Recenzje
CO-DZIENNIK
Dzień dobry... i słoneczny! Jak się dzisiaj czujecie?
Postanowiłam trochę usystematyzować swoją pracę z tym blogiem. Postaram się nie wstawiać postów codziennie (choć niesamowicie mnie korci!), tylko co drugi dzień. Ponadto chciałabym zamiennie wstawiać recenzję – post „okołoksiążkowy”. Jestem ciekawa czy macie coś przeciwko temu, aby od czasu do czasu pojawił się wpis bezpośrednio nie związany z książkami? Dajcie znać!
Niedawno rynek opanowały książki takie jak „Zniszcz ten dziennik”, „To nie książka”, „Książka bez sensu”, „Nie jedz tej książki” i tym podobne. Owszem, kupiłam kilka publikacji z tej serii, jednak były one składane w ramach prezentu młodszej siostrzyczce. Dziś przychodzę do Was z podobną propozycją, którą postanowiłam zostawić dla użytku własnego. Dlaczego? Bo jej potrzebuję.
Ostatnio zdarzają mi się gorsze dni. Dni pozbawione emocji, pełne odrętwienia. Mieszają się one razem z dniami nazbyt emocjonalnymi, gdzie te uczucia biorą górę, nawet nad zdrowym rozsądkiem. W tym momencie chciałam postawić na coś, co odciągnie moje myśli od tych wszystkich negatywów.
„Co-dziennik” to zbiór przeróżnych zadań, które nie tylko rozwijają wyobraźnię, ale i uczą. Te zadania nie polegają na niszczeniu go, o nie. Wydaje się, że jest to publikacja skierowana już do nieco starszych użytkowników, którzy wciąż czują w sobie dziecko.
Zadania te można sobie dawkować tak, jak zostało to przykazane książce – każdego dnia jeden wpis. Można również nadrabiać bądź odrzucić na moment, ochłonąć i wrócić po czasie.
Do tego dziennika w każdej chwili możesz wrócić. Możesz z refleksją przeglądać kolejne kartki, przypominając sobie dane sytuacje. Może za kilka lat będziesz chciał sprawdzić, jakie wartości miały dla Ciebie znaczenie w tym jednym, konkretnym roku?
Chcesz zrobić podsumowanie całego roku? Co najlepiej Ci w tym pomoże – jeśli nie notatki, które robiłeś każdego dnia, opisując zarówno siebie jak i swoje otoczenie?
Czy wiesz ile jest zabawy w definiowaniu szczęścia? Możesz w ten sposób docenić najdrobniejszy szczegół, każdą rosę na listku, każdy promień słońca, który otula Twoją twarz. Podaruj sobie uśmiech, chociaż jeden.
Słowo stanowi podstawę. Podstawę komunikacji, podstawę wszystkie, co nas otacza. Słowem możesz zranić, możesz również uszczęśliwić. A czym ono jest dla Ciebie?
Poczuj się jak dziecko! Uwolnij swoją wyobraźnię i przenieś ją na kartki tego oto dziennika, poznaj otaczający Cię świat, zdefiniuj siebie i określ swoje cele.
Wypisz miejsca, w których udało Ci się znaleźć miłość. W domu? W pracy? A może w książce? Ja ostatnio znalazłam miłość w autobusie. Starsza Pani i Pan, a między nimi cudowna więź.
Mój ulubiony moment. Obraź się na siebie o coś. Zrób sobie awanturę. Okej, ale co potem? Potem się przeproś. I zacznij żyć ze sobą w zgodzie.
Myślę, że każdy z nas doświadczył kiedyś smutku. Takiego dojmującego, pod wpływem którego załamał się głos i pojawiły się mroczki przed oczami. Mówi się, że każdy ma swój własny koniec świata. A czy zastanawiałeś się kiedyś, jak wygląda taki smutek? Z czego się składa? Co byłoby Twoim końcem świata?
Ile razy chcesz żyć i po co? Wypisz, a później staraj się zrobić to za pierwszym razem, przy pierwszym życiu. Niestety drugiej szansy możesz już nie mieć.
To książka przydatna. Nie tylko bawi, ale i wzrusza. Czasami coś wypomni, czasami zmusi do głębszych przemyśleń, ale i oczyści umysł z toksyn. Rysunki znajdujące się na poszczególnych stronach sprawiają, że to co robisz – robisz z przyjemnością. A teraz pozostawię Cię z pewnym pytaniem, które postawiła na okładce autorka...
Gdybyś mógł mieć wszystko, czego byś naprawdę chciał?
zksiazkadolozka.blogspot.com Klaudia Nadolna
Zabrałam brata dookoła świata. Ameryka Łacińska
Książkowe relacje podróżnicze ukazujące się u nas tylko w ostatnich latach, tworzą już sporą bibliotekę. Są wśród nich pozycje znakomite, świetnie napisane, pełne przygód, niezwykłych sytuacji i oryginalnych obserwacji.Mnóstwo mniej lub bardziej przeciętnych typu: byłam (-em), widziałam (-em), problemy z transportem, porozumiewaniem się z tubylcami, upałem (opadami), noclegami, niesmacznym lub powodującym problemy żołądkowe jedzeniem, niebezpieczeństwami, kolejną złapaną gumą rowerową, czy awarią silnika motocykla, samochodu itp. Trafiają się niekiedy również takie, których czytelnicy nic, albo niewiele, stracili by, gdyby nie zostały opublikowane. Najnowsza książka podróżnicza ?Bezdroży? jest ciekawa i warta przeczytania przynajmniej z kilku powodów. Przede wszystkim niezwykłego, i z powodzeniem zrealizowanego pomysłu, aby wybrać się w roczną podróż ?dookoła świata?, a konkretniej na cztery (licząc amerykańskie jako dwa) kontynenty, z dwójką dzieci. Przy czym na wyprawę plecakową, z założeniem nie nocowania w hotelach, przemieszczania się najtańszymi środkami transportu i jadaniem tak, jak niezamożni tubylcy. Oraz pisaniem ? i opublikowaniem ? relacji z tej wyprawy przez całą czwórkę.
