Recenzje
Koszmar Morfeusza
Kiedyś usłyszałam że z książkami K.N. Haner jest tak, że albo je pokochasz, albo znienawidzisz.
Z racji, że lubię ryzykować, a książki, które mnie zachwycają innym się nie podobają, zapragnęłam spróbować. Premiera „Koszmarów Morfeusza” już niedługo i właśnie tę pozycję dziś Wam przynoszę.
Nie znając pierwszej części muszę Was uprzedzić, że będzie to recenzja tego tomu bez odniesień do „Snów Morefusza”, no niestety muszę to nadrobić, ale i na to przyjdzie odpowiednia pora. Mimo braków muszę przyznać...
P-R-Z-E-P-A-D-Ł-A-M!
Wiecie doskonale, że nie czytam polskich autorów, bo jakoś nigdy nie pociągali mnie nasi rodzimi twórcy. Biorąc jednak do ręki „Koszmar Morfeusza”nie wiedziałam czego się spodziewać, a zaczynając nie sądziłam, że zabieg niedzielenia fabuły na rozdziały będzie tak udany!
Wyszło na to, że zamiast odkładać książkę za rozdziałem, siedziałam i czytałam dopóki oczy same nie zaczęły mi się zamykać.
Ze „Snów Morfeusza”... a nie, to jeszcze w planach.
„Koszmar Morfeusza” opowiada o dalszych losach poznanej nam (lub nie) Cassandry Givens oraz tajemniczego Adama McKeya zwanego tytuowym „Morfeuszem”. Opowiada to mało powiedziane. Historia tych dwojga wciąga i pożera nas, zabierając w podróż po koszmarach na całe dwa dni. Ciąg dalszy przygód Cass, która pragnie za wszelką cenę uratować swojego ukochanego od mafii jaką jest cały klub Mirrors odkrywa przed nami kolejne puzzle, które zaczynają łączyć się w logiczną całość.
Autorka po mistrzowsku rozwija fabułę, skłaniając czytelnika do czytania kartki za kartką, z racji, że na każdej stronie dzieją sie kolejne wydarzenia mrożące krew w żyłach. Sama nie wiem dlaczego, ale czasami byłam oburzona tym dlaczego Adam jest taki jaki jest, innym razem rozumiałam jego zachowanie. W pewnych momentach byłam zaskoczona, szczególnie gdy zostały rozwinięte wątki z przyjaciółmi, osobami, z którymi główna bohaterka spotyka się niemalże codziennie.
Ta pozycja jest erotykiem. To niewątpliwe, gdyż każda kolejna scena seksu jest coraz bardziej odważniejsza i wyszukana. Byłam miło zaskoczona śmiałością autorki przy opisywaniu zbliżeń bohaterów, ale jeżeli myślicie tylko o McKeyu i Givens to podgrzeje teraz atmosferę pisząc, że oni to raptem czubek góry lodowej w tym co dzieje się w tej książce. Morfeusz staje się postacią drugoplanową, nie rozdaje kart mimo, że dalej ma bardzo duży wpływ na życie Cassandry. Jednak w akcję wkracza Eros i to on jest tutaj szefem. Prawdziwym szefem wydarzeń w książce.
Znienawidziłam go i jednocześnie coś mnie w nim intrygowało przez całą lekturę.
Co do samego Adam i Cassandry. Ich kreacje są tak rożne, że aż dziwie się, że ich miłość może działać.
McKey jest niedostępny i zimny, jedynie jak ma jakiś interes do Cass ( domyślcie sie sami) to robi się z niego słodki szczeniak i nagle zaczyna ją przytulać i być przy niej. Po czym znowu znika i zostawia ją kompletnie zdezorientowaną.
Zaś Cassandra jest w gorącej wodzie kąpana, najpierw robi potem myśli o swoich czynach, co odbija się nie tylko na niej, ale też na jej znajomych i samym Adamie. Nie potrafi posłuchać mądrzejszego i usiąść grzecznie na miejscu. W sumie rozumiem ją na swój sposób, bo gdybym sama wpadła w takie bagno to też bym chciała się z niego jak najszybciej wydostać. Każdym możliwym sposobem. Mimo to, do obu postaci zachowałam obojętny stosunek.
