ODBIERZ TWÓJ BONUS :: »

Recenzje

Koszmar Morfeusza

K.N. Haner – to pseudonim polskiej autorki, która w 2015 roku debiutowała powieścią Na szczycie, cieszącej się uznaniem wśród czytelniczek literatury kobiecej. Za ,,Sny Morfeusza'', otrzymała status bestsellera, a jeszcze w tym roku ma się ukazać trzecia część tej serii: Przebudzenie Morfeusza. Prywatnie K.N. Haner jest osobą bardzo rodzinną, wesołą i otwartą. Uwielbia pisać, czytać i gotować. Kocha polskie morze i Mazury. Marzy jej się nurkowanie na rafie koralowej u wybrzeży Australii. 

Zazwyczaj kontynuacje są trochę słabsze, ale na szczęście nie w tym przypadku. ''Koszmar Morfeusza'' tylko trzyma poziom poprzedniczki, ale również znacznie ją wyprzedza. Jest jeszcze bardziej mroczny, zaskakujący i nieprzyzwoity. Hipnotyzuje i wciąga bez reszty, szokuje pod względem moralnym i rozpala wyobraźnię do granic czerwoności. W głowie mam totalny chaos. Nie spodziewałam się aż tylu emocji.

Miami miało być dla Cassandy miejscem, gdzie spełniają się marzenia. Tymczasem z każdym dniem dziewczyna coraz bardziej zatraca się w okrutnym świecie opanowanym przez bezwzględną mafię. Czy wbrew wszystkim i wszystkiemu uda jej się zawalczyć o miłość i szczęście? A może raczej nie ma co liczyć na powrót do normalności? Próżno tu szukać banalnego romansu ociekającego lukrem, patosem i kiczem. Za to z każdej niemal strony wyłania się gorycz, frustracja i strach podszyty pragnieniem odwetu. Momentami ciężko zachować spokój.

Najmocniejszym punktem powieści są jej bohaterowie. Barwni, wyraziści, pełni skrajności. Jednocześnie się ich kocha i nienawidzi. Szczególnie Cassandra nieustannie irytuje swoim rozwiązłym zachowaniem i nadmierną skłonnością do podejmowania pochopnych decyzji. Ale ma też dobre cechy. Jest lojalna i opiekuńcza, stara się chronić tych, na których jej zależy. Natomiast Adam to mężczyzna, przy którym głupieje każda kobieta. Raz jest zimny, brutalny i okrutny, a innym razem czuły, namiętny i troskliwy. Niemniej ciekawe są postacie drugoplanowe, zwłaszcza nieobliczalny Eros, sympatyczny Tommy i szalona Valery. Każde z nich wiele wnosi do fabuły i robią to autentycznie, z przekonaniem.

Książka miejscami niebezpiecznie ociera się o gatunek dark erotica. Choć pojawiają się zabawnie  momenty i poruszające chwile, to nie brak też brutalności i wulgarności. Dlatego jest to lektura przeznaczona tylko i wyłącznie dla pełnoletnich czytelników o mocnych nerwach, otwartych na kontrowersyjne wrażenia połączone z nieetyczną grą, szantażami i przemocą. I zawczasu radzę poszukać klimatyzowanego pomieszczenia, gdyż niekiedy może być baaardzo gorąco.

Autorka nie skupia się jedynie na perwersyjno-seksualnej otoczce. Umieściła również piękny wątek przyjaźni, w tym przyjaźni damsko-męskiej. Nie mogłam opanować wzruszenia, kiedy obserwowałam wyjątkową więź łączącą Cassandrę i Tommy'ego. W tragicznych okolicznościach ich relacje nabierają specjalnej rangi. Między wierszami zajdziemy także swoiste przesłanie nawiązujące do trudnej sztuki pomagania innym, głównie osobom dotkniętym białaczką. To straszna choroba, atakuje niespodziewanie i niszczy organizm. Jednak można ją leczyć, można z nią walczyć i niekiedy można z nią wygrać. Wystarczy poświecić chwilę i zarejestrować się w Bazie Dawców Komórek Macierzystych. Dzięki temu stajemy przed realną możliwością uratowania czyjegoś życia.