O tych samych miejscach i wydarzeniach, nierzadko zupełnie inaczej odbieranych przez członków rodziny. Ładnie opisywanych, z humorem i, pomijając kilka potknięć faktograficznych, które umknęły uwadze redaktorów wydawnictwa, bardzo ciekawych, a często dotyczących sytuacji niezwykłych lub wartych poznania przez czytelników. Jest to relacja z pierwszego etapu tej niezwykłej wyprawy, z krajów północnej części Ameryki Łacińskiej. Można więc oczekiwać, gdyż na pewno na to zasługuje, jej kontynuacji z dalszych etapów podróży.
W wyprawie tej uczestniczyli rodzice, którzy postanowili przerwać, bądź zawiesić na rok pracę zawodową. I, odrywając dzieci na tak długi okres od szkolnej nauki, poznawać z nimi świat oraz inne kultury i obyczaje. A równocześnie, raczej nawet przede wszystkim, wspólnie to wszystko przeżywać rodzinnie i odkrywać samych siebie. Tata: Wojciech ? doświadczony menedżer, jak przedstawia go wydawnictwo, a także wykładowca uniwersytecki i szkoleniowiec.
Mama: Eliza ? urzędniczka, z wcześniejszymi doświadczeniami samotnej podróży po Indiach. I dzieci: nastoletni Wojtek, prezentowany w różnych miejscach książki jako 12-14 ? latek. Oraz młodsza od niego o kilka lat Łucja, nazywana w rodzinie i pisząca swoje relacje jako Lusia. W pierwszym, trwającym 114 dni, etapie długo i solidnie przygotowywanej wyprawy opisanym w tej książce, przebyli ponad 30 tys. km, z czego 14 tys. km samolotami, resztę głównie najtańszymi autobusami, zwanymi chicken busami ? starymi amerykańskimi szkolnymi dożywających w Ameryce Łacińskiej ostatnich chwil i przeważnie bardzo zdezelowanymi. Zapełnianymi zgodnie z zasadą: ?ile jest miejsc? ? tyle ilu chętnych?. Nie tylko pasażerów, ale i ich bagaży.
Podróżnicy byli, dwukrotnie, bo tak się złożyło, w Gwatemali. A także w Belize, Meksyku, Salwadorze, Hondurasie, Nikaragui, Kostaryce, Panamie, na Kubie, w Kolumbii i Ekwadorze. Najwięcej nocy spędzili w autobusach i śpiąc na podłogach dworców i przystanków czekając na przesiadki. 20 w namiotach, głównie na plażach. 15 korzystając z gościny przypadkowych ludzi poznanych przez Internet w couchsurfingu lub gdzieś na trasie. 12 u księży w parafiach. Poznali 20 rodzin ?tubylców?, w tym mieszkających w tamtych krajach Polaków i Polki, którzy zaprosili ich do swoich domów.
Zobaczyli po raz pierwszy tamtejsze egzotyczne kraje, ich ciekawe miejsca ? zarówno światowej, jak i lokalnej klasy zabytków. Zetknęli się z wieloma ludźmi, ich zwyczajami i obyczajami, co stało się dla całej czwórki prawdziwą szkoła życia i poznawania świata, jego różnorodności i kultur. Weszli, jeżeli nie wszędzie wszyscy, to przynajmniej Tata, na kilka wulkanów, także czynne. Docierając na ponad 5-tysięczniku Tungurahua w Ekwadorze do wysokości 4456 m n.p.m., aż do oblodzonej, nie do pokonania bez odpowiedniego sprzętu, lodowej ściany. Nauczyli się, szybciej i lepiej dzieci, dzięki zabawom z rówieśnikami, języka hiszpańskiego.
Na tyle, że prezentując w szkołach, bo jednym z celów wyjazdu była realizacja projektu ?Szkoły Świata?, Polskę i Toruń, w którym mieszkają oraz filmy o Bolku i Lolku, mówili tam, gdzie dzieci nie rozumiały angielskiego, z czasem coraz lepiej po hiszpańsku. Poznali z bliska egzotyczną florę i faunę. Np. mała Lusia nauczyła się przygotowywać kakao z jego owoców zerwanych z drzewa, wysuszonych i zmielonych na kamieniach. Kąpali się, lub przynajmniej widzieli je z bliska, z egzotycznymi rybami, rekinami, manatami ? krowami morskimi, żółwiami morskimi i wielorybami.
Oglądali iguany i kajmany oraz wiele innych stworzeń. Lusia bawiła się, w ochronnych rękawicach, z 4-miesięcznym lwem ? sierotą, który wychowywany był przez właścicielkę mieszkania, w którym gościli w Meksyku, do momentu, aż będzie mógł samodzielnie poradzić sobie w rezerwacie. Obserwowali wielkie żółwice składające jaja w piasku plaży. Niekiedy były to spotkania zaskakujące. Np. w świętym mieście Majów ? Tikal w Gwatemali. ?Nagle na mojej drodze ? wspomina Lusia ? stanęło całe stado małp. Aż pisnęłam z radości. Zapragnęłam się z nimi pobawić i w pierwszej chwili myślałam, że one ze mną też. Niestety uznały, że chcę im zabrać śmieci. Zaczęły zbliżać się do mnie pokazując kły, jak złe psy.?
