Recenzje
Wielki Szlak Himalajski. 120 dni pieszej wędrówki przez Nepal
Było to jedno z największych osiągnięć w polskiej turystyce ekstremalnej 2015 roku, wyróżnione Kolosami. Pierwsze przejście Polaków - pary małżeńskiej Joanny Lipowczan i Bartosza Malinowskiego, Wielkiego Szlaku Himalajskiego w Nepalu.Liczy on około 1700 km, prowadzi zarówno przez dżunglę w jego południowo wschodniej części i gorące, nawet w zimie, tereny w części północno zachodniej, jak i skalne bezdroża, lodowce i przełęcze na wysokości ponad 5, a nawet 6 tys. m n.p.m. Według oferty jednej z nepalskich agencji trekkingowych organizujących wyprawy po tym szlaku, jego przejście wymaga 156 dni, a wraz z dotarciem do Taplejung na jednym jego krańcu i powrót z Kanczendzonga Base Camp na drugim, 180 dni. Przy czym są to wyprawy z przewodnikiem, tragarzami, kucharzami i kilkunastoma dniami odpoczynku na trasie. Polscy podróżnicy przeszli ten szlak w odwrotnym kierunku, samotnie - tylko na nieliczne odcinki wynajmowali przewodników - w ciągu 120 dni. Niosąc na plecach do 64 kg bagaży, borykając się z upałami i mrozami, plagą pijawek, wichrami i burzami piaskowymi, brakami wody, trudnymi, nie oznakowanymi przejściami w nieznanym terenie.
Z nierzadko ostrymi podejściami lub zejściami, czy po ścieżkach nagle urywających się nad przepaściami czy rzekami. Nocując w niesionym namiocie, w którym raz było upalnie, a innym razem zamarzała woda w butelkach. Chociaż, gdy były takie możliwości, spali także w różnych noclegowniach lub w domach tubylców. Jedząc, gdy nie było lokalnych restauracji czy jadłodajni, i gotując to, co przywieźli ze sobą z kraju, lub udało im się kupić na trasie. Borykając z problemami z higieną i wieloma innymi. Wielki Szlak Himalajski dopiero zresztą powstaje. Nie jest, poza nielicznymi odcinkami, oznakowany.
Nie przypomina więc, nie tylko skalą trudności, szlaków turystycznych, do jakich przyzwyczajeni jesteśmy w większości gór europejskich. A wielu tamtejszych mieszkańców w ogóle o nim nie słyszało. I ma do niespodziewanych gości niekiedy, na szczęście rzadko, stosunek wręcz wrogi, witając ich kamieniami czy krzykami niechęci. Przy czym szlak ten ma różne warianty tras. Pod tym względem może kojarzyć się, przy zachowaniu oczywiście odpowiednich proporcji, z historycznym handlowym Wielkim Jedwabnym Szlakiem, który miał wiele różnych wariantów i odcinków.
O tym, jak przebiegała ta ekstremalna wyprawa, można przeczytać w wydanej właśnie przez "Bezdroża" relacji autorów, dokumentowanej 189 zrobionymi przez nich zdjęciami, z odnośnikami we właściwych miejscach w tekście. Przy czym jest to relacja świeża, gdyż ukazała się w nieco ponad rok po powrocie jej autorów i uczestników z tej wyprawy w styczniu 2016 roku. Podzielona została na trzy części. Krótką "Sen o szlaku". Czyli o tym, jak narodził się pomysł pokonania WSH przez doświadczonych już podróżników, którzy także w niektórych miejscach nepalskich Himalajów byli w latach poprzednich.