Język książki jest lekki i przyjemny. Autorka mimo, że na każdej kolejnej stronie coś się dzieje, zgrabnie dozuje czytelnikowi dawki emocji i trzyma w napięciu. Bomba na końcu jest, oczywiście. Jednak jeszcze nie ma zamiaru wybuchnąć, bo lont do końca długi, dlatego z niecpierpliwością czekam na kolejny tom, który ukaże się jeszcze w tym roku. No i czekam, aż zajedzie do mnie pierwsza część, żebym mogła mieć jasny obraz całości.
Rada dla Was, jak pisałam, że „Uwikłanych” można czytać od Hudsona tak tutaj nawet nie próbujcie brać drugiego tomu bez przeczytania pierwszego. Jest cieżko, a potem trzeba nadrabiać.
Ja zaś teraz sobie przycupnę i poczekam na ostatni tom tej mrocznej, a jednocześnie ekscytującej, pełnej pasji i oddania historii.
podrugiejstronieokladki6.blogspot.com Emilia Zaręba; 2017-02-06
Dręczyciel
Czytając wcześniejsze recenzje na temat tej książki myślałam, że jest to kolejna nijaka książka dla nastolatek. Strasznie dużo opinii krążyło na jej temat i podchodziłam do niej z wielką rezerwą. Jednak zdziwiłam się ponieważ dla mnie nie była to kolejna tandeta dla nastolatek. Ja sama nie należę już do grona nastolatek i przeczytałam tą książkę z zapartym tchem w dwa wieczory.
"Tate i Jared znali się od dzieciństwa. Łączyła ich przyjaźń, byli sobie bliscy. Wszystko się zmieniło, gdy oboje mieli czternaście lat. Z dnia na dzień Jared zaczął dręczyć Tate — bez wyraźnego powodu. Upokarzał ją, poniżał, robił wszystko, aby zrujnować jej życie. Im bardziej Tate schodziła mu z drogi, tym bardziej sadystycznie ją prześladował. Wreszcie Tate uciekła na rok do Paryża. To ją odmieniło: przestała być przerażoną, zaszczutą dziewczynką, stała się młodą, pewną swojej wartości kobietą. Stała się silna, bardzo silna i zdecydowana. I postanowiła, że nie pozwoli więcej się dręczyć. Wreszcie była gotowa podnieść głowę i nie cofać się przed swoim prześladowcą. Wiedziała, że nie będzie łatwo. Gdy przyjaciel staje się wrogiem, ma ogromną przewagę. Zna wszystkie sekrety, lęki, myśli swojej ofiary i wie, co zaboli najmocniej.
Dlaczego Jared stał się prześladowcą Tate? Jakie tajemnice skrywa? Możesz się tylko domyślać mrocznej przeszłości i niezagojonych ran, tych przerażających zdarzeń, które wszystko skomplikowały..."
- Wiesz co to jest?- poklepałam środkowym palcem kąt mego oka.
- To ja,ocierająca ostatnią łzę, jaką dostaniesz."
"Tate i Jared znali się od dzieciństwa. Łączyła ich przyjaźń, byli sobie bliscy. Wszystko się zmieniło, gdy oboje mieli czternaście lat. Z dnia na dzień Jared zaczął dręczyć Tate — bez wyraźnego powodu. Upokarzał ją, poniżał, robił wszystko, aby zrujnować jej życie. Im bardziej Tate schodziła mu z drogi, tym bardziej sadystycznie ją prześladował. Wreszcie Tate uciekła na rok do Paryża. To ją odmieniło: przestała być przerażoną, zaszczutą dziewczynką, stała się młodą, pewną swojej wartości kobietą. Stała się silna, bardzo silna i zdecydowana. I postanowiła, że nie pozwoli więcej się dręczyć. Wreszcie była gotowa podnieść głowę i nie cofać się przed swoim prześladowcą. Wiedziała, że nie będzie łatwo. Gdy przyjaciel staje się wrogiem, ma ogromną przewagę. Zna wszystkie sekrety, lęki, myśli swojej ofiary i wie, co zaboli najmocniej.
