Recenzje
Zarządzanie kryzysem w social media
Chyba żadna z firm, instytucji i organizacji nie lubi słowa „kryzys”. Te nacechowane negatywnie słowo budzi lęk i strach wśród przedsiębiorców. Czy słusznie? Przekonałam się, że nie, kiedy w moje ręce trafiła książka Pani Moniki Czaplickiej „Zarządzanie kryzysem w social media”.
„Zarządzanie kryzysem w social media”
„Myślę, więc jestem”
– Kartezjusz
„Widzą mnie, więc jestem”
– Zygmunt Bauman, socjolog
Dzisiejsze kryzysy mają miejsce coraz częściej w social mediach takich jak Facebook, Twitter i itp. Skąd się one biorą i jaka jest ich siła oddziaływania? Monika Czaplicka w swojej książce podkreśla, że kryzysy biorą się z braku informacji na linii klient-marka. Sądzę, że jest w tym sporo prawdy. Tym bardziej, że wszelkie spory, reklamacje, pretensje i także pozytywne opinie wyrażane są w mediach społecznościowych. To tam pozyskuje się w obecnych czasach klientów. Sama pomagam szefowi prowadzić sklepowego fanpage’a i powiem Wam, że nie jest to takie proste. Trzeba w odpowiedni sposób dobierać słowa, wchodzić w interakcje z klientami, w miarę szybko odpowiadać na wiadomości i przede wszystkim sprawnie reagować po to, by ten klient/konsument czuł zainteresowanie z naszej strony.
„Panowanie nad słowami i nad myślą,
i nad swoim działaniem, i nad stosunkami z ludźmi”
– Witold Doroszewski
W książce Czaplickiej zawarte są rady na przeciwdziałanie kryzysom. Na samym początku autorka podaje główne przyczyny kryzysów, czyli przede wszystkim nieetyczne działania, odsuwanie odpowiedzialności, ograniczanie się tylko do jednego portalu społecznościowego, brak wyraźnego celu i narzędzi monitoringu, traktowanie klientów jak petentów czy niespełnianie obietnic. To są karygodne błędy według Pani Czaplickiej! Należy pamiętać, że tworząc coś dla ludzi, trzeba traktować ich z należytym szacunkiem i cenić ich opinię. Klienci, zwłaszcza Ci stali, nie mogą czuć, że się ich „olewa”. Należy pamiętać o tym, że „dotychczasowy klient wart jest dwóch nowych”.
„Myśl jak mędrzec, ale komunikuj się w języku zwykłych ludzi”
– William B. Yeats
Istotny jest więc monitoring zarówno swoich działań, jak i działań swoich pracowników czy też nawet konkurencji. Tak działa crisis management, czyli zarządzanie kryzysem. Najważniejsze jest tu planowanie, rozpoznanie kryzysu, strategie wyjścia i działania po kryzysie. To bardzo istotne! Dobrze jest też zastosowanie narzędzi kryzysowych typu plan kryzysowy, matryca odpowiedzi czy kalendarz kryzysowy. Lepiej jest przecież działać niż leczyć.
Monika Czaplicka w swoim dziele cały czas podkreśla, jak ważne jest dobre przygotowanie i zapobieganie kryzysom. Cytuje ona wypowiedź Rahima Blaka, marketingowca społecznościowego, który mówi, że: „Transparentna polityka firmy zmienia kryzys w zagwozdkę, a tę ekstrawertyczna osobowość prowadzącego fanpage zamienia w szansę, wykorzystując to, że największe zainteresowanie wzbudzają właśnie kryzysy”. Kryzys, który jest dobrze zarządzany, stwarza ogromne szanse dla samej marki.
„Język nie tylko opisuje rzeczywistość, ale ją tworzy”
– Jerzy Bralczyk
Liczy się nowatorskość działania i odpowiedni dobór słów. Autorka odradza przede wszystkim:
zignorowanie fanów,
używanie wulgaryzmów,
porzucanie konwersacji,
zachowywanie się z wyższością,
pozwalanie na bałagan w komentarzach,
usuwanie komentarzy.
