ODBIERZ TWÓJ BONUS :: »

Recenzje

Mistrz sprzedaży. Wydanie 3 poszerzone

Najlepszym świadectwem o wartości książki Arkadiusza Bednarskiego Mistrz Sprzedaży są opinie czytelników – znajdziesz je na oficjalnej stronie książki http://onepress.pl/ksiazki/mistrz-sprzedazy-wydanie-3-poszerzone-arkadiusz-bednarski,mistr3.htm. Odbiorcy opisują ją jako pozycję obowiązkową dla początkujących sprzedawców oraz tych z doświadczeniem, zawierającą najważniejszą wiedzę, czy też jako napisaną zrozumiałym językiem.

Zgadzam się z nimi, Mistrz sprzedaży to książka obowiązkowa dla każdego kto chce zająć się marketingiem, nawet tym wielopoziomowym (MLM). Tym zdaniem mógłbym zamknąć niniejszą recenzję. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na trzy rzeczy, o których nie przeczytasz w powyżej wspomnianych opiniach.

Pierwszą z nich jest aktualność. Arkadiusz Bednarski, od pierwszego wydania w 2009 roku, zdołał rozbudować Mistrza Sprzedaży już trzykrotnie. A to dlatego, że świat marketingu nieustannie się zmienia, a sam autor zyskuje coraz większą wiedzę oraz doświadczenie (rozpoczynając pracę miał już za sobą wieloletni staż jako sprzedawca). Taka aktualizacja poprawia relację w odbiorze treści. Sięgając po książkę wiedziałem, że znajdę w niej najświeższą wiedzę i doskonale opracowaną treść (sprawdzoną przez autora po raz trzeci). Pozwoliło mi to na zwiększenie komfortu czytania.

Drugim wyróżnikiem jest sposób postrzegania sprzedaży przez autora. Zamiast rozpoczynać treść Mistrza sprzedaży od standardowego pytania „jak sprzedawać?” i odpowiedzi na nie, pisarz zastanawia się „Dlaczego nie lubimy sprzedawać i aby nam sprzedawano, a uwielbiamy kupować?” oraz „Co wpływa na nasze decyzje o zakupie”. Dzięki temu zabiegowi czytelnik zaczyna rozumieć na jakich zasadach odbywa się komunikacja sprzedawca– klient, a także dowiaduje się, że o każdej sprzedaży decydują umiejętności wewnętrzne pierwszego z wymienionych i sposób postrzegania świata przez drugiego.

Trzecią rzeczą, która zwróciła moją uwagę jest zawartość nośnika CD. Taki dodatek do książki to strzał w dziesiątkę. Po przeczytaniu tekstu włożyłem płytę do komputera i przesłuchałem ją dwukrotnie. Byłem zachwycony. Następnego dnia potrzebowałem silnego źródła motywującego. Do ćwiczeń zmuszających mój mózg do pracy dołączyłem trzy nagrania. Doskonale sprawdziły się. Co jest nagrane na tej płycie? Rozmowy z ludźmi takimi jak Ty i ja, którzy odnieśli sukces w sprzedaży. Opowiadają o tym czym jest dla nich szeroko rozumiany marketing, dzielą się doświadczeniem oraz wskazują jak osiągnąć sukces.

Mistrz sprzedaży to znakomita książka. Czytając ją uporządkowałem swoją wiedzę, nabyłem nowe umiejętności, a także zmieniłem kilka przekonań – między innymi na temat marketingu wielopoziomowego oraz istnienia „trudnego klienta”. Dlatego polecam ją wszystkim przyszłym i obecnym sprzedawcom.
Napisz Tekst Kuba Sosnowski, 2014-02-05

Kamyki w brzuchu

Dziecięca zazdrość. O starszego brata, o młodszą siostrę. O to, że on ma, a ja nie. O to, że jej wolno, a mnie nie pozwalają. O zbyt długi uścisk mamy, zbyt wiele uwagi taty. O wszystko. Nasz bohater nie ma wprawdzie rodzeństwa, ale nie wychowuje się sam. Jego rodzice co rusz przygarniają innych chłopców, tworząc dla nich rodzinę zastępczą.

"Pamiętam Marcusa. Przez niego przesiedziałem dwie godziny na drzewie. Pamiętam złego Marcusa, który podkładał pod dywan w moim pokoju pinezki szpicem do góry"[1].

