Recenzje
Hard Beat. Taniec nad otchłanią
Obiecałam Wam ostatnio, że zdecyduję się na kolejne tomy historii Bromberg i nie mogłam Was zawieść. Właściwie to siebie również, bo po tym jak dotarła do mnie najnowsza historia autorki zdałam sobie sprawę, że czekałam na nią z wielkim zainteresowaniem.
Tym razem na plan pierwszy wyszedł Tanner Thomas, korespondent wojenny, który traci wszystko co kochał. Podczas jednej z reporterskich wypraw ginie jego narzeczona, a wydarzenie to sprawia, że bohater rzuca się w wir niebezpieczeństw by zapomnieć o stracie i cierpieniu. Może brzmi to trochę dramatycznie, ale w rzeczywistości jego ruchy nie są takie skrajne - Tanner po prostu robi wszystko by zapomnieć. Nie ma co się dziwić, stracił najbliższa sobie osobę i chociaż cierpi, to jego ból nie przechodzi na czytelnika, co odebrałam z prawdziwą ulgą. Gdybym miała przez pół lektury podążać trasą depresji i smutku to - jestem tego pewna - nie dałabym rady. Nastawiłam się na powieść w typie Bromberg - smutną, ale dynamiczną i bez żadnych niepotrzebnych postojów w fabule.
Nie musiałam długo czekać, żeby do powieści zakradła się nowa, damska osobowość w postaci Beaux Croslyn, nowej partnerki głównego bohatera i jego leku na złamane serce. W końcu mamy przed sobą powieść romantyczną, więc czy mogłaby ona istnieć bez płomiennego romansu na pierwszym planie? Beaux to fajna dziewczyna, która ma trochę z typowej kobiety pełnej demonów przeszłości. Ale jednocześnie nie popada w skrajności, radzi sobie z tym na swój sposób i chociaż nie wychodzi jej to dobrze, przynajmniej się stara. Lubię autorkę za to, że wprowadza do swoich historii rzeczywistych bohaterów - nieidealne postacie z rysami, które nadają im realnych wymiarów.
Największym atutem tej historii jest przede wszystkim duże natężenie emocji, które przypominało mi trochę gniazdo os. Jak już widziałam, że zbliża się bardziej intensywna scena - sekrety i namiętności wypadały z misternie utkanego gniazda i żądliły biednego czytelnika z każdej strony, angażując go we wszystkie rozrywki. Więc jak możecie się domyślić - naprawdę dobrze bawiłam się podczas całej tej lektury. I chociaż autorka ma też słabsze strony: tu gdzieś przerysuje daną scenę, tu przesadzi z reakcją bohatera, tam przynudzi przydługim opisem, to jej książki są po to by cieszyć, co też faktycznie się dzieje.
"Hard Beat" jest jak płomień, który intryguje i kusi, ale podchodząc bliżej może sparzyć. Piękna historia zaburzona jest demonami przeszłości i sekretami, które aż same się proszą by je odkryć. To wielka przygoda z romantycznym nastawieniem, która naprawdę mnie do siebie przekonała. Twórczość Bromberg ma swoje plusy i minusy, ale prym zdecydowanie wiodą te pierwsze. Ze swojej strony - polecam!
thievingbooks.blogspot.com ELLIE MOORE; 2016-09-10
Olo na Atlantyku. Kajakiem przez ocean. Wydanie 2
Aleksander Doba jest najbardziej niezwykłym staruszkiem jakiego znam. Chociaż określenie staruszkiem może być mylące. Bo wprawdzie swoje lata ma, siwą brodę też, ale charakterem, podejściem do życia i spraw wszelakich, optymizmem, chęcią działania i wieloma innymi rzeczami mógłby zawstydzić cały tabun 20-latków. Akurat tak się składa, że dzisiaj kończy 70 lat Z najlepszymi życzeniami dla Aleksandra Doby kilka słów o wznowieniu jego pierwszej książki Olo na Atlantyku. Kajakiem przez ocean.
