ODBIERZ TWÓJ BONUS :: »

Recenzje

Calder. Narodziny odwagi

Nakazy, zakazy i polecenia. To wszystko dla Twojego dobra. Nie zadawaj pytań. Inni wiedzą lepiej. Nie wątp. To nie twoja rola. Pilnuj swojego miejsca w szeregu i cały czas bądź wdzięczny. A przede wszystkim posłuszny. Czy masz odwagę, żeby się... sprzeciwić? Jeśli tak, to będzie początek ryzykownej przygody.
 
Calder to książka, która zupełnie mnie zaskoczyła. Spodziewałam się przyjemnej, chociaż sztampowej powieści erotycznej. I tak się zaczęło. Samotna kobieta zagubiona w wielkim mieście, kilka seksistowskich uwag, mnóstwo problemów i rycerz na białym koniu. Te sceny to jednak tylko prolog. Już w pierwszym rozdziale autorka przenosi nas do zupełnie innego miejsca. Teraz jesteśmy członkami dziwnej, na pierwszy rzut oka, zacofanej społeczności. Należy do niej również Calder, młody chłopak o bystrym umyśle. Szybko okazuje się, że wspólnota to tak naprawdę sekta. Jej przywódca robi wszystko by przygotować swoich ludzi do apokalipsy. Któregoś dnia sprowadza małą dziewczynę. Przypasuje jej wielką rolę, to od niej zależy zbawienie wszystkich. Musi tylko... dorosnąć. Chociaż Eden zauważa Caldera w tłumie, nie spodziewa się, jak bardzo splotą się ich losy. Razem będą dorastać i... wątpić. Czy dwójce nastolatków uda się przeciwstawić groźnej sekcie?
 
Przez co najmniej połowę książki byłam zachwycona. Spodziewałam się zupełnie czegoś innego. A tymczasem otrzymałam ciekawie opracowaną wizję alternatywnego społeczeństwa. I chociaż jego konstrukcja przywodzi na myśl kilka istniejących organizacji, autorka zastrzega, że wszelkie zbieżności są przypadkowe.
 
Sama wspólnota jest tylko tłem. Najważniejsze są funkcje społeczne, które każdy musi wypełnić. Eden przypadła rola wyjątkowa. Osiągnięcie przez nią pełnoletności ma zwiastować nadejście apokalipsy. Również wtedy ma stać się żoną przywódcy. Tego zaszczytu zazdroszczą jej wszyscy. Dla Eden jednak szybko staje się on przekleństwem. W ten nietuzinkowy sposób zaprezentowano Czytelnikowi nie tylko jedną historię, ale też kilka ważnych problemów. Możliwość decydowani o własnym losie to przywilej, na który nie każdy może sobie pozwolić. Prawo do szczęścia, miłości... warto o nie walczyć, ale czy za wszelką cenę?
 
Głowni bohaterowie nie są zwykłymi nastolatkami. Wychowani w zupełnym oderwaniu od współczesności mają w sobie więcej ogłady i posłuszeństwa niż ich rówieśnicy poza sektą. Jednak okres dorastania przechodzą tam samo. Bunt, upór i stawianie pytań. Żądza wiedzy oraz przygód. Ta droga prowadzi ich na ryzykowną ścieżkę, z której nie będzie odwrotu. Ich charaktery, na których piętno odcisnęło odizolowanie od reszty świata, są wiarygodne, a dzięki temu również interesujące.
 
Pomimo ewidentnego zagrożenia, przez większą część książki bohaterowie z wszystkich opresji wychodzą obronną ręką. Nie raz pojawia się sielska atmosfera, a akcja... zamiera. A ja niecierpliwiłam się i wyczekiwałam szybkiego powrotu do sceny z prologu. Tymczasem czekały mnie długie strony romantycznych, chociaż przez większą część czasu, niewinnych schadzek.
 
