Recenzje
CO-DZIENNIK
„Co-dziennik” Lucyny Klimczak to nietypowa książka, która z powodzeniem może zastąpić noworoczne postanowienia. Zawarte w niej pytania i zadania na każdy dzień roku, pozwolą odbyć niezwykłą podróż w głąb siebie i zainicjować ważne zmiany w życiu. Można nawet powiedzieć, że to książka, którą treścią wypełnia sam czytelnik.
Półki w księgarniach uginają się pod ciężarem różnej maści poradników, które mają zapewnić powodzenie w dowolnej dziedzinie życia. To, że jest ich tak wiele, stanowi reakcję wydawców na potrzeby czytelników, którzy poszukują wsparcia w wybranych aspektach. Problem w tym, że odpowiedzi, jakie otrzymują, często nie są dopasowane do ich indywidualnych sytuacji. Czytelnik kończy więc lekturę z przekonaniem, że treść książki, choć często wartościowa, jest akurat „nie dla niego”.
Może więc dla osoby, która chce wprowadzić zmiany w swoim życiu lepszy byłby coaching? Seria rozmów z osobą, która zadając celne pytania, pozwoli wydobyć z odbiorcy jego potencjał i pomoże odnaleźć dobre odpowiedzi na najważniejsze dla niego kwestie?
– Coaching jest relatywnie drogi, a przez to nie jest dostępny dla każdego, kto jest zainteresowany własnym rozwojem – mówi Lucyna Klimczak, która sama pracuje jako coach. – Tymczasem w mojej książce znaleźć można wiele pytań, które powinien sobie zadać każdy, kto chce lepiej zrozumieć samego siebie, swoje cele, potrzeby i marzenia – dodaje.
Książka pisana przez czytelnika
Jak wspomnieliśmy, „Co-dziennik” nie jest zwykłą książką. Uwagę zwraca już okładka, na której czytelnik znajdzie… swoje odbicie oraz miejsce na własny podpis. Lustro na okładce ma uświadomić odbiorcy, że to książka o nim i dla niego. To on sam powinien uzupełnić ją treścią, którą w sobie nosi.
W jaki sposób? Otóż, „Co-dziennik” składa się z 365 stron z pytania i zadaniami. Nie ma w tej publikacji typowych rozdziałów – nie ma teoretycznych wyjaśnień, rozważań autorki, czy też pochodzących od niej podpowiedzi. Są za to pytania wzbogacone ilustracjami studentki ASP, Sylwii Bednarz.
Każda strona zawiera zadanie na kolejny dzień roku. Niektóre pytania są lakonicznie, co nie znaczy, że udzielenie na nie odpowiedzi jest łatwe – np. „Co by było, gdybyś upadł?”. Inne wymagają wykonania określonych czynności, np. „Miej dziś przy sobie pudełko zapałek. Za każdym razem gdy będziesz z siebie zadowolony, albo zrobisz coś, co Cię ucieszyło, zapal jedną zapałkę. Zanotuj, ile zapałek udało Ci się spalić.” Jeszcze inne są zadaniami, na które trzeba przeznaczyć więcej czasu – np. patrząc na dany problem z dwóch perspektyw i w tym celu siadając na dwóch, ustawionych naprzeciwko siebie krzesłach.
– „Co-dziennik” to przede wszystkim zachęta do tego, by znaleźć chwilę dla siebie. Tę nie-książkę można traktować niczym specyficzny pamiętnik, który zostawimy sobie i bliskim. Po latach można będzie do niego sięgnąć i zobaczyć, kim było się w 2017 roku. A może i w kolejnych latach, bo w zasadzie co roku można go pisać na nowo – przekonuje autorka.
Kreatywne skutki eksperymentu
Tak, jak nietypowa jest to książka, tak też nie niezwykła jest jej geneza. W 2015 roku Lucyna Klimczak pracowała na stanowisku dyrektora regionalnego sprzedaży w dynamicznie rozwijającej się firmie. Gdy struktury firmy rozrastały się, coraz częściej brakowało jej mniej zawodowych, a bardziej „ludzkich” relacji z innymi pracownikami – wpadła więc na niezwykły pomysł. Chętnym osobom zaproponowała udział w projekcie, w ramach którego codziennie wysyłała jednego maila z pytaniem do przemyślenia. Kto zechciał odpowiedzieć, otrzymywał pytania pogłębiające badany temat. Kto nie zdążył odpowiedzieć w 24 godziny, odpadał z zabawy. Nagrodą dla tych, którzy wytrwali przez miesiąc, była seria trzech sesji coachingowych.
– Projekt pokazał mi zupełnie inne twarze osób, o których myślałam, że je znam. Zrozumiałam, że znam je tylko z widzenia, z przelotnych rozmów, które naznaczone formalną hierarchią zawsze kryją w sobie dozę zachowawczości. Mam w sobie ogromny szacunek dla inności. Przemyślenia osób, z którymi korespondowałam, wielokrotnie wprawiały mnie w zachwyt i przyśpieszały bicie serca – wspomina Lucyna Klimczak.
Wkrótce późniejsza autorka „Co-dziennika” straciła pracę, ale nie pożegnała się ze swoim projektem. Wręcz przeciwnie – 3-miesięczny okres wypowiedzenia przeznaczyła na spisanie wszystkich pytań, które w jej ocenie każdy choć raz w życiu powinien sobie zadać. Wtedy też zrodził się pomysł wydania takiego zestawu do „auto-coachingu” w formie książki.