Obecnie zamiast Marcusa jest Robert.

"Moja Mama mówi o sobie, że jest szczególnie dobra i właśnie dlatego bierze na wychowanie dzieci, których matki i ojcowie nie są tak dobrzy albo walczą ze sobą, chociaż głęboko w środku są dobrymi ludźmi"[2].

Robert ma złych rodziców. I dwanaście lat, prawie trzynaście. Może więc siedzieć z przodu samochodu. Później chodzić spać. Robert lubi chmury. Jest grzeczniejszy, bardziej dojrzały, właściwie niemal dorosły. W odczuciu małego bohatera, nowy lokator jest dla niego zagrożeniem. Jakby to on był rodzonym synem Mamy, jakby to jego kochała bardziej.

Akcja poruszającej powieści Jona Bauera "Kamyki w brzuchu" toczy się dwutorowo. Dorosły mężczyzna wraca do swego rodzinnego domu, by zaopiekować się matką. Chora na raka mózgu kobieta niknie w oczach, ledwie mówi, wymaga stałej kontroli. Powrót do niej to także powrót do wspomnień, nie najlepszych, nie najpiękniejszych. Żal syna do matki jest wyraźny. Chłopiec mógłby mieć takie szczęśliwe dzieciństwo, gdyby to na nim skupiła się cała uwaga rodziców, gdyby nie musiał się dzielić ich miłością z dziećmi, które przewijały się przez ich dom. "Kiedy pojawiają się dzieci, wszystko psują. Mama i Tata strasznie się dla nich starają, a one prawie nigdy nie są wdzięczne, prawie nigdy nie odwzajemniają miłości. A ja kocham Mamę i Tatę i jestem im wdzięczny, więc nie rozumiem, dlaczego po prostu nie przestaną wpuszczać do domu niemiłych ludzi"[3]. Poznajemy więc zarówno teraźniejszość (zmagania z chorobą matki i wspomnieniami), jak i przeszłość (nierówna walka z zazdrością i poczuciem osamotnienia) bohatera.

Zazdrość pojawia się od pierwszych chwil, od momentu, w którym Robert przekroczył próg domu. Towarzyszyła jej nienawiść. "Jego nienawidzę najbardziej. A jeszcze bardziej nienawidzę jego rodziców za to, że byli źli, bo gdyby byli dobrzy, tak jak moja Mama, to nie musiałbym się nią dzielić"[4]. Mimo upływu czasu, negatywne emocje nie znikają. Będą towarzyszyć bohaterowi także jako dorosłemu mężczyźnie i nie znikną nawet wtedy, gdy Roberta już nie będzie. Agresję wzbudza w nim wszystko to, co przywołuje obrazy z dzieciństwa. Wyładowuje się na matce, na obcym mężczyźnie, demoluje studio, w którym przed laty fotograf próbował uwiecznić rodzinne szczęście. Poczucie krzywdy, niesprawiedliwości, żal, złość, nienawiść - taka kumulacja negatywnych uczuć ma niesamowitą siłę niszczącą. Emocje, przez wiele lat przechowywane w sercu i pamięci, znajdują ujście. Ze wspomnień wyłania się dramatyczna historia. Co jeszcze wydarzyło się przed dwudziestoma laty, że bohater wciąż nie potrafi uporać się z przeszłością?


Nie lubisz reklam? Chcesz pomóc BiblioNETce?
Zostañ naszym opiekunem!

"Kamyki w brzuchu" to jedna z tych historii, które emocjonalnym ładunkiem uderzają w przeponę czytelnika, odbierając mu oddech. Ośmiolatek, spragniony całej uwagi rodziców, nie potrafi sobie poradzić z zazdrością, z obecnością w domu "konkurenta". Niejednokrotnie podkreśla, że sam czuje się jak przybrane dziecko, jakby to on był tym dodatkowym lokatorem, na dodatek niechcianym. Ileż w tym chłopcu żalu, złości! Ile myśli, które wzbudzają niepokój. Ile smutku. Paczki z podarkami urodzinowymi dla Roberta wydają mu się zbyt wielkie jak "na siatkę z prezentami dla kogoś, kto nawet nie jest ich synem"[5]. "Jeśli się tego wystarczająco pragnie można ukraść życzenie urodzinowe osobie, która zdmuchuje świeczki. Życzę sobie w myślach, żeby Robert umarł"[6]. Przechodzą mnie dreszcze. Jak bardzo trzeba czuć się samotnym, odrzuconym, by dopuścić do siebie takie myśli? Osamotny - mówi o sobie chłopiec. Po latach nie jest już taki pewny, czy rodzice faktycznie go zaniedbywali, czy też to niczym nieuzasadniona zazdrość była (i jest!) powodem frustracji. Wciąż jednak jest samotny, nie potrafi stworzyć trwałej relacji z innymi ludźmi.