Do czasu. Nie ominą nas też pierwsze doznania erotyczne, opisane z typowym dla autorki wyczuciem. Bo chociaż śmiałe i szczegółowo przestawione, nie budzą zgorszenia. Prawdopodobnie w nadmiarze mogłyby się „przejeść”. W tej jednak książce ich ilość jest niewielka, dzięki czemu stanowią wisienkę na torcie miłości.
 
Calder to urocza, chociaż momentami mało dynamiczna, opowieść o dorastaniu w trudnym świecie. O cenie miłości oraz porzuceniu wszystkiego, co znane. O narodzinach odwagi w miejscu, w którym nie miała prawa zaistnieć.
 
Ta powieść jest jak pierwszy powiew świeżości w gatunku który obrósł w schematy. W końcu, Calder to wyjątkowa propozycja, którą nie da się podsumować inaczej niż „musicie to przeczytać”.
recenzjenawidelcu.pl Dominika Róg

Fotografia kulinarna dla blogerów

Moja przyjaźń z aparatem fotograficznym zaczęła się kilka lat temu. Od tego czasu jakiś Nikon zawsze towarzyszył nam w podróżach i tułaczce po świecie. I nie miało znaczenia, że mój "podręczny" bagaż znacznie przekraczał limity wagowe wszelkich linii lotniczych, choć zawierał jedynie sprzęt fotograficzny. Aparat stał się moim przyjacielem i nieodłącznym towarzyszem doli i niedoli.
Podczas pobytu w Arabii Saudyjskiej zaczęliśmy prowadzić blogi - jeden dotyczący codziennego życia Polaków w krajach  Zatoki Perskiej ("W pustyni bez puszczy czyli Arabia Saudyjska i Oman oczami Polaka"), drugi - zatytułowany "Kulinaria - potrawy z różnych stron świata", aby mieć zawsze "pod ręką" nasze ulubione przepisy.
I wtedy pojawił się problem - oboje dobrze radzimy sobie w fotografii reporterskiej, ale zdjęcia jedzenia to już nieco inny rodzaj fotografii.
Moje początki fotografii kulinarnej były.....
Nie, nie były trudne. Były najzwyczajniej w świecie nieudane. Kiedy dziś patrzę na swoje pierwsze zdjęcia potraw, często zastanawiam się, jak mogłam takie "coś" opublikować. Z czasem było coraz lepiej, ale zawsze czegoś tym zdjęciom brakowało.
Nadal się jednak uczę i w tym wypadku wydana nakładem Wydawnictwa Helion "Fotografia kulinarna dla blogerów" autorstwa Matta Armendariza stanowi dla mnie nieocenioną pomoc.
Napisany prostym,  zrozumiałym nawet dla laika językiem, poradnik jak fotografować jedzenie, pozwolił mi uniknąć wielu błędów (taką mam przynajmniej nadzieję) i poprawił mój warsztat fotografa. Nauczyłam się też, jak domowym sposobem, niezależnie od kraju zamieszkania i przy niewielkim nakładzie finansowym stworzyć interesujące rekwizyty do zdjęć czy modyfikatory światła, choćby wykorzystując do tego m.in. latarkę i piłeczkę pingpongową. Dowiedziałam się także  jak za pomocą folii rozproszyć światło lub doświetlić zdjęcie i wreszcie (co było dla mnie bardzo ważne) - w jaki sposób kadrować zdjęcia potraw.
Przykład ? 
Proszę bardzo - ponieważ nie mam drewnianego stołu z desek, więc w jednym ze sklepów ogólnobudowlanych kupiłam za 5 złotych.....  podest tarasowy, który na moich zdjęciach pełni rolę stołu.