Styl, jakim posługuje się K.N. Haner jest prosty, niekiedy wręcz potoczny, ale jednocześnie bardzo lekki i niezwykle plastyczny. Osobiście uważam to za wielką zaletę, bo dzięki temu powieść pochłania się jednym tchem. Dużym plusem jest również dynamiczna, złożona, pełna nagłych zwrotów akcja. Tyle się dzieje, że nie ma miejsca na nudę. Lawirujemy między euforią, szaleństwem i dziką żądzą a smutkiem, lękiem i niedowierzaniem, by na sam koniec zostać z wielką pustką w sercu. Ogólnie rzecz ujmując - kawał mocnej prozy. Już nie mogę się doczekać dalszego ciągu.

Podsumowując:

K. N. Haner po raz kolejny udowadnia, że fantazja i kreatywność nie mają dla niej granic. Serwuje nam mroczną, seksowną i nieprzewidywalną historię, która zaciera różnice między nienawiścią a miłością, szokuje spektakularnymi scenami intymnych zbliżeń i odurza gęstą atmosferą czystej grozy. Nie sposób czytać tę książkę obojętnie, nie sposób przestać o niej myśleć… Dla mnie numer jeden w swoim gatunku. 
Literaci świat Cyrysi cyrysia; 2017-01-25

Making Faces

Wszyscy dookoła zachwalali poprzednie dwie książki Amy Harmon, które ukazały się w Polsce.
Jednak ani „Prawa Mojżesza”, ani „Prawa Dawida” nie miałam okazji przeczytać, ale teraz wiem, że napewno po nie sięgnę, gdyż Amy Harmon ma dar łączenia łez z uśmiechem.

„Making Faces” opowiada o młodych bohaterach, którzy kończą szkołę i wkraczają w dorosłe życie. 
Mało tego, poznają uczucia, których wcześniej nie znali. 
Dojrzewają. 
 
Mamy tutaj Ambrose’a Younga, zabójczo przystojnego chłopaka, który jest w drużynie zapaśniczej wraz ze swoimi kolegami. Brosey jest obiektem westchnień każdej dziewczyny w szkole. Nawet głownej bohaterki Fern Taylor, zwykłej rudowłosej dziewczyny, kochającej romanse i proste gesty. Fern ma kuzyna, który jest jej najlepszym przyjacielem, jednak cierpi na dystrofię mięsniową i niestety jest przykuty do wózka. Rudowłosa jednak jest jego cieniem i zawsze jet gotowa mu pomóc. Bailey zaś, mimo tego co los mu podarował nie traci pogody ducha i jest prawdziwym bohaterem.
 
Losy bohaterów są zawiłe  i ciężkie. Łączą się tutaj smutek z radością jednocześnie. Fern jest zbyt nieśmiała, żeby przyznać się do swoich uczuć przed Ambrosem, zaś on nie do końca wie czego oczekuje od życia. Jest najlepszym sportowcem w szkole, jednak ciągle mu czegoś brakuje. Zaciąga się do wojska, namawiając przy tym swoich najlepszych przyjaciół. Jednak tam nie wszystko idzie po ich myśli i po misji w Iraku wraca sam do miasteczka.                                                                    
Przeżył, ale nie oznacza to, że żyje psychicznie. Mimo, iż ma psychologa i opiekę to i tak czuje, że powinien był umrzeć razem ze swoimi przyjaciółmi. Na pomoc przychodzi mu Fern, niepozorna, cicha i nieśmiała jak zawsze. Staje się jego lekiem na zło i  zniszczenie, a także balsamem dla jego duszy. Zaczyna rozumieć swoje uczucia do niej, a i ona w końcu mówi mu prawdę. 
 
W tej książce dzieje się naprawdę dużo i nie tylko chodzi tu o dojrzewanie bohaterów, o poznawanie  i odkrywanie siebie na nowo, ale o same wydarzenia. To one powodują, że łzy stają w oczach, aby chwilę potem na ustach pojawił się uśmiech.