Wszystkie te działania są bardzo złym pomysłem. Usuwanie komentarzy jest zarówno nieetyczne, co niekulturalne. Poza tym dobrze nie świadczy to o firmie.
„Jedyne, co możemy zrobić z dobrą radą, to przekazać ją dalej,
bo i tak nigdy nam się nie przyda”
– Oscar Wilde
Autorka książki podaje przykłady kryzysów w Polsce i na świecie, odwołując się, np. do Lodowego tronu Przewozów Regionalnych czy obrażania klienta przez Asusa. Podaje także metody, jakie można zastosować w celu przeciwdziałania kryzysom: reklamę behawioralną i kontekstową, pomoc celebrytów i ambasadorów. Dobrym pomysłem jest też zastosowanie crowdsourcingu, czyli pozyskanie wiedzy poprzez umiejętności tłumu, np. zorganizowanie konkursu dla klientów na nowe opakowanie produktu.
„Gdy wszyscy wiedzą, że coś jest niemożliwe,
przychodzi ktoś, kto o tym nie wie, i on to robi”
– Albert Einstein
Kryzysy nie muszą być czymś strasznym, nawet te, które są wywoływane w mediach społecznościowych. Wystarczy odpowiednio szybko zauważyć taki kryzys i spróbować mu przeciwdziałać. Przecież wszystko się da naprawić 😉
PROJEKTOR - wolontariat studencki Karolina Mikos
Indonezja. Po drugiej stronie raju
Piękno i mrok w jednym z najbardziej malowniczych zakątków świata.
Właśnie tego rodzaju książki o tematyce podróżniczej cenię sobie najbardziej... To nie jest przewodnik turystyczny pełen miejsc do polecenia, peanów na cześć piękna przyrody, kurortów, całkowicie pomijający ludzi i świat, do którego na kilka lub kilkanaście dni wkroczy przyszły turysta... Ta książka pokazuje, jak żyją ludzie, jak i gdzie można ujrzeć mroczne strony pięknych miejsc oraz próbuje uchwycić istotę rzeczy, istotę mentalności, by jak najwierniej oddać rzeczywistość pewnego zakątka świata... Takie książki naprawdę warto czytać.
"Indonezja. Po drugiej stronie raju" to tak naprawdę bardzo rozbudowany, wydany w formie książki refleksyjny reportaż pełen faktów i wartościowych opisów... miejsc, ludzi, zwyczajów... zagrożeń... ciemnej strony raju... Według mnie tak właśnie powinien brzmieć tytuł tej książki: "Indonezja - po mrocznej stronie raju". Mroku tu bowiem wiele... Od dramatycznej nieraz codzienności mieszkańców wiążących koniec z końcem przez niebezpieczne praktyki i ciemne interesy, poprzez skomplikowane relacje społeczno-religijne, będące zlepkiem zwyczajów, przemieszania się islamu z lokalnymi wierzeniami, które nieraz trącą o niezrozumiały dla Europejczyka zabobon, aż do lokalnego szamaństwa i zachowanych elementów dawnych tradycji, które są równie fascynujące, jak urzekające i dla otwartego, ciekawego świata umysłu, niezmiernie ciekawe. A wszystko to dzieje się w tle... W cieniu palm, leżaków i słońca... Bez takich książek często nie widać tego, co jest w ich cieniu.