Dlaczego Jared stał się prześladowcą Tate? Jakie tajemnice skrywa? Możesz się tylko domyślać mrocznej przeszłości i niezagojonych ran, tych przerażających zdarzeń, które wszystko skomplikowały..."
Historia Tate i Jareda. Oboje znali się od dzieciństwa, byli najlepszymi przyjaciółmi, aż pewnego dnia Jared zaczął gnębić Tate. I to nie tylko on, ale cała szkoła, wszyscy znajomi Jareda wyżywali się na niej. Nie miała życia, była upokarzana na każdym kroku i naprawdę w tej historii można było poczuć jak czuła się Tate.
W końcu Tate wyjeżdża do Paryża, nabiera dystansu i po roku wraca. Postanawia, że nie będzie więcej pośmiewiskiem, nie da sobą pogardzać a zwłaszcza przez Jareda.
Mój jak i większości ulubiony cytat:
"Płakałam przez ciebie już niezliczoną ilość razy - uniosłam ku niemu powoli środkowy
palec i zapytałam.- Wiesz co to jest?- poklepałam środkowym palcem kąt mego oka.
- To ja,ocierająca ostatnią łzę, jaką dostaniesz."
Tate już nie jest szarą myszką, zaczyna się stawiać na upokorzenia Madoca (przyjaciela Jareda) oraz samego Jareda. Do całej zmiany zachęca ją K.C. jej przyjaciółka (dziwne imię, wiem :)), jednak nic na to nie poradzi, że wciąż czuje coś do tego chłopaka, na każdym kroku przypominają jej się chwile spędzone z Jaredem jako dzieci. Nie potrafi zrozumieć dlaczego on tak jej nienawidzi... Tate czuje, że wzajemne przyciąganie nie jest wymyślone, przecież byli sobie przeznaczeni już jako dzieci. Byli dla siebie wszystkim... Tate straciła matkę, a ojciec przebywał w Europie, mieszkała sama. Jared miał trudne dzieciństwo, ojciec go porzucił, a matka nie stroniła od alkoholu, jednak wtedy mieli siebie.
Teraz o samej książce - bardzo dobrze przedstawiona fabuła, można było się wczuć w klimat, autorka rewelacyjnie przedstawiła postać Jareda, a jeżeli chodzi o przyjaciółkę Tate K.C. to o matko!! Nie mogłabym się z kimś takim przyjaźnić. Sama Tate choć była zrównoważona, bardzo ambitna, mądra, angażowała się w różne konkursy i pragnęła dostać się do dobrego college'u to w pewnym momencie zaczęła mnie wkurzać. Zaczęła zachowywać się mniej więcej podobnie do Jereda. Pierwszą połowę książki przeczytałam z zapartym tchem, jednak im dalej tym gorzej. Tete popełniała wiele głupot, za co walnęłabym ją w łeb i naprawdę czasami była nie do zniesienia.
Czytając każdą książkę zazwyczaj zastanawiam się co bym zrobiła na miejscu głównej bohaterki lub bohatera i po wyjawieniu prawdy przez Jareda (odnośnie tego, dlaczego ją nękał) to szczerze - te argumenty do mnie osobiście by nie dotarły. Ale więcej nie będę się o tym rozpisywać.
Ogólnie mówiąc, książka fajna, na pewno po nią jeszcze sięgnę. Inna niż wszystkie i absolutnie nie zgadzam się, że jest to książka wyłącznie dla młodzieży.
Moja ocena 8/10
Miedzywersami123.blogspot.com Magdalena Fischoeder
Koszmar Morfeusza
Poprzednia część serii czyli „Sny Morfeusza” bardzo przypadła mi do gustu, a nawet została przeze mnie okrzyknięta polską wersją „Pięćdziesięciu twarzy Greya”. Jednak o ile poprzednia część rzeczywiście czasami przypominała książkę E.L. James, tak „Koszmar Morfeusza” mogę określić bardziej jako…erotyczną wersję Ojca Chrzestnego! Zaintrygowani?