„Bo straszne rzeczy przytrafiają się wszystkim, Brosey. Tylko tak bardzo jesteśmy skupieni na sobie, że nie widzimy gówna, z którym zmagają sięwszyscy inni.”
 
„Making Faces” nie jest łatwą książką. Czyta się ją jednym tchem, ciągle będąc ciekawym co stanie się dalej, a łzy przeplatają się na zmianę z uśmiechem. Autorka prowadzi fabułę w sposób tak ujmujący, że czytelnik zastanawia się co zrobiłby na miejscu bohaterów. Historia jest napisana tak, jakby prawdziwe życie prowadziło do jej stworzenia, co w sumie jest prawie prawdą, gdyż w podziękowaniach można się dowiedzieć skąd autorka czerpała wenę. Ciężko się dziwić, to życie pisze najlepsze scenariusze; raz gorsze, a raz lepsze. Postacie są realne, bardzo głębokie i dopracowane. 

Polubiłam Fern i Ambrose’a od samego początku, chociaż nie sądziłam, że połączy ich coś tak prawdziwego. Sa postaciami tak skrajnie róznymi, zagubionymi w całkowicie innych rzeczach, a mimo to potrafili się odnaleźć i dać z siebie co tylko mogą, aby to uczucie trwało.
Polecam tą ksiązkę wszystkim. Nie jest to romans, nie ma tam seksu, są jedynie delikatne, kradzione pocałunki, które czytając kolejne wyrazy spija się z papierowych stron.
 
Cała ta pozycja jest jak nektar dla ciała i duszy. 
Ambrozja,  którą greccy bogowie pili, aby osiągnąć nieśmiertelność i wieczną młodość. W końcu Ambrose miał pseudonim „Herkules” i mimo, że nie czuł sie nim, jego decyzje sprawiły, że tak naprawdę Herculesem był.
podrugiejstronieokladki6.blogspot.com Emilia Zaręba; 2017-01-16

Making Faces

Mam za sobą przeczytanie dwie powieści Amy Harmon i obydwie były tak dobre, iż autorka ta trafiła do grona tych pisarzy, po których książki mogę sięgać w ciemno. Bardzo ucieszyła mnie wiadomość, że oto wydawnictwo Editio postanowiło wydać kolejną jej powieść. Nawet bez wiedzy, o czym ona będzie, wiedziałam, że spędzę w jej towarzystwie wyjątkowe i pełne emocji chwile. Nie pomyliłam się nawet w najmniejszym stopniu.
 
Ta historia zaczyna się w niewielkim, cichym miasteczku Hannah Lake. Fern to spokojna, wrażliwa i niepozorna dziewczyna, która zaczytuje się w romansach. Jej serce bije mocniej, gdy w pobliżu pojawia się Ambrose, przystojny i błyskotliwy kapitan drużyny zapaśniczej, przed którym kariera sportowa stoi otworem. Fern marzy o miłości rodem z powieści, marzy także o tym, że Ambrose kiedyś ją zauważy. Brzmi jak początek typowej historii o szarej myszce i najprzystojniejszym chłopaku w szkole, ale to tylko pozory.
Kiedy wybucha wojna w Iraku, Ambrose wyrusza na misję wraz z czwórką przyjaciół. Wraca z niej sam, ciężko ranny. Pogrążony w rozpaczy, nie widzi nadziei na przyszłość i nie dopuszcza do siebie nikogo. To nie zniechęca Fern, która z uporem stara się do niego dotrzeć. Niełatwo jednak kochać mężczyznę z poranioną duszą. Czy jej miłość i upór wystarczą, by Ambrose na nowo zaczął spoglądać na życie z nadzieją?
 
