Recenzje
Olo na Atlantyku. Kajakiem przez ocean
Co robi człowiek, gdy przechodzi na emeryturę? Wkłada ciepłe kapcie, uczy się robić na drutach i zajmuje się wnukami. Nie w przypadku Aleksandra Doby, człowieka, który ma więcej werwy niż niejedna młoda osoba, jaką znam, nie wykluczając mnie z tego grona. Ja nie miałabym na tyle odwagi, żeby zrobić to, czego on dokonał. Jeśli to nazwisko nic wam nie mówi, już spieszę z wyjaśnieniami. Aleksander Doba jako pierwszy w historii człowiek przepłynął Atlantyk z kontynentu na kontynent. Zajęło mu to 100 dni. Był zdany tylko na siebie i siłę swoich mięśni. Wiedział, że nikt nie pomoże mu od razu, gdy coś pójdzie nie tak.
Wraz z Aleksandrem przechodzimy przez całą podróż, łącznie z przygotowaniami. Dowiadujemy się, że żona nie była zbyt szczęśliwa, gdy postanowił wyruszyć w siną dal. W sumie trudno jej się dziwić. Gdyby mnie mój ślubny powiedział, że wypływa kajakiem na ocean, oberwałby ode mnie w łeb i skończyłoby się rumakowanie. Na szczęście Gabriela była bardziej wyrozumiała. W trakcie lektury czułam narastający podziw dla tego podróżnika. Umarłabym ze strachu, gdybym miała spać sama pośrodku oceanu w nocy. Pomijając fakt, że zgubiłabym się, bo nawigowanie nie jest moją mocną stroną.
Jestem pod wrażeniem, jeśli chodzi o podejście Aleksandra Doby do całej wyprawy. Powiedział, że nie pokonał oceanu, a jedynie nie pozwolił się pokonać. Miał swoje marzenie i postanowił je spełnić. Wiedział, że samo nic się nie zrobi. Dla tego człowieka nie ma rzeczy niemożliwych. Przestrzegł jednak, by nie brać z niego przykładu. Ja nie zamierzam. Dobrze mi w domu.
Nieco obawiałam się tego, że lektura mnie znuży. Boję się wody, tylko ta w wannie jest cacy. Nie umiem pływać, do żeglowania mnie też nigdy nie ciągnęło. Aleksander Doba wciągnął mnie jednak w swoją opowieść już od początku. Wiele razy w trakcie lektury na mojej twarzy gościł uśmiech. Zwłaszcza wtedy, gdy mówił o rodzinie. Czułam, że nawiązuje się między nami coś w rodzaju nici przyjaźni. Nie znam tego człowieka, ale mam wrażenie, że jest pogodny i swoim optymizmem potrafiłby zarazić największego pesymistę. Niestety niewielu jest takich ludzi, dlatego warto o nich mówić głośno. Jedyne, co mnie nużyło, to techniczne opisy dotyczące sterowania, ale pasjonaci kajakowych wypraw powinni czytać je z zaciekawieniem.
Ubolewam nad jedną rzeczą. W tej publikacji było niewiele zdjęć. Wiem, trudno byłoby ich nacykać w takich warunkach setki, ale nieco brakowało mi tego typu wspomnień z podróży. Tym, które się tam znalazły, nie można niczego zarzucić.
Czytając o przygodach Aleksandra Doby, miałam wrażenie, że wraz z nim jestem pośrodku oceanu i wiecie co, nawet nie było tam tak strasznie. Z pewnością wrócę tam jeszcze kiedyś. Na suchym lądzie w fotelu mogę to zrobić. Czy polecam tę publikację? Jak najbardziej. To opis niezwykłej wyprawy. Świadectwo odwagi i determinacji. Aleksander Doba stał się moim nowym idolem i na zawsze pozostanie w mojej pamięci. Bardzo chciałabym go kiedyś poznać osobiście. W końcu nie ma rzeczy niemożliwych do zrealizowania. Wystarczy chcieć. Jeśli jesteście pasjonatami morskich wojaży, myślę, że Olo na Atlantyku was zainteresuje. Z tą książką na pewno nie będziecie się nudzić.
Wraz z Aleksandrem przechodzimy przez całą podróż, łącznie z przygotowaniami. Dowiadujemy się, że żona nie była zbyt szczęśliwa, gdy postanowił wyruszyć w siną dal. W sumie trudno jej się dziwić. Gdyby mnie mój ślubny powiedział, że wypływa kajakiem na ocean, oberwałby ode mnie w łeb i skończyłoby się rumakowanie. Na szczęście Gabriela była bardziej wyrozumiała. W trakcie lektury czułam narastający podziw dla tego podróżnika. Umarłabym ze strachu, gdybym miała spać sama pośrodku oceanu w nocy. Pomijając fakt, że zgubiłabym się, bo nawigowanie nie jest moją mocną stroną.