Odnośnie sprzętu fotograficznego - w pełni zgadzam się też z tezą  Matta Armendariza
"korzystaj z tego co masz" Te słowa to poniekąd parafraza znanego chyba każdemu fotografowi zdania Chase Jarvisa  "The best camera is the one that’s with you", które stanowi zarazem  motto. naszej strony internetowej 
Z ciekawości zrobiłam zdjęcie tej samej potrawy korzystając z trzech różnych aparatów (dwie lustrzanki i kompakt) oraz telefonu komórkowego. Po drobnych poprawkach zdjęcia z aparatów fotograficznych nie różniły się od siebie zbyt mocno. Najgorzej wypadło zdjęcie z telefonu, ale choć nie nadaje się raczej do druku to na potrzeby bloga mogłabym je wykorzystać.
Bardzo dużą zaletę poradnika "Fotografia kulinarna dla blogerów" stanowią opatrzone komentarzami Matta Armendariza zdjęcia i grafiki, na podstawie których autor w przystępny sposób wyjaśnia m.in. jak wielką rolę w fotografii kulinarnej odgrywają aranżacja, kadr i światło oraz jak powinien być ustawiony aparat względem jego głównego źródła. Jednym słowem, co zrobić, aby światło stało się Twoim przyjacielem.
Tym co jest moim zdaniem niezmiernie ważne dla nas blogerów kulinarnych, to fakt, że wszystkie fotografowane potrawy można ze smakiem skonsumować :)
Mimo, iż pierwsze przygody z fotografią mam już dawno za sobą, a na naszym koncie pojawiły się też drobne sukcesy (nasze zdjęcie znalazło się m.in. na okładce wydanej niedawno książki) to "Fotografia kulinarna dla blogerów" okazała się dla mnie nieocenioną pomocą w przygotowywaniu zdjęć na potrzeby bloga i naszej strony internetowej. 
Zresztą zobaczcie sami :)
niestatystycznypolak.blogspot.com Saudyjski Wielbłąd; 2016-05-19

Motocyklizm. Droga do mindfulness

W te upalne dni zachęcam Was do sięgnięcia po nieco nietypową propozycję czytelniczą pt.: Motocyklizm. Droga do mindfulnes – wolność, radość, motocykle autorstwa Jarosława Gibasa. Inspirująca i niezwykle pomysłowo napisana książka, to zbiór anegdot, zasłyszanych opowieści i historii. To, co tak naprawdę z pozoru mogłoby się wydawać nieistotne, na dłuższą metę staje się ważnym i od dawna poszukiwanym elementem życiowej układanki. Pasja, wolność, równowaga, siła wewnętrzna, indywidualizm, uważność i odwaga – to tylko niektóre aspekty poruszane  w książce. Odnajdziecie tam również ciekawe spostrzeżenia samego autora, który w sposób umiejętny analizuje obraz świata motocykli, trafnie przechodząc do filozofii życia codziennego. Chcecie dowiedzieć się więcej? Zachęcam do przeczytania recenzji.
Jarosław Gibas to z wykształcenia socjolog – aktywny nauczyciel, prowadzący szkolenia z zakresu inteligencji emocjonalnej, duchowej oraz coachingu. Ponadto jest on autorem wielu pozycji literackich i naukowych, dotyczących tematyki rozwoju osobistego czy psychologii. Dodatkowo napisał poradnik poświęcony światu szybkiej prędkości, długich podróży i samotniczego trybu życia pt.: Motocykl po czterdziestce (zamiast kochanki). Jarosław Gibas to również były dziennikarz i publicysta, a aktualnie prowadzi bloga motocyklowego – bigbiker.pl, który przyciąga wielu odbiorców i miłośników wolności. Niewątpliwie najnowsza książka, to uwieńczenie jego dotychczasowej pracy i zainteresowań, bo to właśnie w niej znajdziecie subtelne wprowadzenie do świata, który dla wielu wydaje się być zamkniętą przestrzenią. Autor umiejętnie i cierpliwie tłumaczy filozofię motocyklizmu – usiłuje zdefiniować czym tak naprawdę jest to pojęcie. Wysuwa na plan pierwszy motocyklizm jako sposób postrzegania otaczającej rzeczywistości, w której jest miejsce na indywidualność, wolność i rozwój. Autor ponadto zaznacza, że jest to również życie spełnione, z którego bierze się pełnymi garściami. Motocyklizm to także spoiwo łączące inne ideologie, w których odnajdujemy takie nauki jak: psychologia, socjologia, filozofia zen, taoizm oraz minfulness (rozwój i propagowanie teorii i praktyki uważnej obecności).

