współczuciu” jest ciekawą pozycją, która może dać do myślenia i zmotywować nas do wprowadzania krok po kroku zmian w naszym życiu. Nie jesemet pewna dlaczego, ale jak zaczęłam ją czytać skojarzyła mi się z „Przebudzeniem” Anthonego de Mello. Może są to tylko moje odczucia, ale właśnie taki był mój początkowy odbiór, później bardziej skupiłam się na prezentowanej treści niż na porównywaniu czy sprawdzaniu czy to wrażenie było słuszne czy nie.
Znalazłam w tejże pozycji kilka ciekawych cytatów. Jeden z nich dotyczy tego co leży u podstaw ludzkiej egzystencji a również celu i wartości naszego życia.
Reasumując publikacja „O Współczuciu” pod redakcją dr Jeffreya Hopkinsa jest pozycją, którą czytałam z zaciekawieniem, znalazłam tu kilka interesujących mnie informacji, pewne z nich dały mi do myślenia. Chwilami jednak, szczególnie na początku lektury, miałam wobec niej pewne obawy. Ostatecznie uważam, że warto było poświęcić swój czas na jej czytanie i zapoznanie się z jej treścią. Niektórzy pewnie będą mieli wobec niej pewne ‘ale’, no cóż tak bywa. Są tu pewne rzeczy, które nawiązują czy wyrastają z buddyzmu tybetańskiego czy buddyzmu w ogóle, jednak jest to raczej książka przeznaczona dla różnych ludzi niekoniecznie zainteresowanych buddyzmem. Treści ściśle i wyłącznie z nim związanych nie ma tu zbyt dużo (choć korzenie widać ;)).
Czymś co bardzo mi przypadło do gustu jest kolor stronic tejże pozycji oraz pomocna i ładna „wstążka/zakładka” będąca tutaj koloru czerwonego. Sama okładka również przyjaźnie i przyjemnie dla oka wygląda. Przeważa tu, nazwijmy to, wiśniowy kolor, który ładnie koresponduje chociażby ze wspomnianą „wstążką/zakładką”. Za projekt okładki odpowiedzialna jest Magdalena Stasik. Myślę, że warto ją za jej pracę pochwalić.
W książce tej znajdziemy Przedmowę napisaną przez dr Jeffreya Hopkinsa. W tejże pozycji jest on dość ważną postacią. Jak się dowiadujemy ze wspomnianej Przedmowy przedstawione treści zostały zebrane właśnie przez niego.
Oprócz Przedmowy znajdziemy tutaj również Wstęp, dwanaście rozdziałów, Zakończenie, Podsumowanie ćwiczeń gdzie praktycznie powtarza się treść z wcześniejszych rozdziałów, swoiste ich podsumowania zebrane w jednym miejscu oraz Wybrane lektury, w których znajduje się między innymi książka „Droga do oświecenia” za autorów przedstawia się tu Jego Świętobliwość Dalajlamę oraz Tenzina Gjaco, pod redakcją Jeffreya Hopkinsa. W Wybranych lekturach zastanawia numeracja gdzie po dziesiątej pozycji mamy pierwszą bez żadnego wyróżnienia, że to jakiś inny podział. Można więc przypuszczać, że ta pierwsza i druga pozycja miały być jedenastą i dwunastą. No cóż pozostają domysły. Nie przeszkadza to jednak w lekturze choć może trochę zastanawiać. Została również wydzielona jedna kartka na Notatki.
„O Współczuciu” jest ciekawą pozycją, która może dać do myślenia i zmotywować nas do wprowadzania krok po kroku zmian w naszym życiu. Nie jesemet pewna dlaczego, ale jak zaczęłam ją czytać skojarzyła mi się z „Przebudzeniem” Anthonego de Mello. Może są to tylko moje odczucia, ale właśnie taki był mój początkowy odbiór, później bardziej skupiłam się na prezentowanej treści niż na porównywaniu czy sprawdzaniu czy to wrażenie było słuszne czy nie.
Znalazłam w tejże pozycji kilka ciekawych cytatów. Jeden z nich dotyczy tego co leży u podstaw ludzkiej egzystencji a również celu i wartości naszego życia.
Reasumując publikacja „O Współczuciu” pod redakcją dr Jeffreya Hopkinsa jest pozycją, którą czytałam z zaciekawieniem, znalazłam tu kilka interesujących mnie informacji, pewne z nich dały mi do myślenia. Chwilami jednak, szczególnie na początku lektury, miałam wobec niej pewne obawy. Ostatecznie uważam, że warto było poświęcić swój czas na jej czytanie i zapoznanie się z jej treścią. Niektórzy pewnie będą mieli wobec niej pewne ‘ale’, no cóż tak bywa. Są tu pewne rzeczy, które nawiązują czy wyrastają z buddyzmu tybetańskiego czy buddyzmu w ogóle, jednak jest to raczej książka przeznaczona dla różnych ludzi niekoniecznie zainteresowanych buddyzmem. Treści ściśle i wyłącznie z nim związanych nie ma tu zbyt dużo (choć korzenie widać ;)).
swiatairi.blogspot.com Airi, 2014-02-03
Barszcz ukraiński
Sądząc po tytule można by mnie posądzić o zdradę blogosfery książkowej na rzecz kulinarnej. Spokojnie – zostaję w książkowej, a jeśli już gdzieś się wybieram to tylko na Ukrainę. Recenzję książki „Barszcz Ukraiński” potraktujcie jako zapowiedź większej ilości materiałów poświęconych naszemu wschodniemu sąsiadowi.