Książka zamiast postanowień
Choć opisowa zawartość książki nie jest zbyt rozległa, publikacja ta może przynieść czytelnikowi wiele korzyści. Przede wszystkim „Co-dziennik” uczy dyscypliny – wyrabia nawyk poświęcania czasu samemu sobie. Poza tym jednak uczy uważności, pobudza wyobraźnię, pozwala przełamywać stereotypy i myślowe schematy, czy chociażby pozwala na zapisywanie własnych wspomnień. Długo jeszcze można by wymieniać…
Nic dziwnego, że szukanie wydawcy dla tak wszechstronnej publikacji nie trwało długo. Lucyna Klimczak zgłosiła się ze swoim pomysłem do trzech wydawnictw, z czego jedno zainteresowało się nim niemal natychmiast. Książka wydana przez Sensus trafi do księgarń w styczniu.
– Gdy przebrzmią już postanowienia noworoczne, czyli zwykle po pierwszym tygodniu stycznia, możemy sięgnąć po coś w czym wytrwamy, choć będzie to wymagające – podkreśla autorka, po czym dodaje: – Mam w sobie ogromną wiarę, że można w tej książce znaleźć jedno pytanie, zadanie dla siebie, które sprawi, że staniemy się lepsi dla siebie samych i równocześnie dla innych. To nie jest książka do przeczytania – to książka, którą należy przeżyć.
Półki w księgarniach uginają się pod ciężarem różnej maści poradników, które mają zapewnić powodzenie w dowolnej dziedzinie życia. To, że jest ich tak wiele, stanowi reakcję wydawców na potrzeby czytelników, którzy poszukują wsparcia w wybranych aspektach. Problem w tym, że odpowiedzi, jakie otrzymują, często nie są dopasowane do ich indywidualnych sytuacji. Czytelnik kończy więc lekturę z przekonaniem, że treść książki, choć często wartościowa, jest akurat „nie dla niego”.
Może więc dla osoby, która chce wprowadzić zmiany w swoim życiu lepszy byłby coaching? Seria rozmów z osobą, która zadając celne pytania, pozwoli wydobyć z odbiorcy jego potencjał i pomoże odnaleźć dobre odpowiedzi na najważniejsze dla niego kwestie?
– Coaching jest relatywnie drogi, a przez to nie jest dostępny dla każdego, kto jest zainteresowany własnym rozwojem – mówi Lucyna Klimczak, która sama pracuje jako coach. – Tymczasem w mojej książce znaleźć można wiele pytań, które powinien sobie zadać każdy, kto chce lepiej zrozumieć samego siebie, swoje cele, potrzeby i marzenia – dodaje.
Książka pisana przez czytelnika
Jak wspomnieliśmy, „Co-dziennik” nie jest zwykłą książką. Uwagę zwraca już okładka, na której czytelnik znajdzie… swoje odbicie oraz miejsce na własny podpis. Lustro na okładce ma uświadomić odbiorcy, że to książka o nim i dla niego. To on sam powinien uzupełnić ją treścią, którą w sobie nosi.
W jaki sposób? Otóż, „Co-dziennik” składa się z 365 stron z pytania i zadaniami. Nie ma w tej publikacji typowych rozdziałów – nie ma teoretycznych wyjaśnień, rozważań autorki, czy też pochodzących od niej podpowiedzi. Są za to pytania wzbogacone ilustracjami studentki ASP, Sylwii Bednarz.
Każda strona zawiera zadanie na kolejny dzień roku. Niektóre pytania są lakonicznie, co nie znaczy, że udzielenie na nie odpowiedzi jest łatwe – np. „Co by było, gdybyś upadł?”. Inne wymagają wykonania określonych czynności, np. „Miej dziś przy sobie pudełko zapałek. Za każdym razem gdy będziesz z siebie zadowolony, albo zrobisz coś, co Cię ucieszyło, zapal jedną zapałkę. Zanotuj, ile zapałek udało Ci się spalić.” Jeszcze inne są zadaniami, na które trzeba przeznaczyć więcej czasu – np. patrząc na dany problem z dwóch perspektyw i w tym celu siadając na dwóch, ustawionych naprzeciwko siebie krzesłach.
– „Co-dziennik” to przede wszystkim zachęta do tego, by znaleźć chwilę dla siebie. Tę nie-książkę można traktować niczym specyficzny pamiętnik, który zostawimy sobie i bliskim. Po latach można będzie do niego sięgnąć i zobaczyć, kim było się w 2017 roku. A może i w kolejnych latach, bo w zasadzie co roku można go pisać na nowo – przekonuje autorka.
Kreatywne skutki eksperymentu
Tak, jak nietypowa jest to książka, tak też nie niezwykła jest jej geneza. W 2015 roku Lucyna Klimczak pracowała na stanowisku dyrektora regionalnego sprzedaży w dynamicznie rozwijającej się firmie. Gdy struktury firmy rozrastały się, coraz częściej brakowało jej mniej zawodowych, a bardziej „ludzkich” relacji z innymi pracownikami – wpadła więc na niezwykły pomysł. Chętnym osobom zaproponowała udział w projekcie, w ramach którego codziennie wysyłała jednego maila z pytaniem do przemyślenia. Kto zechciał odpowiedzieć, otrzymywał pytania pogłębiające badany temat. Kto nie zdążył odpowiedzieć w 24 godziny, odpadał z zabawy. Nagrodą dla tych, którzy wytrwali przez miesiąc, była seria trzech sesji coachingowych.
– Projekt pokazał mi zupełnie inne twarze osób, o których myślałam, że je znam. Zrozumiałam, że znam je tylko z widzenia, z przelotnych rozmów, które naznaczone formalną hierarchią zawsze kryją w sobie dozę zachowawczości. Mam w sobie ogromny szacunek dla inności. Przemyślenia osób, z którymi korespondowałam, wielokrotnie wprawiały mnie w zachwyt i przyśpieszały bicie serca – wspomina Lucyna Klimczak.