Autorka po raz kolejny przenosi nas do mrocznego świata Adama vel Morfeusza, który pracując dla niebezpiecznej organizacji zmuszony jest ukrywać swój związek z Cassandrą. Jednak nie jest to łatwe, a kłamstwa mają bardzo krótkie nogi i niestety dość szybko wychodzą na jaw. W tej części czytelnik może lepiej poznać twarde zasady panujące w świecie Morfeusza. Przemoc, seks, ciemne interesy i niebezpieczni ludzie to właśnie w to wszystko zostaje wplątana Cassandra. A co gorsze postanawia pomóc swojemu ukochanemu i zaczyna igrać z członkami złowrogiej organizacji. A wtedy rozpoczyna się prawdziwy koszmar na jawie…
Nadal nie mogę wyjść z podziwu skąd autorka wzięła pomysł na taką fabułę, bo to co dzieje się w powieści przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Nie jest to zwykły erotyk, a raczejpołączenie kryminału i elementów thrillera z powieścią erotyczną. Akcja książki pędzi już od pierwszej strony, a zwroty akcji, niewyjaśnione sytuacje i trzymające w napięciu momenty nie pozwalają na chwilę nudy. Tak naprawdę „Koszmar Morfeusza” okazał się bardziej wciągający i bardziej nieprzewidywalny niż pierwsza część serii. Co przyznaje, jest niemałym sukcesem, gdyż przeważnie pierwsze tomy serii wypadają lepiej niż te kolejne.
Co do samych bohaterów. Zdecydowanie więcej jest w powieści postaci Cassandry i to wokół niej kręci się cała akcja książki. Jak może niektórzy z Was pamiętają, w recenzji poprzedniej części trochę narzekałam na postać głównej bohaterki. Wtedy Cass określiłam jako„nadzwyczaj naiwną, irytującą, niedojrzałą i kierującą się tylko instynktami, a nie zdrowym rozsądkiem kobietą.” Czy coś zmieniło się w jej zachowaniu w drugiej części? Oczywiście, że tak. O ile nadal pozostaje nieco naiwna i ślepo zakochana w Adamie, to pokazuje również swoją drugą, silniejszą i bardziej waleczną stronę osobowości. Może nie wszystkie jej działania przynoszą oczekiwany skutek, jednak w końcu zachowuje się jak kobieta z „jajami”. Mimo to nie popieram i szczerze nie potrafię zrozumieć jej niektórych (no dobra większości) wyborów. Tak naprawdę jej pomysły sprowadzają więcej nieszczęścia niż w czymkolwiek pomagają, co nie ukrywam w pewnych momentach mnie irytowało. Cass nadal wydaje mi się nadzwyczaj naiwną postacią, dlatego bardzo jestem ciekawa jak potoczą się jej losy w trzeciej części serii, biorąc pod uwagę pewne nieoczekiwane okoliczności, które ją spotkały (jak przeczytacie będziecie wiedzieć o czym mowa). Cassandra również stała się dla mnie definicją powiedzenia od miłości do nienawiści jeden krok. Wkurzona i wzgardzona kobieta to nie jest najlepsza mieszanka i Cass to udowadnia.
Postać Adama występuje w powieści o wiele rzadziej. Jest to bohater, który pojawia się w najbardziej nieoczekiwanych momentach, by zaraz potem zniknąć. Autorka uchyla nam rąbka tajemnicy dotyczącej tego kim tak naprawdę jest Morfeusz, jak wygląda jego rola w organizacji i dlaczego nie może w pełni zaangażować się w związek z Cass. Odkrycie prawdy było szokujące i przerażające jednocześnie. Bardzo dokładnie możemy „przyjrzeć się” oczami Cass temu co Adam robi, gdy co tydzień wychodzi do klubu Mirrors. Co mogę rzec? To bardzo ciężki kawałek chleba!
Dodatkowo autorka przybliża nam postać Erosa – zwierzchnika Adama, który wprowadzi w życie bohaterów wiele komplikacji. K.N. Haner wykreowała go jako człowieka bez serca, niebezpiecznego, bezwzględnego, brutalnego, pełnego nienawiści i pogardy dla wszystkich. Jest to postać, której zdecydowanie nie chciałabym spotkać w rzeczywistości.