Ale już w przypadku wielkich, groźnych z wyglądu pająków ? tarantul okazało się, że niektóre z nich można wziąć do ręki. Co dokumentuje, podobnie jak w przypadku zabawy z lwem, czy wielkimi żółwiami, zdjęcie. Natomiast ich przygody oraz wydarzenia w trakcie podróży ponad 250 innych zamieszczonych w książce. Zawartych w niej opisów ciekawych sytuacji są dziesiątki. Czytając ją zrobiłem ponad 20 stron notatek i odnośników do cytatów, z których tylko nieliczne jestem wstanie wykorzystać w tej recenzji. A każdy z nich, plus mnóstwo innych, zasługuje na to. Zainteresowanych nimi muszę jednak odesłać do źródła: tej książki naprawdę wartej przeczytania, a może i skorzystania z niej jako inspiracji do własnych podróży. Niekoniecznie tak długich i ekstremalnych.
O niektórych sytuacjach, a także ich ocenach podróżników, muszę jednak wspomnieć. Chociażby o wielokrotnym przekraczaniu granic lądowych, i to zawsze pieszo, z bagażami, bo autobusy nie przejeżdżały na drugą stronę. A wyglądało to różnie, przeważnie jak przy przekraczaniu granicy Gwatemali i Belize: ?Jeszcze nie wiedzieliśmy, że przejścia graniczne (między państwami Ameryku Łacińskiej) to miejsca, gdzie panuje bezprawie, i że wszechwładny pogranicznik jest panem każdej podróży. Od jego widzimisię zależy, czy pojedziesz dalej, czy spędzisz na granicy kolejne godziny a nawet dni.? Większość krajów latynoskich, które odwiedzili, nie tylko uchodzi za bardzo niebezpieczne, ale naprawdę nimi jest.
Opisy miejscowej gastronomii, zwłaszcza ulicznej i jarmarcznej, z której korzystali toruńscy podróżnicy, czytelnikom dbającym o higienę mogą zjeżyć włosy na głowach. Ale poza kilkunastoma zatruciami pokarmowymi i obstrukcjami żołądka, nic złego ich nie spotkało. Podobnie jak nie zostali napadnięci, ograbieni, czy w inny sposób poszkodowani. Kilka cytatów lub relacjonowanych sytuacji, zasługuje jednak na odnotowanie. ?? przywiozłem żonę i dzieci ? pisze Tata ? do świata (w tym przypadku Gwatemali, ale w niektórych odwiedzonych krajach sytuacja jest jeszcze gorsza ? uwaga cytującego) w którym każde okno ma kraty, faceci chodzą z nabitymi giwerami w kieszeni, a ogrody otoczone są drutem kolczastym pod napięciem?. ?Patrzyło na nas (w Belmopan, w Belize) zbyt dużo ciekawskich oczu, w których odczytywałem zainteresowanie nie nami, tylko naszymi torbami?Pierwszy raz podczas tej podróży poczułem się niepewnie i to bardzo niepewnie?.
W Hondurasie uchodzącym za najbardziej niebezpieczne państwo świata, komunikacja funkcjonuje tylko w dzień, bo w nocy jest zbyt niebezpiecznie. W jej milionowej stolicy Tegucigalpie po zmroku rządzą grupy przestępcze, a na głównej ulicy stoi 4 przestraszonych policjantów. I chodzą krowy ora hordy bezpańskich krów. Tamże w dzień, w szkole w której prezentowali Polskę, dyrektor nie zgodził się aby sami wracali do odległego o 800 mieszkania, w którym zatrzymali się, lecz wezwał ?eskortę policjanta trzymającego palec na spuście?. Chociaż wspominając o tym autor relacji uspokajał się: ?Najczęściej zabijani są handlarze narkotyków, bukmacherzy, taksówkarze i biznesmeni, którzy spóźnili się z płaceniem haraczu lub zrezygnowali z płacenia ?za ochronę?. Najgorzej mają adwokaci, bo broniąc członka jednego gangu narażają się automatycznie jego przeciwnikom??.
W Salwadorze, gdzie poznany na ITB w Berlinie urzędnik tamtejszego ministerstwa turystyki załatwił im możliwość zwiedzenia najciekawszych miejsc tego kraju i zapewnił noclegi, byli cały czas eskortowani przez policję. Ale w innych krajach i niebezpiecznych miejscach też nie spotkało ich nic złego. Wręcz przeciwnie! W Panamie, gdy pozostawili w nieznanym im, po kolejnej przesiadce, autobusie, jeden z plecaków, to kierowca wrócił na krańcowy przystanek, na którym wysiedli, aby ich odszukać i zwrócić zgubę. Co tak oceniła Mama: ?W Ameryce Południowej (faktycznie byli w Środkowej), gdzie dla telefonu komórkowego potrafią zabić i strach jest chodzić wieczorem po ulicy, nieznany mi kierowca oddaje plecak z komputerem i projektorem multimedialnym.? Podróżnicy nocowali często u zapraszających ich ludzi poznanych przez Internet, lub przypadkowo gdzieś na trasie.