Jestem pod wrażeniem, jeśli chodzi o podejście Aleksandra Doby do całej wyprawy. Powiedział, że nie pokonał oceanu, a jedynie nie pozwolił się pokonać. Miał swoje marzenie i postanowił je spełnić. Wiedział, że samo nic się nie zrobi. Dla tego człowieka nie ma rzeczy niemożliwych. Przestrzegł jednak, by nie brać z niego przykładu. Ja nie zamierzam. Dobrze mi w domu.
Nieco obawiałam się tego, że lektura mnie znuży. Boję się wody, tylko ta w wannie jest cacy. Nie umiem pływać, do żeglowania mnie też nigdy nie ciągnęło. Aleksander Doba wciągnął mnie jednak w swoją opowieść już od początku. Wiele razy w trakcie lektury na mojej twarzy gościł uśmiech. Zwłaszcza wtedy, gdy mówił o rodzinie. Czułam, że nawiązuje się między nami coś w rodzaju nici przyjaźni. Nie znam tego człowieka, ale mam wrażenie, że jest pogodny i swoim optymizmem potrafiłby zarazić największego pesymistę. Niestety niewielu jest takich ludzi, dlatego warto o nich mówić głośno. Jedyne, co mnie nużyło, to techniczne opisy dotyczące sterowania, ale pasjonaci kajakowych wypraw powinni czytać je z zaciekawieniem.
Ubolewam nad jedną rzeczą. W tej publikacji było niewiele zdjęć. Wiem, trudno byłoby ich nacykać w takich warunkach setki, ale nieco brakowało mi tego typu wspomnień z podróży. Tym, które się tam znalazły, nie można niczego zarzucić.
Czytając o przygodach Aleksandra Doby, miałam wrażenie, że wraz z nim jestem pośrodku oceanu i wiecie co, nawet nie było tam tak strasznie. Z pewnością wrócę tam jeszcze kiedyś. Na suchym lądzie w fotelu mogę to zrobić. Czy polecam tę publikację? Jak najbardziej. To opis niezwykłej wyprawy. Świadectwo odwagi i determinacji. Aleksander Doba stał się moim nowym idolem i na zawsze pozostanie w mojej pamięci. Bardzo chciałabym go kiedyś poznać osobiście. W końcu nie ma rzeczy niemożliwych do zrealizowania. Wystarczy chcieć. Jeśli jesteście pasjonatami morskich wojaży, myślę, że Olo na Atlantyku was zainteresuje. Z tą książką na pewno nie będziecie się nudzić.
Sztukater.pl Pani M
Filozofia Kaizen. Małymi krokami ku doskonałości
Przyznam szczerze, że czekałem na lekturę Filozofia kaizen z wypiekami na twarzy.Jak tylko dostałem ją do ręki rzuciłem wszystko i zacząłem czytać. Zastanawiałem się, w jaki sposób metoda małych kroków może zmienić moje życie osobiste i zawodowe. Zdawałem sobie sprawę, że taką metodologię stosuje wiele organizacji i firm ale nie miałem pojęcia, w jaki sposób ona działa.
Pierwszą rzeczą, na którą zwróciłem uwagę, była struktura i organizacja książki. Autor poukładał wszystkie zagadnienia w bardzo sensowny i rzeczowy porządek. Bardzo czytelne i wynikające jedna z drugiej obserwacje i wnioski poczynione przez Maurera dają poczucie „prowadzenia czytelnika za rękę”. W brew pozorom bowiem, paleta omawianych zagadnień w kontekście kaizen jest przeogromna. Ale po kolei.
Filozofia kaizen. Małymi krokami ku doskonałości dr. Roberta Maurera to książka nie tylko dla managerów organizacji i właścicieli firm. To książka dla każdego, kto planuje wprowadzenie wielkiej zmiany w swoim życiu i pragnie nauczyć się postrzegania swojej wartości przez innych ludzi. To książka o umiejętności współistnienia wśród innych użytkowników naszej planety. Kaizen to swoista metodologia pouczająca adepta swej sztuki w jaki sposób, nieinwazyjną metodą małych kroków osiągać spektakularne efekty.
Dr. Robert Maurer jest psychologiem klinicznym, konsultantem wielu organizacji, kultywatoremkaizen; z racji obcowania ze środowiskiem medycznym bardzo mocno implementujekaizen w medycynie, starając się tym samym sprostać trudnemuwyzwaniu rozwijania sektora usług w bardzo konkurencyjnym środowisku. Receptą analizowanych przez autora problemów jest oczywiście kaizen: jak poprawiono odbiór nowej na rynku przychodni nie ponosząc przy tym żadnych dodatkowych kosztów – dowiecie się już z lektury ja natomiast powiem tylko, że efektem opisanych przez Maurera działań było pierwsze miejsce w rankingu przychodni pod względem dbania o pacjenta i jakości porad lekarskich!