Wkrótce późniejsza autorka „Co-dziennika” straciła pracę, ale nie pożegnała się ze swoim projektem. Wręcz przeciwnie – 3-miesięczny okres wypowiedzenia przeznaczyła na spisanie wszystkich pytań, które w jej ocenie każdy choć raz w życiu powinien sobie zadać. Wtedy też zrodził się pomysł wydania takiego zestawu do „auto-coachingu” w formie książki.
Książka zamiast postanowień
Choć opisowa zawartość książki nie jest zbyt rozległa, publikacja ta może przynieść czytelnikowi wiele korzyści. Przede wszystkim „Co-dziennik” uczy dyscypliny – wyrabia nawyk poświęcania czasu samemu sobie. Poza tym jednak uczy uważności, pobudza wyobraźnię, pozwala przełamywać stereotypy i myślowe schematy, czy chociażby pozwala na zapisywanie własnych wspomnień. Długo jeszcze można by wymieniać…
Nic dziwnego, że szukanie wydawcy dla tak wszechstronnej publikacji nie trwało długo. Lucyna Klimczak zgłosiła się ze swoim pomysłem do trzech wydawnictw, z czego jedno zainteresowało się nim niemal natychmiast. Książka wydana przez Sensus trafi do księgarń w styczniu.
– Gdy przebrzmią już postanowienia noworoczne, czyli zwykle po pierwszym tygodniu stycznia, możemy sięgnąć po coś w czym wytrwamy, choć będzie to wymagające – podkreśla autorka, po czym dodaje: – Mam w sobie ogromną wiarę, że można w tej książce znaleźć jedno pytanie, zadanie dla siebie, które sprawi, że staniemy się lepsi dla siebie samych i równocześnie dla innych. To nie jest książka do przeczytania – to książka, którą należy przeżyć.
manager24.pl Andrzej; 2017-01-05
CO-DZIENNIK
„Co-dziennik” Lucyny Klimczak to nietypowa książka, która z powodzeniem może zastąpić noworoczne postanowienia. Zawarte w niej pytania i zadania na każdy dzień roku, pozwolą odbyć niezwykłą podróż w głąb siebie i zainicjować ważne zmiany w życiu. Można nawet powiedzieć, że to książka, którą treścią wypełnia sam czytelnik.
Półki w księgarniach uginają się pod ciężarem różnej maści poradników, które mają zapewnić powodzenie w dowolnej dziedzinie życia. To, że jest ich tak wiele, stanowi reakcję wydawców na potrzeby czytelników, którzy poszukują wsparcia w wybranych aspektach. Problem w tym, że odpowiedzi, jakie otrzymują, często nie są dopasowane do ich indywidualnych sytuacji. Czytelnik kończy więc lekturę z przekonaniem, że treść książki, choć często wartościowa, jest akurat „nie dla niego”.
Może więc dla osoby, która chce wprowadzić zmiany w swoim życiu lepszy byłby coaching? Seria rozmów z osobą, która zadając celne pytania, pozwoli wydobyć z odbiorcy jego potencjał i pomoże odnaleźć dobre odpowiedzi na najważniejsze dla niego kwestie?
– Coaching jest relatywnie drogi, a przez to nie jest dostępny dla każdego, kto jest zainteresowany własnym rozwojem – mówi Lucyna Klimczak, która sama pracuje jako coach. – Tymczasem w mojej książce znaleźć można wiele pytań, które powinien sobie zadać każdy, kto chce lepiej zrozumieć samego siebie, swoje cele, potrzeby i marzenia – dodaje.
Książka pisana przez czytelnika
Jak wspomnieliśmy, „Co-dziennik” nie jest zwykłą książką. Uwagę zwraca już okładka, na której czytelnik znajdzie… swoje odbicie oraz miejsce na własny podpis. Lustro na okładce ma uświadomić odbiorcy, że to książka o nim i dla niego. To on sam powinien uzupełnić ją treścią, którą w sobie nosi.
W jaki sposób? Otóż, „Co-dziennik” składa się z 365 stron z pytania i zadaniami. Nie ma w tej publikacji typowych rozdziałów – nie ma teoretycznych wyjaśnień, rozważań autorki, czy też pochodzących od niej podpowiedzi. Są za to pytania wzbogacone ilustracjami studentki ASP, Sylwii Bednarz.
Każda strona zawiera zadanie na kolejny dzień roku. Niektóre pytania są lakonicznie, co nie znaczy, że udzielenie na nie odpowiedzi jest łatwe – np. „Co by było, gdybyś upadł?”. Inne wymagają wykonania określonych czynności, np. „Miej dziś przy sobie pudełko zapałek. Za każdym razem gdy będziesz z siebie zadowolony, albo zrobisz coś, co Cię ucieszyło, zapal jedną zapałkę. Zanotuj, ile zapałek udało Ci się spalić.” Jeszcze inne są zadaniami, na które trzeba przeznaczyć więcej czasu – np. patrząc na dany problem z dwóch perspektyw i w tym celu siadając na dwóch, ustawionych naprzeciwko siebie krzesłach.
– „Co-dziennik” to przede wszystkim zachęta do tego, by znaleźć chwilę dla siebie. Tę nie-książkę można traktować niczym specyficzny pamiętnik, który zostawimy sobie i bliskim. Po latach można będzie do niego sięgnąć i zobaczyć, kim było się w 2017 roku. A może i w kolejnych latach, bo w zasadzie co roku można go pisać na nowo – przekonuje autorka.