Bardzo rzadko w mieszkaniach luksusowych, przeważnie skromnych, nawet bardzo, na własnych karimatach rozłożonych na podłogach. Niekiedy w zaskakujących, a nawet szokujących miejscach. W San Pedro Sula w Hondurasie u studenta w jednym z nim małym pokoju bez kuchni. W Managui w Nikaragui u 5-osobowej rodziny mieszkającej w 2 izbach z przedsionkiem, bez mebli poza łóżkiem na którym spały dzieci i ?łazienką? z umywalką i dziurą w betonie. Najbardziej koszmarnie w Cali, w Kolumbii. Zacytuję: ?? trafiliśmy do brudasa, który mieszkał z 3 kotami i 2 wielkimi psami i nigdy ich nie wyprowadzał, Odchody swoich pupili zbierał tylko łopatą i wyrzucał na taras, więc cuchnęło tam niemiłosiernie?. Wybrałem szczególnie drastyczne przykłady, na szczęście nieliczne. Ale nawet w takich warunkach przyjmujący ich ludzie okazywali się gościnni.
Podobnie było z jedzeniem. Znowu zacytuję: ?W małych ulicznych garkuchniach oddane przez gości brudne talerze tylko płukano zamiast zmywać i serwowano na nich posiłek kolejnym osobom. Panie nakładały wszystko rękoma, a dookoła latały muchy?. Szczególne problemy z wyżywieniem pojawiły się na Kubie, na którą polecieli z Panamy, gdyż trafiły się tanie bilety. Aby później drogą lotniczą dotrzeć do Kolumbii, gdyż między tymi, sąsiadującymi ze sobą krajami ? i w ogóle do Ameryki Południowej ? praktycznie nie ma dobrej drogi i komunikacji autobusowej. Na komunistycznej wyspie okazało się, że w sklepach są tylko wiadra, puszki z konserwami i rum. W cenie o równowartości 5 zł za 0.75 litra. A woda 4 zł za 1,5 l. Jadali więc pizzę ?za niecałe 2 zł?, pyszne bułeczki za grosze i to, co biedni Kubańczycy.
A gdy na kilka dni rozbili namioty na pustej karaibskiej plaży na przedmieściach Varadero, to dogadali się z kucharzem pobliskiej knajpy. ??za 2 CUC (około 8 zł ? ?twarde? peso, otrzymywane w wymianie za dolary, peso kubańskie jest niewymienialna i niewiele można za nią kupić) dziennie jedliśmy całą rodziną 3 świetne posiłki. Socjalizm ma swoje zasady: wszystko należy do wszystkich więc kucharz chętnie dzielił się z nami dobrem narodowym.? Ich 10 ? dniowy pobyt na Kubie na własną rękę, bez zapewnionych noclegów, wyżywienia i przejazdów, to jeden z najciekawszych opisów w tej książce. Pełnych tamtejszych absurdów, ciekawostek i zaskoczeń. Z noclegami w parafiach lub na plażach. Udziałem w antykastrowskiej demonstracji ?Kobiet w bieli? ? ofiar lub członkiń rodzin ofiar reżymu.
A także w dziwnych obyczajach sekt religijnych. Prezentacji Polski w szkole, po uzyskaniu zgody tamtejszego ministerstwa oświaty, z prewencyjną kontrolą slajdów i ich podmianą w trakcie spotkania z młodzieżą ?bo syn się pomylił?. I radykalną zmianą w trakcie pobytu wrażeń i ocen. Od pierwszych: ?Stare samochody, uśmiechnięci ludzie, brud, alkohol?. Po końcowe: ?Kuba okazała się jednym z najciekawszych miejsc, jakie odwiedziliśmy w czasie naszej podróży.? A przecież zobaczyli w tych 11 latynoskich krajach naprawdę wiele. Od sławnych zabytków odwiedzanych państw, poprzez ich plaże, góry, wulkany, jaskinie, jeziora itp. Chociaż akurat zabytki i muzea nie były ich priorytetem, zgodnie z podsumowującym stwierdzeniem Mamy:
?Gdy ograniczymy turystykę tylko do zaliczania kolejnych muzeów, aquaparków i hoteli, stanie się bardzo płytka i nudna, Podróżowanie powinno służyć nawiązywaniu nowych relacji z ludźmi.? I trudno nie zgodzić się tym. Przy czym sukcesów w nawiązywaniu relacji mieli mnóstwo. Także, a może przede wszystkim, dzieci, które z rówieśnikami szybko znajdowały wspólny język, jak najbardziej dosłownie. Przykłady tego, co w tej książce jest ciekawego, można mnożyć bez końca. Warto też zwrócić uwagę, że jest ona rzetelna w warstwie faktograficzno ? informacyjnej. Błędów lub nieścisłości znalazłem kilka, chociaż byłem w kilku krajach tego regionu świata, lub inne przytaczane fakty znam z naszego kraju.
I tak: w Kanionie Sumidero w Meksyku nie pływają krokodyle, lecz kajmany, co miałem okazję osobiście sprawdzić i sfotografować. A chociaż są nieco do siebie podobne, tak jak i aligatory, to różnice między nimi można porównać do tej, jaka jest między wołami, bawołami czy jakami. Piękna kolonialna dzielnica Bogoty nazywa się Candelaria (od kościoła Virgen de Candelaria ? Matki Boskiej Gromnicznej), a nie Candelabria. Quito jest uważane za drugą, a nie najwyżej położoną stolicę świata. Nieścisła jest też uwaga przy informacji, że na Kubie ?nikt nie może skorzystać z noclegu w hotelu w swoim mieście, zupełnie jak z pokoju hotelu Orbis w Polsce przed laty?.