Z książki dowiecie się w jaki sposób pracować nad koncentracją oraz uwagą przy codziennych czynnościach oraz w jaki sposób uzyskać życiową równowagę. Ponadto odnajdziecie w niej szereg wyjaśnień rozumowania harmonii rozwoju, perspektywy widzenia siebie, ale również sposób w jaki odzyskać utraconą więź z naturą.Ponadto Motocyklizm. Droga do mindfulnes – wolność, radość, motocykle autorstwa Jarosława Gibasa, to coś więcej niż tylko poznawanie dla niektórych odległego świata pasjonatów nietypowych sprzętów, ale to również poznanie całej filozofii: jazdy, maszyn, zachowania, wolności i indywidualności. Co więcej, w tej propozycji odnajdziecie rozwiązania problemów i zmartwień, z którymi bardzo często nie dajemy sobie rady na co dzień. To zbiór życiowych doświadczeń, dzięki którym będziecie bogatsi o wiedzę, która niekiedy jest bardzo potrzebna. Gorąco polecam wszystkim tym, którzy chcieliby pogłębić swój zasób informacji dotyczący świata motocyklistów, ale nie tylko. Książka w zupełności będzie odpowiednia również dla tych, którzy pragną zadbać o swoje życie i zaprowadzić w nim spokój, ład i bezpieczeństwo.
 
Kulturantki.pl Milena; 2016-05-31

Pies wojny. Jak oficer SAS stał się pionkiem w afrykańskiej wojnie o ropę

Znacie ten cytat?
 
„Wśród krwawych czynów wszelka skona litość
I duch Cezara, na zemstę łakomy,
Wróci gorący z samego dna piekła,
Monarszym głosem zagrzmi po tej ziemi,
Wszystkie psy wojny puszczając ze smyczy:
Wojna bez końca i bez miłosierdzia!
Aż zapach śmierci ogarnie powietrze
Z trupów, o pogrzeb daremno żebrzących!”