Kreatywne skutki eksperymentu
Tak, jak nietypowa jest to książka, tak też nie niezwykła jest jej geneza. W 2015 roku Lucyna Klimczak pracowała na stanowisku dyrektora regionalnego sprzedaży w dynamicznie rozwijającej się firmie. Gdy struktury firmy rozrastały się, coraz częściej brakowało jej mniej zawodowych, a bardziej „ludzkich” relacji z innymi pracownikami – wpadła więc na niezwykły pomysł. Chętnym osobom zaproponowała udział w projekcie, w ramach którego codziennie wysyłała jednego maila z pytaniem do przemyślenia. Kto zechciał odpowiedzieć, otrzymywał pytania pogłębiające badany temat. Kto nie zdążył odpowiedzieć w 24 godziny, odpadał z zabawy. Nagrodą dla tych, którzy wytrwali przez miesiąc, była seria trzech sesji coachingowych.
– Projekt pokazał mi zupełnie inne twarze osób, o których myślałam, że je znam. Zrozumiałam, że znam je tylko z widzenia, z przelotnych rozmów, które naznaczone formalną hierarchią zawsze kryją w sobie dozę zachowawczości. Mam w sobie ogromny szacunek dla inności. Przemyślenia osób, z którymi korespondowałam, wielokrotnie wprawiały mnie w zachwyt i przyśpieszały bicie serca – wspomina Lucyna Klimczak.
Wkrótce późniejsza autorka „Co-dziennika” straciła pracę, ale nie pożegnała się ze swoim projektem. Wręcz przeciwnie – 3-miesięczny okres wypowiedzenia przeznaczyła na spisanie wszystkich pytań, które w jej ocenie każdy choć raz w życiu powinien sobie zadać. Wtedy też zrodził się pomysł wydania takiego zestawu do „auto-coachingu” w formie książki.
Książka zamiast postanowień
Choć opisowa zawartość książki nie jest zbyt rozległa, publikacja ta może przynieść czytelnikowi wiele korzyści. Przede wszystkim „Co-dziennik” uczy dyscypliny – wyrabia nawyk poświęcania czasu samemu sobie. Poza tym jednak uczy uważności, pobudza wyobraźnię, pozwala przełamywać stereotypy i myślowe schematy, czy chociażby pozwala na zapisywanie własnych wspomnień. Długo jeszcze można by wymieniać…
Nic dziwnego, że szukanie wydawcy dla tak wszechstronnej publikacji nie trwało długo. Lucyna Klimczak zgłosiła się ze swoim pomysłem do trzech wydawnictw, z czego jedno zainteresowało się nim niemal natychmiast. Książka wydana przez Sensus trafi do księgarń w styczniu.
– Gdy przebrzmią już postanowienia noworoczne, czyli zwykle po pierwszym tygodniu stycznia, możemy sięgnąć po coś w czym wytrwamy, choć będzie to wymagające – podkreśla autorka, po czym dodaje: – Mam w sobie ogromną wiarę, że można w tej książce znaleźć jedno pytanie, zadanie dla siebie, które sprawi, że staniemy się lepsi dla siebie samych i równocześnie dla innych. To nie jest książka do przeczytania – to książka, którą należy przeżyć.
Półki w księgarniach uginają się pod ciężarem różnej maści poradników, które mają zapewnić powodzenie w dowolnej dziedzinie życia. To, że jest ich tak wiele, stanowi reakcję wydawców na potrzeby czytelników, którzy poszukują wsparcia w wybranych aspektach. Problem w tym, że odpowiedzi, jakie otrzymują, często nie są dopasowane do ich indywidualnych sytuacji. Czytelnik kończy więc lekturę z przekonaniem, że treść książki, choć często wartościowa, jest akurat „nie dla niego”.
Może więc dla osoby, która chce wprowadzić zmiany w swoim życiu lepszy byłby coaching? Seria rozmów z osobą, która zadając celne pytania, pozwoli wydobyć z odbiorcy jego potencjał i pomoże odnaleźć dobre odpowiedzi na najważniejsze dla niego kwestie?
– Coaching jest relatywnie drogi, a przez to nie jest dostępny dla każdego, kto jest zainteresowany własnym rozwojem – mówi Lucyna Klimczak, która sama pracuje jako coach. – Tymczasem w mojej książce znaleźć można wiele pytań, które powinien sobie zadać każdy, kto chce lepiej zrozumieć samego siebie, swoje cele, potrzeby i marzenia – dodaje.
Książka pisana przez czytelnika
Jak wspomnieliśmy, „Co-dziennik” nie jest zwykłą książką. Uwagę zwraca już okładka, na której czytelnik znajdzie… swoje odbicie oraz miejsce na własny podpis. Lustro na okładce ma uświadomić odbiorcy, że to książka o nim i dla niego. To on sam powinien uzupełnić ją treścią, którą w sobie nosi.
W jaki sposób? Otóż, „Co-dziennik” składa się z 365 stron z pytania i zadaniami. Nie ma w tej publikacji typowych rozdziałów – nie ma teoretycznych wyjaśnień, rozważań autorki, czy też pochodzących od niej podpowiedzi. Są za to pytania wzbogacone ilustracjami studentki ASP, Sylwii Bednarz.
Każda strona zawiera zadanie na kolejny dzień roku. Niektóre pytania są lakonicznie, co nie znaczy, że udzielenie na nie odpowiedzi jest łatwe – np. „Co by było, gdybyś upadł?”. Inne wymagają wykonania określonych czynności, np. „Miej dziś przy sobie pudełko zapałek. Za każdym razem gdy będziesz z siebie zadowolony, albo zrobisz coś, co Cię ucieszyło, zapal jedną zapałkę. Zanotuj, ile zapałek udało Ci się spalić.” Jeszcze inne są zadaniami, na które trzeba przeznaczyć więcej czasu – np. patrząc na dany problem z dwóch perspektyw i w tym celu siadając na dwóch, ustawionych naprzeciwko siebie krzesłach.