Także u nas zakaz ten obowiązywał wszystkie hotele, również miejskie, a nie tylko ?orbisowskie?. I na koniec dwie uwagi krytyczne. Opisy zdjęć na marginesach tej książki wydrukowano zdecydowanie zbyt małą czcionką. Zaś druga część jej tytułu jest trochę myląca. Przecież dalsza część wyprawy toruńskich podróżników przebiegała również przez kraje latynoskie. Tyle, że nie północne i środkowe, lecz południowo amerykańskie. Są to jednak tylko drobne potknięcia. Gorąco polecam więc lekturę tej książki. I niecierpliwie czekam na następne części relacji z tej wyprawy: z Ameryki Południowej, Afryki i Azji.
GLOBTROTER INFO CEZARY RUDZIŃSKI
Dręczyciel
Między przyjaźnią, miłością, a nienawiścią jest bardzo cieniutka granica. Czasami tak cienka, że nie potrafimy jej zauważyć. Jedno słowo, jeden gest mogą wszystko zniszczyć. Wtedy tak łatwo zatracić się w swojej nienawiści, zacząć się nią dławić. I jak bardzo trzeba kochać aby przebić się przez paraliżujące uczucie jakim jest właśnie nienawiść? I czy aby na pewno potrafimy wszystko wybaczyć?
Tate to młoda i ładna dziewczyna. Niestety w szkole jest nieustannie gnębiona i poniżana przez Jereda, swojego byłego przyjaciela i najbliższego sąsiada. Chłopak z dnia na dzień zaczął uprzykrzać dziewczynie życie, niszczyć je. Przytłoczona tym wszystkim Tate postanowiła na rok wyjechać do Paryża gdzie psychicznie mogła odpocząć i złapać trochę wytchnienia. Ten wyjazd sprawił, że wróciła pewniejsza siebie, znała swoją wartość i nie bała się konfrontacji ze swoimi demonami, a zwłaszcza jednym - Jeredem.
Jednak walka z osobą, która była jej najbliższym przyjacielem wcale nie należy do najprzyjemniejszych. Wspomnienia, które są jedyną deską ratunkową dla obrazu prawdziwego Jereda sprawiają, że ból jest jeszcze większy. Świadomość utraconej przyjaźni wcale nie jest prosta. Jednak Tate nie zna przyczyny, która spowodowała tak drastyczną zmianę w zachowaniu chłopaka. Nie wie dlaczego ich relacja tak bardzo się skomplikowała...
Książka od samego początku porywa czytelnika w mroczy świat niesprawiedliwości i znęcania się nad swoją ofiarą. Nie da się ukryć, że Tate jest ofiarą Jereda. Czujemy to od pierwszych stron, czujemy pojawiający się smutek u naszej bohaterki, ośmieszenie i upokorzenie na każdym kroku. Poznajemy zdesperowaną nastolatkę, która za wszelką cenę chce uciec z piekła, w którym się znalazła.
Rok później poznajemy silniejszą i bardziej pewną swojej osoby Tate, która z brzydkiego kaczątka przekształciła się w pięknego łabędzia. Jej rówieśnicy również to zauważyli, wrogowie także. Dość spora metamorfoza dziewczyny i postanowienie, że od tej pory nie pozwoli siebie upokarzać sprawia, że wojenna ścieżka z Jeredem się ponownie nasila. Konflikt ponownie wraca, a my czujemy niepewność i dreszcz przerażenia na plecach.
Czasami nieracjonalne i irytujące zachowanie dziewczyny przyprawiało mnie o zawroty głowy. Nie potrafiłam zrozumieć wszystkich jej decyzji. Z jednej strony tęskniła za swoim największym przyjacielem, z drugiej strony się go panicznie bała. Uwięziona w emocjonalnym pasie nie potrafiła trzymac sie swoich wewnetrznych postanowień. Systematycznie stawała na drodze Jereda i prowokowała go swoim zachowaniem.
Jered jest dla nas na początku bardzo mroczą i tajemniczą postacią. Łatwo złapac dystans do jego osoby, a może nawet niechęć. Jednak kiedy wydarzenia ulegaja zmianie czytelnik zauważa całkiem innego chłopaka - chłopaka pełnego bólu, rozczarowania, tajemnic, samotności.
Fabuła jest w kilku momentach przewidywalna - nie da się ukryć, że bardzo szybko domyślimy się mniej więcej zakończenia książki. Jednak książka jest napisana w tak przyjemny sposób, że kilkakrotnie nie umiałam się oderwać od wydarzeń. Przeplata ze sobą przyjaźń, miłość i nienawiść ukazująć jak szybko te uczucia mogą się zmieniać. Z drugiej strony uświadamia nas jaką moc i znaczenie mają wszystkie z tych uczuć, jak niewiele wystarczy aby zranić kogoś, kto był nam bliski.
Zdecydowanym plusem jest to, że w książce ciągle się coś dzieje, nie ma zbyt długich opisów i okresów zawieszenia akcji.
Okładka również wkomponowała się w mój klimat. Uwielbiam tak przyciągające i emanujące energią książki.
Podsumowując trzeba mieć na uwadze, że mamy tutaj do czynienia z nastolatkami, którzy pełni są buzujących w nich hormonów i emocji. Ich zachowania nie do końca są racjonalne, często mogą być dla nas Czytelników irracjonalne i najzwyczajniej niezrozumiałe. Mogą irytować i śmieszyć.Wielokrotnie na pewno nas zadziwią swoją "pomysłowością".
Jest to lekka lektura, która bardzo szybko i przyjemnie się czyta. W sam raz na wieczorną porę pod ciepłym kocem z ciepłym kubkiem w ręce.
Zaczytana wiedźma Urszula Wesołowska
CO-DZIENNIK
Dzień dobry... i słoneczny! Jak się dzisiaj czujecie?