Nawet jeśli nie wiedzieliście, kim Aleksander Doba jest, to myślę, że zmieniło się to, kiedy rok temu został wybrany Podróżnikiem Roku w konkursie National Geographic. Zresztą, pisałam Wam już o nim przy okazji jego biografii Na oceanie nie ma ciszy. Nie będę Wam teraz znowu przypominać jego osiągnięć, ale zajrzyjcie albo do poprzedniej recenzji, albo poczytajcie o nim, bo Olek jest absolutnie niesamowity!
Olo na Atlantyku. Kajakiem przez ocean to książka o pierwszej Transatlantyckiej Wyprawie Kajakowej. Olek Doba przepłynął Atlantyk (jako pierwszy w historii!) z kontynentu na kontynent, samotnie i dzięki sile własnych mięśni. Wyruszył z Dakaru (Afryka) w kierunku Fortalezy (Ameryka Południowa). Zajęło mu to 99 dni, a przepłynął 5394 km (2913 mil morskich). Jeśli interesuje Was ten wyczyn, to książka będzie dla Was.
Olek Doba zwraca się bezpośrednio do nas, czytelników. Opowiada szczegółowo o swoich przygotowaniach do Wyprawy – o sprawach technicznych, o ludziach, którzy mu pomogli, o sytuacjach śmiesznych i tych mniej śmiesznych, które mogły wyprawie zagrozić. Przez całą książkę czujemy się tak, jakbyśmy towarzyszyli Dobie na kajaku – dowiadujemy się, jak i co się je na oceanie, jak się śpi, co się robi samemu na środku oceanu (i czy tak naprawdę jest się samemu). Wydawałoby się, że napisanie książki o prawie 100-dniowym samotnym pobycie na środku wielkiej wody powinno być trudne, a sama książka jawi się jako piekielnie nudna. Nic bardziej mylnego! Od samego początku do samego końca jesteśmy wciągnięci w wir wydarzeń i na pewno nawet nie przypuszczalibyście, ile może się na oceanie wydarzyć!
Książka ma dwa oblicza. Z jednej strony jest doskonała dla osób zainteresowanych technicznymi szczegółami (chociaż Doba przestrzega przed braniem z niego przykładu) takiej wyprawy i jej logistyką. Z drugiej – to doskonała opowieść o człowieku i świecie. To studium ludzkiej psychiki przeprowadzone na sobie samym. To również piękne opowieści o przyrodzie, o rybach i ptakach, jakie spotykał, o wschodach i zachodach słońca, o chmurach i burzach. Książka została napisana przez inżyniera, i to widać, ale ten inżynier potrafi się też zachwycić światem całkiem romantycznie
Aleksander Doba jest niezwykły. Ta jego niezwykłość wynika przede wszystkim z charakteru i podejścia. On nie pokonał oceanu – po prostu nie dał się pokonać. Wyprawa mu nie wyszła – on ją zrealizował. Marzenia same się nie spełniają – jeśli jakieś masz, ciężko pracuj, aby je zrealizować. To wulkan energii, optymizmem zarazi największego ponuraka, nie widzi przeszkód, a głównym jego hasłem jest zapewne dlaczego nie? To wszystko jest tym bardziej wartościowe, że Olek Doba jest najzwyklejszym człowiekiem pod słońcem. Z normalną pracą, z normalnym urlopem i kombinowaniem, jak pojechać na wyprawę i nie stracić tej pracy, z normalną pensją i głowieniem się, jak zdobyć sponsorów, z rodziną, która nie zawsze chętnie przyklaskiwała na coraz to nowe pomysły. W sposób absolutnie cudowny Doba udowadnia, że jeśli się chce, to można; że żadne przeszkody nie są za trudne, a jeśli są – można je obejść. Olo na Atlantyku to fantastyczna relacja z wyprawy jedynej w swoim rodzaju, ale również lekcja podejścia do życia, którą warto sobie przyswoić.