– „Co-dziennik” to przede wszystkim zachęta do tego, by znaleźć chwilę dla siebie. Tę nie-książkę można traktować niczym specyficzny pamiętnik, który zostawimy sobie i bliskim. Po latach można będzie do niego sięgnąć i zobaczyć, kim było się w 2017 roku. A może i w kolejnych latach, bo w zasadzie co roku można go pisać na nowo – przekonuje autorka.
Kreatywne skutki eksperymentu
Tak, jak nietypowa jest to książka, tak też nie niezwykła jest jej geneza. W 2015 roku Lucyna Klimczak pracowała na stanowisku dyrektora regionalnego sprzedaży w dynamicznie rozwijającej się firmie. Gdy struktury firmy rozrastały się, coraz częściej brakowało jej mniej zawodowych, a bardziej „ludzkich” relacji z innymi pracownikami – wpadła więc na niezwykły pomysł. Chętnym osobom zaproponowała udział w projekcie, w ramach którego codziennie wysyłała jednego maila z pytaniem do przemyślenia. Kto zechciał odpowiedzieć, otrzymywał pytania pogłębiające badany temat. Kto nie zdążył odpowiedzieć w 24 godziny, odpadał z zabawy. Nagrodą dla tych, którzy wytrwali przez miesiąc, była seria trzech sesji coachingowych.
– Projekt pokazał mi zupełnie inne twarze osób, o których myślałam, że je znam. Zrozumiałam, że znam je tylko z widzenia, z przelotnych rozmów, które naznaczone formalną hierarchią zawsze kryją w sobie dozę zachowawczości. Mam w sobie ogromny szacunek dla inności. Przemyślenia osób, z którymi korespondowałam, wielokrotnie wprawiały mnie w zachwyt i przyśpieszały bicie serca – wspomina Lucyna Klimczak.
Wkrótce późniejsza autorka „Co-dziennika” straciła pracę, ale nie pożegnała się ze swoim projektem. Wręcz przeciwnie – 3-miesięczny okres wypowiedzenia przeznaczyła na spisanie wszystkich pytań, które w jej ocenie każdy choć raz w życiu powinien sobie zadać. Wtedy też zrodził się pomysł wydania takiego zestawu do „auto-coachingu” w formie książki.
Książka zamiast postanowień
Choć opisowa zawartość książki nie jest zbyt rozległa, publikacja ta może przynieść czytelnikowi wiele korzyści. Przede wszystkim „Co-dziennik” uczy dyscypliny – wyrabia nawyk poświęcania czasu samemu sobie. Poza tym jednak uczy uważności, pobudza wyobraźnię, pozwala przełamywać stereotypy i myślowe schematy, czy chociażby pozwala na zapisywanie własnych wspomnień. Długo jeszcze można by wymieniać…
Nic dziwnego, że szukanie wydawcy dla tak wszechstronnej publikacji nie trwało długo. Lucyna Klimczak zgłosiła się ze swoim pomysłem do trzech wydawnictw, z czego jedno zainteresowało się nim niemal natychmiast. Książka wydana przez Sensus trafi do księgarń w styczniu.
– Gdy przebrzmią już postanowienia noworoczne, czyli zwykle po pierwszym tygodniu stycznia, możemy sięgnąć po coś w czym wytrwamy, choć będzie to wymagające – podkreśla autorka, po czym dodaje: – Mam w sobie ogromną wiarę, że można w tej książce znaleźć jedno pytanie, zadanie dla siebie, które sprawi, że staniemy się lepsi dla siebie samych i równocześnie dla innych. To nie jest książka do przeczytania – to książka, którą należy przeżyć.
manager24.pl Andrzej; 2017-01-05
Zeszyt łobuza i jego kumpli
Obudź w sobie łobuza
"Zeszyt łobuza i jego kumpli" to kreatywna książka, której zadaniem jest pobudzanie dziecięcej wyobraźni i stwarzanie pomysłów na świetną zabawę. W zeszycie można (a nawet trzeba!) rysować, wycinać" i kleić. Znajdziemy tu ponad sto zadań, prostych doświadczeń i zabaw, które dziecko może wykonywać samodzielnie lub w towarzystwie kolegów.
Domowa erupcja wulkanu, tajny szyfr, mumia, list do Św. Mikołaja, a także niezliczone zagadki i ąuizy zajmą chłopców (dziewczynki również chętnie je wykonują) w wieku 7-11 lat na całe godziny. I to bez użycia komputera!
"Zeszyt łobuza i jego kumpli" to kreatywna książka, której zadaniem jest pobudzanie dziecięcej wyobraźni i stwarzanie pomysłów na świetną zabawę. W zeszycie można (a nawet trzeba!) rysować, wycinać" i kleić. Znajdziemy tu ponad sto zadań, prostych doświadczeń i zabaw, które dziecko może wykonywać samodzielnie lub w towarzystwie kolegów.
Domowa erupcja wulkanu, tajny szyfr, mumia, list do Św. Mikołaja, a także niezliczone zagadki i ąuizy zajmą chłopców (dziewczynki również chętnie je wykonują) w wieku 7-11 lat na całe godziny. I to bez użycia komputera!
otopanorama.pl PK; 2017-01-05
Prawo Mojżesza
"Prawo Mojżesza" to specyficzna książka. Z jednej strony dziwna, jak on, tytułowy Mojżesz. A z drugiej strony piękna, pełna miłości, bólu, cierpienia, śmierci. Bez wątpienia to książka, którą musicie przeczytać. To książka, którą pokochałam i mam nadzieję, że wy również ją pokochacie!