Jakie musieli pokonać trudności, jak przygotowywali się. Króciutką trzecią część "Napisy końcowe", z podsumowaniem wyprawy i podziękowaniami dla tych, którzy przyczynili się do jej sukcesu. I najobszerniejszą "Film w odcinkach" - relacją w formie kroniki codziennej, lub obejmującej kilka kolejnych, konkretnych dni. Podzielonej na 9 odcinków trasy, którą podróżnicy pokonali. Są w niej, oczywiście, powtórzenia sytuacji: trudności w pokonywaniu Szlaku, znacznie odbiegającego od realiów w porównaniu z przedstawionymi na mapach i informacjach w przewodniku z jego opisem.
Niełatwe podejścia i zejścia, poszukiwania drogi, tropikalne upały, przenikliwe zimno, huraganowe wiatry, piaskowe burze, niebezpieczne lodowce. A także czaso - i pracochłonne topienie śniegu lub lodu na wodę, aby móc coś zjeść i wypić gorącego. Nie zawsze z powodzeniem poszukiwanie noclegu pod dachem, mijanie kolejnych wiosek i punktów na trasie. Ale są też niezliczone, bardzo ciekawe, opisy kontaktów z tubylcami, pozwalające chociaż trochę poznać ich życie, problemy i specyfikę miejsca czy regionu. Utrudniane, niestety, przez barierę językową, gdyż tylko z niektórymi mogli porozumieć się po angielsku.
Jest w tych relacjach mnóstwo cennych informacji dla tych, którzy chcieliby wybrać się w tamte strony. Lub w ogóle na własną rękę do Nepalu. Z opisami tamtejszej biurokracji, konieczności uzyskiwania licznych, kosztownych zezwoleń. Idiotycznych przepisów, np. wymogu wędrowania, pod groźbą kary (zapłacili 150 $ łapówki), z przewodnikiem trasami dobrze oznaczonymi, a brakiem go na bezdrożach. Czy promowanie przez nepalskie władze Wielkiego Szlaku Himalajskiego, na przejście którego potrzeba, wg. agencji trekkingowych, 180 dni. Ale wydawanie wiz tylko na dni 90, z możliwością ich odnowienia, nie na dłużej jednak, niż do 150 dni w roku kalendarzowym.
Niefrasobliwych i nieodpowiedzialnych agencji trekkingowych oraz innych realiów kraju po tragicznym i niszczycielskim trzęsieniu ziemi w 2015 roku. Z opisami przejścia także przez najbardziej dotknięte nim regiony. O nieprawdopodobnie koszmarnych często drogach oraz lokalnej komunikacji, z której kilkakrotnie musieli korzystać. Zaliczyli w tej dziedzinie dwa rekordy, na które zwróciłem uwagę: przejechanie 30 km z Arughat Bazar do Sati Khola w 3 godziny i ze wsi Sinja, 10 wieków temu zimowej stolicy imperium Malla obejmującego zachodni Nepal, indyjski obecnie Ladach, Kaszmir i zachodni Tybet - do Gamgadhi, stolicy dystryktu Mugu, przez przełęcze, 20 km w... 8 godzin. Podróż po tej, jak napisali autorzy, "najgorszej drodze świata".
Niekiedy z takimi niespodziankami - zacytuję: "Kierowca stwierdza (w połowie opłaconej trasy), że jest za mało pasażerów i podróż mu się nie opłaca. Każe nam wysiąść...". A równocześnie przykłady życzliwości i bezinteresownej pomocy ze strony przypadkowych Nepalczyków. Z opisem realiów ich życia w świecie, o którym większość obcych nie ma pojęcia. Bardzo ciekawe są fragmenty i informacje na temat organizowanych trekkingów i wypraw górskich oraz wyzysku przez ich organizatorów miejscowych tragarzy. Oraz nieodpowiedzialności niektórych kierowników wypraw nie liczących się z kondycją, zmęczeniem, czy nawet objawami choroby wysokościowej ich uczestników.