Najpierw będzie vlog z moimi przemyśleniami na temat Ukrainy, później wywiad z ukraińskim zespołem rockowym, a w końcu spotkanie autorskie na żywo – chociaż tego ostatniego nie mogę być pewien z powodu napiętej sytuacji. Który materiał chcielibyście zobaczyć najpierw? Napiszcie to w komentarzu, a jeśli przy okazji zgodzicie się na otrzymywanie ode mnie newslettera to będziecie mieli pewność, że niczego nie przegapicie.
Barszcz ukraiński
Koniec wodolejstwa. Czego możecie się spodziewać po książce? Tego co po tytułowym barszczu ukraińskim, czyli porządnej wkładki – mięsa, ziemniaków, warzyw w takich ilościach, że na długo zaspokoją głód. Książkę można śmiało traktować jak przewodnik po Ukrainie. Nie taki turystyczny, ale życiowy.
Przewodnik po życiu na Ukrainie – tego określenia szukałem. Szesnaście rozdziałów opisuje najważniejsze aspekty funkcjonowania w tym kraju. Piotr Pogorzelski opisał Ukrainę z punktu widzenia zwykłego Kowalskiego, a nie polityka czy historyka. I tak ważnym tematem stała się muzyka, którą możemy usłyszeć w radiu czy telewizji. I to przez pryzmat tej muzyki dowiadujemy się co nieco o polityce i historii. Skąd się wziął podział na rosyjskojęzyczny pop i śpiewany po ukraińsku rock? Z tego samego powodu, z którego Ukraina jest ciągle podzielona na wschodnie i zachodnie rejony. Dowiemy się tego w taki właśnie dosyć lekki sposób.
Styl książki jest raczej popularnonaukowy niż dziennikarski. Brakuje mi w tej książce bohaterów z krwi i kości, emocji i wydarzeń z życia wziętych. Zamiast tego mamy dosyć sporo danych statystycznych wziętych z ukraińskiego rocznika statystycznego. Odwołania do tej publikacji pojawiały się dosyć często w przypisach, ale na szczęście nie odczułem przeładowania informacjami.
Najważniejsze dla mnie jest to, że dzięki tej książce zrozumiałem jak bardzo Ukraina różni się od Polski. Wcześniej nie miałem jakoś potrzeby dowiadywania się więcej i zgłębiania informacji serwowanych przez dzienniki. No bo w sumie po co? W swoim zadufaniu sądziłem, że wiem już wystarczająco dużo – że to kraj podobny do Polski, tylko ze swoimi problemami. zawsze wolałem patrzeć dalej na wschód, na Rosję, Ukrainę pomijając wzruszeniem ramion. Nawet nie wiecie w jakim byłem błędzie. No ale o tym odkryciu opowiem Wam już za kilka dni. „Barszcz ukraiński” pojawi się jeszcze na moim YouTube.
Najpierw będzie vlog z moimi przemyśleniami na temat Ukrainy, później wywiad z ukraińskim zespołem rockowym, a w końcu spotkanie autorskie na żywo – chociaż tego ostatniego nie mogę być pewien z powodu napiętej sytuacji. Który materiał chcielibyście zobaczyć najpierw? Napiszcie to w komentarzu, a jeśli przy okazji zgodzicie się na otrzymywanie ode mnie newslettera to będziecie mieli pewność, że niczego nie przegapicie.
Barszcz ukraiński
Koniec wodolejstwa. Czego możecie się spodziewać po książce? Tego co po tytułowym barszczu ukraińskim, czyli porządnej wkładki – mięsa, ziemniaków, warzyw w takich ilościach, że na długo zaspokoją głód. Książkę można śmiało traktować jak przewodnik po Ukrainie. Nie taki turystyczny, ale życiowy.
Przewodnik po życiu na Ukrainie – tego określenia szukałem. Szesnaście rozdziałów opisuje najważniejsze aspekty funkcjonowania w tym kraju. Piotr Pogorzelski opisał Ukrainę z punktu widzenia zwykłego Kowalskiego, a nie polityka czy historyka. I tak ważnym tematem stała się muzyka, którą możemy usłyszeć w radiu czy telewizji. I to przez pryzmat tej muzyki dowiadujemy się co nieco o polityce i historii. Skąd się wziął podział na rosyjskojęzyczny pop i śpiewany po ukraińsku rock? Z tego samego powodu, z którego Ukraina jest ciągle podzielona na wschodnie i zachodnie rejony. Dowiemy się tego w taki właśnie dosyć lekki sposób.
Styl książki jest raczej popularnonaukowy niż dziennikarski. Brakuje mi w tej książce bohaterów z krwi i kości, emocji i wydarzeń z życia wziętych. Zamiast tego mamy dosyć sporo danych statystycznych wziętych z ukraińskiego rocznika statystycznego. Odwołania do tej publikacji pojawiały się dosyć często w przypisach, ale na szczęście nie odczułem przeładowania informacjami.
Najważniejsze dla mnie jest to, że dzięki tej książce zrozumiałem jak bardzo Ukraina różni się od Polski. Wcześniej nie miałem jakoś potrzeby dowiadywania się więcej i zgłębiania informacji serwowanych przez dzienniki. No bo w sumie po co? W swoim zadufaniu sądziłem, że wiem już wystarczająco dużo – że to kraj podobny do Polski, tylko ze swoimi problemami. zawsze wolałem patrzeć dalej na wschód, na Rosję, Ukrainę pomijając wzruszeniem ramion. Nawet nie wiecie w jakim byłem błędzie. No ale o tym odkryciu opowiem Wam już za kilka dni. „Barszcz ukraiński” pojawi się jeszcze na moim YouTube.
alekulturka.com Dariusz Dłużeń