Gdy dostałam możliwość przeczytania tej książki i zrecenzowania jej przedpremierowo na blogu, nie byłam zainteresowana. Przeszła obok mnie niezauważona. Nie dostrzegłam w niej czegoś, co chciałabym przeczytać. Dopiero, gdy zauważyłam wysyp recenzji, pochwał, zachwytów, ochów i achów odnośnie tej książki, wiedziałam, że muszę ją przeczytać. I jestem bardzo, ale to bardzo zadowolona z tego, że zdecydowałam się na ten krok. Bo to cudowna książka.
Mojżesz został porzucony przez matkę narkomankę w koszu na pranie w pralni. Jego matka kilka dni później zmarła. A on..przeżył. Pielęgniarki w szpitalu nazwały go Mojżesz, tak, jak ten z Biblii. Mojżesz jako dziecko był bardzo niegrzecznym, porywczym chłopcem, którego trudno było nauczyć dyscypliny. Był przerzucany w rodzinie z rąk do rąk i wychowywany przez różnych członków rodziny. Najdłużej został z Babcią, którą nazwał Gi. Z nią najlepiej się dogadywał, poza tym...ona znała jego sekret i wierzyła mu. Poza nią, chłopak nie dopuszcza do siebie nikogo. Mojżesz pojawia się w wieku osiemnastu lat na farmie rodziców Georgii. Na prośbę jego babci, ma pomagać w codziennych obowiązkach. Był bardzo pracowity i pełen energii, ale i oschły i nieprzewidywalny. Przerażający. Jednak Georgii to nie przeszkadza. Postanawia, wbrew rodzicom, zbliżyć się do niego za wszelką cenę.
To zupełnie inna książka. Taka, z jaką jeszcze nigdy się nie spotkaliście. Tego możecie być pewni. Po pierwsze - dar, a raczej przekleństwo, które posiada Mojżesz. Bo Mojżesz to osoba, która potrafi nawiązywać kontakt ze zmarłymi. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że to oni przychodzą do niego niespodziewanie. Przychodzą i pokazują mu swoje wspomnienia. A on, aby obronić się przed nimi, aby oni w końcu odeszli, maluje obrazy, które mu przedstawiają. Przynosi mu to niestety mnóstwa problemów, gdyż jego dzieła "zdobią" całą wieś. Nie potrafi powstrzymać się od malowania i maluje wszędzie, gdzie się da, zwłaszcza tam, gdzie jest to zabronione. Gdyby tego było mało, każdy myśli, że to właśnie on, Mojżesz Wright przyczynił się do śmierci wielu ludzi, zwłaszcza młodych blondynek, które zostały porwane w okolicy.
Ufa mu jedynie Georgia. Mimo, iż początkowo się go trochę boi, chce go poznać. Za wszelką cenę. Robi wszystko, aby przebywać z nim jak najdłużej i jak najczęściej. W pewnym momencie mam wrażenie, że ona jest za bardzo nachalna. Pcha się tam, gdzie jej nie chcą. Jednak ona wierzy, wierzy w to, że Mojżesz ją kocha, tak jak ona jego. I nie przyjmuje innego wytłumaczenia.
Zupełnie nie miałam pojęcia, czego powinnam się po niej spodziewać. Wiedziałam tylko, że wszyscy się nią tak strasznie zachwycali. I mieli rację. To jest absolutny hit!
Książka jest przepiękna. Inna, zupełnie inna, niż wszystkie z gatunku New/Young Adult. Tak bardzo piękna i tak bardzo zapadająca w pamięć. Bo pewne jest to, że nie zapomnę jej przez długi czas. I będę ją wspominała na pewno przez długi czas.
Czytałam ją z tak wielką ciekawością. I tak strasznie bałam się zakończenia. Tego, że autorka zrobi coś, po czym się nie podniosę. Za bardzo wzięłam sobie do serca słowa z okładki, tego, że "Ta historia nie skończy się happy endem". Dla mnie właśnie to był happy end. Taki, którego zupełnie się nie spodziewałam. Jedno jest pewne. Jest idealne. Dokładnie tak samo, jak cała książka. Bo bez żadnego wahania mogę nazwać ją idealną.
Tyle emocji, które ta powieś dostarczyła mi podczas lektury, dawno żadna inna mi nie dała. Czytając, zwłaszcza część "Po" miałam łzy w oczach prawie cały czas. Przepiękna historia, która trafiła prosto do mojego serca i która na pewno szybko z niego nie wyjdzie. Nawet nie chcę, żeby wychodziła.
Jestem bardzo szczęśliwa, że nie zawiodłam się na tej książce. Nie spodziewałam się jednak, że aż tak przypadnie mi do gustu. Chyba rozumiecie, co chcę przez to powiedzieć? To, że tę książkę po prostu musicie przeczytać. Nie da się słowami opisać tego, czym ta książka jest i jaka jest. To musicie sprawdzić sami. I mam nadzieję, że tak jak ja, nie zawiedziecie się na niej.
Teraz z niecierpliwością wyczekuję na to, aż będę mogła przeczytać inną książkę autorki "Pieśń Dawida".
Blaskksiazek.pl Małgorzata Chlipała; 2016-10-02
Sny Morfeusza
Nie mam zbyt dobrego zdania o książkach polskich autorek. Owszem, zdarzają się perełki, jednak niestety mało która powieść wywołuje we mnie większe emocje. Największym fiaskiem było dotąd pole literatury erotycznej. Dlatego postanowiłam jeszcze raz spróbować z książką polskiej autorki w tym gatunku. Stanęło na najnowszej powieści K.N. Haner "Sny Morfeusza".
