Recenzje
Piekło - niebo. Zrozumieć Koreę
Rafał Tomański opisuje dwanaście miesięcy z życia mieszkańców Półwyspu Koreańskiego – ich sukcesy, troski, niepokoje i nadzieje. Niniejsza książka jest zbiorem tekstów powstałych między czerwcem 2015 a czerwcem 2016 roku, zapisem wydarzeń, jakie miały miejsce po obu stronach 38. równoleżnika, wzdłuż którego biegnie granica oddzielająca Koreę Północną od Południowej – dwa sztucznie utworzone kraje, które pomimo wspólnej historii dzieli prawie wszystko. Trzeba jednak zaznaczyć, że tytułowe piekło nie odnosi się tylko do komunistycznego reżimu Kim Dzong Una na Północy, a niebo nie jest jedynie określeniem dynamicznie rozwijającego się Południa. Korea pokazana jest jako całość, w której można zaznać nieba i piekła równocześnie, gdzie rzeczywistość mieści w sobie wiele sprzeczności z naczelnym absurdem tego systemu na czele – pasem ziemi niczyjej przecinającym półwysep wszerz, oficjalnie nazywanym Koreańską Strefą Zdemilitaryzowaną, a faktycznie będącym jednym z najsilniej uzbrojonych terenów świata – tyle na temat książki, o której chcę opowiedzieć, dowiadujemy się od wydawcy. Jakie jest moje zdanie na jej temat?
Mam wrażenie, że autor kompletnie nie przemyślał tego, co chce napisać. Dlaczego? W publikacji panuje totalny chaos. Nie ma jakiegokolwiek porządku, wiele informacji się powtarza. To strasznie irytujące. Chciałam dowiedzieć się z lektury czegoś nowego, a nie czytać po raz kolejny to samo.
Korea mnie fascynuje, wciąż niewiele wiem na jej temat, ale nie czuję, żebym po przeczytaniu tej książki w jakiś sposób uzupełniła swoje informacje. W sumie o tym, co napisał autor, już wiedziałam. Czuję się z tego powodu nieco rozczarowana.
Tytuł książki może nieco wyprowadzić czytelnika w pole. Nie wiadomo na dobrą sprawę, która Korea jest niebem, a która piekłem. Fakt, o Północnej krążą legendy. Jej przywódcy nie muszą korzystać z toalety i w wieku 4 lat potrafią prowadzić samochód (swoją drogą dzieci muszą mieć tam długie nogi). Ludziom nie żyje się tam dobrze, są karmieni kłamstwami i właściwie nie bardzo mogą decydować o swoim życiu. Myślicie, że mieszkańcy Korei Południowej mają lepiej? Muszę was rozczarować. Wcale tak nie jest. Niedługo mieszkańcy tego kraju będą mogli prześcignąć Japonię w wyścigu o zajęcie pierwszego miejsca w niechlubnym plebiscycie na państwo, w którym jest największy odsetek samobójstw. Mało tego, panuje tam taki pracoholizm, że organizuje się symboliczne pogrzeby pracowników, byleby tylko ci mogli nieco odpocząć. Przeraziło mnie to. Oby u nas nigdy do czegoś podobnego nie doszło.
Plusem publikacji są na pewno fotografie, które nadają publikacji klimatu. Bez nich byłaby ona nijaka. Autor umożliwił czytelnikom za ich pomocą odwiedzenie Korei Północnej, miejsca, do którego normalnie raczej nie mogliby się dostać.
Reasumując, nadal nie umiem określić, w jaki sposób oceniam tę publikację. Nieco przeszkadzał mi chaos. Lepiej wyszłoby, gdyby Rafał Tomański przekazał nam wiedzę na temat Korei w bardziej uporządkowany temat. Wtedy łatwiej byłoby zapamiętać fakty. Z drugiej strony jednak książka jest ciekawa. Niewielu autorów publikacji o Korei ma dostęp do takich informacji, do jakich miał Rafał Tomański. Nie uważam, że to zła książka. Czy ją polecam? Chyba nie podpisałabym się pod rekomendacją. Nie namawiam nikogo, ani nikomu nie odradzam lektury. Będę pod tym względem mało pomocna, ale musicie sami zadecydować, czy chcecie zapoznać się z tą publikacją.
Mam wrażenie, że autor kompletnie nie przemyślał tego, co chce napisać. Dlaczego? W publikacji panuje totalny chaos. Nie ma jakiegokolwiek porządku, wiele informacji się powtarza. To strasznie irytujące. Chciałam dowiedzieć się z lektury czegoś nowego, a nie czytać po raz kolejny to samo.