Drugie wydanie ma rewelacyjną okładkę. Na końcu książki znajduje się dodatek Oceaniczny alfabet Aleksandra Doby, który w sposób encyklopedyczny układa wiedzę zdobytą w trakcie lektury. To jedyne miejsce w książce, w której pojawiają się zdjęcia. I to mój jedyny zarzut do tej książki. Tak bardzo bym chciała, żeby zdjęć było więcej i żeby były w tekście. Myślę, że cała książka bardzo by na tym zyskała.
Nawet jeśli nie wiedzieliście, kim Aleksander Doba jest, to myślę, że zmieniło się to, kiedy rok temu został wybrany Podróżnikiem Roku w konkursie National Geographic. Zresztą, pisałam Wam już o nim przy okazji jego biografii Na oceanie nie ma ciszy. Nie będę Wam teraz znowu przypominać jego osiągnięć, ale zajrzyjcie albo do poprzedniej recenzji, albo poczytajcie o nim, bo Olek jest absolutnie niesamowity!
Olo na Atlantyku. Kajakiem przez ocean to książka o pierwszej Transatlantyckiej Wyprawie Kajakowej. Olek Doba przepłynął Atlantyk (jako pierwszy w historii!) z kontynentu na kontynent, samotnie i dzięki sile własnych mięśni. Wyruszył z Dakaru (Afryka) w kierunku Fortalezy (Ameryka Południowa). Zajęło mu to 99 dni, a przepłynął 5394 km (2913 mil morskich). Jeśli interesuje Was ten wyczyn, to książka będzie dla Was.
Olek Doba zwraca się bezpośrednio do nas, czytelników. Opowiada szczegółowo o swoich przygotowaniach do Wyprawy – o sprawach technicznych, o ludziach, którzy mu pomogli, o sytuacjach śmiesznych i tych mniej śmiesznych, które mogły wyprawie zagrozić. Przez całą książkę czujemy się tak, jakbyśmy towarzyszyli Dobie na kajaku – dowiadujemy się, jak i co się je na oceanie, jak się śpi, co się robi samemu na środku oceanu (i czy tak naprawdę jest się samemu). Wydawałoby się, że napisanie książki o prawie 100-dniowym samotnym pobycie na środku wielkiej wody powinno być trudne, a sama książka jawi się jako piekielnie nudna. Nic bardziej mylnego! Od samego początku do samego końca jesteśmy wciągnięci w wir wydarzeń i na pewno nawet nie przypuszczalibyście, ile może się na oceanie wydarzyć!
Książka ma dwa oblicza. Z jednej strony jest doskonała dla osób zainteresowanych technicznymi szczegółami (chociaż Doba przestrzega przed braniem z niego przykładu) takiej wyprawy i jej logistyką. Z drugiej – to doskonała opowieść o człowieku i świecie. To studium ludzkiej psychiki przeprowadzone na sobie samym. To również piękne opowieści o przyrodzie, o rybach i ptakach, jakie spotykał, o wschodach i zachodach słońca, o chmurach i burzach. Książka została napisana przez inżyniera, i to widać, ale ten inżynier potrafi się też zachwycić światem całkiem romantycznie
Aleksander Doba jest niezwykły. Ta jego niezwykłość wynika przede wszystkim z charakteru i podejścia. On nie pokonał oceanu – po prostu nie dał się pokonać. Wyprawa mu nie wyszła – on ją zrealizował. Marzenia same się nie spełniają – jeśli jakieś masz, ciężko pracuj, aby je zrealizować. To wulkan energii, optymizmem zarazi największego ponuraka, nie widzi przeszkód, a głównym jego hasłem jest zapewne dlaczego nie? To wszystko jest tym bardziej wartościowe, że Olek Doba jest najzwyklejszym człowiekiem pod słońcem. Z normalną pracą, z normalnym urlopem i kombinowaniem, jak pojechać na wyprawę i nie stracić tej pracy, z normalną pensją i głowieniem się, jak zdobyć sponsorów, z rodziną, która nie zawsze chętnie przyklaskiwała na coraz to nowe pomysły. W sposób absolutnie cudowny Doba udowadnia, że jeśli się chce, to można; że żadne przeszkody nie są za trudne, a jeśli są – można je obejść. Olo na Atlantyku to fantastyczna relacja z wyprawy jedynej w swoim rodzaju, ale również lekcja podejścia do życia, którą warto sobie przyswoić.