Mały, a później już całkiem dorosły narrator opowiada swoją historię niezwykle przejmująco. Jego emocje się udzielają, niepokój czytelnika rośnie tym bardziej, im więcej bohater zdradza ze swej przeszłości.

Gdy zamyka się tę książkę, wszędzie zapada cisza. Nawet mucha nie bzyczy, wcale nie dlatego, że jesień, że chłodno, więc niemrawo porusza się po parapecie. Powieść Jona Bauera to emocjonalny nokaut, to powieść brutalnie szczera, boleśnie prawdziwa. Po jej odłożeniu każdy dźwięk wydaje się nie na miejscu. Cisza zapewnia odpowiednie tło do rozmyślań. A jest o czym myśleć, to pewne. Autor postawił bohaterów w niezwykle trudnej sytuacji. Małżeństwo chce pomóc dzieciom z trudnych rodzin, zapewnić im dach nad głową, odrobinę czułości, uwagi, dać poczucie bezpieczeństwa, pomóc w miarę bezboleśnie przejść przez dzieciństwo, przygotować do dorosłego życia. To piękne i godne podziwu. Z drugiej strony jest jednak mały chłopiec, który nie rozumie, dlaczego obcy dzieciak skupia na sobie uwagę JEGO mamy, JEGO taty. Może to zwykła dziecięca zazdrość, silniejsza, niż gdyby "ten drugi" był rodzonym bratem, co usprawiedliwiałoby zainteresowanie nim rodziców, a może faktycznie opiekunowie za bardzo starali się stworzyć rodzinę dla przygarniętego chłopca, zaniedbując przy tym własnego syna?

Nie znam odpowiedzi i nie potrafię ocenić bohaterów. Wiem natomiast jedno: "Kamyki w brzuchu" Jona Bauera to przejmująca historia, wspaniały wgląd w dziecięcą psychikę, powieść, która gwarantuje intensywność przeżyć. Nie da się potraktować jej obojętnie. Po takim nokaucie czytelnik łatwo się nie podniesie.

"Nie wiem co jest prawdą: ich zaniedbanie czy moja zazdrość. Co faktycznie miało miejsce? Czy tylko moja zazdrość, czy również zaniedbanie?"[7]
BiblioNETka.pl AnnRK

Lifehacker. Jak żyć i pracować z głową. Wydanie III

Czujesz, że jesteś mało produktywny? Że tracisz czas – a właściwie nie tyle tracisz, co źle organizujesz, a on Ci ucieka przez palce? Masz dłuuugą listę to-do, ale nie ma kiedy jej wykonywać? Marzysz o inbox-zero i całkowicie czystej skrzynce odbiorczej swojego maila? Pewnie tak. Ale… jak wygodnie i sprawnie ułatwić sobie funkcjonowanie?

Za pomocą lifehacków. Innymi słowy – prostych „sztuczek”, działań, które pomogą usprawnić różne czynności, przyspieszyć ich wykonywanie bądź pomogą nam się zorganizować. Począwszy od ogarnięcia stert papierów na biurku w porządny system korespondencji i materiałów, poprzez zrobienie małymi kroczkami porządku na mailu (zwłaszcza z niechcianym spamem), nie zapominając o zblokowaniu sobie witryn będących pożeraczami czasu (Kwejki, Demotywatory i inne tego typu, na które zaglądamy, choć właściwie nie mamy konkretnego powodu).

„Lifehacker. Jak żyć i pracować z głową. Wydanie III” to książka, której nie trzeba czytać od deski do deski. Można otworzyć ją w dowolnym, interesującym nas miejscu i zaznajomić się tylko i wyłącznie z lekturą tematu, który nas dotyczy – jak np. porządek na mailu. Dzięki temu każdy, nawet już uznający swoje życie za poukładane, może czerpać z tej publikacji pełnymi garściami, jeszcze bardziej udoskonalając i „hakując” własne życie.