Korea mnie fascynuje, wciąż niewiele wiem na jej temat, ale nie czuję, żebym po przeczytaniu tej książki w jakiś sposób uzupełniła swoje informacje. W sumie o tym, co napisał autor, już wiedziałam. Czuję się z tego powodu nieco rozczarowana.
Tytuł książki może nieco wyprowadzić czytelnika w pole. Nie wiadomo na dobrą sprawę, która Korea jest niebem, a która piekłem. Fakt, o Północnej krążą legendy. Jej przywódcy nie muszą korzystać z toalety i w wieku 4 lat potrafią prowadzić samochód (swoją drogą dzieci muszą mieć tam długie nogi). Ludziom nie żyje się tam dobrze, są karmieni kłamstwami i właściwie nie bardzo mogą decydować o swoim życiu. Myślicie, że mieszkańcy Korei Południowej mają lepiej? Muszę was rozczarować. Wcale tak nie jest. Niedługo mieszkańcy tego kraju będą mogli prześcignąć Japonię w wyścigu o zajęcie pierwszego miejsca w niechlubnym plebiscycie na państwo, w którym jest największy odsetek samobójstw. Mało tego, panuje tam taki pracoholizm, że organizuje się symboliczne pogrzeby pracowników, byleby tylko ci mogli nieco odpocząć. Przeraziło mnie to. Oby u nas nigdy do czegoś podobnego nie doszło.
Plusem publikacji są na pewno fotografie, które nadają publikacji klimatu. Bez nich byłaby ona nijaka. Autor umożliwił czytelnikom za ich pomocą odwiedzenie Korei Północnej, miejsca, do którego normalnie raczej nie mogliby się dostać.
Reasumując, nadal nie umiem określić, w jaki sposób oceniam tę publikację. Nieco przeszkadzał mi chaos. Lepiej wyszłoby, gdyby Rafał Tomański przekazał nam wiedzę na temat Korei w bardziej uporządkowany temat. Wtedy łatwiej byłoby zapamiętać fakty. Z drugiej strony jednak książka jest ciekawa. Niewielu autorów publikacji o Korei ma dostęp do takich informacji, do jakich miał Rafał Tomański. Nie uważam, że to zła książka. Czy ją polecam? Chyba nie podpisałabym się pod rekomendacją. Nie namawiam nikogo, ani nikomu nie odradzam lektury. Będę pod tym względem mało pomocna, ale musicie sami zadecydować, czy chcecie zapoznać się z tą publikacją.
Sztukater.pl Pani M
Końca świata nie było
Nie wiem, czy pamiętacie akcję z końcem świata, który według kalendarza Majów miał nastąpić 21 grudnia 2012 roku. Ja nawet pamiętam, co wtedy robiłam. Odwoziłam chomika do koleżanki, która miała się nim zająć, gdy wyjeżdżałam na święta do rodziców. Żartowałam, że najwyżej zginę z transporterem w ręce. Końca świata jednak nie uświadczyłam. Dlaczego jednak o nim wspominam, skoro data ważności już minęła?
Anita Demianowicz chciała zmienić coś w swoim życiu. Po pięciu latach pracy w korporacji postanowiła rzucić robotę i wyrwać się z rutyny. Kupiła więc bilet, spakowała plecak, zostawiła w domu męża i wyjechała na pięć miesięcy do Ameryki Środkowej. Odwiedziła w tym czasie Gwatemalę, Honduras, Salwador i Meksyk. Aby naprawdę dobrze poznać kraje, w których się znalazła, uczyła się języka hiszpańskiego i mieszkała u gościnnych rodzin. Z nimi spędziła Wielkanoc i Boże Narodzenie, uczestniczyła też w barwnych i hucznych procesjach. Podróżowała głównie tzw. chicken busami. Zakochała się w wulkanach i wspięła niemal na każdy, który znalazł się na jej drodze. W dżungli, którą przemierzała z blisko siedemdziesięcioletnim przewodnikiem, tropiła czarną pumę. W dawnej stolicy państwa Majów brała udział w uroczystościach związanych z końcem kalendarza Majów.
Wyjazd do Ameryki Środkowej stał się dla autorki początkiem wielkiej podróżniczej przygody autorki. na tym wyjeździe się nie skończyło. Urzekło mnie podejście jej męża do całej sytuacji. Bożydar nie miał nic przeciwko temu, by żona zostawiła go samego na parę miesięcy. Odwiózł ją na lotnisko, pomógł przygotować się do podróży, a po jej powrocie wyszukał dla niej kolejny tani bilet.