Ach, co to była za powieść! Swoimi książkami Amy Harmon już dwukrotnie rozpętała emocjonalne tornado, które przetoczyło się przez moje serce. Nie inaczej było i tym razem. Ponownie wywołała we mnie huragan uczuć, który rozbił mnie emocjonalnie i pozostawił niemal oniemiałą, zdolną jedynie do wyduszenia z siebie krótkiego, ale jakże wymownego „wow!”. Harmon za każdym razem sprawia, że zakochuję się w opowiadanej przez nią historii, a wykreowani przez nią bohaterowie kradną moje serce. Choćbym nawet chciała, a wierzcie mi, to ostatnie, na co miałabym ochotę, nie mogę powiedzieć złego słowa o tej powieści. Wszystko w niej idealnie współgra, wszystko doskonale do siebie pasuje.
 
Making faces to przede wszystkim cudowni bohaterowie. Amy Harmon stworzyła piękne postacie. Ich piękno jednak nie jest zdefiniowane przez ich wygląd, choć i ten ma w książce niemałe znaczenie. To piękno tkwi przede wszystkim w ich sercach.
W szkole Fern była przeciętna. Rude włosy, okulary i aparat na zębach uczyniły ją niewidzialną dla chłopców. Jej najlepszym przyjacielem był jednocześnie jej kuzyn, Bailey. Choć z czasem jej buzia wyładniała, tym, co nie uległo zmianie, był jej charakter. Fern to dobra i wrażliwa dziewczyna, która potrafi być prawdziwą podporą dla bliskich.
Ambrose był najprzystojniejszym chłopakiem w szkole. Piękne rysy, wysportowana sylwetka, długie włosy, urzekający głos – chodzący ideał. Choć misja w Iraku nieodwracalnie odmieniła jego oblicze, nie zmienił się fakt, że to błyskotliwy i troskliwy chłopak oraz lojalny przyjaciel.
Tych dwoje gra w tej historii pierwsze skrzypce, jednak byłaby ona niepełna, gdyby nie Bailey. Chłopak cierpi na zanik mięśni, który uczynił go zależnym od innych i który powoli go zabija. Bailey ma wszelkie podstawy, by się załamać, a jednak trudno o postać bardziej pozytywnie nastawioną do życia.
 
Making faces to poruszająca opowieść o miłości, dla której nie ma niemożliwego. To przepełniona emocjami historia o uczuciu czystym i głębokim. To przepiękna powieść o patrzeniu sercem. Jednocześnie spowija smutkiem, który nieraz sprawił, że oczy zaszkliły mi się łzami i który nieraz też wycisnął te łzy z oczu, i rozgrzewa iskierką nadziei, która potrafi nastroić pozytywnie. Amy Harmon nie boi się trudnych tematów. Making faces to opowieść, w której autorka porusza takie tematy jak śmierć bliskich, nieuleczalna choroba, czy życie po wypadku, który na zawsze zmienia wygląd. To także historia, w której ważna jest akceptacja – akceptacja straty, nieuchronności śmierci czy własnych niedoskonałości. 
 
Making faces, podobnie jak poprzednie książki Amy Harmon, wciągnęło mnie bez reszty. Nie jest to powieść, w której znaleźć można wartką akcję czy ekscytujące zwroty akcji, to jednak niczego jej nie ujmuje. Sporą jej część zajmują retrospekcje, które z pozoru mogą wydawać się niepotrzebne, a których obecność jednak z czasem nabiera głębszego sensu. Autorka snuje opowieść, z którą po prostu się płynie. Dałam się jej ponieść i sądziłam, że umiem przewidzieć jej bieg. Myliłam się, co w przypadku książek tej autorki zdarza mi się nie po raz pierwszy.
 
Amy Harmon po raz kolejny podbiła moje serce. Making faces to przepiękna opowieść o tym, że patrzeć trzeba głębiej, bo piękna twarz kiedyś zniknie i o tym, by korzystać z każdego dnia, bo nigdy nie wiemy, który z nich może okazać się ostatnim. Zdecydowanie warto poświęcić jej czas. W jej towarzystwie na pewno nie będzie on stracony. Polecam!
zaczytana-dolina.blogspot.com Marta; 2017-01-20

Prawo Mojżesza

Zafascynowana okładką i opisem skusiłam się na przeczytanie książki „Prawo Mojżesza”. Od początku miałam pewność, że nie będzie to zwykła powieść, więc miałam do niej duże wymagania. Zapraszam na recenzję.