Napisana w przystępny sposób pozwala dotrzeć do każdego. Do mnie, do Ciebie, do Ciebie też! ;) Polecam :)
3telnik.pl Przemek, 2014-02-04

Płytki umysł. Jak internet wpływa na nasz mózg

Nicholas Carr ostrzega: internet niszczy pamięć, zmniejsza nasze zdolności poznawcze, ogranicza koncentrację i zniechęca do refleksji. A to dopiero początek. Kiedy Google stworzy sztuczną inteligencję, będziemy niepotrzebni, a kultura umrze.

Autorem artykułu „Czy Google nas ogłupia?”, który ukazał się w Atlantic Monthly w 2008 roku, był Nicholas Carr, dziennikarz, publicysta, redaktor Harvard Business Review, guru technologii, który spróbował – opierając się na dość wątłych wówczas przesłankach naukowych - ocenić, jak zmienia się mózg człowieka pod wpływem uporczywego korzystania z Internetu. Tekst wywołał wiele dyskusji i stał się punktem wyjścia do książki „Płytki umysł. Jak internet wpływa na nasz mózg”, której polskie wydanie właśnie ukazało się nakładem wydawnictwa Helion – One press.

Rzecz jest tyleż ciekawa, co momentami przerażająca. Zaledwie jedna czwarta, może jedna trzecia książki poświęcona jest tytułowemu zagadnieniu, reszta to rozważania na temat kultury słowa, druku, zmian cywilizacyjnych, sztucznej inteligencji i wielu innych tematów, po których Carr porusza się zręcznie i ciekawie.

Jego główne przesłanie to: Internet ma negatywny wpływ na nasze zdolności poznawcze, zmniejsza koncentrację i zdolność do refleksji. Carr opisuje dowody naukowe na potwierdzenie tej tezy, ale co najmniej równie przekonywujące jest doświadczenie czytelnika, który zapewne ma podobne wrażenie, że im więcej korzysta z internetu, tym bardziej rosną jego kłopoty z koncentracją, źle mu się czyta dłuższe teksty i w ogóle jakby się stał nieco mniej refleksyjny...

Nicholas Carr też ma trochę kłopotów z koncentracją… na tytułowym temacie. Popatrzmy bowiem na kolejne rozdziały książki. Zaczyna się wstępem z nawiązaniem do Mc Luhana (lata 60. XX wieku) i przejęcia władzy nad człowiekiem przez ówczesne media elektroniczne – telefon, radio, telewizję i kino. Teraz oczywiście władzę przejął komputer - bardzo ładna jest pointa wstępu: „Ekran komputera (…) jest naszym sługą – tak bardzo uniżonym, że nietaktem byłoby wspomnieć, że jest także naszym władcą”. Pierwszy rozdział zaczyna się od do dziś poruszającej sceny z „Odysei kosmicznej 2001” śmierci superkomputera Hal, któremu bohater filmu Bowman metodycznie odłącza kolejne obwody. „Dave, mój umysł błądzi” – mówi HAL z rozpaczą - „Czuję to, czuję”. „Ja też to czuję - przerywa Carr. Od kilku lat mam nieprzyjemne wrażenie, że ktoś (lub coś) majstruje przy moim mózgu”.

I nie tylko on ma takie odczucia. Rozdział wypełniają opowieści naukowców i intelektualistów, którzy mają samoświadomość, jak internet zmienia ich zachowania i sposób myślenia. Drugi rozdział zaczyna się od Fryderyka Nietschego, który tracił wzrok, i jego zdolność do pracy uratował wynalazek maszyny do pisania, jednakże maszyna zmieniła też jego sposób pisania. W tym samym rozdziale mamy także wykład na temat historii badań mózgu i koncepcji jego funkcjonowania, a przede wszystkim na temat plastyczności mózgu, czyli zmian pod wpływem otoczenia, w reakcji na nasze doświadczenia i zachowania.

