Recenzje
(NIE)GRZECZNI?
Co to znaczy "grzeczny"? A co "niegrzeczny"? To drugie w odniesieniu do dorosłego jest właściwie komplementem, bo oznacza odwagę naruszania konwenansów, kreatywność, wychodzenie poza schemat. Gdy mówimy jednak o niegrzecznym dziecku, to zwykle z dezaprobatą. Niegrzeczne dzieci to zmora dorosłych. Nie pozwalają się wyspać w nocy, psują imprezy i dobrą opinię rodziców. Nie chcą siedzieć cichutko na krześle ani jeść nożem i widelcem. Zabierają innym łopatki w piaskownicy, płaczą w najmniej odpowiednim momencie i dyskutują, gdy sprawa właściwie nie powinna podlegać dyskusji. Ale z drugiej strony... rozśmieszają, zaskakują, skłaniają do przemyślenia priorytetów oraz metod wychowawczych. Małgorzata Bajko i Monika Janiszewska przekonują, że niegrzeczne dzieci mogą być dla nas błogosławieństwem, pod warunkiem że dobrze zdefiniujemy słowa "grzeczne" i "niegrzeczne". I że nabierzemy dystansu do samych siebie.
esensja.pl AGNIESZKA PASSENDORFER; 2016-11-01
Skup się! Trening mindfulness dla zestresowanych pracą
Uważność, koncentracja i umiejętność świadomego podejmowania decyzji należą do najważniejszych kompetencji każdego menedżera. Sęk w tym, że niełatwo osiągnąć stan, w którym te kompetencje stają się naszą drugą naturą. Przy odrobinie uporu i systematycznej pracy nad uważnością można jednak wykształcić w sobie nowe nawyki, właściwe strategie działania oraz kierowania swojej uwagi na najważniejsze kwestie. Można nauczyć się żyć bardziej świadomie, w pełni doświadczać rzeczywistości i rozumieć własne emocje oraz zachowania. To właśnie oferuje nam trening mindfulness. Książka pokaże, czym jest uważność i jak ją trenować. Czytelnik zobaczy, jak może poprawić swój dobrostan fizyczny i umysłowy, nawiązać bardziej satysfakcjonujące kontakty z ludźmi i zachować zimną krew w każdej sytuacji biznesowej. Zaakceptuje to, czego nie może zmienić, i nauczy się kierować uwagę na najistotniejsze aspekty zdarzeń.
Personel Plus
Końca świata nie było
Uwielbiam podróże i kocham o nich czytać. Z dużą przyjemnością sięgam po relacje z wypraw szczególnie jesienią i zimą. Sama jestem ciekawa świata, ale trochę podróżniczych jaj mi brakuje, dlatego w zimne, ciemne wieczory fajnie jest poczytać o tym, co można zobaczyć na drugim końcu świata.
Bywają takie relacje, które mnie irytują (pisałam o tym przy okazji "Mojej Afryki" Kingi Choszcz), bo autorzy sprawiają wrażenie chaotycznych, nieprzygotowanych i ignoranckich wobec miejsc do których się udają. Anita Demianowicz profilem podróżniczym odpowiadała mi bardzo - jest to opowieść szczera, pełna autentycznych emocji, zwykłego kobiecego strachu i obaw. Jako podróżniczka zdawała się być ostrożna, ale nie bojaźliwa, ciekawska, ale nienachalna. To sprawia, że "Końca świata nie było" czyta się lekko i bez poczucia, że czytamy wygładzoną wersję wydarzeń.
Anita opowiada o rejonie świata o którym pewnie większość z nas wie bardzo mało. Przez pięć miesięcy przebywała w Gwatemali, Hondurasie i Salwadorze. Zwiedzała miasta, wioski, parki narodowe, w szczególności pozostałości po cywilizacji Majów. Mówi o tym w naturalny sposób, bez nadęcia i zadzierania nosa. Co jednak wydaje się najważniejsze dla autorki - w relacji nie brakuje opisów spotkań z ludźmi, którzy stworzyli prawdziwy klimat tej wyprawy. Tekst ilustrują zdjęcia autorki, a całość została wydana w piękny sposób przez Bezdroża (tym, którzy nie znają ich zacięcia do pięknego wydawania podróżniczych relacji polecam TĘ recenzję).