Mojżesz w kilka godzin po urodzeniu został porzucony przez matkę narkomankę. Od dziecka nikt nie chciał się nim zajmować, więc rodzina przerzucała go co chwila do kogoś innego. W wieku 18 lat trafił do miejsca, skąd pochodziła jego matka, a opiekę nad nim przejęła prababcia. Od zawsze cichy i zamknięty w sobie nie nawiązuje z nikim bliższych znajomości. Do czasu, gdy na sąsiedniej farmie poznaję Georgie.

Młoda i bardzo energiczna dziewczyna od pierwszej chwili zainteresowała się nowym sąsiadem. Jednak żeby przebić się przez jego pancerz, musiała poświęcić temu czas. Tylko jak dotrzeć go kogoś, kto ciągle cię odpycha?
Mojżesz na pozór zimny i nielubiący towarzystwa skrywał w sobie strach, aby dopuścić do siebie jakąkolwiek osobę.

Jak zakończy się ta znajomość, która z góry została skazana na stracenie?
Gdzie zaprowadzi Georgię jej determinacja?

„Otrzesz łzy po krótkim łkaniu, ciesząc się, że na szczęści to tylko opowieść. Co najważniejsze, nie Twoja. Ale ja nie mam tego komfortu. Bo to jest moja opowieść. A ja nie byłam na nią przygotowana”.

Dawno nie wylałam tyle łez przy książce. Historia Mojżesza i Georgi jest piękna i smutna zarazem. Chwyta za serce i na długo pozostaje w pamięci. Jest to coś zupełnie nowego oraz świeżego i mówiąc szczerze, tak dobrej powieści nie czytałam od lat.

Połączenie romansu z wątkiem kryminalnym oraz paranormalnym jest istną bombą! Autorka pisze we wspaniały sposób, ukazując nam ból i cierpienie bohaterów. Postacie są dobrze wykreowane a każda scena dokładnie przemyślana. Początek książki jest spokojny, jednak później akcja zaczyna się toczyć coraz szybciej, więc na pewno nie można się przy niej nudzić.

Powieść podzielona została na dwie części, myślałam, że pierwsza połowa jest smutna, jednak przy drugiej pękło mi serce. Zupełnie nie wiedziałam, co zdarzy się za chwile, co przyniesie kolejny rozdział. Nie podejrzewałam nawet, jak ta historia może się zakończyć. Wszystko, co znalazłam na kartach tej książki, jest niesamowite a uczucia, które we mnie wywołała, jeszcze przez długi czas będą mnie przepełniać.

„Prawo Mojżesza” zaliczam do książek, do których powrócę po raz kolejny. Oczywiście czekam na drugą część. Jestem zauroczona stylem pisania autorki, jej lekkością pióra i barwnym językiem. Mam nadzieję, że nie każe mi długo czekać na swoje kolejne powieści.

Zachęcam was z całego serca do zapoznania się z tą powieścią niech i was oczaruję ta przepiękna historia.
ksiazka-moim-zyciem.blog.pl

Zarządzanie projektami ze Scrum. Twórz produkty, które pokochają klienci

Ta historia rozpoczyna się prawie 70 lat temu. 5 lat po II wojnie światowej dawni sprzymierzeńcy – ZSRR i USA – stają po dwóch stronach frontu. Choć Stalin niechętnie patrzy na wysłanie do Korei armii lądowej – z głębi Chin startują rosyjskie myśliwce MiG-15. Arcydzieło techniki. 1,4 tys. km zasięgu. Pułap – 15,5 km. 1,1 tys. maksymalnej prędkości. I niesamowity ciąg 26,5  kN, dający możliwość wznoszenia o 50 metrów w ciągu sekundy. MiG-15 w każdej kategorii niemal na głowę bił F-86 Sabre, którym dysponowali Amerykanie. A jednak to Amerykanie wygrali wojnę koreańską chwaląc się m.in., że każde 10 strąconych MIGów kosztowało ich zaledwie jednego straconego F-86*.