Ale i niefrasobliwością niektórych turystów. Wybierających się np. na wielodniowy trekking dookoła Annapurny w klapkach czy trampkach, z gitarami. Nie reagowaniem przez przewodników i kierowników wypraw na profanowanie przez niektórych ich uczestników miejsc religijnych, czy zaśmiecanie terenu. To zresztą w Himalajach - i nie tylko - ogromny problem. Z przykładami: "Grupa turystów podczas dwudziestu czterech dni trekkingu w rejonie Kanczendzongi potrzebuje 22 osób obsługi". "W 2015 roku rejon Annapurny odwiedziło prawie 80.000 turystów. Jeśli każdy z nich kupił dziennie 3 litrowe butelki wody podczas 11 dni trekkingu i nie zabrał ze sobą pustych butelek (a kto nosi - to już moje pytanie - 33 takie butelki), to w górach zostało ponad 2,5 miliona sztuk śmieci."
A jeżeli chodzi o pracę i wynagrodzenie tragarzy (nie mówiąc już o stosunku do nich niektórych turystów), to na mnie duże wrażenie zrobił opis konkretnej sytuacji: "Kilku tragarzy w przerwie między jednym transportem a drugim przychodzi do naszego miejsca noclegowego i wszyscy zrzucają się na jednego papierosa, którego kupują u gospodarza." Są w tych relacjach inne świetne sceny i opisy warunków, w jakich odbywała się ta wyprawa. Znowu kilka cytatów: "W oczekiwaniu na kolację zdrapujemy z siebie pijawki". Znacznie później okazuje się, że jest na nie sposób: mokra, posolona szmatka. "Tygodniami niemyta skóra, miesiącami nie prane ubrania przesiąknięte są potem, krwią i łzami. Ale z czasem człowiek uodparnia się na tę mieszankę zapachów".
Nie każdą jednak, zwłaszcza w przypadku butów. "Jeśli idzie się w nich już czwarty miesiąc, dzień w dzień, na przemian je przemaczając i susząc, lepiej trzymać je od siebie z daleka. Często wieczorem, przy niskiej temperaturze, po zdjęciu butów wydobywają się z nich kłęby pary - niczym z kominów w Bełchatowie. Wtedy nawet śmiertelne zmęczenie nie wystarczy, by zasnąć. I okazuje się, że istnieje jednak poziom smrodu, którego nie można zaakceptować." Dodać do tego trzeba opisy noclegów w klitkach tubylców, z paleniskami pośrodku, spaniu obok gościnnych gospodarzy, o zapachach nie mówiąc.
Gdy to czytałem, przypomniało mi się spotkanie w Lhasie, stolicy Tybetu, z grupą pielgrzymów będących w drodze 6 tygodni. Z plemienia, w którym, głównie ze względu na lokalne uwarunkowania i tradycję, ludzie myją się, a raczej są myci, tylko raz w życiu: tuż po urodzeniu. A jeżeli chodzi o "przyjęcia", jakie polskim podróżnikom gotowali niekiedy, na szczęście zaledwie kilka razy na trasie, tubylcy, to wystarczy kolejny cytat: "Gdy wchodzimy (do wioski Luma) wybucha zbiorowa histeria... Gromadka (dzieci) oblega nas szczelnie i drze się w niebogłosy... Lecą kamienie, dwie stare kobiety popychają Bartka, okładają kijem jego plecak. "Dominują jednak w tych relacjach opisy spotkań z życzliwymi ludźmi oraz zachwycających gór i krajobrazów.
M.in. w odludnym regionie Dolpo, z najgłębszą doliną świata. Różnica poziomów między korytem płynącej nią rzeki i otaczającymi ją szczytami, dochodzi do 6800 m. Oto kolejny, już ostatni cytat: "Brzegi (rzeki) pokrywa cienki, kruchy lód, który wisi kilka centymetrów mad powierzchnią wody. Dookoła skały, żwir i suche krzaki. Nie ma tu ani odrobiny życia. Na drugim brzegu rzeki widać starą osadę Sebung i gompy sprzed kilkuset lat wybudowane w niedostępnych miejscach, które przywarły do zboczy, jakby wisiały w powietrzu. Od wyjścia z Chharkha Bohot mijamy dziesiątki murów mani i rozpadających się czortenów. Idziemy sami przez pustkowie pełne niszczejących reliktów nieznanej nam kultury i czujemy się jak odkrywcy zaginionego świata. Zakochujemy się w Dolpo."