Polecam, szczególnie w jesienno-zimną szarugę, która powoli nas opanowuje. Warto zainspirować się lub chociaż na chwilę oderwać od swojej codzienności. kategoria: literatura podróżnicza Wydawnictwo Bezdroża 2016, s. 312 Moja ocena: 4/6
Bywają takie relacje, które mnie irytują (pisałam o tym przy okazji "Mojej Afryki" Kingi Choszcz), bo autorzy sprawiają wrażenie chaotycznych, nieprzygotowanych i ignoranckich wobec miejsc do których się udają. Anita Demianowicz profilem podróżniczym odpowiadała mi bardzo - jest to opowieść szczera, pełna autentycznych emocji, zwykłego kobiecego strachu i obaw. Jako podróżniczka zdawała się być ostrożna, ale nie bojaźliwa, ciekawska, ale nienachalna. To sprawia, że "Końca świata nie było" czyta się lekko i bez poczucia, że czytamy wygładzoną wersję wydarzeń.
Anita opowiada o rejonie świata o którym pewnie większość z nas wie bardzo mało. Przez pięć miesięcy przebywała w Gwatemali, Hondurasie i Salwadorze. Zwiedzała miasta, wioski, parki narodowe, w szczególności pozostałości po cywilizacji Majów. Mówi o tym w naturalny sposób, bez nadęcia i zadzierania nosa. Co jednak wydaje się najważniejsze dla autorki - w relacji nie brakuje opisów spotkań z ludźmi, którzy stworzyli prawdziwy klimat tej wyprawy. Tekst ilustrują zdjęcia autorki, a całość została wydana w piękny sposób przez Bezdroża (tym, którzy nie znają ich zacięcia do pięknego wydawania podróżniczych relacji polecam TĘ recenzję).
Polecam, szczególnie w jesienno-zimną szarugę, która powoli nas opanowuje. Warto zainspirować się lub chociaż na chwilę oderwać od swojej codzienności. kategoria: literatura podróżnicza Wydawnictwo Bezdroża 2016, s. 312 Moja ocena: 4/6
bazgradelko.blogspot.com
Getting Things Done, czyli sztuka bezstresowej efektywności. Wydanie II
Książka jest bardzo znana, i jest już klasyką odnośnie zarządzania projektami a bardziej zadaniami. Ponieważ jest bardzo popularna i wiele osób chwaliło sobie ją to postanowiłem osobiście przeczytać i sprawdzić co jest takiego magicznego w metodzie GTD.
Odnośnie do samej książki ma ok. 400 stron i raczej nie czytało mi się za jednym tchem, parę razy udało mi się zasnąć. No cóż, organizacja własnego biurka i obowiązków nie jak ma się do książek sensacyjnych, które bardzo lubię. Dlatego uważam, że książka jest „ciężka”.
Mimo to postanowiłem zgłębić tajniki GTD. Pocieszające jest to, że jak posuwałem się bardziej do przodu to „akcja” w książce była ciekawsza a końcówkę wręcz przeleciałem.
Książka opisuje, w jaki sposób organizować sobie pracę. I autor stara się udowodnić, że nie warto trzymać spraw w głowie. My mamy tylko generować pomysły a do przechowywania ma nam służyć zewnętrzny system.
Ponieważ mam już zaliczony kurs 5S w biurze oraz na komputerze, jak również korzystam z takich aplikacji jak remeberthemilk czy trello oraz nozbe, więc znane mi są pewne aspekty metody GTD. I zapewne początek książki był dla mnie po prostu nudny.
Ale każdy jest inny więc nie jest powiedziane, że ta książka nie będzie interesująca dla Ciebie.
moneygrabbing.co.uk Radosław Salak
Końca świata nie było
Samotne podróżowanie to nie lada wyzwanie. A co ma powiedzieć kobieta o jasnej karnacji i blond włosach, która zdecydowała się na samotną podróż do Ameryki Środkowej?