Czym zatem jest kaizenz definicji? Kaizen to po japońsku dobra zmiana -małymi krokami ku doskonałości - małymi krokami do wielkich zmian. Najczęściej polega na wprowadzaniu drobnych, z pozoru niewiele znaczących, wręcz niezauważalnych modyfikacji dotychczasowego postępowania, które w perspektywie długoterminowej przynoszą oczekiwane efekty i satysfakcję.
Maurer w swojej książce prowadzi czytelnika przez meandry kaizen podając pod refleksję szereg interesujących tematów. Z książki czytelnik dowie się m.in., że:
• To nie Japończycy, tylko Amerykanie „wymyślili” kaizen
• Kaizen powstało na potrzeby armii;
• Wystarczy zwyczajne proszę, dziękuję i dzień dobry, aby poprawić notowania u swoich pracowników o dziesiątki procent
• Dlaczego stosowane w organizacjach metody motywacji pracowników nie działają? Co na to powinni poradzić managerowie i właściciele firm?;
• Wystarczą drobne gesty, aby odnotować wzrost morale pracowników w organizacji;
• Jak radzić sobie z zabijającymi morale „trudnymi pracownikami”? – jak neutralizować zachowania toksyczne dla zespołu?;
• Być otwartym na sugestie dla zespołu to nie wstyd;
• Transparentność przy wprowadzaniu nowych produktów jest lepsza, niż perfekcja;
• Współpraca to klucz do sukcesu, a cierpliwość to siostra kreatywności;
• Zwiększanie sprzedaży w firmie ma oparcie w jej wartościach;
Prawda jest taka, że Filozofia Kaizen Roberta Maurera to pozycja obowiązkowa dla tych wszystkich, którzy stoją w obliczu przeprowadzenia i wdrożenia zmian w życiu osobistym lub zawodowym. Zaraz po zakończeniu lektury kaizen jako metodologia staje się prosta, w pełni zrozumiała i możliwa do natychmiastowej implementacji.
„O mistrzostwie decydują cale”. Tam, gdzie dr. Robert Maurer kończy swoją książkę cytatem z Lombardiego, tam czytelnik rozpoczyna swoją przygodę z Kaizen. Polecam serdecznie!
Pierwszą rzeczą, na którą zwróciłem uwagę, była struktura i organizacja książki. Autor poukładał wszystkie zagadnienia w bardzo sensowny i rzeczowy porządek. Bardzo czytelne i wynikające jedna z drugiej obserwacje i wnioski poczynione przez Maurera dają poczucie „prowadzenia czytelnika za rękę”. W brew pozorom bowiem, paleta omawianych zagadnień w kontekście kaizen jest przeogromna. Ale po kolei.
Filozofia kaizen. Małymi krokami ku doskonałości dr. Roberta Maurera to książka nie tylko dla managerów organizacji i właścicieli firm. To książka dla każdego, kto planuje wprowadzenie wielkiej zmiany w swoim życiu i pragnie nauczyć się postrzegania swojej wartości przez innych ludzi. To książka o umiejętności współistnienia wśród innych użytkowników naszej planety. Kaizen to swoista metodologia pouczająca adepta swej sztuki w jaki sposób, nieinwazyjną metodą małych kroków osiągać spektakularne efekty.
Dr. Robert Maurer jest psychologiem klinicznym, konsultantem wielu organizacji, kultywatoremkaizen; z racji obcowania ze środowiskiem medycznym bardzo mocno implementujekaizen w medycynie, starając się tym samym sprostać trudnemuwyzwaniu rozwijania sektora usług w bardzo konkurencyjnym środowisku. Receptą analizowanych przez autora problemów jest oczywiście kaizen: jak poprawiono odbiór nowej na rynku przychodni nie ponosząc przy tym żadnych dodatkowych kosztów – dowiecie się już z lektury ja natomiast powiem tylko, że efektem opisanych przez Maurera działań było pierwsze miejsce w rankingu przychodni pod względem dbania o pacjenta i jakości porad lekarskich!
Czym zatem jest kaizenz definicji? Kaizen to po japońsku dobra zmiana -małymi krokami ku doskonałości - małymi krokami do wielkich zmian. Najczęściej polega na wprowadzaniu drobnych, z pozoru niewiele znaczących, wręcz niezauważalnych modyfikacji dotychczasowego postępowania, które w perspektywie długoterminowej przynoszą oczekiwane efekty i satysfakcję.