Po lekturze nie sposób oprzeć się myśli, że Indonezja to nie jest to zakątek świata składający się tylko ze wspomnianych przeze mnie chwilę temu palm, piaszczystych plaż i świecącego nad leżakiem słońca... O nie... Indonezja to świat całkiem inny niż Europa. Pełen fascynujących sprzeczności. I to dla nich właśnie warto ten zakątek świata odwiedzić. Poznać. Zdecydowanie warto to zrobić.
cosnapolce.blogspot.com Northman; 2017-04-15
Stambuł. Udany Weekend. Wydanie 1
Stambuł (Istanbul), wcześniej Bizancjum i Konstantynopol, a dopiero od 1930 r. z obecną nazwą, największe i najludniejsze miasto Turcji położone na dwu kontynentach, należy do najciekawszych miast świata. Jest on bogaty w zabytki z już ponad 27 wieków jego historii, a także liczne inne cenne obiekty i warte poznania miejsca.W części europejskiej rozciąga się nad Bosforem po obu stronach zatoki Haliç ? Złotego Rogu z trzema mostami nad nią. We wschodniej zaś, azjatyckiej, z dwoma wysokimi bosforskimi mostami oraz łączącymi oba brzegi licznymi promami i statkami, a od niedawna także podmorską linią metra fantastycznie przyspieszającego przemieszczanie się między dzielnicami europejskimi i dwiema głównymi azjatyckimi: ösküdar i Kadiköy. Jako miasto fascynujące, łączące Europę z Orientem, do niedawna było celem podróży milionów turystów z całego świata. Ostatnio ruch ten przeżywa poważny kryzys będący rezultatem zamachów bombowych i zagrożenia terrorystycznego oraz napiętej sytuacji politycznej w kraju po nieudanym puczu wojskowym. Jest to jednak, mam nadzieję, sytuacja przejściowa i wkrótce tłumy gości wrócą aby podziwiać stambulskie zabytki, ale i nowoczesność wieżowców, wznoszonych, na szczęście, poza historycznym centrum oraz chłonąć niezwykłą atmosferę tego miasta. Nie ukrywam, że mam do niego stosunek szczególny.
Zdołałem je bowiem nieźle poznać podczas kilku pobytów w latach 80-tych i na początku 90-tych. Na tyle, że oprowadzałem nawet po dzielnicach i miejscach zabytkowych dziennikarskie wyjazdy studyjne. A niedawno odświeżyłem i pogłębiłem tam ich znajomość i dawne wrażenia, poznając równocześnie wiele nowych miejsc, w trakcie wyjazdu poświęconego wyłącznie Stambułowi. Relacje z niego, z licznymi zdjęciami, nadal są do przeczytania na naszych łamach. Wystarczy w wyszukiwarce wpisać Turcja lub Stambuł. Nowy przewodnik Michelina po nim, wydany w tłumaczeniu polskim przez Bezdroża, nie ma ambicji przedstawienia i omówienia wszystkiego, co jest warte zobaczenia i poznania w tym kilkunastomilionowym megapolis nad Bosforem.
Ukazał się bowiem w serii Udany Weekend, przeznaczonej dla turystów wpadających tam na krótko i pragnących zobaczyć przede wszystkim to, co jest naprawdę najważniejsze. I to zadanie przewodnik spełnia z nawiązką. Gdyż nawet tylko odwiedzenie obiektów i miejsc zaprezentowanych w nim, wymaga spędzenia w Stambule nie jednego, ale wielu weekendów. Z niedosytem w momencie wyjazdu, jak wiele ciekawego pozostaje jeszcze do obejrzenia, odwiedzenia i przeżycia. Zgodnie z koncepcją tej serii przewodników ponad jedną trzecią jego objętości zajmują, umieszczone na początku, Informacje praktyczne. Czytelnik i potencjalny turysta dowie się z nich wiele o tym, jak powinien przygotować się do wyjazdu, na temat formalności wizowych i przepisów celnych, dolotu lub dojazdu, poruszania się na miejscu.