To bardzo ciekawa książka. Będąca zarazem niezłym informatorem o przebytej trasie, poprawiająca błędy i nieścisłości przewodnika po WSH i map jego poszczególnych odcinków. A także poradnikiem dla amatorów wysokogórskiego trekkingu. Chociaż wątpię, aby znalazło się u nas wielu ludzi gotowych też przejść, w trakcie jednej wyprawy, ten szlak. Ale może poszczególne jego odcinki?
Mimo niezbędnej kondycji fizycznej jakiej to wymagało w przypadku polskich podróżników oraz sporych wydatków, ich ogromnego wysiłku oraz niebezpieczeństw z jakimi zetknęli się, nawet z zagrażającymi życiu upadkami ze skał, momentami kryzysów i załamania, relacja ta jednych może zachęcić do podróży w tamte strony. Innym zaś czytelnikom pozwoli odkryć nieznany im wcześniej świat. Także tym, którzy, jak ja, byli już w Nepalu, a także w Indiach i Tybecie oraz zdołali nieco "liznąć", a przynajmniej popatrzeć z bliska, na te niesamowite góry, jakimi są Himalaje. Oraz nieco poznać tamtejszych ludzi, ich obyczaje, kulturę i zabytki.
GLOBTROTER INFO CEZARY RUDZIŃSKI; 2017-06-19
Gizelle. Moje życie z bardzo dużym psem
Uwielbiam książki, których bohaterami są zwierzęta. Nasi przyjaciele mniejsi - jak ich nazywamy, choć nie zawsze odnosi się to do realiów - często są dla nas wsparciem i oparciem, konfesjonałem i spowiednikiem, są przyjaciółmi, którym powierzamy wszystko. Ale coś w zamian. Musimy być świadomi, że w momencie, gdy przygarniamy jakiegoś czworonoga jesteśmy za niego odpowiedzialni. Od pierwszego dnia u nas do jego śmierci.
"Kiedy człowiek zaprasza psa do swojego życia, musi być gotowy na cierpienie po jego odejściu. Dzień pożegnania jest najsmutniejszym dniem, mimo to warto mieć psa. Uczyć się od niego bezwarunkowej miłości." *
Ten cytat z książki odniosłam bym także do innych zwierząt.
Koty - choć robią to w innym stylu i może nie zawsze bezinteresownie, ale co z tego?
Konie - tak potężne, a jednak tak delikatne dla człowieka.
Każdy z nas od dziecka marzy o tym żeby mieć jakiegokolwiek zwierzaka. Tak często zaczynamy od chomików czy świnek morskich. I gdy nadchodzi ten dzień, gdy możemy wraz z rodziną albo samemu wchodząc w dorosłość zadecydować o nowym i ważnym członku rodziny dociera do nas jeden fakt. Dopiero teraz czujesz się kompletna/-y. Zaczynasz rozumieć, że pewna część serca i duszy czekała na tego konkretnego mieszkańca. Dla jednego psa, dla drugiego kota, a dla jeszcze innego węża. Każdy trafi na ten dzień i takiego przyjaciela. Poczuje to sercem, duchem i ciałem.