Potem mamy rozdział o naszych zdolnościach poznawczych i dojrzewaniu intelektualnym, które przebiega według tego samego scenariusza, jak kiedyś uczono się tworzyć mapy. Mapa nie tylko informuje, ale jest też wyrazem sposobu myślenia i widzenia. Dalej - zegar i pomiar czasu, który zmienił postrzeganie samych siebie. Mapa i zegar to technologie intelektualne – jak pisze Carr – narzędzia, którymi posługujemy się, aby zwiększać lub wspierać nasze władze umysłowe. W tej kategorii znajduje się i suwak logarytmiczny, i maszyna do pisania, książka i gazeta, a także komputer i internet.

W dalszej części książki mamy fragment o tym jak mózg człowieka, który umie czytać i pisać różni się od mózgu analfabety i opowieść o historii czytania i pisania. Dzięki temu w czwartym rozdziale autor pisze z kolei o historii książki, i o tym jak zmieniła kulturę oralną w kulturę słowa pisanego i jaki był w tym udział wynalazku druku.

Carr, ma szerokie spojrzenie i sięga głęboko w przeszłość. Ma też oryginalne skojarzenia i po prostu ciekawie opisuje wydawałoby się dość powszechnie znane wydarzenia i ludzi. Te stare historie są co najmniej równie ciekawe i wciągające jak rozdziały bardziej nam współczesne, na przykład na temat wpływu komputerów i internetu, blogów czy mediów społecznościowych na stare media, rynek książki, ale i styl pisania i komunikacji.

Na 145 stronie zaczyna się rozdział pt. „Mózg żonglera” – ten który miał być całą książką, o tym jak internet zmienia mózg i jakie są wyniki badań na ten temat. A także o tym jak przestajemy czytać, a tylko wybiórczo poszukujemy informacji, przebiegamy teksty i strony internetowe. „To przebieganie – konstatuje Carr - które niegdyś stanowiło środek do osiągnięcia celu oraz sposób wychwycenia informacji wymagających głębszej analizy – staje się celem samym w sobie, naszym ulubionym sposobem zbierania różnego rodzaju informacji i ich interpretowania”. Ale może coś dostajemy w zamian? Jest mało dowodów empirycznych, ale są, że sposób korzystania z internetu wzmacnia te funkcje mózgu, które wiążą się z określonego typu „szybkimi ścieżkami” rozwiazywania problemów, zwłaszcza dotyczących dostrzegania powtarzalnych wzorców w gąszczu danych. Być może wzrastają nieznacznie zdolności naszej pamięci roboczej. Być może stajemy się bardziej wielozadaniowi – a taki jest Internet ze swoimi linkami, twitterami, rss-ami itd. Jednak jest pewne, że „zdolność wykonywania szeregu czynności naraz działa w istocie na szkodę naszej kreatywności i naszej zdolności do głębokiej refleksji”.

Naukowiec Michael Merzenich stawia jeszcze bardziej przygnębiającą diagnozę – pisze Carr. - Gdy wykonujemy on-line wiele zadań naraz „ćwiczymy nasz mózg, aby zwracał uwagę na bzdety”. Konsekwencje tego procesu dla naszego życia intelektualnego mogą się okazać „śmiertelne”. Zdaniem Carra sieć ułatwia nam osiąganie bieżących celów dzięki bogactwie informacji, ale pomniejsza „zdolność do konstruowania we własnym umyśle licznych i niepowtarzalnych połączeń, z których wyrasta wyjątkowa inteligencja”.

Następny rozdział - „Świątynia Google” – poświęcony jest tayloryzmowi (od tego samego Taylora, który badał czas wykonywania operacji i zautomatyzował pracę robotników) jaki wyszukiwarka zaprowadza w pracy umysłu robiąc wszystko, by zwiększyć wydajność procesu wymiany informacji. Praca informatyków Google jest przykładem zastosowania taylorowskiego podejścia do zarządzania i organizacji pracy w przemyśle wiedzy – konstatuje autor.

Ale to jeszcze nie wszystko. Google w istocie dąży - i nie ukrywa tego - do zaprojektowania i wyprodukowania sztucznej inteligencji. Frapująca powieść o tej firmie wydała mi się w książce najbardziej przerażająca, bardziej niż nieszczęsne zmiany w mózgu, jakie wprowadza internet. Kilka cytatów z wypowiedzi Larry Page’a i Sergieya Brina przyprawia o dreszcze, podobnie jak podsumowanie Carra. „Ich proste założenie - pisze Carr - że byłoby nam wszystkim lepiej gdyby nasze mózgi były wspierane, a nawet zastępowane przez sztuczną inteligencję, jest równie niepokojące, co wymowne. Podkreśla bowiem wytrwałość i upór, z jakimi Google trzyma się swojego taylorowskiego przekonania, że inteligencja stanowi rezultat mechanicznych procesów, serii poszczególnych kroków, które można wyodrębnić, zmierzyć i zoptymalizować”.