Dzień jak każdy inny. Cassandra udaje się na rozmowę o pracę do jednej z najważniejszych firm na rynku. Nie spodziewa się, że jej rozmówca okaże się skończonym gburem. Niewiele później odwiedza pewny nocny klub, w którym poznaje Morfeusza w tajemniczej masce.Spędza z nim upojne chwile, o których trudno jej potem zapomnieć. Na dniach dostaje telefon z wiadomością o przyjęciu na stanowisko, na które aplikowała. Tak rozpoczyna się erotyczna przygoda Cassandy, a wraz z nią liczne dylematy, problemy i dziesiątki tajemnic do rozwiązania.
Jak na książkę polskiej autorki w gatunku literatury erotycznej, czuję się usatysfakcjonowana lekturą. K.N. Haner zdecydowanie poprawiła swój warsztat od czasu opublikowania pierwszego tomu "Na szczycie". Akcja toczy się płynniej, fabuła jest konkretniejsza i jakby dokładniej zaplanowana. Pojawiły się pewne nieścisłości i rzeczy, które nie do końca do mnie przemówiły, ale były one na tyle drobne, że nie będę się do nich przyczepiać. Szczególnie, że jeśli cokolwiek więcej Wam o nich powiem, to zepsuję część niespodzianek w trakcie lektury, a wierzcie mi, że warto samemu się z nią zapoznać i odkrywać historię wraz z bohaterami.
Istotnym elementem każdego erotyka są oczywiście sceny łóżkowe - chociaż "łóżkowe" to nie jest odpowiednie słowo w przypadku tej powieści, ponieważ główni bohaterowie uprawiają seks wszędzie, niemal każdego dnia. Mieszkanie, samochód, hotel, samolot - to tylko kilka z miejsc, które zapewne w pamięci Cassandry zapisały się jako orgazmiczne. Piszę o tym jednak nie po to, by skomentować apetyt seksualny postaci, lecz by podkreślić, że u K.N. Haner nie doświadczymy schematów w scenach seksu jak przykładowo w serii Crossfire. Każda scena czymś się od siebie różni - pozycją, miejscem, zachowaniem bohaterów, efektem końcowym etc. To zdecydowanie zadowoli fanki literatury erotycznej, które są znudzone powieściami z "momentami", które wyglądają jak skopiowane - z rozdziału na rozdział.
Niemniej nie mogę pominąć bohaterów, którzy doprowadzali mnie momentami do szału. Owszem,Morfeusz był mega seksowny i rzeczywiście mnie zainteresował swoją osobowością, jednak jego nieustanna potrzeba sprawowania kontroli nad wszystkim i wszystkimi niezwykle mnie wkurzała. U Greya to było seksowne, tutaj niestety mocno przesadzone. I jakby niestety skopiowane od E.L. James. Cassandra miała swoje momenty, jednak nie podobała mi się jej relacja z Tommym (a tak naprawdę jej podejście do ich relacji)oraz niesłowność. Jej nastrój, tak samo jak jego zresztą, zmieniał się jak w kalejdoskopie i czasem trudno było nadążyć. W wielu sytuacjach obydwoje główni bohaterowie wydawali mi się po prostu niespełna rozumu. Przykładowo - samolot wpada w turbulencje, stewardessa prosi o zapięcie pasów. Co robią bohaterowie? Oczywiście uprawiają seks.
Na początku zraziło mnie wulgarne słownictwo pojawiające się w książce, jednak szybko do niego przywykłam. Ogólnie jestem osobą, która sądzi, że można napisać scenę erotyczną bez przekleństw, ale wiem, że według wielu osób dodają one dosadności, więc nie krytykuję tego.
Podsumowując, K.N. Haner udowodniła, że polskie autorki również mogą napisać porządną powieść w gatunku literatury erotycznej. Ja jestem niesamowicie ciekawa kolejnych jej historii, a Wam polecam lekturę tej. To zdecydowanie dobra powieść na pierwsze spotkanie z twórczością autorki.
Dzień jak każdy inny. Cassandra udaje się na rozmowę o pracę do jednej z najważniejszych firm na rynku. Nie spodziewa się, że jej rozmówca okaże się skończonym gburem. Niewiele później odwiedza pewny nocny klub, w którym poznaje Morfeusza w tajemniczej masce.Spędza z nim upojne chwile, o których trudno jej potem zapomnieć. Na dniach dostaje telefon z wiadomością o przyjęciu na stanowisko, na które aplikowała. Tak rozpoczyna się erotyczna przygoda Cassandy, a wraz z nią liczne dylematy, problemy i dziesiątki tajemnic do rozwiązania.
Jak na książkę polskiej autorki w gatunku literatury erotycznej, czuję się usatysfakcjonowana lekturą. K.N. Haner zdecydowanie poprawiła swój warsztat od czasu opublikowania pierwszego tomu "Na szczycie". Akcja toczy się płynniej, fabuła jest konkretniejsza i jakby dokładniej zaplanowana. Pojawiły się pewne nieścisłości i rzeczy, które nie do końca do mnie przemówiły, ale były one na tyle drobne, że nie będę się do nich przyczepiać. Szczególnie, że jeśli cokolwiek więcej Wam o nich powiem, to zepsuję część niespodzianek w trakcie lektury, a wierzcie mi, że warto samemu się z nią zapoznać i odkrywać historię wraz z bohaterami.