Autorka to prawdziwa baba z jajami. Jak ja jej zazdroszczę uwagi i samozaparcia. By zrozumieć mieszkańców, uczyła się języka hiszpańskiego. Po wyjeździe nie nocowała w hotelach, lecz u miejscowych rodzin. Opowieść kobiety jest pełna pasji. Wraz z nią przeżywałam jej wyjazd za granicę. Anita Demianowicz urzekła mnie swoją szczerością. Nie udawała chojraka. Przyznała się, że odczuwała strach. Wyjechała w nieznane i w sumie nie wiedziała, co ją czeka. Nie zawsze było jej łatwo, lecz nie załamywała rąk, tylko robiła wszystko, by pokonać trudności. Końca świata nie było czyta się jednym tchem. To naprawdę niezwykła opowieść i z wielką chęcią przeczytałabym kolejną książkę autorki, o ile tylko powstanie.
Wiecie, co podoba mi się najbardziej w książkach podróżniczych? Zdjęcia. To dzięki nim przenoszę się wraz z autorami w dalekie strony, których sama pewnie nigdy nie odwiedzę. Póki co mnie na to nie stać. Zdjęcia w Końca świata nie było robią wrażenie. Są niezwykłe, tętnią życiem. Trzeba mieć dobre oko, by zrobić takie fotki. Ogromny szacuj.
Sama chciałabym ruszyć w taką podróż w nieznane, lecz chwilowo brakuje mi na to funduszy i odwagi. Nie umiałabym porzucić swojego życia i tak po prostu wyjechać. Jednak zbyt wiele rzeczy trzyma mnie w Polsce. Dzięki Anicie Demianowicz przeniosłam się do zupełnie innego świata. Poznałam kulturę, o której w sumie niewiele wiedziałam.
To jedna z lepszych książek podróżniczych, jakie miałam okazję w tym roku czytać. Jeśli szukacie dobrej relacji z podróży, której prędko nie zapomnicie, polecam wam Końca świata nie było. Nie powinniście czuć się rozczarowani. Anita Demianowicz w niezwykły sposób opowiada o tym, co przeżyła.
Anita Demianowicz chciała zmienić coś w swoim życiu. Po pięciu latach pracy w korporacji postanowiła rzucić robotę i wyrwać się z rutyny. Kupiła więc bilet, spakowała plecak, zostawiła w domu męża i wyjechała na pięć miesięcy do Ameryki Środkowej. Odwiedziła w tym czasie Gwatemalę, Honduras, Salwador i Meksyk. Aby naprawdę dobrze poznać kraje, w których się znalazła, uczyła się języka hiszpańskiego i mieszkała u gościnnych rodzin. Z nimi spędziła Wielkanoc i Boże Narodzenie, uczestniczyła też w barwnych i hucznych procesjach. Podróżowała głównie tzw. chicken busami. Zakochała się w wulkanach i wspięła niemal na każdy, który znalazł się na jej drodze. W dżungli, którą przemierzała z blisko siedemdziesięcioletnim przewodnikiem, tropiła czarną pumę. W dawnej stolicy państwa Majów brała udział w uroczystościach związanych z końcem kalendarza Majów.
Wyjazd do Ameryki Środkowej stał się dla autorki początkiem wielkiej podróżniczej przygody autorki. na tym wyjeździe się nie skończyło. Urzekło mnie podejście jej męża do całej sytuacji. Bożydar nie miał nic przeciwko temu, by żona zostawiła go samego na parę miesięcy. Odwiózł ją na lotnisko, pomógł przygotować się do podróży, a po jej powrocie wyszukał dla niej kolejny tani bilet.
Autorka to prawdziwa baba z jajami. Jak ja jej zazdroszczę uwagi i samozaparcia. By zrozumieć mieszkańców, uczyła się języka hiszpańskiego. Po wyjeździe nie nocowała w hotelach, lecz u miejscowych rodzin. Opowieść kobiety jest pełna pasji. Wraz z nią przeżywałam jej wyjazd za granicę. Anita Demianowicz urzekła mnie swoją szczerością. Nie udawała chojraka. Przyznała się, że odczuwała strach. Wyjechała w nieznane i w sumie nie wiedziała, co ją czeka. Nie zawsze było jej łatwo, lecz nie załamywała rąk, tylko robiła wszystko, by pokonać trudności. Końca świata nie było czyta się jednym tchem. To naprawdę niezwykła opowieść i z wielką chęcią przeczytałabym kolejną książkę autorki, o ile tylko powstanie.