Pewnego dnia Anita Demianowicz wpadła na pokręcony pomysł. Zdecydowała się porzucić ciepłą posadkę (której wręcz nienawidziła) w korporacji i postanowiła wyruszyć w pięciomiesięczną samotną podróż (a męża postanowiła zostawić w domu). Żeby tego było mało, wybranym przez nią kierunkiem była… Ameryka Środkowa. Dlaczego pokręcony? Ano dlatego, że samotnej i atrakcyjnej kobiecie o jasnej skórze i włosach nie jest łatwo przetrwać w kulturze, w której dominuje kult macho.
Dlaczego akurat Ameryka Środkowa? Na trasę swojej pierwszej samodzielnej podróży Anita (Ana – jak nazywali ją miejscowi) wybrała Gwatemalę, Honduras, Salwador i Meksyk. Od jakiegoś czasu interesowała ją kultura Majów, dlatego też chciała znaleźć się w tamtym rejonie świata właśnie 21 grudnia 2012 roku i „przeżyć” koniec świata, który przepowiedzieli Majowie. Jak się okazuje, końca świata nie było. Przy okazji chciała nauczyć się języka hiszpańskiego. Niestety kraje te nie cieszą się dobrą sławą, wręcz przeciwnie. Każdy odradzał podróżniczce te kierunki, nawet sami miejscowi ostrzegali ją przed niebezpieczeństwami czyhającymi za każdym rogiem. Jak sama autorka pisze, nie bała się podróży, strach zaczął ją paraliżować dopiero wtedy, gdy ludzie zaczęli ją straszyć i ostrzegać. Co więcej, Anita pisze, że w trakcie swojej podróży po jednym z najniebezpieczniejszych regionów świata, nie spotkało ją nic złego ze strony tubylców. Właściwie to na każdym kroku spotykała się z ciepłem, empatią i pomocą miejscowych, którzy w pewien sposób czuli się za nią odpowiedzialni. Przecież Latynosi słyną ze swojej otwartości i pozytywnego nastawienia do świata. Niestety raz spotkała ją jedna przykra i niebezpieczna sytuacja, na szczęście Anicie nic się nie stało, gdyż zdołała uciec. Mimo wszystko wydarzenie to dało do myślenia i przez to stała się bardziej ostrożna i mniej ufna.
Anita Demianowicz chciała dobrze poznać kulturę i obyczaje krajów, które odwiedziła. Dlatego też uczyła się języka hiszpańskiego i mieszkała u gościnnych rodzin. Z nimi spędziła Wielkanoc i Boże Narodzenie, była uczestniczką w barwnych i hucznych tradycyjnych procesjach i fiestach. Podróżowała głównie tzw. chicken busami przeznaczonymi dla miejscowych. Wspinała się po wulkanach i zdobyła prawie każdy, który znalazł się na jej drodze. W dżungli, którą dzielnie przemierzała towarzyszył jej blisko siedemdziesięcioletni przewodnik, który nie mógł nadziwić się jej możliwościom fizycznym i psychicznym. Jak się okazuje, jej największym marzeniem było spotkanie z czarną pumą i spojrzenie jej wprost w oczy. Z kolei w dawnej stolicy państwa Majów brała udział w uroczystościach związanych z końcem kalendarza Majów.
Od jakiegoś czasu jestem wielką fanką bloga prowadzonego przez Anitę i bacznie śledzę jej każdy wpis. Dlatego też książkę jej autorstwa pochłonęłam od razu. Język, jakim się posługuje autorka jest lekki i przyjemny, a humorystyczne fragmenty sprawiają, że uśmiech towarzyszy na twarzy czytelnika przez całą lekturę książki. Do tego piękne i profesjonalne fotografie inspirują do odbycia własnej podróży szlakiem Anity Demianowicz. „Końca świata nie było” to opowieść nie tylko o podróży do świątyń Majów, na szczyty aktywnych wulkanów i wiosek zamieszkiwanych przez Garifunów, lecz także o podróży w głąb siebie, w poszukiwaniu życiowego celu i sensu istnienia, o znalezieniu własnej drogi do szczęścia, a przede wszystkim o odkrywaniu wiary w siebie i swoje możliwości
Pewnego dnia Anita Demianowicz wpadła na pokręcony pomysł. Zdecydowała się porzucić ciepłą posadkę (której wręcz nienawidziła) w korporacji i postanowiła wyruszyć w pięciomiesięczną samotną podróż (a męża postanowiła zostawić w domu). Żeby tego było mało, wybranym przez nią kierunkiem była… Ameryka Środkowa. Dlaczego pokręcony? Ano dlatego, że samotnej i atrakcyjnej kobiecie o jasnej skórze i włosach nie jest łatwo przetrwać w kulturze, w której dominuje kult macho.