A także noclegów i wyżywienia ? z sugerowanymi przykładowo hotelami, restauracjami, barami. Ponadto o różnych możliwościach spędzania tam czasu oraz wypoczywania, robienia zakupów itp. Prezentacji samego miasta poświęcony jest kolejny rozdział. Krótszy już, gdyż niespełna 20-stronicowy Zaproszenie do podróży. Z krótką historią Bizancjum ? Konstantynopola ? Stambułu, informacjami o sztuce i architekturze, bardzo istotnym w Turcji rzemiośle, literaturze i kinie. A także tamtejszym społeczeństwie. Części czysto przewodnikowe, z opisem najciekawszych miejsc i zabytków, stanowią dwa rozdziały prezentujące najważniejsze dla turystów dzielnice tego ogromnego miasta w jego trzech podstawowych częściach.
A ponadto wybrane miejsca w okolicach: Bosfor, Polonezköy, czyli dawną polską wieś Adampol założoną przez naszych emigrantów po Powstaniu Listopadowym oraz Wyspy Książęce. Przewodnik wzbogaca ponad 130 kolorowych zdjęć. Poruszanie się po mieście i poznawanie go ułatwia zaś 6 planów i map. Niestety opisy na całościowym planie, umieszczonym na wewnętrznych stronach przedniej okładki, są wydrukowane tak małymi czcionkami, że odczytywanie ich wymaga lupy. Zastrzeżenia mam również do treści niektórych informacji zawartych w przewodniku. Można np. dowiedzieć się z niego, że czekanie na wizę w ambasadzie tureckiej w Warszawie trwa około 4-tygodni i znacznie szybsze jest otrzymywanie jej drogą elektroniczną.
Ja uzyskałem ją po 36 sekundach (!) od kliknięcia przelewu należności. Brak jednak ostrzeżenia, że w ambasadzie kosztuje ona kilkakrotnie więcej. Niezbyt ścisłe, a przynajmniej mało przejrzyste, są informacje o biletach komunikacji miejskiej w Stambule. Z uwagą, że osobne obowiązują w metrze i tramwajach. W rzeczywistości nie widziałem tam, często podróżując wszystkimi środkami, aby ktoś korzystał z jednorazowych biletów. Najbardziej opłacalne są bowiem elektroniczne Istambulkart ważne w metrze, tramwajach, autobusach i metrobusach, kolejkach szynowych typu górskiego, na promach, a nawet w toaletach. Należność odliczana jest automatycznie po zbliżeniu biletu do czytnika przy każdym wejściu, a na przystankach można sprawdzić, ile jeszcze pieniędzy pozostało oraz uzupełnić ich stan w wyjątkowo prosty sposób.
Nieścisłe są informacje dotyczące kościoła Aya Irini (Bożego Pokoju), nawiasem mówiąc starszego od pobliskiego, sławnego Hagia Sophia, chociaż też z IV w., z czasów cesarza Konstantyna, stojącego na pierwszym dziedzińcu, w obrębie murów pałacu Topkapi. Otwarty jest on nie tylko podczas odbywających się w nim koncertów, ale także w czasie dostępności tego kompleksu muzealnego. Z tym, że wpuszczani do niego są wyłącznie posiadacze kilkudniowej karty muzealnej - Museum Pass lub legitymacji prasowej, a prawdopodobnie także stowarzyszeń historyków sztuki. Ale już nie mogą wejść zwiedzający, którzy kupili jednorazowe bilety wstępu do Topkapi. A osobnych biletów, jak ma to miejsce np. w przypadku Haremu, do Aya Irini nie ma. Ponadto wbrew temu, co przeczytałem w przewodniku, wnętrze tej dawnej świątyni wypełniają nie tylko nagie kamienie i cegły.
A zachowała się nie tylko jedyna mozaika w absydzie przedstawiająca duży czarny krzyż na złotym tle. Jest tam również kilka ładnie zachowanych fresków o tematyce roślinnej przypominających kobierce na ścianach. Namalowanych, przynajmniej jeden, częściowo na starszym fresku, co utrwaliłem na zdjęciach. Innych, przynajmniej poważniejszych, błędów i nieścisłości nie zauważyłem w trakcie lektury. Chociaż co najmniej parokrotnie odczuwałem niedosyt czytając propozycje np. zwiedzania Stambułu w trzy lub cztery dni. Zabrakło w nich m.in. jednego z najwspanialszych dzieł genialnego architekta Koçy Mimara Sinana (1489-1586): meczetu i całego kompleksu Süleymaniye z grobowcami sułtana Sulejmana Wspaniałego i jego rodu oraz osobnym jego żony sułtanki, wcześniej tatarskiej branki i niewolnicy Roksolany, córki popa z Rohatyna w dawnej Rzeczypospolitej.