Manewruj albo giń
Tej historii nie znajdziesz w książce „Zarządzanie projektami ze SCRUMem.”** Ale decyduje ona o tym, dlaczego  musisz poznać SCRUMa – niezależnie od tego, czy zajmujesz się produktem, finansami, czy sprzedażą.

Zastanawiając się nad fenomenem – dlaczego ewidentnie słabsze amerykańskie samoloty rozniosły radzieckie MIGI – John Boyd, jeden z najbardziej znanych amerykańskich instruktorów lotnictwa doszedł do wniosku, że kluczowe znaczenie miała budowa kokpitu. Amerykańscy piloci mieli nad głowami w pełni przejrzystą owiewkę, która pozwalała im na obserwację zdecydowanie szerszego pola. Radzieckim pilotom widok do góry i na boki częściowo zasłaniały słupki. Boyd uznał, że co prawda Rosjanie mogli realizować manewry lepiej ale – z powodu ograniczeń w polu widzenia – później podejmowali decyzje o ich rozpoczęciu. W ten sposób narodziło się prawo Boyda – o sukcesie decyduje nie precyzja działania, ale tempo podejmowania zmian. Ewolucja na turbodoładowaniu. Przetrwają tylko najlepiej dostosowane produkty. Tym właśnie jest SCRUM.

Właściciel produktu to nie kierownik projektu
„Zarządzanie projektami ze SCRUMem. Twórz produkty, które pokochają klienci” Romana Pichlera w sam raz nadaje się do tego, żeby poznać SCRUM na biznesowym poziomie. Pichler należy do grupy najbardziej doświadczonych europejskich trenerów SCRUM. Urodzony w 1970 roku w Niemczech, karierę autora książek zaczął w 2007 roku tytułem „Scrum – Agiles Projektmanagement erfolgreich einsetzen”. Od prawie dekady mieszka jednak w Londynie i kolejne książki wydaje już po angielsku.
Pichler rozpoczyna swoją książkę od opisania właściciela produktu. Osoby, która ma wizję i potrafi ją zrealizować. Jest liderem, ale takim, który nie zdusi zespołu (samoorganizujący się zespół to – obok właściciela produktu – drugi kluczowy zasób SCRUM). Komunikuje czego oczekuje, ale negocjuje jak cały zespół to osiągnie. Pichler wskazuje też dlaczego nie należy mylić właściciela produktu z kierownikiem projektu. Od kierownika projektu nikt nie oczekuje wizji. Ma być wykonawcą. W dodatku rozliczać zespoły, których nie jest członkiem. Właściciel produktu nie rozlicza, tylko dowodzi i płynie na tej samej łodzi, co reszta zespołu. Mniej miejsca Pichler poświęca SCRUM Masterowi, konsekwentnie  nazywanemu w tej książce „mistrzem młyna” (pojęcie SCRUM Master, które ugruntowało się już w biznesowo-projektowym języku także w Polsce nie pojawia się ani razu). Za to bardzo dokładnie przygląda się procesowi budowania i nieustannego poprawiania wizji produktu. W tym nieustannym poprawianiu znajduje odzwierciedlenie prawo Boyda i powiedzenie Amerykanina: „to, gdzie znajdujesz się dziś nie ma tak dużego znaczenia jak to, gdzie znajdziesz się jutro”. Pichler przestrzega więc nieustannie przed wizjonerskim zadufaniem. „Tworzenie wizji jest procesem odkrywania, pozyskiwania wiedzy i uczenia się, co wymaga eksperymentów”. Czyli nieustannego sprawdzania, czy wizja twórcy i potrzeby odbiorcy nadal się ze sobą zgadzają. Proponuje tu zresztą zastosowanie tzw. cyklu Deminga, twórcy doskonałości japońskiego przemysłu, o którym jego ojczyzna – czyli USA – przypomniała sobie dopiero gdy w latach 80-tych amerykańskie marki zaczęły tracić rynek na rzecz konkurencji zza Pacyfiku. „Wypuszczaj produkt szybko, obserwuj reakcję rynku i dostosowuj do niej swój produkt” – pisze Pichler. Truizm. Ale im genialniejszy produkt właśnie wymyśliliśmy – tym trudniej będzie zastosować radę Pichlera.