"Gizelle zjawiła się w moim życiu pewnego letniego dnia w Tennesee. Sześć lat temu, gdy moi rodzice byli jeszcze razem, zanim zamieszkałam w Nowym Jorku i zaczęłam biegać. I szybko stała się kimś więcej niż moja najlepszą przyjaciółką" **
Miłość od pierwszego wejrzenia, przytulenia i psiego pocałunku. Tak zaczęła się przygoda życia zarówno dla suczki mastifa angielskiego oraz dziewiętnastoletniej w tedy Lauren Watt. To, że obie na siebie trafiły było po części szczęściem, a po części odkupieniem win przez matkę dziewczyny. Ta od zawsze miała ogromne pokłady uczuć wobec każdego zwierzęcia, a jej córka zdecydowanie to po niej odziedziczyła. Jako, że były już dwa psy w domu - chihuahua Yoda oraz buldoga angielskiego Bertha to sama Lauren nie była przekonana do kupna następnego psa. Poza tym wiedziała, że choć jej tato również kochał zwierzęta to miał chyba najwięcej rozsądku. Ale matka dziewczyny się tym nie przejmowała. Jako osoba mająca problemy z alkoholem miewała okresy, gdy chciała zrekompensować jej zachowanie, a raczej jego brak. Czemu nie miał by to być szczeniak dla córki, która kocha zwierzęta? Chyba ani sama Lauren ani nikt z rodziny nie przewidywał tego jaka więź narodzi się miedzy dziewczyną, a wybraną przez nią Gizelle.
Ta historia to nie tylko opowieść o rodzącej się przyjaźni między człowiekiem, a psem. To nie tylko walka o jak najdłuższy czas jaki można spędzić u boku czworonoga wiedząc, że nie będzie on żył tyle co my. To nie tylko ukazanie co może nam dać towarzystwo zwierzęcia. To także obraz jak niepozorna dziewczyna nabiera wiary w siebie i swoje możliwości. Wspierana nie tylko przez rodzinę, ale i ... psa! Ale to też walka. Walka o matkę uzależnioną od alkoholu oraz leków, walka o relację z nią, o to by odsunąć na bok nienawiść, a próbować wskrzesić w sobie miłość do niej. Próba zrozumienia jej położenia, a w tym ponownie pomaga... pies.
I choć zakończenie jest takie jakiego nie znoszę, nie cierpię i nienawidzę to wiedziałam, że tak będzie. A mając psa świadoma jestem, że kiedyś zmagać będę się z tym samym. A mając już kota wiem, że na ten dzień przygotować się nie da. To się stanie, ale pustka pozostaje i nic oraz nikt jej nie wypełni...
* - Cytat z "Gizelle. Moje życie z bardzo dużym psem" Lauren Fern Watt, str. 183
** - Cytat z "Gizelle. Moje życie z bardzo dużym psem" Lauren Fern Watt, str. 11
swiatmiedzystronami.blogspot.com Karolina Marek; 2017-06-14
Kocia sprzedaż, czyli czego możemy nauczyć się od sprytnej kotki
Handlowiec wiele może się nauczyć od zwierząt - uważa autor. Na przykład tego, że w sprzedawaniu liczy się tylko sprzedaż, że klienci chodzą własnymi drogami, a sprzedawca powinien pomóc im trafić do kasy, że nie warto się obrażać, żeby zaś coś osiągnąć, trzeba mieć nie tylko wiedzę, lecz także motywację.
Rzeczpospolita A.K.
Strategia Milionera. Spersonalizowana droga do sukcesu finansowego
Autor podpowiada, w jaki sposób poprawić swoją sytuację finansową. - Ta książka jest poradnikiem, mapą, GPS-em. Jeśli szukasz drogi do niezależności finansowej, większych zarobków, pomyślności w prowadzeniu biznesu czy rozwijania swoich inwestycji - napisano.
Rzeczpospolita
Zrozumieć BPMN. Modelowanie procesów biznesowych. Wydanie 2 rozszerzone
BPMN to narzędzie, które pozwala na ciągłe analizowanie, monitorowanie i optymalizowanie procesów biznesowych, a więc optymalnie wykorzystać i i dopasować posiadany potencjał do charakteru organizacji. To książka dla tych, którzy chcą zrozumieć BPMN j oraz m.in. dla analityków biznesowych i systemowych I chcących poszerzyć swoją wiedzę.
Rzeczpospolita