Czy nie uwzględnienia wśród najważniejszych, polecanych obiektów sławnych blisko 7-kilometrowych murów obronnych Konstantynopola. A to tylko przykłady pominięć. Chociaż zarówno te, jak i wiele innych zabytków omówionych jest w części przewodnikowej. Za plus uważam zawarte w niej m.in. krótkie informacje o tym, co warto zobaczyć w muzeach i pałacach, nawet z opisem sal najważniejszych z nich. Nadmiernie skrótowo potraktowane zostały natomiast zabytki i ciekawe miejsca azjatyckiej części miasta. A jest tam ich mnóstwo, w tym wspaniałych budowli wzniesionych przez Sinana, miejsc widokowych jak np. Küçük Çamlica, czy bulwar vis a vis wysepki Kizlesi.
Chociaż rozumiem, że turysta, który, zgodnie z założeniem tego przewodnika, ma do dyspozycji w Stambule 3-4 dni, przeważnie nie znajduje czasu, aby w ogóle wybrać się na wschodni brzeg Bosforu. Gdyż nawet na europejskim nie jest w stanie zobaczyć większości tego, co na to zasługuje. A szkoda! Mimo iż jest to przewodnik tylko na udany weekend, przydałaby się w nim informacja, że jakie takie "liźnięcie" tego niezwykłego miasta i poczucia chociażby trochę jego atmosfery, wymaga poświęcenia na to minimum 7-10 dni.
Bo naprawdę warto! Zachęcam więc nie tylko do lektury tego przewodnika, ale tych, którzy tam jeszcze nie byli, przede wszystkim do bezpośredniego poznawania Stambułu, jak tylko stanie się on znowu bezpieczny. Bo tych, którzy chociażby raz zdołali go zobaczyć i trochę zwiedzić, do ponownej podróży przeważnie namawiać nie trzeba. Dodam, że plusem ?Stambułu ? Udany Weekend? są włamane w tekst informacje w ramkach, chociaż szkoda, że bez ich spisu. Dobrym pomysłem było też uwzględnienie w tym przewodniku, oprócz tradycyjnego słowniczka polsko ? tureckiego z ważnymi zwrotami, także, na wewnętrznej stronie tylnej okładki, zwrotów ostrzegawczych w języku tureckim.
GLOBTROTER INFO Cezary Rudziński; 2017-04-26
Hiszpański dla bystrzaków. Wydanie II
Seria dla bystrzaków to książki starające się przekazać wiedzę w najprostszy możliwy sposób - wręcz łopatologicznie. Seria po polsku nazywa się dość ładnie: "dla bystrzaków", ale czuję w tym nutkę sarkazmu. Szczególnie gdy wziąć pod uwagę angielski tytuł: "For Dummies" czyli "dla głupków". Nie ma to jednak być naigrywanie się z czytelników, ale obietnica, że wiedza jest przekazywana w taki sposób, że nawet "bystrzak" ("dummy" - "głupek") zrozumie.
Autorka już na początku wyraźnie określa cel książki - przygotowano ją dla tych, którzy chcą szybko zacząć od zera. Niekoniecznie przedzierając się przez gramatykę i tysiące słówek. Powiedziałbym, że to swego rodzaju wytrych do języka. Czyli, jeżeli nic nie wiesz, a szybko chciałbyś zacząć to jest podręcznik dla ciebie. Ja wprawdzie nie należę do początkujących. Uczę się od paru miesięcy i znam już podstawową gramatykę. Mimo to książka okazała się wspaniałym przewodnikiem.