Wiecie, co podoba mi się najbardziej w książkach podróżniczych? Zdjęcia. To dzięki nim przenoszę się wraz z autorami w dalekie strony, których sama pewnie nigdy nie odwiedzę. Póki co mnie na to nie stać. Zdjęcia w Końca świata nie było robią wrażenie. Są niezwykłe, tętnią życiem. Trzeba mieć dobre oko, by zrobić takie fotki. Ogromny szacuj.
Sama chciałabym ruszyć w taką podróż w nieznane, lecz chwilowo brakuje mi na to funduszy i odwagi. Nie umiałabym porzucić swojego życia i tak po prostu wyjechać. Jednak zbyt wiele rzeczy trzyma mnie w Polsce. Dzięki Anicie Demianowicz przeniosłam się do zupełnie innego świata. Poznałam kulturę, o której w sumie niewiele wiedziałam.
To jedna z lepszych książek podróżniczych, jakie miałam okazję w tym roku czytać. Jeśli szukacie dobrej relacji z podróży, której prędko nie zapomnicie, polecam wam Końca świata nie było. Nie powinniście czuć się rozczarowani. Anita Demianowicz w niezwykły sposób opowiada o tym, co przeżyła.
Sztukater.pl Pani M
Jak biegać szybciej. Od 5 kilometrów do maratonu
Z roku na rok zwiększa się liczba osób, które decydują się na uprawianie biegów długodystansowych. Nie bez znaczenia jest tutaj systematycznie zwiększająca się ilość wszelkich biegów ulicznych i okolicznościowych organizowanych w wielu miastach na świecie. Idea takiej imprezy jest bardzo prosta – bierze w niej udział jak największa ilość osób, promując w ten sposób zdrowy tryb życia, a za razem sam sport. Nie trudno się wobec tego domyśleć, że w takim przedsięwzięciu bierze udział cała rzesza uczestników, zarówno zawodowych biegaczy długodystansowych, jak i zwyczajnych amatorów, którzy najzwyczajniej w świecie chcą się sprawdzić w tej działce.
Nie ukrywajmy, mało kto da radę przebiec 5 kilometrów bez wcześniejszego przygotowania. W przypadku biegaczy trenujących w klubach sportowych nie ma problemu. Amatorzy zaś mogą trenować pod okiem trenera personalnego, który na bieżąco będzie korygował ich błędy. Nie czarujmy się jednak – nie każdego stać na to, aby przez dłuższy czas, a nawet przez kilka tygodni poprzedzających wyścig opłacać taką osobę. Na szczęście w dzisiejszych czasach półki w księgarniach uginają się od wszelkich poradników dotyczących biegom ulicznym. Natomiast wszystkim zainteresowanym tą kwestią chciałabym polecić książkę autorstwa Brada Hustona i Matta Fitzgeralda – „Jak biegać szybciej. Od 5 kilometrów do maratonu”.
Obydwoje są świetnymi trenerami specjalizujących się w biegach długodystansowych. Spod ich skrzydeł wyszło wiele amerykańskich sław biegających na długich dystansach, w tym i członkowie kadry narodowej. Sylwetki niektórych z nich możemy poznać na kartach książki, ponieważ kończą niemal każdy jej rozdział. Zapewne niejeden z biegaczy długodystansowych chciałby u nich trenować. Co prawda nie jest to fizycznie możliwe, jednak trenerzy postanowili podzielić się swoim doświadczeniem z całym światem korzystając z możliwości wydania książkowego poradnika. Dzięki niemu każdy zainteresowany tym tematem może stać się swoim własnym trenerem, niejednokrotnie zaoszczędzając w ten sposób czas i pieniądze.
Pozycja jest bardzo przyjemna w odbiorze. Zasadniczo tworzy ją dwanaście rozdziałów poprzedzonych podziękowaniami, przedmową oraz wstępem. I to właśnie wstęp uświadamia czytelnikowi, że do bycia własnym trenerem nie potrzebne są żadne tytuły, czy też dyplomy – wystarczy sama determinacja i chęć zrobienia czegoś dla siebie samego.
W książce znajdziemy bardzo dużo teorii. Dowiemy się m.in. czegoś o bieganiu adaptacyjnym, bazie aerobowej, predyspozycjach do biegania długodystansowego, treningu mięśni, wytrzymałości specyficznej, tworzeniu odpowiednich planów treningowych wraz z realizacją ich w praktyce, znajdziemy również porady dotyczące postępowania w przypadku kontuzji, czy też powrotu do biegania po dłuższej przerwie. Dodatkowym atutem wydania jest wiele przykładowych planów treningowych rozpisanych na poszczególne tygodnie, w dużej mierze zamieszczonych w dwóch ostatnich rozdziałach(chociaż nie tylko) książki. Dzięki temu mamy już bazę treningową, którą możemy modyfikować w zależności od naszych potrzeb.