Maurer w swojej książce prowadzi czytelnika przez meandry kaizen podając pod refleksję szereg interesujących tematów. Z książki czytelnik dowie się m.in., że:
• To nie Japończycy, tylko Amerykanie „wymyślili” kaizen
• Kaizen powstało na potrzeby armii;
• Wystarczy zwyczajne proszę, dziękuję i dzień dobry, aby poprawić notowania u swoich pracowników o dziesiątki procent
• Dlaczego stosowane w organizacjach metody motywacji pracowników nie działają? Co na to powinni poradzić managerowie i właściciele firm?;
• Wystarczą drobne gesty, aby odnotować wzrost morale pracowników w organizacji;
• Jak radzić sobie z zabijającymi morale „trudnymi pracownikami”? – jak neutralizować zachowania toksyczne dla zespołu?;
• Być otwartym na sugestie dla zespołu to nie wstyd;
• Transparentność przy wprowadzaniu nowych produktów jest lepsza, niż perfekcja;
• Współpraca to klucz do sukcesu, a cierpliwość to siostra kreatywności;
• Zwiększanie sprzedaży w firmie ma oparcie w jej wartościach;
Prawda jest taka, że Filozofia Kaizen Roberta Maurera to pozycja obowiązkowa dla tych wszystkich, którzy stoją w obliczu przeprowadzenia i wdrożenia zmian w życiu osobistym lub zawodowym. Zaraz po zakończeniu lektury kaizen jako metodologia staje się prosta, w pełni zrozumiała i możliwa do natychmiastowej implementacji.
„O mistrzostwie decydują cale”. Tam, gdzie dr. Robert Maurer kończy swoją książkę cytatem z Lombardiego, tam czytelnik rozpoczyna swoją przygodę z Kaizen. Polecam serdecznie!
Sztukater.pl Paweł Warowny
Kurza twarz! Przeklinanka kolorowanka antystresowa
Recenzja może zawierać śladowe ilości wyrazów obelżywych. Osoby wrażliwe uprasza się o zatkanie uszu.
Zdenerwowanie zasadniczo dzieli się na dwie kategorie: mały wkurw i duży wkurw. Obiektywnie rzecz ujmując Kolorowanka antystresowa sprawdzi się li tylko w tym pierwszym przypadku.
Kiedy: szef nas opierdzielił; kiedy jakiś baran zarysował nam nowiusi siedmioletni samochód; kiedy rozerwała nam się reklamówka z zakupami; kiedy pokłóciliśmy sie z szanownym małżonkiem/szanowną małżonką. Poduszkę zostawiamy w spokoju – już się bidula nasłuchała naszych krzyków i była świadkiem zbyt dużej ilości frustracji. Bierzemy zatem Kolorowankę raczej dla dorosłych z banalnie prostą instrukcją obsługi:
Kolorujesz , klnąc pod nosem, głośno lub w myślach. Możesz nie kolorować. Możesz nie kląć.
Potrzebne będą także kredki, najlepiej zawczasu zastrugane i sprawnie działające, gdyż potrzeba temperowania może spowodować, że mały wkurw niebezpiecznie balansujący na granicy metamorfozy, przemieni się w pierwszą fazę dużego wkurwu. Wówczas nici z kolorowania i zbawiennego wpływu koloru i uspakajanej czynności kontrolowanego wymachiwania dłonią.
Bo właśnie w tych czynnościach upatruję skuteczności tej metody – kredki, najlepiej o jak najbardziej wyrazistych kolorach (kredki pastelowe), monotonne, jednostajne machanie dłonią. To pierwsza porcja ukojenia zszarganych nerwów. Kolejna to skojarzenie z beztroską – kolorowanie przenosi nas w przeszłość – do naszego dzieciństwa, w którym (daj Boże) jedną z największych tragedii było "wyjście za linię" podczas malowania, a największym dylematem – wybranie koloru sukienki księżniczki (turkusowa, czy różowa?). Autorka Przeklinanki Kolorowanki antystresowej poszła o krok dalej. Aby zminimalizować nasze rozdrażnienie łączy skuteczną metodę kolorowania z metodą "darcia japy" – krzyczenia, uzewnętrzniania swoich skrywanych uczuć, poprzez krzyk właśnie lub złowieszczy szept – często nieprzeznaczony dla uszu nieletnich. Ogromnym, jak dla mnie bonusem, jest zabarwienie humorystyczne. Bo owszem – kolorowanki już były, ten sposób jest sprawdzony, ale stary i przemaglowany. Ale Autorka dodaje nam w gratisie porcję śmiechu – każda ze stron przeznaczona jest dla konkretnego bluzga – i adekwatnie do tegoż bluzga zilustrowana. Kilka razy wybuchałam śmiechem z interpretacji graficznej konkretnych sformułowań (np.: "Jasny gwint", "Stul pysk" ). Na koniec czeka nas sympatyczny dodatek dla kinomaniaków. Tym prostym sposobem DA SIĘ WYKOLOROWAĆ małego wkurwa. Metoda sprawdzona osobiście. =) Jedynym zastrzeżeniem, jakim mogę poczęstować tę kolorowankę są zbyt małe elementy – kolorując z emfazą można spowodować "wyjście za linię", wyjście za linię może spowodować lekkie poddenerwowanie, a mały wkurw plus lekkie poddenerwowanie może sie zakończyć nie tak, jak planowaliśmy;)
Inaczej sprawy wyglądają, kiedy nawiedził nas duży wkurw. Kiedy: szef nas opierdzielił i wyrzucił na zbity pysk z roboty; kiedy jakiś baran zarysował nam nowiusi siedmioletni samochód, i baran ów okazał się tlenioną, wszystkowiedzącą blondynką, która wydarła na nas jadaczkę i nie pomogły rzucane w jej stronę prośby "zamknij ryj"; kiedy rozerwała nam sie reklamówka z zakupami, a w reklamówce tej nieśliśmy kupioną za długo odkładane pieniądze 18 letnia butelkę whisky; kiedy pokłóciliśmy sie z szanownym małżonkiem/szanowna małżonką i druga połówka postanowiła zrobić sobie przerwę w związku. Marna szansa, że kolorowanka podoła w wyżej opisanych sytuacjach. Bo w ruch pójdzie tylko jeden psychodeliczny kolor – czerń – a użytkownik z krzykiem "a pohybel zasadom, na pohybel liniom" zarysuje kartkę od góry do dołu spazmatycznymi krechami o głębokiej, ciemnej barwie. Łamiąc przy tym kredkę, nawet tradycyjną – drewnianą.