Najbardziej zaciekawił mnie chyba rozdział o nazwach potraw w różnych krajach hiszpańskojęzycznych. To taki miniprzewodnik, który warto przeczytać przed każdym wyjazdem do kolejnego takiego kraju. Niektóre nazwy potraw w różnych krajach oznaczają troszkę inną potrawę. Ciekawa jest lista “fałszywych przyjaciół”: np. “cura” znaczy ksiądz, a “rana” oznacza “żabę”. Region Galicia jest zarówno tam jak i w Polsce. Książka zawiera również mini słowniczek, mini rozmówki oraz tabele odmian czasowników. Krótko mówiąc jest tu wszystko czego potrzebuje początkujący.
Ja oczywiście najchętniej posłuchałbym tej książki. Niestety trzeba było ją przeczytać. Na szczęście jednak do książki papierowej dołączony jest dysk CD, a do ebooka link z plikami MP3. Można tam odsłuchać wszystkich dialogów z bardzo realistycznymi rozmowami.
Jest to świetny podręcznik dla początkujących, ale także dla tych, którzy chcieliby dowiedzieć się więcej. Dowiedzieć się więcej nie tylko o języku, ale też o krajach, w których jest używany. Podsumowując bardzo praktyczny i wyczerpujący podręcznik dla początkujących.
http://ksiazki.audio Piotr Borowski; 2017-04-24
Making Faces
Fani Amy Harmon na pewno wiedzą, jaki jest styl pisania tej autorki. Zazwyczaj są to chwytające za serce, przejmujące historie, ale tak piękne, że nie możemy się od nich oderwać. Dokładnie tak będzie też tym razem, gdy już poznamy głównych bohaterów – Fern i Ambrose’a, to z całego serca kibicować będziemy im do samego końca.
Ambrose od najmłodszych lat był wyjątkowym dzieckiem. Wyjątkowym z dwóch powodów – bardzo uzdolniony w zapasach, i bardzo przystojny. Fern natomiast to bardzo mądra i czuła dziewczynka, lecz zbytnio urodą nie obdarzona niestety. Dziewczyna zakochała się w Ambrose już od najmłodszych lat i później skrycie pielęgnowała w sobie tę miłość. On zaś niczego nieświadomy, po pewnym niemiłym incydencie zdawał się wręcz jej nie lubić. Tak mijały im lata nastoletnie, a żadne z nich nie mogło znaleźć w pełni odwzajemnionej miłości. Łączyła ich tylko jedna osoba – Bailey, kuzyn Fern i syn trenera, który sprawował opiekę sportową nad przystojnym zapaśnikiem.
Czy Fern i Ambrose wyprostują swoje relacje? A może wręcz odwrotnie, czeka ich długa rozłąka?
Właśnie to najbardziej lubię w książkach Amy Harmon – są to opowieści bardzo życiowe, takie które wciągają czytelnika już od pierwszej strony, a oderwać nie można się aż do ostatniej. To właśnie w takich książkach nigdy nie jesteśmy pewni (choć czasem podejrzewamy), czy zakończenie będzie szczęśliwe i właśnie takie jak byśmy tego chcieli. Szczególnie jeśli chodzi o tę autorkę, której powieści bardzo „grają na emocjach”. Za wspaniałe przykłady posłużyć może tutaj „Prawo Mojżesza”, lub „Pieśń Dawida”.
Książka przeznaczona dla miłośników romansów, obyczajowych powieści, ale i po części dla tych którzy czytają wiele dramatów, dlatego, że akurat dramatycznych sytuacji w tej pięknej książce nie brakuje. Zobaczymy tutaj ludzkie tragedie, walkę o honor ale i za kraj, patriotyzm którego młodzi ludzie w tych czasach tak bardzo poszukują, a w końcu miłość i czyste prawdziwe uczucie.
Ogromnie polecam!
DobreRecenzje.pl Edyta; 2017-04-26