Za szczególnie ciekawą można uznać na przykład cytowaną przez Carra relację wnikliwego obserwatora z siedziby Google – Googleplex: „Panująca tam przytulna atmosfera była niemal przytłaczająca. Radosne golden retrievery skakały powoli przez wodę tryskającą ze zraszaczy na trawnikach. Ludzie machali do siebie i się uśmiechali. Wszędzie leżały jakieś zabawki. Nagle zacząłem podejrzewać, że jakieś niewyobrażalne zło czai się gdzieś w ciemnych zakamarkach. Jeżeli sam szatan miałby przyjść na ziemię, jakie lepsze miejsce mógłby sobie wybrać jako kryjówkę?”.

Kolejny rozdział - poświęcony naszej pamięci i zastępowaniu jej przez sieć, też kończy się dość ponuro: „Kultura jest czymś więcej niż tylko zbiorem tego co Google określa mianem „światowe zasoby informacji”. Jest czymś więcej niż to, co da się zredukować do kodu dwójkowego i załadować do sieci. Kultura aby żyć, musi być bezustannie odnawiana w umysłach przedstawicieli każdego pokolenia. Jeśli wydobędziemy pamięć z własnego wnętrza i przekażemy na zewnątrz, to nasza kultura umrze”.

Tak jak dyskusja po artykule w „Atlantic monthly” była bardzo ożywiona i pełna kontrowersji, tak i recenzje książki są mocno mieszane, choć negatywnych jest znacznie mniej. Zarzut, który warto poważnie potraktować, dotyczy generalizacji we wnioskach. „Tymczasem nasze podporządkowanie internetowi czy komputerom jest pewnym wyborem” – pisał jeden z recenzentów. Ktoś inny złośliwie dodał: „nie mogę się zdecydować, czy nie mogę się skoncentrować na tej książce dlatego, że internet tak zmienił mój mózg, czy dlatego, że argumenty autora po prostu nie są spójne. Biorąc pod uwagę, że przy ostatnio przeczytanych dwóch książkach non-fiction nie miałem problemów z koncentracją – chyba to drugie”. Oby krytyk miał rację, ale chyba nie ma.

Książka Carra ma dwie pointy. Pierwsza dotyczy - jak i początek – „Odysei kosmicznej 2001”. Najbardziej ludzki jest w niej komputer HAL, ludzie zaś upodobnili się do maszyn. „Jest to istota mrocznego proroctwa Kubricka” – pisze autor. Drugą pointę stanowi ostatni rozdzialik „Literatura uzupełniająca”. „Książka ta dotyka wielu tematów. Czytelnikowi, który chciałby bliżej się z nimi zapoznać, polecam poniższe książki”, po czym następuje lista około 50 pozycji. Czy ktoś je przeczyta?

Cóż, ja książkę Carra czytałem chyba ze trzy tygodnie. Ciągle mi coś przeszkadzało.
Portal Edukacji Ekonomicznej Piotr Aleksandrowicz, 2014-02-04

Ujęcia ze smakiem. Kulisy fotografii kulinarnej i stylizacji dań

Dujardin Helene jest autorką książki „Ujęcia ze smakiem. Kulisy fotografii kulinarnej i stylizacji dań” wydana przez Wydawnictwo Helion. Autorka pracowała najpierw w cukierni, aż pewnego dnia zaczęła robić zdjęcia swoim wyrobom, umieszczając w celach pamiątkowych na blogu Tartelette oraz marketingowych, następnie pasja ta przerodziła się zajęcie na poważnie. Jest to przykład połączenia dwóch pasji, z których jedna wynika z drugiej.

Autorka startowała jako amatorka w fotografii , stopniowo zaczynała odkrywać dopiero jej tajniki i osprzęt. Kolejne etapy i przemyślenia tej drogi zawarła autorka w swojej książce. Część książki przez to jest opisem osprzętu lub poradami dla początkujących, osoby średniozaawansowane mogą skorzystać przy późniejszych częściach książki, gdzie autorka zdradza kilka tików kulinarnych, pozwalających na lepszą prezentację. Książka ta też jest napisana z bardziej kobiecego punktu widzenia, czasami jak przemyślenia z bloga lub pamiętnika, udostępnione są tu nawet w tekście przepisy kulinarne.