Drugie wydanie ma rewelacyjną okładkę. Na końcu książki znajduje się dodatek Oceaniczny alfabet Aleksandra Doby, który w sposób encyklopedyczny układa wiedzę zdobytą w trakcie lektury. To jedyne miejsce w książce, w której pojawiają się zdjęcia. I to mój jedyny zarzut do tej książki. Tak bardzo bym chciała, żeby zdjęć było więcej i żeby były w tekście. Myślę, że cała książka bardzo by na tym zyskała.
bardziejlubieksiazki.pl Dianka
Narysuj swoje myśli. Jak skutecznie prezentować i sprzedawać pomysły na kartce papieru
Nie nudź! Narysuj to!
Dan Roam trochę poleżał na moim służbowym stosiku z książkami. Wiecznie coś go wyprzedzało. A to, bo ważniejsze, a to znów ambitniejsze i bardziej na czasie. I pewnie nie bez powodu. "Narysuj swoje myśli" to nie jest przecież żadna bomba, o której można godzinami dyskutować. W końcu jednak nie wytrzymałem i wyjąłem Roama ze stosiku. Bo książek nie czyta się tylko po to, żeby mieć O CZYM dyskutować. Ale również po to, by wiedzieć, JAK to robić.
W czasach wszędobylskich prezentacji komputerowych (PowerPoint dla początkujących, Prezi dla ambitnych) zanikła gdzieś sztuka rysowania. Ale Amerykanin Dan Roam próbuje ją w tej książce wskrzesić. Z niezłym skutkiem. Przekonuje na przykład, że nie zawsze mamy czas i miejsce, by nasze pomysły sprzedawać w formie dużej i przygotowanej zawczasu prezentami. Czasem jest tylko chwila, by zdobyć uwagę kogoś, na kim nam zależy. Bo akurat siedzimy z nim przy obiedzie albo w pociągu. Co wtedy? Wtedy trzeba poszukać serwetki, czegoś do pisania i po prostu swoją opowieść narysować. Nie jest nam do tego konieczny żaden talent graficzny (a jak go mamy, to tym lepiej). W końcu nie chodzi tu o zebranie pochwał za niezłą kreskę. Tylko o to, żeby nasz rozmówca kupił nasz pomysł na biznes, książkę, artykuł czy organizacyjną nowinkę. A jak mu to narysujemy, to nasze szanse na sukces na pewno nie spadną.
Rysowanie pomaga też - zdaniem Roama - w uporządkowaniu swoich własnych przemyśleń. Aby to zrobić, należy narysować na kartce papieru niebywale brzydką (łatwizna!) kałamarnicę z pięcioma mackami. Te macki to pięć podstawowych dylematów, jakie stoją przed nami wtedy, gdy próbujemy opisać jakiś problem. Te macki składają się jednocześnie na słowo "SQUID" (po angielsku właśnie "kałamamica"). Stoi za tym oczywiście amerykańska maniera do budowania akronimów. Za S kryje się dylemat: proste czy złożone (simple or elaborate). Q - to ilościowo czy jakościowo (ąualita-tive or quantitative). U (a właściwie V, ale na papierze wygląda podobnie) oznacza alternatywę: wizja czy realizacja (vision or execution). I równa się przeciwstawieniu indywidualnie czy w porównaniu (indi-vidual or comparison). I wreszcie D (no dobra, tu Roam trochę naciągnął, bo powinno być C, ale tłumaczy, że wpadł na ten pomysł, jadąc metrem na spotkanie z wydawcą) - zmiana czy staus quo (change or status quo). Te pięć pytań i pięć nóg to dla Dana Roama punkt wyjścia do poznawania technologii rysunku. Który ma służyć lepszemu przedstawianiu koncepcji oraz perswazji z tym związanej. Kto chce poznać więcej, niech zajrzy do środka.