Reasumując – Kolorowanka antystresowa Przeklinanka jest idealnym rozwiązaniem dla osób poddenerwowanych. Tych wkur**onych może poratować refleks w łapaniu flaszki wypadającej z rozerwanej torebki;)
Zdenerwowanie zasadniczo dzieli się na dwie kategorie: mały wkurw i duży wkurw. Obiektywnie rzecz ujmując Kolorowanka antystresowa sprawdzi się li tylko w tym pierwszym przypadku.
Kiedy: szef nas opierdzielił; kiedy jakiś baran zarysował nam nowiusi siedmioletni samochód; kiedy rozerwała nam się reklamówka z zakupami; kiedy pokłóciliśmy sie z szanownym małżonkiem/szanowną małżonką. Poduszkę zostawiamy w spokoju – już się bidula nasłuchała naszych krzyków i była świadkiem zbyt dużej ilości frustracji. Bierzemy zatem Kolorowankę raczej dla dorosłych z banalnie prostą instrukcją obsługi:
Kolorujesz , klnąc pod nosem, głośno lub w myślach. Możesz nie kolorować. Możesz nie kląć.
Potrzebne będą także kredki, najlepiej zawczasu zastrugane i sprawnie działające, gdyż potrzeba temperowania może spowodować, że mały wkurw niebezpiecznie balansujący na granicy metamorfozy, przemieni się w pierwszą fazę dużego wkurwu. Wówczas nici z kolorowania i zbawiennego wpływu koloru i uspakajanej czynności kontrolowanego wymachiwania dłonią.
Bo właśnie w tych czynnościach upatruję skuteczności tej metody – kredki, najlepiej o jak najbardziej wyrazistych kolorach (kredki pastelowe), monotonne, jednostajne machanie dłonią. To pierwsza porcja ukojenia zszarganych nerwów. Kolejna to skojarzenie z beztroską – kolorowanie przenosi nas w przeszłość – do naszego dzieciństwa, w którym (daj Boże) jedną z największych tragedii było "wyjście za linię" podczas malowania, a największym dylematem – wybranie koloru sukienki księżniczki (turkusowa, czy różowa?). Autorka Przeklinanki Kolorowanki antystresowej poszła o krok dalej. Aby zminimalizować nasze rozdrażnienie łączy skuteczną metodę kolorowania z metodą "darcia japy" – krzyczenia, uzewnętrzniania swoich skrywanych uczuć, poprzez krzyk właśnie lub złowieszczy szept – często nieprzeznaczony dla uszu nieletnich. Ogromnym, jak dla mnie bonusem, jest zabarwienie humorystyczne. Bo owszem – kolorowanki już były, ten sposób jest sprawdzony, ale stary i przemaglowany. Ale Autorka dodaje nam w gratisie porcję śmiechu – każda ze stron przeznaczona jest dla konkretnego bluzga – i adekwatnie do tegoż bluzga zilustrowana. Kilka razy wybuchałam śmiechem z interpretacji graficznej konkretnych sformułowań (np.: "Jasny gwint", "Stul pysk" ). Na koniec czeka nas sympatyczny dodatek dla kinomaniaków. Tym prostym sposobem DA SIĘ WYKOLOROWAĆ małego wkurwa. Metoda sprawdzona osobiście. =) Jedynym zastrzeżeniem, jakim mogę poczęstować tę kolorowankę są zbyt małe elementy – kolorując z emfazą można spowodować "wyjście za linię", wyjście za linię może spowodować lekkie poddenerwowanie, a mały wkurw plus lekkie poddenerwowanie może sie zakończyć nie tak, jak planowaliśmy;)
Inaczej sprawy wyglądają, kiedy nawiedził nas duży wkurw. Kiedy: szef nas opierdzielił i wyrzucił na zbity pysk z roboty; kiedy jakiś baran zarysował nam nowiusi siedmioletni samochód, i baran ów okazał się tlenioną, wszystkowiedzącą blondynką, która wydarła na nas jadaczkę i nie pomogły rzucane w jej stronę prośby "zamknij ryj"; kiedy rozerwała nam sie reklamówka z zakupami, a w reklamówce tej nieśliśmy kupioną za długo odkładane pieniądze 18 letnia butelkę whisky; kiedy pokłóciliśmy sie z szanownym małżonkiem/szanowna małżonką i druga połówka postanowiła zrobić sobie przerwę w związku. Marna szansa, że kolorowanka podoła w wyżej opisanych sytuacjach. Bo w ruch pójdzie tylko jeden psychodeliczny kolor – czerń – a użytkownik z krzykiem "a pohybel zasadom, na pohybel liniom" zarysuje kartkę od góry do dołu spazmatycznymi krechami o głębokiej, ciemnej barwie. Łamiąc przy tym kredkę, nawet tradycyjną – drewnianą.