Biegać może każdy, zaczynając od kilkunastolatka, a kończąc na kilkudziesięciolatkach. W dodatku jest to dosyć tani sport, do którego w zasadzie potrzeba tylko odpowiedniego obuwia i sportowego stroju. Warto jednak uprawiać go z głową, aby nie przeforsować organizmu, czy wręcz nie nabawić się jakiejś kontuzji. Może warto przed sezonem biegowym sięgnąć po tą pozycję, aby nieco przygotować się do następnego biegu ulicznego? Myślę też, że przyda się ona niejednemu trenerowi chociażby po to, aby zdobyć inspirację do układania planów treningowych dla zawodników w różnym wieku i z różnym stażem sportowym.
Nie ukrywajmy, mało kto da radę przebiec 5 kilometrów bez wcześniejszego przygotowania. W przypadku biegaczy trenujących w klubach sportowych nie ma problemu. Amatorzy zaś mogą trenować pod okiem trenera personalnego, który na bieżąco będzie korygował ich błędy. Nie czarujmy się jednak – nie każdego stać na to, aby przez dłuższy czas, a nawet przez kilka tygodni poprzedzających wyścig opłacać taką osobę. Na szczęście w dzisiejszych czasach półki w księgarniach uginają się od wszelkich poradników dotyczących biegom ulicznym. Natomiast wszystkim zainteresowanym tą kwestią chciałabym polecić książkę autorstwa Brada Hustona i Matta Fitzgeralda – „Jak biegać szybciej. Od 5 kilometrów do maratonu”.
Obydwoje są świetnymi trenerami specjalizujących się w biegach długodystansowych. Spod ich skrzydeł wyszło wiele amerykańskich sław biegających na długich dystansach, w tym i członkowie kadry narodowej. Sylwetki niektórych z nich możemy poznać na kartach książki, ponieważ kończą niemal każdy jej rozdział. Zapewne niejeden z biegaczy długodystansowych chciałby u nich trenować. Co prawda nie jest to fizycznie możliwe, jednak trenerzy postanowili podzielić się swoim doświadczeniem z całym światem korzystając z możliwości wydania książkowego poradnika. Dzięki niemu każdy zainteresowany tym tematem może stać się swoim własnym trenerem, niejednokrotnie zaoszczędzając w ten sposób czas i pieniądze.
Pozycja jest bardzo przyjemna w odbiorze. Zasadniczo tworzy ją dwanaście rozdziałów poprzedzonych podziękowaniami, przedmową oraz wstępem. I to właśnie wstęp uświadamia czytelnikowi, że do bycia własnym trenerem nie potrzebne są żadne tytuły, czy też dyplomy – wystarczy sama determinacja i chęć zrobienia czegoś dla siebie samego.
W książce znajdziemy bardzo dużo teorii. Dowiemy się m.in. czegoś o bieganiu adaptacyjnym, bazie aerobowej, predyspozycjach do biegania długodystansowego, treningu mięśni, wytrzymałości specyficznej, tworzeniu odpowiednich planów treningowych wraz z realizacją ich w praktyce, znajdziemy również porady dotyczące postępowania w przypadku kontuzji, czy też powrotu do biegania po dłuższej przerwie. Dodatkowym atutem wydania jest wiele przykładowych planów treningowych rozpisanych na poszczególne tygodnie, w dużej mierze zamieszczonych w dwóch ostatnich rozdziałach(chociaż nie tylko) książki. Dzięki temu mamy już bazę treningową, którą możemy modyfikować w zależności od naszych potrzeb.
Biegać może każdy, zaczynając od kilkunastolatka, a kończąc na kilkudziesięciolatkach. W dodatku jest to dosyć tani sport, do którego w zasadzie potrzeba tylko odpowiedniego obuwia i sportowego stroju. Warto jednak uprawiać go z głową, aby nie przeforsować organizmu, czy wręcz nie nabawić się jakiejś kontuzji. Może warto przed sezonem biegowym sięgnąć po tą pozycję, aby nieco przygotować się do następnego biegu ulicznego? Myślę też, że przyda się ona niejednemu trenerowi chociażby po to, aby zdobyć inspirację do układania planów treningowych dla zawodników w różnym wieku i z różnym stażem sportowym.
Sztukater.pl Lolek90
Pieśń Dawida
Instrukcja obsługi czytania Pieśni Dawida:
1. Zaszywamy się na kilka godzin w swoim kąciku do czytania.
2. Przygotowujemy się na wzruszającą, wypełniona przepięknymi słowami lekturę, pełną kształtów, zapachów i smaku. Ale bez doznań wizualnych...