Ja tylko dodam, że choć narracja tego dziełka jest nieznośnie amerykańska, to jednak kryje się za nią pewna słuszna intuicja. A na pewno nowa umiejętność, której poznanie na pewno nam nie zaszkodzi. Wstydzić się nie ma czego. W końcu niejedna nośna idea w dziejach ludzkości zaczęła się od tego, że ktoś narysował ją dla kogoś na kawiarnianej serwetce.
Dan Roam trochę poleżał na moim służbowym stosiku z książkami. Wiecznie coś go wyprzedzało. A to, bo ważniejsze, a to znów ambitniejsze i bardziej na czasie. I pewnie nie bez powodu. "Narysuj swoje myśli" to nie jest przecież żadna bomba, o której można godzinami dyskutować. W końcu jednak nie wytrzymałem i wyjąłem Roama ze stosiku. Bo książek nie czyta się tylko po to, żeby mieć O CZYM dyskutować. Ale również po to, by wiedzieć, JAK to robić.
W czasach wszędobylskich prezentacji komputerowych (PowerPoint dla początkujących, Prezi dla ambitnych) zanikła gdzieś sztuka rysowania. Ale Amerykanin Dan Roam próbuje ją w tej książce wskrzesić. Z niezłym skutkiem. Przekonuje na przykład, że nie zawsze mamy czas i miejsce, by nasze pomysły sprzedawać w formie dużej i przygotowanej zawczasu prezentami. Czasem jest tylko chwila, by zdobyć uwagę kogoś, na kim nam zależy. Bo akurat siedzimy z nim przy obiedzie albo w pociągu. Co wtedy? Wtedy trzeba poszukać serwetki, czegoś do pisania i po prostu swoją opowieść narysować. Nie jest nam do tego konieczny żaden talent graficzny (a jak go mamy, to tym lepiej). W końcu nie chodzi tu o zebranie pochwał za niezłą kreskę. Tylko o to, żeby nasz rozmówca kupił nasz pomysł na biznes, książkę, artykuł czy organizacyjną nowinkę. A jak mu to narysujemy, to nasze szanse na sukces na pewno nie spadną.
Rysowanie pomaga też - zdaniem Roama - w uporządkowaniu swoich własnych przemyśleń. Aby to zrobić, należy narysować na kartce papieru niebywale brzydką (łatwizna!) kałamarnicę z pięcioma mackami. Te macki to pięć podstawowych dylematów, jakie stoją przed nami wtedy, gdy próbujemy opisać jakiś problem. Te macki składają się jednocześnie na słowo "SQUID" (po angielsku właśnie "kałamamica"). Stoi za tym oczywiście amerykańska maniera do budowania akronimów. Za S kryje się dylemat: proste czy złożone (simple or elaborate). Q - to ilościowo czy jakościowo (ąualita-tive or quantitative). U (a właściwie V, ale na papierze wygląda podobnie) oznacza alternatywę: wizja czy realizacja (vision or execution). I równa się przeciwstawieniu indywidualnie czy w porównaniu (indi-vidual or comparison). I wreszcie D (no dobra, tu Roam trochę naciągnął, bo powinno być C, ale tłumaczy, że wpadł na ten pomysł, jadąc metrem na spotkanie z wydawcą) - zmiana czy staus quo (change or status quo). Te pięć pytań i pięć nóg to dla Dana Roama punkt wyjścia do poznawania technologii rysunku. Który ma służyć lepszemu przedstawianiu koncepcji oraz perswazji z tym związanej. Kto chce poznać więcej, niech zajrzy do środka.