Postanowiłam trochę usystematyzować swoją pracę z tym blogiem. Postaram się nie wstawiać postów codziennie (choć niesamowicie mnie korci!), tylko co drugi dzień. Ponadto chciałabym zamiennie wstawiać recenzję – post „okołoksiążkowy”. Jestem ciekawa czy macie coś przeciwko temu, aby od czasu do czasu pojawił się wpis bezpośrednio nie związany z książkami? Dajcie znać!
Niedawno rynek opanowały książki takie jak „Zniszcz ten dziennik”, „To nie książka”, „Książka bez sensu”, „Nie jedz tej książki” i tym podobne. Owszem, kupiłam kilka publikacji z tej serii, jednak były one składane w ramach prezentu młodszej siostrzyczce. Dziś przychodzę do Was z podobną propozycją, którą postanowiłam zostawić dla użytku własnego. Dlaczego? Bo jej potrzebuję.
Ostatnio zdarzają mi się gorsze dni. Dni pozbawione emocji, pełne odrętwienia. Mieszają się one razem z dniami nazbyt emocjonalnymi, gdzie te uczucia biorą górę, nawet nad zdrowym rozsądkiem. W tym momencie chciałam postawić na coś, co odciągnie moje myśli od tych wszystkich negatywów.
„Co-dziennik” to zbiór przeróżnych zadań, które nie tylko rozwijają wyobraźnię, ale i uczą. Te zadania nie polegają na niszczeniu go, o nie. Wydaje się, że jest to publikacja skierowana już do nieco starszych użytkowników, którzy wciąż czują w sobie dziecko.
Zadania te można sobie dawkować tak, jak zostało to przykazane książce – każdego dnia jeden wpis. Można również nadrabiać bądź odrzucić na moment, ochłonąć i wrócić po czasie.
Do tego dziennika w każdej chwili możesz wrócić. Możesz z refleksją przeglądać kolejne kartki, przypominając sobie dane sytuacje. Może za kilka lat będziesz chciał sprawdzić, jakie wartości miały dla Ciebie znaczenie w tym jednym, konkretnym roku?
Chcesz zrobić podsumowanie całego roku? Co najlepiej Ci w tym pomoże – jeśli nie notatki, które robiłeś każdego dnia, opisując zarówno siebie jak i swoje otoczenie?
Czy wiesz ile jest zabawy w definiowaniu szczęścia? Możesz w ten sposób docenić najdrobniejszy szczegół, każdą rosę na listku, każdy promień słońca, który otula Twoją twarz. Podaruj sobie uśmiech, chociaż jeden.
Słowo stanowi podstawę. Podstawę komunikacji, podstawę wszystkie, co nas otacza. Słowem możesz zranić, możesz również uszczęśliwić. A czym ono jest dla Ciebie?
Poczuj się jak dziecko! Uwolnij swoją wyobraźnię i przenieś ją na kartki tego oto dziennika, poznaj otaczający Cię świat, zdefiniuj siebie i określ swoje cele.
Wypisz miejsca, w których udało Ci się znaleźć miłość. W domu? W pracy? A może w książce? Ja ostatnio znalazłam miłość w autobusie. Starsza Pani i Pan, a między nimi cudowna więź.
Mój ulubiony moment. Obraź się na siebie o coś. Zrób sobie awanturę. Okej, ale co potem? Potem się przeproś. I zacznij żyć ze sobą w zgodzie.
Myślę, że każdy z nas doświadczył kiedyś smutku. Takiego dojmującego, pod wpływem którego załamał się głos i pojawiły się mroczki przed oczami. Mówi się, że każdy ma swój własny koniec świata. A czy zastanawiałeś się kiedyś, jak wygląda taki smutek? Z czego się składa? Co byłoby Twoim końcem świata?
Ile razy chcesz żyć i po co? Wypisz, a później staraj się zrobić to za pierwszym razem, przy pierwszym życiu. Niestety drugiej szansy możesz już nie mieć.
To książka przydatna. Nie tylko bawi, ale i wzrusza. Czasami coś wypomni, czasami zmusi do głębszych przemyśleń, ale i oczyści umysł z toksyn. Rysunki znajdujące się na poszczególnych stronach sprawiają, że to co robisz – robisz z przyjemnością. A teraz pozostawię Cię z pewnym pytaniem, które postawiła na okładce autorka...
Gdybyś mógł mieć wszystko, czego byś naprawdę chciał?
zksiazkadolozka.blogspot.com Klaudia Nadolna
Making Faces
Są takie historie, które nigdy nie powinny się wydarzyć, są takie słowa, które nigdy nie powinny paść, są łzy, które nigdy nie powinny być uronione, są uczucia, które tak bardzo bolą i są rozstania, na które nigdy nie jesteśmy gotowi. I powroty, które nigdy nie są łatwe...
Są też historie, które bardzo bolą. Do takich zalicza się historia Fern, Ambrosa i ich najbliższych przyjaciół. Historia młodych ludzi, która miała być wielką przygodą, z której mieli wrócić bohaterowie. Jednak tak się nie stało...
W małym i cichym miasteczku grupa pięciu przyjaciół, młodych chłopaków z drużyny zapaśniczej wyrusza na wojnę do Iraku. To miało być tylko pół roku, potem każdy z nich miał wrócić do swojego życia. Jednak do rodzinnego miasteczka wraca tylko jeden - Ambrose Young - kiedyś ikona szkolnej drużyny,dzisiaj młody mężczyzna obwiniający się o śmierć najbliższych. Emocjonalny wrak człowieka.