3. WARUNEK ABSOLUTNIE KONIECZNY: ścieżka dźwiękowa:
– Damien Rice "The Blower's Doughter" (z rewelacyjnego filmu Bliżej, ze świetną Natalie Portman i resztą)
– Damien Rice Accidental Babies
– i absolutny fenomen dźwiękowy, który można odtwarzać bez końca. Utwór włoskiego kompozytora (którego genialną interpretację muzyczną filmu Nietykalnych znają chyba wszyscy) jak ulał wypasujący się w klimat stworzony przez Autorkę w Pieśni Dawida.
https://www.youtube.com/watch?v=kcihcYEOeic&index=1&list=RDkcihcYEOeic
Piosenki nie da się zobaczyć. Można ją poczuć, usłyszeć i poruszać się do niej...
4. I możemy czytać. I możemy płakać. I możemy rozmyślać, przeżywać, współczuć. Byleby tylko nie znaleźć się na miejscu bohaterów powieści.
Dawid Taggert to 26-latek z dość skomplikowaną przeszłością, dwiema nieudanymi próbami samobójczymi, ale jednocześnie to facet, który w końcu odnalazł siebie, sens życia i kierując się zasadą "wszystko albo nic" bierze z życia tyle, ile się da. Jakby chciał zrekompensować sobie te lata depresji, pobytu w szpitalu psychiatrycznym, wyrzutów sumienia, zapędów autodestrukcyjnych i alkoholizmu. Jest tam, gdzie go potrzebują. Nie znosi bezmyślnej przemocy, wredności i znęcania się nad słabszymi. Trenuje mieszane sztuki walki, jest wielki, silny i roztacza wokoło siebie aurę bezpieczeństwa i dobra. Jest właścicielem baru, siłowni i kilku obiektów sportowych. I właśnie w swoim barze poznaje tancerkę erotyczną. Piękną, eteryczną, wyróżniającą się Amelie Anderson.
Zakochują się w sobie.
I nagle Tag znika. Od dwóch tygodni nie daje znaku życia, nie odbiera telefonu, nie kontaktuje się z pracownikami baru, siłowni, przyjacielem Mojżeszem i przede wszystkim z Millie. Zostawia jej kasety magnetofonowe z nagranymi nań wyjaśnieniami i przemyśleniami. Tylko dlaczego te nagrania brzmią jak list pożegnalny samobójcy? Czy wszystkie zapewnienia o swoim oddaniu i o miłości to były kłamstwa opakowane w błyszczące słowa imitujące prawdę? Czy Tag zdał sobie sprawę, że przyszłość z osobą niepełnosprawną to jednak wyzwanie, ale nie dla niego?
– A, długie milczenie. Wszyscy tak reagują. Mama zawsze mi powtarzała, że jestem piękna – stwierdziła rzeczowo – ale na wypadek, gdybym nie była, mógłbyś obiecać, że będziesz mnie okłamywał?
[...] skoro jestem niepełnosprawna, to mogę się spotykać wyłącznie z niepełnosprawnymi. Bo oczywiście nikt inny mnie nie zechce, prawda?
[...] klawisze opisane brajlem! Gdy świat jest zbyt płaski, tacy ludzie jak ja się z niego zsuwają.
Pieśń Dawida to przepiękna historia o miłości. Nie tylko miłości zakochanych w sobie osób, ale także miłości do życia, uwielbienia świata takim jaki jest dla nas dostępny. To powieść, która otwiera nasz umysł, porusza wewnętrzne struny delikatności i wrażliwości. Książka uzmysławia nam, jak wiele otrzymaliśmy od życia i jak wiele z tych podarunków jest przez nas ignorowane, bagatelizowane.
Postać Millie i jej sposób radzenia sobie z przeciwnościami to uderzenie w splot słoneczny naszego życia wypełnionego malkontenctwem i gburowatością. Przecież coś takiego jak "kolekcjonowanie odgłosów" i "posiadanie swojego ulubionego dźwięki" to tak oczywiste, że aż śmieszne. A Ty masz swoje ulubione odgłosy? Albo to, że można dotykać ścian budynków, skał, przedmiotów i czuć "historię, którą nasiąknęły". Przecież wszytko ma jakąś przeszłość. I wcale nie tak trudno ja poznać.