Dlaczego akurat Ameryka Środkowa? Na trasę swojej pierwszej samodzielnej podróży Anita (Ana – jak nazywali ją miejscowi) wybrała Gwatemalę, Honduras, Salwador i Meksyk. Od jakiegoś czasu interesowała ją kultura Majów, dlatego też chciała znaleźć się w tamtym rejonie świata właśnie 21 grudnia 2012 roku i „przeżyć” koniec świata, który przepowiedzieli Majowie. Jak się okazuje, końca świata nie było. Przy okazji chciała nauczyć się języka hiszpańskiego. Niestety kraje te nie cieszą się dobrą sławą, wręcz przeciwnie. Każdy odradzał podróżniczce te kierunki, nawet sami miejscowi ostrzegali ją przed niebezpieczeństwami czyhającymi za każdym rogiem. Jak sama autorka pisze, nie bała się podróży, strach zaczął ją paraliżować dopiero wtedy, gdy ludzie zaczęli ją straszyć i ostrzegać. Co więcej, Anita pisze, że w trakcie swojej podróży po jednym z najniebezpieczniejszych regionów świata, nie spotkało ją nic złego ze strony tubylców. Właściwie to na każdym kroku spotykała się z ciepłem, empatią i pomocą miejscowych, którzy w pewien sposób czuli się za nią odpowiedzialni. Przecież Latynosi słyną ze swojej otwartości i pozytywnego nastawienia do świata. Niestety raz spotkała ją jedna przykra i niebezpieczna sytuacja, na szczęście Anicie nic się nie stało, gdyż zdołała uciec. Mimo wszystko wydarzenie to dało do myślenia i przez to stała się bardziej ostrożna i mniej ufna.
Anita Demianowicz chciała dobrze poznać kulturę i obyczaje krajów, które odwiedziła. Dlatego też uczyła się języka hiszpańskiego i mieszkała u gościnnych rodzin. Z nimi spędziła Wielkanoc i Boże Narodzenie, była uczestniczką w barwnych i hucznych tradycyjnych procesjach i fiestach. Podróżowała głównie tzw. chicken busami przeznaczonymi dla miejscowych. Wspinała się po wulkanach i zdobyła prawie każdy, który znalazł się na jej drodze. W dżungli, którą dzielnie przemierzała towarzyszył jej blisko siedemdziesięcioletni przewodnik, który nie mógł nadziwić się jej możliwościom fizycznym i psychicznym. Jak się okazuje, jej największym marzeniem było spotkanie z czarną pumą i spojrzenie jej wprost w oczy. Z kolei w dawnej stolicy państwa Majów brała udział w uroczystościach związanych z końcem kalendarza Majów.
Od jakiegoś czasu jestem wielką fanką bloga prowadzonego przez Anitę i bacznie śledzę jej każdy wpis. Dlatego też książkę jej autorstwa pochłonęłam od razu. Język, jakim się posługuje autorka jest lekki i przyjemny, a humorystyczne fragmenty sprawiają, że uśmiech towarzyszy na twarzy czytelnika przez całą lekturę książki. Do tego piękne i profesjonalne fotografie inspirują do odbycia własnej podróży szlakiem Anity Demianowicz. „Końca świata nie było” to opowieść nie tylko o podróży do świątyń Majów, na szczyty aktywnych wulkanów i wiosek zamieszkiwanych przez Garifunów, lecz także o podróży w głąb siebie, w poszukiwaniu życiowego celu i sensu istnienia, o znalezieniu własnej drogi do szczęścia, a przede wszystkim o odkrywaniu wiary w siebie i swoje możliwości
dlaLejdis.pl Klaudia Kwiatkowska; 2016-10-29