Podsumowując, "Koszmar Morfeusza" to wciągająca i pełna zwrotów akcji kontynuacja serii Mafijna miłość. Oprócz gorących scen erotycznych, w książce nie zabrakło również chwil wywołujących przerażenie i momentów wciskających w fotel. Fani autorki oraz serii nie będą zawiedzeni. Polecam!
Moja ocena: 5/6
Podsumowując, "Koszmar Morfeusza" to wciągająca i pełna zwrotów akcji kontynuacja serii Mafijna miłość. Oprócz gorących scen erotycznych, w książce nie zabrakło również chwil wywołujących przerażenie i momentów wciskających w fotel. Fani autorki oraz serii nie będą zawiedzeni. Polecam!
Moja ocena: 5/6
zaczytanabloguje.blogspot.com Karolina Rybkowska
Koszmar Morfeusza
Mroczne sekrety Morfeusza coraz bardziej wychylają się na światło dzienne, choć lepiej byłoby dla każdego, aby nadal pozostały w ukryciu. Bowiem nie można już cofnąć tego, że coś się wie i że tajemnica przestała już być sekretem. Te mroczne sekrety i cały mroczny świat okazują się jednak być dużo bardziej niebezpieczne, niż mogłoby się jej wydawać. Brutalność, bezwzględność, gwałty i mord - to świat, z którym lepiej nie zaczynać. Ale czy Cassandra tak łatwo odpuści i nie będzie walczyć za wszelką cenę o swoją miłość?
Adam nie chce jej narażać na niebezpieczeństwo i podejmuje jedyną, jego zdaniem, słuszną decyzję. Ale czy z łatwością będzie trzymać się tego postanowienia? Czy będzie w stanie nadal z nią pracować i przebywać w jednym gabinecie? Czy serce jego zechce posłuchać rozumu i raz na zawsze wyrzeknie się uczucia do pięknej, młodej kobiety? Czy zrezygnuje z miłości ze względu na bezpieczeństwo zarówno jej jak i siebie?
Kocha go, ale męczy ją to, że nie może z nim być- tak po prostu, zwyczajnie, bez ukrywania się i bez strachu. Denerwuje się przez to i irytuje, aczkolwiek wie doskonale, że jest w patowej sytuacji, bowiem czuje, że już nigdy nie wyrzuci go ze swojego serca. Złości się, rozpacza i obraża na Adama, a swoje emocje odreagowuje w różny sposób...
"Koszmar Morfeusza" to druga część gorącej trylogii zapoczątkowanej przez "Sny Morfeusza". W pierwszej części poznaliśmy dobrze głównych bohaterów i patrzyliśmy, jak wybucha między nimi ognista namiętność. W drugiej części przyciąganie między nimi jest nadal silne, ale zaczynają zdawać sobie sprawę z tego, że ten związek nie powinien mieć miejsca i postanawiają go zakończyć. Ale, jak to z namiętnością bywa, nie tak łatwo ją ugasić- jest więc zabawa w kotka i myszkę, w nieco dziecinne podchody, raz ona trzaska drzwiami, raz on. Cassandra się obraża, Adam "strzela focha", ona odreagowuje z innym (innymi?), on natomiast w innym, tajemniczym miejscu (czytelnicy pierwszej części wiedzą, w jakim...). Czy ten związek w ogóle ma sens i czy tak właściwie można go nazwać związkiem?
W książce dużo się dzieje, akcja szybko mnie do przodu i od powieści nie sposób się oderwać (przeczytałam ją w dwa wieczory). Jest sporo gorących scen (w końcu to erotyk), dużo niepokojącego dreszczyku i jedna wielka niewiadoma, jak to wszystko się zakończy. Bohaterowie są dobrze zakreśleni, można do nich pałać sympatią lub antypatią, mogą drażnić lub nieco irytować. To irytowanie szczególnie tyczy się Cassandry, która moim zdaniem jest mocno roztrzepana i infantylna, taka typowa trzpiotka i cały czas zastanawiałam się, jak tak genialnie radzi sobie w pracy - o ile już do niej dotrze- i co właściwie Adam w niej widzi, oprócz ciała (chyba że tylko to ciało...).