Tak, to „Juliusz Cezar" Wiliama Shakespeare”a.
Motto powieści “Psy wojny” Fredericka Forsytha i…”Psa wojny” Simona Manna.
Podobieństwa nie ograniczają się jedynie do zamiłowania obydwu tych brytyjskich gentlemanów do twórczości Wiliama Shakespeare”a oraz do tytułów ich publikacji:-D
Obie te książki opowiadają o dwóch różnych akcjach najemników (w języku politycznie poprawnym - prywatnych kontraktorów) w….. tym samym kraju. 
Frederick Forsyth pisał o Republice Zangaro, która jest państwem fikcyjnym, ale opowiadał prawdziwą historię zamachu stanu w Gwinei Równikowej.
Takiego samego zadania podjął się kilkadziesiąt lat później brytyjski oficer i gentleman Simon Mann. 
Jednak tu zaczynają się pojawiać zasadnicze różnice.
Frederick Forsyth jest jedynie podejrzewany o wspieranie i finansowanie tego zamachu stanu.
Simon Mann nie jest podejrzany – był organizatorem próby obalenia prezydenta Gwinei Równikowej od strony militarnej oraz (co również Mu udowodniono) osobą współfinansującą ową próbę zmiany władzy.
Autor „Psa wojny” jest postacią nietuzinkową. Potomek długiej linii brytyjskich wojowników zarówno do strony ojca jak i matki. Ojciec walczył na frontach II Wojny Światowej, dziadowie brali udział w I Wojnie Światowej, a dziadek od strony matki miał stopień brygadiera.
Simon Mann również kontynuował rodzinne tradycje służąc w Gwardii Szkockiej, a później w elitarnych oddziałach SAS m.in. w Iraku.
Po odejściu do cywila podjął pracę w firmie wydobywającą ropę naftową w Angoli.
Jednak życie nie pozwoliło Mu prowadzić spokojnego i dostatniego życia naftowego magnata.                
Pomimo przeprowadzonych w Angoli legalnych, uczciwych i w pełni demokratycznych wyborów powszechnych, przebiegających pod nadzorem ONZ, przegrani nie uznali ich wyników.
A że byli to ludzie wywodzący się ze wspieranej przez długie lata przez CIA UNITA (The National Union for the Total Independence of Angola), którzy posłuchali swoich mentorów o nie ujawnianiu całego potencjału militarnego..…  rozpoczęła się w Angoli kolejna wojna domowa.
Wojna, której demokratycznie wybrany rząd wywodzący się z…  komunistycznej partyzantki MPLA (The People's Movement for the Liberation of Angola) nie mógł wygrać, bo zastosował się do zaleceń ONZ i rozbroił swoje oddziały mając utworzyć wspólną armię z byłych partyzantów obu zwaśnionych stron.
UNITA ukryła 3000 najlepiej wyszkolonych i wyposażonych bojowników przed niezbyt bystrym wzrokiem kontrolerów ONZ i zagroziła szybom naftowym.
Z dnia na dzień Simon Mann został bezrobotnym, bo koncesje na wydobycie ropy pochodziły od rządu, który miał szanse na przetrwanie, takie same jak bałwan w piekle.
Dlaczego? Ano dlatego, że Angolczycy nie mieli wystarczającej ilości pieniędzy na wypłacenie odpraw byłym partyzantom, którzy w takiej sytuacji nie chcieli nawet słyszeć o ponownym wstąpieniu w szeregi czegokolwiek, co nosi logo MPLA.
W tej sytuacji strona rządowa była w stanie wystawić ok. 1000…  kiepsko uzbrojonych i zupełnie zielonych nastolatków.
Bezrobocie w wyniku przewrotu wojskowego? Tego Simon znieść nie mógł i zadał rządowi angolskiemu proste pytanie: „co zrobicie, jak wygram dla Was tę wojnę?
Obietnice były dość sute, więc Simon wykorzystał swoją wiedzę i kontakty.
Mann nie podał w książce zbyt wielu szczegółów w jaki sposób i dlaczego stał się wcześniej cichym udziałowcem południowoafrykańskiej firmy zatrudniającej byłych żołnierzy najlepszych formacji z RPA i Rodezji, ale skoro nie napisał, to dociekać nie będziemy, bo i po co ? :-D
Udało mu się wygrać tę batalię, jednak ilość wielce intrygujących, pozakulisowych działań na pewno zaskoczy Was niezmiernie.
Otóż jedna z pobocznych historyjek przedstawia się następująco: do zakończenia walk Simon potrzebuje jednego gadżetu – bomb paliwowo – powietrznych produkcji ZSRR (spółki w upadłości) bo to już rok 1993. Próbuje je kupić w miarę legalnie, bo na zlecenie rządu Angoli, który był przecież w zupełnie nieodległej przeszłości protegowanym KGB i GRU.
Problem jest jeden – Angola ma ogromne długi wobec Rosjan i ci nie są specjalnie chętni do pomocy po raz kolejny. Mann próbuje zdobyć owe bomby, jednak ktoś stara się mu to za wszelką cenę uniemożliwić. Kto? Oficjalnie – rosyjska mafia. Nieoficjalnie – CIA, która opłaca mafiosów.
Do transakcji dochodzi dopiero wtedy, kiedy Simon użyje swojej sekretnej broni – zaprzyjaźnionego Generała Armii Czerwonej, którego niepomiernie wkurza mieszanie się Amerykanów w rosyjskie interesy i to w dodatku w samej Moskwie.
Kolejnym krajem, gdzie Mann zmuszony jest użyć swoich niezwykłych talentów jest Sierra Leone.
Tym razem chodzi o koncesje na wydobycie złota i diamentów.
Tu także legalny rząd ma problemy z ze zbrojną opozycją, więc Simon po raz kolejny zbiera „orkiestrę”.
Wszystkie trzy operacje wojskowe – dwie udane, w celu obrony legalnych władz i jedna nieudana, która doprowadziła do uwięzienia Simona Manna w miejscu o straszliwej sławie – więzieniu o zaostrzonym rygorze - Chikurubi w byłej Rodezji są opisane wręcz fenomenalnie.
Ilość powiązań międzynarodowych, oficjalnych rządowych agencji (w tym oczywiście wywiadów połowy świata), agend ONZ i osób nazywanych w książce „chłopcami od baryłki” ukaże Wam jak świat w którym żyjemy wygląda od kuchni.
Świat, który wydawać by się mogło opiera się na jakiś jasnych, uczciwych relacjach, bo przecież dba o to „najlepsza demokracja świata” , bo najważniejsze jest życie ludzkie, humanitaryzm i inne bzdurne „-izmy” tak uwielbiane przez pięknoduchów.
Owszem, Simon Mann zaznaczył, że pewne fakty, nazwiska czy miejsca są zmienione w Jego opowieści ze względów prawnych.
Jednak „Psy wojny" Forsytha w konfrontacji z „Psem wojny" Manna to historyjka „ku pokrzepieniu serc” dla naiwnych.
niestatystycznypolak.blogspot.com Saudyjski Wielbłąd; 2016-05-31