Istotnym elementem każdego erotyka są oczywiście sceny łóżkowe - chociaż "łóżkowe" to nie jest odpowiednie słowo w przypadku tej powieści, ponieważ główni bohaterowie uprawiają seks wszędzie, niemal każdego dnia. Mieszkanie, samochód, hotel, samolot - to tylko kilka z miejsc, które zapewne w pamięci Cassandry zapisały się jako orgazmiczne. Piszę o tym jednak nie po to, by skomentować apetyt seksualny postaci, lecz by podkreślić, że u K.N. Haner nie doświadczymy schematów w scenach seksu jak przykładowo w serii Crossfire. Każda scena czymś się od siebie różni - pozycją, miejscem, zachowaniem bohaterów, efektem końcowym etc. To zdecydowanie zadowoli fanki literatury erotycznej, które są znudzone powieściami z "momentami", które wyglądają jak skopiowane - z rozdziału na rozdział.
Niemniej nie mogę pominąć bohaterów, którzy doprowadzali mnie momentami do szału. Owszem,Morfeusz był mega seksowny i rzeczywiście mnie zainteresował swoją osobowością, jednak jego nieustanna potrzeba sprawowania kontroli nad wszystkim i wszystkimi niezwykle mnie wkurzała. U Greya to było seksowne, tutaj niestety mocno przesadzone. I jakby niestety skopiowane od E.L. James. Cassandra miała swoje momenty, jednak nie podobała mi się jej relacja z Tommym (a tak naprawdę jej podejście do ich relacji)oraz niesłowność. Jej nastrój, tak samo jak jego zresztą, zmieniał się jak w kalejdoskopie i czasem trudno było nadążyć. W wielu sytuacjach obydwoje główni bohaterowie wydawali mi się po prostu niespełna rozumu. Przykładowo - samolot wpada w turbulencje, stewardessa prosi o zapięcie pasów. Co robią bohaterowie? Oczywiście uprawiają seks.
Na początku zraziło mnie wulgarne słownictwo pojawiające się w książce, jednak szybko do niego przywykłam. Ogólnie jestem osobą, która sądzi, że można napisać scenę erotyczną bez przekleństw, ale wiem, że według wielu osób dodają one dosadności, więc nie krytykuję tego.
Podsumowując, K.N. Haner udowodniła, że polskie autorki również mogą napisać porządną powieść w gatunku literatury erotycznej. Ja jestem niesamowicie ciekawa kolejnych jej historii, a Wam polecam lekturę tej. To zdecydowanie dobra powieść na pierwsze spotkanie z twórczością autorki.
Ksiazkowe.pl Natalia Pych; 2016-06-29
Prawo Mojżesza
Znaleziono go w prali pośród brudnych ubrań. Miał zaledwie kilka godzin i był o krok od śmierci. Jego matka porzuciła go zaraz po urodzeniu. Zmarła niedługo po tym. Chłopiec był przerzucany po całej rodzinie, aż ostatecznie wylądował u swojej prababki, która szczerze go pokochała. Jednak na tym nie zakończyły się problemy Mojżesza. Można powiedzieć, że to dopiero początek...
Mojżesz był dziki, nieokiełznany, samotny i wyobcowany. W Georgii, małomiasteczkowej dziewczynie i dzikiej kowbojce, budził ciekawość i zachwyt. Z czasem ta ciekawość i zachwyt przerodziło się w zauroczenie... a zauroczenie w miłość... Jednak nie była to prosta miłość. Wszystko było tak skomplikowane jak Mojżesz i jego osobowość. Jak Mojżesz, który twierdził, że jego prawo, prawo Mojżesza zabrania kochać...
Książka przez swój tytuł sprawiła, że miałam duże opory przed sięgnięciem po nią. Prawo Mojżesza kojarzy się przede wszystkim z dziesięcioma przykazaniami, które Mojżesz dostał od Boga. Najpierw zastanawiałam się o czym może być, a później kompletnie o niej zapomniałam. Ostatnio jednak coś sprawiło, że postanowiłam po nią sięgnąć. Powiem Wam, że nie wiedziałam czego się spodziewać i nawet jeśli czegoś się spodziewałam, to na pewno nie tego...
Książka stworzyła w mojej głowie tak wielki chaos, że sama nie wiem co o niej myśleć. Nie ma co oszukiwać i trzeba powiedzieć jasno, że była dosyć przygnębiająca, trochę brutalna i zagadkowa. Poruszała ważne kwestie- przyjaźń, akceptację, odrzucenie, chorobę, utratę bliskich, strach, miłość... Również kreacje bohaterów znajduje się na bardzo wysokim poziomie. Mojżesz, to chłopak, który posiada dosyć ciekawy dar. Dla niego jest jednak przekleństwem, z którym sobie nie radzi. Przez to wszystko jest dosyć mroczny i osamotniony. Z kolei Georgia jest jego przeciwieństwem. Wiecznie żywa, kochająca ciągły ruch, niezwykła gaduła z charakterem. Niesamowite jest to, że ta dwójka na prawdę potrafi się ze sobą dogadać i stworzyćcoś na prawdę niezwykłego...
Z tyłu okładki przeczytałam "Ta historia nie kończy się happy endem. Jest pełna bólu, niespełnionych obietnic, smutku i zawodu. To opowieść o złamanym sercu, o życiu i śmierci, o zaczynaniu od nowa, a także o wieczności. A przede wszystkim o miłości." Rzeczywiście prawie wszystko się tutaj zgadza... Prawie... Książka obfituje w dramatyczne wydarzenia, ból, smutek... Jednak nie myślę, że nie kończy się happy endem, chociaż do końca nie wiadomo jak potoczą się losy bohaterów...
Jeśli nie czytaliście tej powieści, to powinniście się sami przekonać, jaki będzie jej koniec...
Recenzjekrolewskie.blogspot.com