Reasumując – Kolorowanka antystresowa Przeklinanka jest idealnym rozwiązaniem dla osób poddenerwowanych. Tych wkur**onych może poratować refleks w łapaniu flaszki wypadającej z rozerwanej torebki;)
Sztukater.pl Rudaczyta
Nastoletnie miłości. Jak rozpoznać emocje swoje i innych
PRZYJAŹŃ I KOCHANIE
Nastoletnia miłość to temat rzeka, można powiedzieć. Mówi się, że boli najmocniej, że towarzyszą jej najsilniejsze emocje i że jest równie głupia, co istotna. Przeżywał ją każdy z nas, zaprzątała nasze myśli, zajmowała wolny czas, wpływała na wszystkie inne sprawy. I chociaż to, jak potoczyła się dalej, było kwestią indywidualną dla każdego, sama w sobie stanowi jedną z cech wspólnych dla wszystkich. Każdy ją przeżył, każdy przeżyć musi. Ale pozostaje pytanie czy musi także uczyć się na własnych błędach (bo przecież rad starszych młody buntownik nie posłucha) czy może jednak znajdzie pomoc choćby w postaci poradnika? Jak to się mówi, na dwoje babka wróżyła. A niniejsza pozycja, która z założenia stara się pomóc, każe sobie zadać jeszcze inne pytanie: czy tego typu poradnik w ogóle ma sens?
Podobno młodzi ludzie nie potrafią kochać. Mylą zauroczenie z miłością. Błądzą. Burza hormonów robi swoje, przysłania wzrok. Po części się z tym zgodzę, po części będę zdecydowanie przeciw, bo jak pokazuje życie ludzie miłość mylą z wieloma rzeczami (choćby z tak oczywiście cisnącym się na usta pożądaniem) – wiek i doświadczenie wydają się nie mieć na to większego wpływu. Ale z upływem lat wiemy więcej, możemy bardziej świadomie decydować, posiadamy więcej elementów tej układanki. Czego nie może powiedzieć o sobie żaden nastolatek. Codzienność to koszmar, umysł wypełniają sprzeczne emocje, problemy, nerwy... Miłość atakuje znienacka, wybija się ponad wszystko. Ale czy to naprawdę miłość? Jak się o tym przekonać? I co zrobić w takiej sytuacji? Jak postąpić? Jak wykonać pierwszy krok i czy w ogóle go wykonywać? Na te pytania stara się dopowiedzieć psycholog i polonistka Renata Kreczman-Madej. Z jakim skutkiem?
Na to pytanie natomiast ciężko jest odpowiedzieć jednoznacznie. Na łamach „Nastoletnich miłości” znalazło się wiele przydatnych rzeczy, ale jednocześnie nie zabrakło ewidentnych pomyłek. Zaczynając od śmiesznych wpadek przy okazji psychozabaw (jeden z takich testów składa się z czterech pytań, za każde zdobyć można od 0 do 3 punktów, a tymczasem wg autorki maksymalny wynik wynosi... 18) na złych poradach kończąc (tu warto wspomnieć choćby radę by wyobrażać sobie pierwszy pocałunek jak najlepiej, żeby zatarło się późniejsze ewentualne złe wrażenie; niestety efekt w większości przypadków będzie odwrotny, zamiast pomóc doda tylko rozczarowań). Na szczęście publikacja ma też swoje dobre strony.
Co do nich należy? To, ze stara się poruszyć wszystkie aspekty tematu. Próba wyjaśnienia uczuć, różne perspektywy, pocałunki, przebieg randki i co, kiedy i jak wypada to jedynie wstęp. Dalej autorka porusza kwestie przyjaźni, inności, uzależnień, tolerancji, zazdrości, kompleksów... Omawia przy tym znajomości zawierane przez Internet czy kwestie zerwania. Można jedna uznać, że przydaje się to jednak tylko połowicznie. Racjonalizowanie uczuć nie jest może błędem, ale nie stanowi też do końca dobrej drogi. Psychologia to dziedzina wciąż pełna wad, a opieranie się tylko na niej jest jak ukazanie jednej strony medalu. Lepiej wypadłyby świadectwa samych nastolatków i ich spojrzenie na problem. Mamy jednak co mamy, a nie mówię, że książka jest zła. Ma swoje minusy, ma również dobre strony. Można ją więc przeczytać, ale raczej z ciekawości, a nie żeby stała się czyimś przewodnikiem po uczuciach.