Poker planistyczny i tajemnicze „story points”
Jednym z najciekawszych rozdziałów książki „Zarządzanie projektami ze SCRUMem” jest ten poświęcony planowaniu wydania. Wydanie produktu to jego konkretna wersja. Każde nowe wydanie musi być w sposób zauważalny dla użytkowników lepsze od poprzedniego. Co nie oznacza, że musi być w całości inne. Pichler sprawnie opisuje planowanie wysiłku, który jest potrzebny na realizację wydania – i świetnie tłumaczy czym są „story points” (a z naocznego doświadczenia wiem, że nawet doświadczeni właściciele produktu miewają problem z wytłumaczeniem istoty „story points” doświadczonym menedżerom). Pichler proponuje, by kolejne nominały tej SCRUMowej waluty miały wartość 1, 2, 3, 5, 8, 13…., nie jednak nie 21 jak wskazywałby ciąg Fibonacciego, ale 20. Niestety autor nie tłumaczy skąd się bierze ta 20-stka. W startupowym towarzystwie na pewno przyda się też wiedza czym jest „poker planistyczny” i wykres spalania – to zresztą sposób kontrolowania postępu prac, który przyda się nie tylko SCRUMowcom.

Książka Pichlera nie dla SCRUM Mastera
Książka Pichlera jest na wskroś praktyczna. Nie znajdziemy w niej efektownych porównań (choć celnych zdań nie brak), ani własnych koncepcji autora dotyczących drogi rozwoju zwinnych metodyk. Nie jest to również książka dla osób, które postawiły sobie za cel zostanie (albo już zostały) SCRUM Masterem, czyli mistrzem młyna. Dla nich to co najwyżej przystawka przed głównym daniem. Ale dla stykających się ze SCRUMem menedżerów – w sam raz. A na przeczytanie wystarczy zarezerwować sobie jedne, góra dwa wieczory.

W czasie, kiedy czytałem „Zarządzanie projektami ze SCRUMem” w Paryżu trwał właśnie doroczny salon samochodowy. Pierwszy, na który marki z ojczyzny Romana Pichlera przywiozły bardzo silną reprezentację aut elektrycznych. Zdążyli na ostatnią chwilę, bo odkąd zaprzyjaźniłem się ze SCRUM nie mam już wątpliwości, że auta elektryczne wygrają ze dieslami. Nie dlatego, że wymusi to jakaś norma Euro X, że są cichsze, ani że mniej się psują. Wygrają, bo można je tworzyć używają SCRUM. A to oznacza, że będą lepsze od spalinowych pod każdym względem.
gornapolka.radekwroblewski.pl
Płatności obsługuje:
Ikona płatności Alior Bank Ikona płatności Apple Pay Ikona płatności Bank PEKAO S.A. Ikona płatności Bank Pocztowy Ikona płatności Banki Spółdzielcze Ikona płatności BLIK Ikona płatności Crédit Agricole e-przelew Ikona płatności dawny BNP Paribas Bank Ikona płatności Google Pay Ikona płatności ING Bank Śląski Ikona płatności Inteligo Ikona płatności iPKO Ikona płatności mBank Ikona płatności Nest Bank Ikona płatności Paypal Ikona płatności PayPo | PayU Płacę później Ikona płatności PayU Płacę później Ikona płatności Plus Bank Ikona płatności Płacę z Citi Handlowy Ikona płatności Płacę z Getin Bank Ikona płatności Płać z BOŚ Ikona płatności Płatność online kartą płatniczą Ikona płatności Santander Ikona płatności Visa Mobile
Bezpieczne płatności szyfrowane SSL