Stinger. Żądło namiętności

Bohaterami książki jest dwójka młodych ludzi- studentka prawa Grace Hamilton oraz grający w filmach pornograficznych aktor heteroseksualny Carson- tytułowy Stinger. Postacie te poznajemy w hotelu Bellagio w Las Vegas, gdzie oboje przybyli na weekend. Przybywają osobno, nie znając się, każde w innym celu, na konferencje o odległych tematykach- no bo cóż ma wspólnego prawo z branżą erotyczną? I jak to często bywa, w książkach i w życiu, przypadek sprawia, że bohaterowie wpadają na siebie, a później kolejny raz- tym razem nie dosłownie. Wydaje się, że nie zbyt przypadli sobie do gustu, wręcz można rzec, że się nie znoszą, choć jedno drugiemu wyraźnie wpadło w oko. Relacja między Grace, a Carsonem zmienia się, gdy oboje zacinają się w windzie ... Później już wydarzenia nabierają tempa. Weekend, który dla obydwojga miał być wyjazdem "służbowym", zmienił się w trzy wyjątkowe dni. Carson wprowadza Grace w świat namiętnego seksu, uświadamia ją, jak powinna wyglądać miłość fizyczna, ale też, a może przede wszystkim, uczy młodą studentkę, jak czerpać radość życia. Te kilka dni zmienia także życie Stingera, doświadcza on nieznanych mu wcześniej uczuć, jest prawdziwie szczęśliwy. Niestety wraz z końcem weekendu, bohaterowie wracają do swoich poprzednich światów. Jednak światy te zmieniają się diametralnie. Mimo że między Grace a Carsonem narodziło się uczucie, to życie każdego z nich toczy się oddzielnie. Ale jedno dla drugiego stało się katalizatorem wielkich zmian. Zmian, które po kilku latach zupełniej rozłąki, przyczyniają się do ponownego spotkania bohaterów. Ich losy znów się ze sobą splatają i mimo trudności i przeciwności losu ... książka kończy się happy endem ;)
 
Losy bohaterów poznajemy w narracji pierwszoosobowej. Raz historia przedstawiana jest przez Grace, dalej znowu opowiada ją Stinger i tak na zmianę. Uważam, że jest to dobre posunięcie, bo w tego typu narracji opisy uczuć brzmią bardzo wiarygodnie, a ponadto łatwiej jest nam się z danym bohaterem utożsamić.
Książka napisana jest lekkim językiem. Nie znajdziemy w niej długich, monotonnych, nużących opisów. Jest za to sporo dialogów.
 