W książce dużo się dzieje, akcja szybko mnie do przodu i od powieści nie sposób się oderwać (przeczytałam ją w dwa wieczory). Jest sporo gorących scen (w końcu to erotyk), dużo niepokojącego dreszczyku i jedna wielka niewiadoma, jak to wszystko się zakończy. Bohaterowie są dobrze zakreśleni, można do nich pałać sympatią lub antypatią, mogą drażnić lub nieco irytować. To irytowanie szczególnie tyczy się Cassandry, która moim zdaniem jest mocno roztrzepana i infantylna, taka typowa trzpiotka i cały czas zastanawiałam się, jak tak genialnie radzi sobie w pracy - o ile już do niej dotrze- i co właściwie Adam w niej widzi, oprócz ciała (chyba że tylko to ciało...).
Wciągająca, gorąca pozycja i mimo czasami denerwującego zachowania Cassandry nie zostawicie tej książki, tylko będziecie czytać do końca, niecierpliwie przewracając stronę za stroną. A kiedy przeczytacie już całość, zaczniecie tuptać nogami za ostatnią częścią trylogii i może nawet napiszecie do Kasi (autorki): "Kasiu, kiedy trzecia część???" :-)
wielopokoleniowo.pl Dorota Kotlinska
Making Faces
Kiedy tylko dowiedziałam się, że będzie polska premiera kolejnej powieści Amy Harmon, nie zastanawiałam się ani sekundy. Po Prawie Mojżesza i Pieśni Dawida wiedziałam, że mogę liczyć na kosmiczną dawkę wspaniałych emocji, chwile zadumy i satysfakcji z bardzo dobrej książki. Zacierałam rączki w oczekiwaniu, a kiedy już przyszła, od razu ją porwałam. I jak mi z nią było?
W małym, cichym miasteczku mieszkała grupa przyjaciół. Wśród nich Ambrose Young - błyskotliwy i śmiały, młody zapaśnik ze sporymi szansami na sportową karierę. Nic dziwnego, że nie zwrócił uwagi na Fern Taylor. Zawsze miła i pogodna, nie rzucała się w oczy. Nie zauważył, że obdarzyła go uczuciem szczerym i silnym - to dla niego za mało.
Chociaż książkę przeczytałam już kilkanaście dni temu, do teraz nie mogłam zebrać się w sobie, żeby napisać tę recenzję. Nadal nie do końca wiem, jak powinnam ją napisać, aby w pełni oddać to, co chcę poprzez nią przekazać.
Z całą pewnością Amy Harmon miała wspaniały pomysł na fabułę. Z pozoru małe miasteczko i jeszcze bardziej niepozorni mieszkańcy. Ot grupa uczniów z jednej szkoły i ich rodziny. Nic poza tym. Jednak już na początku autorka funduje łamiącą serce scenę, w której to matka uświadamia synka, dlaczego musi umrzeć. To było mocne, naprawdę mocne. Nie wyobrażam sobie, jak mogłabym swojej własnej córce powiedzieć: "kochanie, Ty niedługo umrzesz, ponieważ jesteś chora". Oczywiście autorka nie użyła takich słów jak ja, jednak na samą myśl szklą mi się oczy. Po tej scenie już miałam pewność, że moje emocje zostaną poddane ogromnej próbie...
Bohaterowie to chyba najmocniejsza karta przetargowa Amy Harmon. Za każdym razem potrafi ich wykreować perfekcyjnie. W moim sercu na dobre zagościł Bailey. Jest tak mądrym i inteligentnym chłopakiem, że głowa boli! Zaskoczył mnie nie raz i nie dwa. Pierwszy raz naprawdę tak bardzo polubiłam, która teoretycznie nie była tutaj najważniejsza. Dla mnie była i myślę, że właśnie ze względu na niego za jakiś czas chętnie do tej książki wrócę. Cieszę się, że autorka w tak doskonały sposób radzi sobie z portretami psychologicznymi swoich bohaterów. Dzięki temu mamy szansę zapomnieć, że to tylko literacka fikcja.
Mnogość wątków może wydać się początkowo przytłaczająca. Jest ich naprawdę dużo. Młodzieńcze zauroczenie, prawdziwa miłość, poważna choroba, wojna, przyjaźń, troska o bliskich, poświęcenie, oddanie, miłość do dziecka, akceptacja, śmierć i wiele innych. Po przeczytaniu tej książki można zauważyć, że każdy z nich był ważny i łączył się z kolejnym. Dostajemy sieć wątków, które przeplatając się tworzą zgrabną całość.