Piękny język, styl i delikatność z jaką Autorka podjęła się tematu miłości miedzy niepełnosprawną, piękną kobietą, a typowym "lowelasem", chłopakiem z przeszłością – zachwyca. Ale przecież to już było! No pewnie, że było, i motyw, i mnóstwo podobnych historii miłosnych, i to uderzenie w romantyczna nutę człowieka, i choroba. Ale nie zmienia to faktu, że Pieśń Dawidato swego rodzaju pomoc dydaktyczna – w zrozumieniu piękna, jakiego doświadczamy każdego dnia, w docenieniu faktu posiadania wszystkich sprawienie działających zmysłów oraz pomoc w rozbudzeniu głęboko drzemiącej w nas empatii.
Spadanie jest jak latanie, pod warunkiem, że nigdy nie trafisz w ziemię.
Piękną piosenkę poznaje się po tym, że może cię zdruzgotać. Możliwe, że po tym samym poznaje się piękne życie. Po tym, że może cię zdruzgotać.
Nie będzie to zbyt wielkim zaskoczeniem, jeśli napiszę, że Pieśń Dawida mnie zdruzgotała?
prawieblogoksiazkach.blogspot.com Anna Sukiennik; 2016-12-06
Sny Morfeusza
W przypadku książki K. N. Haner zatytułowanej Sny Morfeusza pierwszy raz zdarzyło mi się zacząć od przeczytania wielu komentarzy i opinii o niej zanim sięgnęłam po książkę. Zaciekawiła mnie przede wszystkim informacja o tym, że K.N. Haner jest pseudonimem polskiej autorki, która zadebiutowała powieścią Na szczycie wydaną w 2015 roku.
Dzisiaj skupimy się jednak nad jej najnowszą książką – Sny Morfeusza.
Sny Morfeusza to intensywna, pełna namiętności i niebezpiecznych tajemnic powieść, która rozpali Twoje zmysły i wciągnie Cię w świat mrocznych doznań. Daj się ponieść historii pięknej Cassandry i tajemniczego Adama!
Książka jest erotykiem, w której głównymi bohaterami są Cassandra oraz Adam (Morfeusz). Warto zaznaczyć, że poznajemy Cassandrę w momencie, kiedy przybywa do Miami z rodzinnego Toronto. Oczywiście jest z tym związany pewien cel. Otóż dziewczyna pragnie rozpocząć tutaj nowe życie. Chce wyrwać się od rodziców, a przede wszystkim własnego ojca, ponieważ ten jej nie docenia. Poszukuje pracy, ponieważ ona da jej możliwość spełnienia swoich marzeń. Kiedy otrzymuje propozycję odbycia rozmowy kwalifikacyjnej w firmie, w której od zawsze chciała pracować, jest niezmiernie szczęśliwa. Jednak nie przebiega ona tak, jak zakładała na początku. Wszystko to jest spowodowane postawą Adama, przez którego wychodzi ze spotkania bardzo zdenerwowana.
Jednak tego samego dnia Cassandra poznaje w klubie tajemniczego mężczyznę, który prowokacyjnie szepce jej do ucha: Zabiorę Cię dziś do siebie.... Okazuje się, że tym tajemniczym mężczyzną jest nie kto inny, tylko Morfeusz. Od tego momentu zaczyna się ich namiętna znajomość.
Ich wzajemna relacja nie należy do najłatwiejszych. Bowiem dziewczyna zakochuje się w mężczyźnie bez pamięci. Natomiast, jak to w takich sytuacjach bywa, na przeszkodzie ich szczęściu stoi mroczna strona Morfeusza, która nie daje o sobie zapomnieć. Co z tego wyniknie i jaki będzie los głównych bohaterów? O tym musicie przekonać się sami.
Początek tej znajomości staje się źródłem fascynującego romansu, ale i dużych kłopotów. Cassandra traci głowę dla demonicznego Morfeusza. Między tą dwójką wybucha namiętność, nad którą nie potrafią zapanować. Adam vel Morfeusz wciąga Cassandrę do gry, której zasady są bardzo proste, ale narażają oboje na ogromne ryzyko.
Książkę czyta się naprawdę bardzo dobrze. Nie jest zbyt skomplikowana i naładowana emocjami. Swoiste napięcie czuć niemal na każdej stronie. Jednakże warto docenić fakt, że nie jest to zrobione w wulgarny sposób. Za to należą się wielkie brawa autorce.
Ponadto należy podkreślić, że nie jest to kolejna książka, która niejako kopiuje powieść Pięćdziesiąt twarzy Greya. Jest zupełnie inna. Mimo iż w niektórych fragmentach powieści możemy odnaleźć pewne podobieństwa. Jednak nie jest aż tak zauważalne, że mogłoby nam to przeszkadzać.