Tytuł książki kojarzy się jednoznacznie- to fakt. I owszem, lektura zawiera dużo opisów miłości fizycznej. Jednak nie jest to powieść emanująca tylko opisem doznań erotycznych. Książka dostarcza wielu emocji- przedstawione są sytuacje, które wywoływały mój śmiech, ale ukazane zostały także momenty, które ściskają za serce. Myślę, że tytuł nie do końca jest tym, z czym się kojarzy. "Żądło namiętności", to nie tylko namiętność w sensie fizycznym, ale też namiętne dążenie do realizacji własnych marzeń, do zmiany swojego życia, przemiany na lepsze. Namiętność fizyczna, która zrodziła się między bohaterami podczas weekendu, diametralnie odmieniła ich życie, stała się żądłem wielkich zmian. 
 
Jest to pierwsza powieść Mii Sheridan, jaką czytałam i przyznam, że pióro autorki zrobiło na mnie wrażenie. Jest to dzieło traktujące i miłości, o prawdziwym uczuciu, które zrodziło się w bardzo krótkim czasie i przez lata rozłąki nie wygasło. Ale książka też dotyka ważnych życiowych problemów, jak bolesne dzieciństwo bohaterów, czy handel ludźmi. Czasami zachowanie Grace i Carsona mnie denerwowało, ale też niektóre wydarzenia zmuszały do refleksji: "a co ja zrobiłabym w takiej sytuacji?". W książce znajdziemy również kilka zagadek, których autorka od razu nie wyjawia i w napięciu czekałam, aż dowiem się np. co Carson ujrzał podczas misji za wyważonymi drzwiami?  Historia przedstawiona w powieści "Żądło namiętności" miałaby szansę zdarzyć się współcześnie. Utwór na pierwszy rzut oka (tak, tak ocenianie książki po okładce i tytule) wydaje się być ot typowym romansidłem, choć w rzeczywistości jest ciekawą powieścią z wątkiem miłosnym w roli głównej, która dotyka ważnych kwestii egzystencjalnych.
 
Komu poleciłabym "Żądło namiętności"? Przede wszystkim kobietom lubiącym historie miłosne. Pomijając opisy scen erotycznych, to książka poprzez swą fabułę przypomina mi utwory Sparks'a, którego notabene uwielbiam! Utwór jest lekki, ale nie jest pustym romansidłem. Tej książki się nie czyta- ją się chłonie! ;)
kobiecylajfstajl.blogspot.com Agnieszka eS; 2016-06-22
Płatności obsługuje:
Ikona płatności Alior Bank Ikona płatności Apple Pay Ikona płatności Bank PEKAO S.A. Ikona płatności Bank Pocztowy Ikona płatności Banki Spółdzielcze Ikona płatności BLIK Ikona płatności Crédit Agricole e-przelew Ikona płatności dawny BNP Paribas Bank Ikona płatności Google Pay Ikona płatności ING Bank Śląski Ikona płatności Inteligo Ikona płatności iPKO Ikona płatności mBank Ikona płatności Nest Bank Ikona płatności Paypal Ikona płatności PayPo | PayU Płacę później Ikona płatności PayU Płacę później Ikona płatności Plus Bank Ikona płatności Płacę z Citi Handlowy Ikona płatności Płacę z Getin Bank Ikona płatności Płać z BOŚ Ikona płatności Płatność online kartą płatniczą Ikona płatności Santander Ikona płatności Visa Mobile
Bezpieczne płatności szyfrowane SSL