Tym razem jednak coś mi w całości nie pasowało. Fabuła mnie wciągnęła, wątki zaskoczyły, a bohaterowie potwierdzili wspaniałość autorki. Jednak teraz momentami odnosiłam wrażenie, jakby Amy Harmon opowiedziała komuś swoją historię, a ten nie do końca umiejętnie by ją spisał. Zabrakło mi pewnego pióra autorki, które przecież dwa razy porwało mnie bez pamięci. Uczucia i emocje są, ale na tak dobrej fabule nie uroniłam ani jednej łzy. Może to nie był odpowiedni moment na tę książkę? Może moje oczekiwania były zbyt wygórowane? Nie wiem dlaczego, ale czułam niedosyt, choć treść do dziś mam w pamięci i raczej o niej bardzo długo nie zapomnę.
Making faces to książka przepełniona uczuciami i emocjami. Mówi o wielkiej miłości, przyjaźni, akceptacji, poświęceniu, oddaniu, śmierci. Historia wciąga od pierwszej strony i nie pozwala się oderwać, a pamięć o niej pozostaje w świadomości na długo po skończonej lekturze. Choć tym razem czegoś mi zabrakło, to i tak polecam. Jestem pewna, że z tej powieści wiele można wynieść i wysnuć pewne refleksje.
Bohaterowie to chyba najmocniejsza karta przetargowa Amy Harmon. Za każdym razem potrafi ich wykreować perfekcyjnie. W moim sercu na dobre zagościł Bailey. Jest tak mądrym i inteligentnym chłopakiem, że głowa boli! Zaskoczył mnie nie raz i nie dwa. Pierwszy raz naprawdę tak bardzo polubiłam, która teoretycznie nie była tutaj najważniejsza. Dla mnie była i myślę, że właśnie ze względu na niego za jakiś czas chętnie do tej książki wrócę. Cieszę się, że autorka w tak doskonały sposób radzi sobie z portretami psychologicznymi swoich bohaterów. Dzięki temu mamy szansę zapomnieć, że to tylko literacka fikcja.
Mnogość wątków może wydać się początkowo przytłaczająca. Jest ich naprawdę dużo. Młodzieńcze zauroczenie, prawdziwa miłość, poważna choroba, wojna, przyjaźń, troska o bliskich, poświęcenie, oddanie, miłość do dziecka, akceptacja, śmierć i wiele innych. Po przeczytaniu tej książki można zauważyć, że każdy z nich był ważny i łączył się z kolejnym. Dostajemy sieć wątków, które przeplatając się tworzą zgrabną całość.
Tym razem jednak coś mi w całości nie pasowało. Fabuła mnie wciągnęła, wątki zaskoczyły, a bohaterowie potwierdzili wspaniałość autorki. Jednak teraz momentami odnosiłam wrażenie, jakby Amy Harmon opowiedziała komuś swoją historię, a ten nie do końca umiejętnie by ją spisał. Zabrakło mi pewnego pióra autorki, które przecież dwa razy porwało mnie bez pamięci. Uczucia i emocje są, ale na tak dobrej fabule nie uroniłam ani jednej łzy. Może to nie był odpowiedni moment na tę książkę? Może moje oczekiwania były zbyt wygórowane? Nie wiem dlaczego, ale czułam niedosyt, choć treść do dziś mam w pamięci i raczej o niej bardzo długo nie zapomnę.
Making faces to książka przepełniona uczuciami i emocjami. Mówi o wielkiej miłości, przyjaźni, akceptacji, poświęceniu, oddaniu, śmierci. Historia wciąga od pierwszej strony i nie pozwala się oderwać, a pamięć o niej pozostaje w świadomości na długo po skończonej lekturze. Choć tym razem czegoś mi zabrakło, to i tak polecam. Jestem pewna, że z tej powieści wiele można wynieść i wysnuć pewne refleksje.
http://krainaksiazkazwana.blogspot.com/ Daria Skiba