Kolejną rzeczą, na którą zwróciłam swoją uwagę jest okłada. W mojej opinii jest bardzo prosta, a tym samym prowokująca. Przedstawia fragment twarzy mężczyzny i niebieskie oko, które wpatruje się niejako w czytelnika. Czyżby okładka prowokowała do sięgnięcia po książkę? Sprawdźcie sami.
Zdecydowanie polecam tą książkę, bowiem jest to toć nowego na polskim rynku wydawniczym – może nic odkrywczego, ale z pewnością wartego uwagi. Wydaje mi się, że powieść najbardziej przypadnie do gustu tym czytelniczkom, które uwielbiają ten gatunek literacki. Chociaż ci, którzy poszukują czegoś nowego z pewnością się nie zawiodą.
Dzisiaj skupimy się jednak nad jej najnowszą książką – Sny Morfeusza.
Sny Morfeusza to intensywna, pełna namiętności i niebezpiecznych tajemnic powieść, która rozpali Twoje zmysły i wciągnie Cię w świat mrocznych doznań. Daj się ponieść historii pięknej Cassandry i tajemniczego Adama!
Książka jest erotykiem, w której głównymi bohaterami są Cassandra oraz Adam (Morfeusz). Warto zaznaczyć, że poznajemy Cassandrę w momencie, kiedy przybywa do Miami z rodzinnego Toronto. Oczywiście jest z tym związany pewien cel. Otóż dziewczyna pragnie rozpocząć tutaj nowe życie. Chce wyrwać się od rodziców, a przede wszystkim własnego ojca, ponieważ ten jej nie docenia. Poszukuje pracy, ponieważ ona da jej możliwość spełnienia swoich marzeń. Kiedy otrzymuje propozycję odbycia rozmowy kwalifikacyjnej w firmie, w której od zawsze chciała pracować, jest niezmiernie szczęśliwa. Jednak nie przebiega ona tak, jak zakładała na początku. Wszystko to jest spowodowane postawą Adama, przez którego wychodzi ze spotkania bardzo zdenerwowana.
Jednak tego samego dnia Cassandra poznaje w klubie tajemniczego mężczyznę, który prowokacyjnie szepce jej do ucha: Zabiorę Cię dziś do siebie.... Okazuje się, że tym tajemniczym mężczyzną jest nie kto inny, tylko Morfeusz. Od tego momentu zaczyna się ich namiętna znajomość.
Ich wzajemna relacja nie należy do najłatwiejszych. Bowiem dziewczyna zakochuje się w mężczyźnie bez pamięci. Natomiast, jak to w takich sytuacjach bywa, na przeszkodzie ich szczęściu stoi mroczna strona Morfeusza, która nie daje o sobie zapomnieć. Co z tego wyniknie i jaki będzie los głównych bohaterów? O tym musicie przekonać się sami.
Początek tej znajomości staje się źródłem fascynującego romansu, ale i dużych kłopotów. Cassandra traci głowę dla demonicznego Morfeusza. Między tą dwójką wybucha namiętność, nad którą nie potrafią zapanować. Adam vel Morfeusz wciąga Cassandrę do gry, której zasady są bardzo proste, ale narażają oboje na ogromne ryzyko.
Książkę czyta się naprawdę bardzo dobrze. Nie jest zbyt skomplikowana i naładowana emocjami. Swoiste napięcie czuć niemal na każdej stronie. Jednakże warto docenić fakt, że nie jest to zrobione w wulgarny sposób. Za to należą się wielkie brawa autorce.
Ponadto należy podkreślić, że nie jest to kolejna książka, która niejako kopiuje powieść Pięćdziesiąt twarzy Greya. Jest zupełnie inna. Mimo iż w niektórych fragmentach powieści możemy odnaleźć pewne podobieństwa. Jednak nie jest aż tak zauważalne, że mogłoby nam to przeszkadzać.
Kolejną rzeczą, na którą zwróciłam swoją uwagę jest okłada. W mojej opinii jest bardzo prosta, a tym samym prowokująca. Przedstawia fragment twarzy mężczyzny i niebieskie oko, które wpatruje się niejako w czytelnika. Czyżby okładka prowokowała do sięgnięcia po książkę? Sprawdźcie sami.
Zdecydowanie polecam tą książkę, bowiem jest to toć nowego na polskim rynku wydawniczym – może nic odkrywczego, ale z pewnością wartego uwagi. Wydaje mi się, że powieść najbardziej przypadnie do gustu tym czytelniczkom, które uwielbiają ten gatunek literacki. Chociaż ci, którzy poszukują czegoś nowego z pewnością się nie zawiodą.
Sztukater.pl Lucca