Ambrose miał bardzo duże szanse na karierę sportową, był popularnym chłopakiem i całkiem naturalnym wydaje się, że nie zauważył zwykłej, szarej rówieśniczki Fern, która już wtedy się w nim podkochiwała. Jednak podczas pobytu w Iraku odniósł dość spore obrażenia, zwłaszcza wizualne. Mimo, że wiele rzeczy uległo zmianie, uczucie dziewczyny pozostało niezmienne. Jednak miłość do osoby, która ma poranioną duszę nie jest łatwa. Jednak dobro i nadzieja Fern sprawiają, że mur i skorupa powoli zaczynają się kruszyć...
Nie będę Wam dzisiaj zawracała głowy sylwetka bohaterów, pomysłem na fabułę, stylem autorki i tymi innymi przyziemnymi rzeczami jakimi zazwyczaj Was zanudzam.
To bardzo smutna, wzruszająca i bolesna historia młodych ludzi, przesiąknięta niesprawiedliwością, rozczarowaniem, bezradnością, poczuciem winy i stratą. To historia przesiąknięta łzami, nie tylko tymi literackimi bohaterów, ale także moimi. Nie jest łatwo mnie wzruszyć, jednak tutaj... tutaj płakałam kilkakrotnie. Wyłam niczym zawodowa płaczka i nie umiałam uspokoić swoich emocji. Rozpadłam się na emocjonalne cząstki elementarne.
"Pomyśl. Nie ma smutku, jeśli wcześniej nie było radości. Nie odczułabym tej straty, gdybym go nie kochała. Nie mogłabym wyleczyć się z tego bólu nie wyrzucając (go) z mojego serca. Dlatego wole ten ból, niz gdybym miała nigdy go nie poznać."
Akceptacja samego siebie, z własnymi słabościami i ułomnościami wcale nie jest łatwa, a właśnie z tym musiał się zmierzyć każdy z naszych bohaterów. Przejśc długą wewnętrzną drogę, przewartościować się i zaakceptować to czego nie można zmienić. Bardzo łatwo jest usiąść, płakać i użalać się nad sobą. Najtrudniej jest jednak zmierzyć się z tym czego nie możemy zmienić. W to wszystko wkomponowana jest miłość, bardzo trudna, pełna wyrzeczeń, cierpliwości i poświęcenia.
"Gdy się komuś długo przyglądasz, przestajesz widzieć doskonały nos albo proste zęby. Przestajesz widzieć bliznę po trądziku i dołek na brodzie. Te cechy zaczynają się zamazywać, a ty nagle widzisz kolory i to, co kryje się w środku, a piękno nabiera zupełnie nowego znaczenia."
Z czystym sumieniem polecam Wam tą historię. I polecam Wam równiez łzy i własna refleksję. Bo można pisać wiele pięknych słów, ale refleksja zawsze będzie indywidualna. Nawet jesli nie spodoba Wam się fabuła, historia to emocje, przemyślenia będą bardzo wartościowe, pełne wartości życiowych.
Zwyczajnie złapałam kaca książkowego.
"Jeżeli Bóg wymyślił nam twarze, to czy się śmiał, gdy stworzył mnie?
Czy stworzył nogi, które nie chodzą, i oczy, które widzą źle?
Czy kręci loki na mojej głowie, tworząc z nich dziką burzę?
Czy zatyka uszy głuchemu, robiąc to wbrew ludzkiej naturze?
Czy mój wygląd to przypadek, czy okrutne zrządzenie losu?
Czy mogę obwiniać Go za to, czego u siebie nie znoszę?
Za wady, które mnie prześladują w najgorszych snach,
Za brzydotę, której nie znoszę, za nienawiść i za strach?
Czy czerpie z tego jakąś przyjemność, że wyglądam aż tak źle?
Jeżeli Bóg wymyślił nam twarze, to czy się śmiał, gdy stworzył mnie?"
Zaczytana wiedźma Urszula Wesołowska
Korona Polskich Gór. Wydanie 1
Najwytrawniejsi zdobywcy gór - himalaiści, alpiniści, taternicy ubiegają się o zdobycie Korony Ziemi. Najwyższych szczytów wszystkich kontynentów łącznie z Antarktydą.Tych, którym się to udało, ciągle liczy się jednak tylko w dziesiątkach. Przy czym jest kilka list tych szczytów. Najpoważniejszy spór o nie dotyczy tego, czy za najwyższy szczyt Europy uważać należy Mont Blanc (4810 m) w Alpach, czy Elbrus (5642 m) na Kaukazie, graniczny z Azją. A także, czy pod uwagę należy brać Górę Kościuszki (2230 m), najwyższą w Australii, czy szczyt Puncak Jaya (4884 m) najwyższy w całej Oceanii.
Pierwszym uznanym zdobywcą Korony Ziemi został, w 1985 r., Amerykanin Richard Bass, ale wszedł on na Górę Kościuszki, nie zaś Puncak Jaya. Na liście polskich zdobywców wszystkich najwyższych szczytów Ziemi znajduje się 20 nazwisk. Od pierwszego, w 1999 r. Leszka Cichego do, na razie ostatniej, w 2015 roku, Moniki Witkowskiej. Oprócz Korony Ziemi jest również Korona Himalajów ? 14 najwyższych tamtejszych szczytów. Są korony kontynentów, a Bezdroża i ich autor Krzysztof Bzowski proponują Koronę Polskich Gór, poświęcając jej specjalny, właśnie wydany przewodnik.