Ja tylko dodam, że choć narracja tego dziełka jest nieznośnie amerykańska, to jednak kryje się za nią pewna słuszna intuicja. A na pewno nowa umiejętność, której poznanie na pewno nam nie zaszkodzi. Wstydzić się nie ma czego. W końcu niejedna nośna idea w dziejach ludzkości zaczęła się od tego, że ktoś narysował ją dla kogoś na kawiarnianej serwetce.
Dziennik Gazeta Prawna
Magia porządków z feng shui
Czy zdarza Ci się mieć poczucie, że w Twoim domu panuje wieczny bałagan, a Ty nie możesz się w nim odnaleźć? Że Twoje próby ogarnięcia chaosu nie przynoszą rezultatów, a jedynie go pogłębiają i źle wpływają na stan Twojego zdrowia? To powszechny problem, a jego skutki bywają poważne: zniechęcenie, depresja, brak chęci do działania. Na szczęście istnieje ktoś, kto pomoże Ci uporać się z bałaganem, a nawet radykalnie poprawić jakość życia. Poznajcie się: to Karen Kingston, specjalistka od feng shui, oczyszczania i porządkowania przestrzeni. Z jej książki dowiesz się, dlaczego nieporządek zamyka przepływ energii i negatywnie wpływa na nas we wszystkich obszarach życia: fizycznym, umysłowym, emocjonalnym i duchowym. Po przeczytaniu tego poradnika poczujesz ogromną motywację do zrobienia gruntownych porządków w domu, ponieważ uświadomisz sobie, ile niepotrzebnych rzeczy w nim trzymasz. W ten sposób odblokujesz sobie drogę do szczęścia i rozwoju! Oprócz praktycznych porad dotyczących porządkowania przestrzeni wokół nas, w książce znajdziemy także obszerny poradnik dotyczący oczyszczania organizmu, psychiki, emocji a nawet duszy.
Yoga&Ayurveda
Oblubienice wojny
Książka ukazuje II wojnę światową z perspektywy angielskiej prowincji. Głównymi bohaterkami jest pięć kobiet, których losy zostały ze sobą splecione przez wybuch wojny. Gdyby nie wojna, pochodzące z różnych środowisk bohaterki prawdopodobnie nigdy by się nie spotkały, a tymczasem córka pastora, przedstawicielka przedwojennego angielskiego establishmentu, córka austriackiego lekarza pochodzenia żydowskiego, dziedziczka ogromnych plantacji z Georgii i dziewczyna urodzona w londyńskich slumsach, spotykają się w małym miasteczku i razem stawiają czoła wojennej zawierusze.
W książce próżno szukać spektakularnych bohaterskich czynów. Nie dowiemy się niczego o dzielnych żołnierzach, przelewających krew w imię miłości do ojczyzny. Przeczytamy za to o zmaganiach z prozą wojennej codzienności. „Oblubienice wojny” zamiast na pierwszą linię frontu, zapraszają nas za wojenne kulisy. I choć te angielskie są nieco inne od tych nam znanych, polskich, to myślę, że warto przeczytać. Choćby po to, żeby poznać kolejną perspektywę.
W książce próżno szukać spektakularnych bohaterskich czynów. Nie dowiemy się niczego o dzielnych żołnierzach, przelewających krew w imię miłości do ojczyzny. Przeczytamy za to o zmaganiach z prozą wojennej codzienności. „Oblubienice wojny” zamiast na pierwszą linię frontu, zapraszają nas za wojenne kulisy. I choć te angielskie są nieco inne od tych nam znanych, polskich, to myślę, że warto przeczytać. Choćby po to, żeby poznać kolejną perspektywę.
Opętani Czytaniem KATARZYNA KULWICKA-DURMOWICZ; 2016-09-09