Jest to książka z bardzo modnego obecnie tematu pt. sztuka kulinarna. Mieliśmy w telewizji programy Mastercheef i Top Cheef w jednym i w drugim programie oprócz smaku potraw dla jury równie ważna była wizualna strona potraw. Sposób prezentacji i estetyka potraw, przystawek i deserów, rzutuje na nasze zainteresowanie daniem, gdyż wzrok jako pierwszy przekazuje do mózgu informacje o potrawie, dopiero później dochodzą do głosu zapach i smak. Aby zrobić ciekawe fotografie najważniejsze jest więc uzyskanie odpowiedniej kompozycji i kolorystyki na talerzu, jak również obok niego. Następną czynnością jest właściwy wybór odpowiedniego oświetlenia, aby odpowiednio oddać nastrój i kolorystykę prezentowanej potrawy. Ma to duży wpływ na odbiór zdjęcia, aby możliwie najmocniej zachęcało nas ono do skosztowania, a nie odstręczało nas np. kolorami zwiędłej sałaty. Cała ta sztuka polega na ułożeniu przez nas idealnego obrazu martwej natury i stworzenie mu odpowiedniej oprawy i właściwego oświetlenia w zależności od potrzeb.

Czy ta sztuka się autorce udała, trochę tak, a trochę nie? Do najmocniejszych pozytywnych cech książki można zaliczyć dużą wiedzę kuchenną pani Heleny, dzięki czemu poznajemy dużo cennych rad, które możemy zastosować przy swoich pracach. Na przykład ugotowany makaron nie zawsze prezentuje się dobrze na zdjęciach, czasami do zdjęcia niektóre potrawy należy przygotować inaczej niż do jedzenia. To co rewelacyjnie smakuje, czasami jest mniej apetyczne na zdjęciu niż niedogotowane, czy wręcz surowe.

Autorka oprócz samych posiłków, aranżuje scenerię wokół nich, dodaje elementy nawiązujące do potrawy oraz wykorzystuje różne rodzaje tła od skrawków tkaniny, przez drewniane płyty znalezione na spacerze do metalowych arkuszy blachy. To czego mi w tej książce brakuje to pokazania całej scenerii z aparatem i osprzętem doświetlającym, co umożliwiłoby podpatrzenie warsztatu autorki oraz zobrazowało w jakich warunkach powstało dane zdjęcie. Niektóre informacje są bardzo podstawowe i przewinęły się już przez niejedną książkę, a w ostatnim rozdziale postprodukcja została w zasadzie tylko zasygnalizowana, można było ją w zasadzie pominąć skupiając się bardziej na tematyce książki.
Książkę można polecić początkującym, szukającym poradnika wprowadzającego w tą specyficzną tematykę produktową, aby uwiecznić eksperymenty kulinarne swoje lub innych i nadać zdjęciom odpowiedni klimat i oprawę. Z uwagi na pamiętnikarskie przemyślenia różnych aspektów z życia autorki lepszy odbiór książki będą miały kobiety.
photomatrix-nik.blogspot.com Photomatrix, 2014-02-03
Płatności obsługuje:
Ikona płatności Alior Bank Ikona płatności Apple Pay Ikona płatności Bank PEKAO S.A. Ikona płatności Bank Pocztowy Ikona płatności Banki Spółdzielcze Ikona płatności BLIK Ikona płatności Crédit Agricole e-przelew Ikona płatności dawny BNP Paribas Bank Ikona płatności Google Pay Ikona płatności ING Bank Śląski Ikona płatności Inteligo Ikona płatności iPKO Ikona płatności mBank Ikona płatności Millennium Ikona płatności Nest Bank Ikona płatności Paypal Ikona płatności PayPo | PayU Płacę później Ikona płatności PayU Płacę później Ikona płatności Plus Bank Ikona płatności Płacę z Citi Handlowy Ikona płatności Płacę z Getin Bank Ikona płatności Płać z BOŚ Ikona płatności Płatność online kartą płatniczą Ikona płatności Santander Ikona płatności Visa Mobile
Bezpieczne płatności szyfrowane SSL