?Opisane w przewodniku trasy ? czytam we wstępnych Informacjach praktycznych do niego ? są w większości z punktu widzenia pieszej turystyki górskiej stosunkowo łatwe i bezpieczne. Można się w nie wybrać zarówno na niedzielny, popołudniowy spacer z rodziną, jak i na kilkudniową wędrówkę z plecakiem. Wyjątek stanowi przede wszystkim trasa na Rysy, także trasa na Babią Górę nie jest pozbawiona trudności.? Zgoda, jeżeli brać pod uwagę tylko 23 szczyty różnych polskich gór, ich masywów i pasm wymienionych w tym przewodniku. Nie ma jednak wśród nich najtrudniejszej, tatrzańskiej trasy: Orlej Perci.
Oczywiście dlatego, że jej najwyższy szczyt, Świnica (2301 m), jest niższy od granicznych ze Słowacją Rysów (polski, najniższy z 3 wierzchołków, 2499 m, najwyższy słowacki 2503 m). A z jej strony, od południa, wejście stanowi tylko przyjemny, chociaż wysokogórski spacer. Złośliwi twierdzą nawet, że niemal na sam szczyt można wjechać konno. Tymczasem stanowiąca prawdziwe wyzwanie dla turystów górskich Orla Perć to nie tylko najtrudniejszy szlak w polskich górach, ale i najniebezpieczniejszy. W ciągu 160 lat od jego pierwszego przejścia pochłonął już ponad 150 ofiar śmiertelnych, a co roku zdarza się na nim sporo wypadków z mniej tragicznym finałem. Warto o tym pamiętać wybierając się w nasze góry.
Propozycja Bzowskiego i Bezdroży jest niewątpliwie ciekawa i powinna zainteresować spore grono turystów górskich. Autor sugeruje i dobrze opisuje trzy kategorie tras. Na trzy najwyższe szczyty powyżej 1500 m n.p.m.: Rysy, Babią Górę i Śnieżkę. A także naa 8 tras prowadzących na szczyty o wysokości 1000-1500 m oraz 12 na wznoszące się poniżej 1000 m n.p.m. Każdy z nich jest najwyższym w jakimś masywie czy paśmie górskim. Są to, w ósemce: Śnieżnik, Rudawiec i Kowadło, Tarnica, Turbacz i Mogielnica, Radziejowa i Wysoka, Skrzyczne, Wysoka Kopa, Orlica i Jagodna oraz Wielka Sowa.
Tymi najniższymi uwzględnionymi w przewodniku są: Lackowa, Skalnik, Waligóra, Czupel, Szczeliniec Wielki, Lubomir, Biskupia Kopa, Chełmiec, Kłodzka Góra, Skopiec, Ślęża i Łysica. Każdą z tych tras poprzedza jej mapka. W informacji o niej jest również przekrój pionowy trasy, jej przebieg, długość, przewyższenia, czas potrzebny na przejście. Oraz trasy alternatywne. Ponadto opisy tego, co spotyka się po drodze. Miejscowości, kościoły, cerkiewki i kapliczki, schroniska, punkty widokowe itp. Są również informacje, jak na trasie poruszać się nie tylko pieszo, ale i, o ile istnieje taka możliwość, rowerem lub na nartach.
Wszystko aby zachęcić do zdobywania tych szczytów i poznawania ich okolic, zgodnie z wezwaniem zamieszczonym na tylnej stronie okładki: ?Zdobądź koronę polskich gór i poczuj satysfakcje z wejścia na każdy z opisanych szczytów, od niewymagającej Łysicy po majestatyczne Rysy.? Bardzo istotne, zwłaszcza dla niedoświadczonych turystów górskich, są znajdujące się na wstępie Informacje praktyczne. Zachęcające do uwzględniania w trakcie górskich wycieczek warunków pogodowych, z ostrzeżeniami, jakie niebezpieczeństwo stanowią jej gwałtowne zmiany.
Zagrożenia o których pisze autor, nie sprowadzają się oczywiście tylko do pogody. Uwzględniają też utratę orientacji w terenie w chmurach i mgle lub po zmroku. Wychłodzenie organizmu, zachowanie podczas burz, niebezpieczeństwo, jakim może być niespodziewane spotkanie w Tatrach niedźwiedzia. Bądź, chociaż zdarza się to rzadko, ale nie tylko w naszych najwyższych górach, wilków czy dzików. Zwłaszcza loch z małymi. Są w tych informacjach propozycje jak przeliczać czas wędrówki na kilometry pokonywane w terenie płaskim lub podchodzeniu w górę oraz wiele innych przydatnych. Ponadto rady, jak się ubrać wybierając w góry oraz jaki zabrać ekwipunek.
Z obowiązkową apteczką, mapą, kompasem i GPS-em. O telefonie komórkowym autor tylko wspomina na marginesie, bo to już oczywistość nawet dla początkujących turystów. Są w tym przewodniku również informacje o górskiej turystyce rowerowej oraz narciarskiej. Dosyć obszerny rozdział Informacje krajoznawcze wprowadza czytelnika w tematykę polskich gór, ich masywów oraz poszczególnych pasm, których jest przecież wiele. W opisach poszczególnych tras dobrym ich uzupełnieniem są informacje w ramkach na temat dojazdu i noclegów, a także sporo kolorowych zdjęć. Korzystanie z przewodnika na trasie ułatwia jego sprężynowy grzbiet. W sumie więc jest to bardzo udana i ładnie wydana publikacja.
View the embedded image gallery online at: http://www.kurier365.pl/globtroter/przewodniki/25833-bezdro%c5%bca-korona-polskich-g%c3%b3r.htmlsigProIde039609c14
Korona polskich gór. Przewodnik Bezdroży. Autor: Krzysztof Bzowski. Wydawnictwo Helion, wyd. I, Gliwice 2016, str. 183, cena 34,90 zł. ISBN 978-83-283-2869-3.
kurier365.pl Cezary Rudziński