Nastoletnia miłość to temat rzeka, można powiedzieć. Mówi się, że boli najmocniej, że towarzyszą jej najsilniejsze emocje i że jest równie głupia, co istotna. Przeżywał ją każdy z nas, zaprzątała nasze myśli, zajmowała wolny czas, wpływała na wszystkie inne sprawy. I chociaż to, jak potoczyła się dalej, było kwestią indywidualną dla każdego, sama w sobie stanowi jedną z cech wspólnych dla wszystkich. Każdy ją przeżył, każdy przeżyć musi. Ale pozostaje pytanie czy musi także uczyć się na własnych błędach (bo przecież rad starszych młody buntownik nie posłucha) czy może jednak znajdzie pomoc choćby w postaci poradnika? Jak to się mówi, na dwoje babka wróżyła. A niniejsza pozycja, która z założenia stara się pomóc, każe sobie zadać jeszcze inne pytanie: czy tego typu poradnik w ogóle ma sens?
Podobno młodzi ludzie nie potrafią kochać. Mylą zauroczenie z miłością. Błądzą. Burza hormonów robi swoje, przysłania wzrok. Po części się z tym zgodzę, po części będę zdecydowanie przeciw, bo jak pokazuje życie ludzie miłość mylą z wieloma rzeczami (choćby z tak oczywiście cisnącym się na usta pożądaniem) – wiek i doświadczenie wydają się nie mieć na to większego wpływu. Ale z upływem lat wiemy więcej, możemy bardziej świadomie decydować, posiadamy więcej elementów tej układanki. Czego nie może powiedzieć o sobie żaden nastolatek. Codzienność to koszmar, umysł wypełniają sprzeczne emocje, problemy, nerwy... Miłość atakuje znienacka, wybija się ponad wszystko. Ale czy to naprawdę miłość? Jak się o tym przekonać? I co zrobić w takiej sytuacji? Jak postąpić? Jak wykonać pierwszy krok i czy w ogóle go wykonywać? Na te pytania stara się dopowiedzieć psycholog i polonistka Renata Kreczman-Madej. Z jakim skutkiem?
Na to pytanie natomiast ciężko jest odpowiedzieć jednoznacznie. Na łamach „Nastoletnich miłości” znalazło się wiele przydatnych rzeczy, ale jednocześnie nie zabrakło ewidentnych pomyłek. Zaczynając od śmiesznych wpadek przy okazji psychozabaw (jeden z takich testów składa się z czterech pytań, za każde zdobyć można od 0 do 3 punktów, a tymczasem wg autorki maksymalny wynik wynosi... 18) na złych poradach kończąc (tu warto wspomnieć choćby radę by wyobrażać sobie pierwszy pocałunek jak najlepiej, żeby zatarło się późniejsze ewentualne złe wrażenie; niestety efekt w większości przypadków będzie odwrotny, zamiast pomóc doda tylko rozczarowań). Na szczęście publikacja ma też swoje dobre strony.
Co do nich należy? To, ze stara się poruszyć wszystkie aspekty tematu. Próba wyjaśnienia uczuć, różne perspektywy, pocałunki, przebieg randki i co, kiedy i jak wypada to jedynie wstęp. Dalej autorka porusza kwestie przyjaźni, inności, uzależnień, tolerancji, zazdrości, kompleksów... Omawia przy tym znajomości zawierane przez Internet czy kwestie zerwania. Można jedna uznać, że przydaje się to jednak tylko połowicznie. Racjonalizowanie uczuć nie jest może błędem, ale nie stanowi też do końca dobrej drogi. Psychologia to dziedzina wciąż pełna wad, a opieranie się tylko na niej jest jak ukazanie jednej strony medalu. Lepiej wypadłyby świadectwa samych nastolatków i ich spojrzenie na problem. Mamy jednak co mamy, a nie mówię, że książka jest zła. Ma swoje minusy, ma również dobre strony. Można ją więc przeczytać, ale raczej z ciekawości, a nie żeby stała się czyimś przewodnikiem po uczuciach.
Sztukater.pl Michał Lipka
Podniebny lot
Autorka R. K. Lilley nie wykazała się może specjalnym kunsztem literackim i pomysłowością, jednak książkę czytało się przyjemnie i bardzo szybko. Początkowa gra tajemnicą wciąga i zachęca do przewracania kolejnych stron tak, że kończyłam czytanie sporo po północy i wcale nie byłam śpiąca.
Bianca jest stewardessą z bardzo trudnym dzieciństwem i okresem dojrzewania. Ciągle myśli o tym, że powinna oszczędzać, musi brać nadgodziny, by opłacić swój dom-marzenie, który zakupiła. Uwielbia malować i ma do tego ogromny talent, mimo że nie ukończyła żadnej szkoły w tym kierunku. Właściwie do ostatniej strony powieści dowiadujemy się o niej czegoś nowego, co skrzętnie ukrywała, mimo że narracja prowadzona jest właśnie z jej punktu widzenia i w pierwszej osobie.
Bianca ma też przyjaciela stewarda Stephana, który opiekuje się nią właściwie od czasów szkoły, chroniąc ją zarówno przed brutalnym ojcem, jak i przed wszystkimi, którzy chcieliby zrobić jej jakąkolwiek przykrość. Taki przyjaciel to prawdziwy skarb i Bianca doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Stephan jest gejem, który również miał bardzo trudne dzieciństwo, a w okresie młodości, gdy ojciec Mormon wygnał go z domu, musiała zarabiać na życie sam. W jaki sposób? Walczył, mimo że brzydził się przemocą.
I mamy jeszcze jego – Pana Czarodzieja, Pana Szczodrego, Pana Dominującego, Pana Gniewnego, Pana… Przystojnego – Jamesa Cavendisha. Obrzydliwie bogaty, pewny siebie i nieprzyzwyczajony do jakiegokolwiek sprzeciwu — jednocześnie chłopięcy i troskliwy oraz wyuzdany i perwersyjny. Ten bohater również został naznaczony w swojej przeszłości.
Bianca i James to para wybuchowa, pełna temperamentu, a le też skrzywdzona przez życie mimo młodego wieku. Spotykają się w samolocie i od pierwszych chwil coś między nimi iskrzy, by w końcu doprowadzić do gorącego romansu. Wszystko dzieje się bardzo szybko, ale przeszłość dogania ich. Jak kończy się cała historia? Jeśli jesteście ciekawi – przeczytajcie „Podniebny lot”!
Okładka książki jest prosta, subtelna i delikatna. Powieść należy do serii „W przestworzach” i z pewnością spodoba się szczególnie kobietom, które lubią literaturę erotyczną. Opowieść pozwoli na przyjemne spędzenie kilku godzin. Instynkt, rozkosz, pożądanie i dotyk przewijają się od pierwszej po ostatnią stronę. Książka pozostawia nas jednak z lekkim niedosytem, bo przecież wbrew wszystkiemu lubimy pozytywne zakończenia. Nadzieja na lepsze jutro nie do końca spełnia to oczekiwanie.
Bianca jest stewardessą z bardzo trudnym dzieciństwem i okresem dojrzewania. Ciągle myśli o tym, że powinna oszczędzać, musi brać nadgodziny, by opłacić swój dom-marzenie, który zakupiła. Uwielbia malować i ma do tego ogromny talent, mimo że nie ukończyła żadnej szkoły w tym kierunku. Właściwie do ostatniej strony powieści dowiadujemy się o niej czegoś nowego, co skrzętnie ukrywała, mimo że narracja prowadzona jest właśnie z jej punktu widzenia i w pierwszej osobie.
Bianca ma też przyjaciela stewarda Stephana, który opiekuje się nią właściwie od czasów szkoły, chroniąc ją zarówno przed brutalnym ojcem, jak i przed wszystkimi, którzy chcieliby zrobić jej jakąkolwiek przykrość. Taki przyjaciel to prawdziwy skarb i Bianca doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Stephan jest gejem, który również miał bardzo trudne dzieciństwo, a w okresie młodości, gdy ojciec Mormon wygnał go z domu, musiała zarabiać na życie sam. W jaki sposób? Walczył, mimo że brzydził się przemocą.
I mamy jeszcze jego – Pana Czarodzieja, Pana Szczodrego, Pana Dominującego, Pana Gniewnego, Pana… Przystojnego – Jamesa Cavendisha. Obrzydliwie bogaty, pewny siebie i nieprzyzwyczajony do jakiegokolwiek sprzeciwu — jednocześnie chłopięcy i troskliwy oraz wyuzdany i perwersyjny. Ten bohater również został naznaczony w swojej przeszłości.
Bianca i James to para wybuchowa, pełna temperamentu, a le też skrzywdzona przez życie mimo młodego wieku. Spotykają się w samolocie i od pierwszych chwil coś między nimi iskrzy, by w końcu doprowadzić do gorącego romansu. Wszystko dzieje się bardzo szybko, ale przeszłość dogania ich. Jak kończy się cała historia? Jeśli jesteście ciekawi – przeczytajcie „Podniebny lot”!
Okładka książki jest prosta, subtelna i delikatna. Powieść należy do serii „W przestworzach” i z pewnością spodoba się szczególnie kobietom, które lubią literaturę erotyczną. Opowieść pozwoli na przyjemne spędzenie kilku godzin. Instynkt, rozkosz, pożądanie i dotyk przewijają się od pierwszej po ostatnią stronę. Książka pozostawia nas jednak z lekkim niedosytem, bo przecież wbrew wszystkiemu lubimy pozytywne zakończenia. Nadzieja na lepsze jutro nie do końca spełnia to oczekiwanie.
jejŚwiat Alicja Barszcz