Recenzje
Dręczyciel
Dręczyciel to moje pierwsze spotkanie z twórczością Penelope Douglas. Nie bardzo wiedziałam, czego mogę spodziewać się po tej książce, gdyż tytuł kierował moje myśli bardziej w stronę jakiegoś kryminału, czy erotyku, a opis mówił raczej co innego. Szczerze to nie mam pojęcia, kto w ogóle zdecydował o takim a nie innym tytule, gdyż moim zdaniem w ogóle nie odzwierciedla on tego, co możemy znaleźć na kartach powieści - a możemy znaleźć na prawdę świetną historię!
Po roku nauki w Paryżu, Tate wraca do rodzinnego miasta, by tam skończyć ostatnią klasę liceum. Powrót do codzienności oznacza również powrót do Jareda - sąsiada dziewczyny, który kiedyś był jej najlepszym przyjacielem. Jednakże po wizycie u ojca kilka lat temu Jared zmienił się całkowicie i zaczął nienawidzić Tate. Przez całe liceum gnębił ją, zaczepiał i mówił wszystkim same okropne rzeczy na jej temat. Paryż jednak ją zmienił i teraz dziewczyna postanawia, że nie będzie już więcej kozłem ofiarnym. Ten rok należy do niej i zrobi wszystko, aby w pełni go wykorzystać.
Koniecznie muszę w tym momencie powiedzieć, że książka na prawdę bardzo mi się spodobała! Długo po przeczytaniu jej nie mogłam przestać myśleć o całej historii oraz jej bohaterach. Myślę, że jest to na prawdę świetna powieść, lecz przez swoją okładkę oraz raczej mało trafny moim zdaniem tytuł, może ona nie przekonać do siebie zbyt wielu czytelników.
Główną bohaterką Dręczyciela jest Tate - zwyczajna dziewczyna, na którą zawsze można liczyć. Nigdy nie była raczej typem osoby nieśmiałej, jednak przez Jareda jej życie towarzyskie całkowicie legło w gruzach. My poznajemy dwie wersje dziewczyny - Tate przed wyjazdem do Paryża oraz Tate po rocznym pobycie we Francji. Choć z pozoru takie same, te dwie wersje dziewczyny całkowicie się od siebie różnią. Przez ten rok w Paryżu Tate odpoczęła od Jareda, przemyślała sobie sporo rzeczy i doszła do wniosku, że ich przyjaźń już dawno poszła w niepamięć i nie może pozwolić sobie, aby przez kolejne kilka lat była ofiarą jego głupich docinków. Już od pierwszych stron powieści bardzo polubiłam główną bohaterkę i choć miejscami jej zachowanie lekko mnie denerwowało i miałam wrażenie, że dziewczyna trochę wywyższa się nad innymi bohaterami, to jednak bardzo przyjemnie spędzało mi się z nią czas. Moim zdecydowanym ulubieńcem został jednak Jared - tak, właśnie ten Jared gnębiciel, bo jak się okazuje, wcale nie jest on taki, jakby się mogło wydawać. Już od samego początku podejrzewałam, że to, jak traktuje on Tate nie jest przypadkiem i musi mieć jakiś głębszy sens. Nie raz wspominałam już, że ciągnie mnie do książkowych złych chłopców, więc i koło tego nie mogłam przejść obojętnie.
Niesamowicie polubiłam również Madoca, czyli najlepszego przyjaciela Jareda, który choć na początku też wydawał się być tym strasznie złym, to jednak okazał się niesamowicie zabawnym chłopakiem. Na początku powieści obawiałam się, że okaże się on być jedynie tym złym i powiedzmy sobie szczerze, tępym osobnikiem, który tylko robi to, co każą mu inni i dla którego najlepszą na świecie rozrywką jest gnębienie słabszych. I choć owszem po części by się to zgadzało, to jednak, gdy autorka daje nam w końcu możliwość poznania Madoca lepiej, czytelnik dochodzi do wniosku, że mógł się jednak co do niego mylić. Bardzo liczę na to, że w kolejnych częściach serii autorka poświęci Madocowi nieco więcej czasu - z pewnością byłby to fantastyczny pomysł.
Cały czas będę podkreślać, jak nietrafny moim zdaniem jest w tym przypadku tytuł książki, gdyż tak naprawdę tego dręczenia jest tutaj stosunkowo mało (przynajmniej ja myślałam, że książka będzie tym przesycona). Sądzę jednak, że dobrze jest tak, jak jest, gdyż gdyby autorka powieści skupiła się właśnie na tej ciemniejszej stronie historii, nie czytałoby mi się jej aż tak dobrze, a jak już powiedziałam na początku - było na prawdę fantastycznie!
Penelope Douglas ma bardzo przyjemne i lekkie pióro, co skutkuje tym, że książkę czyta się szybko i bez najmniejszych problemów. Autorka nie zapełniła całości niepotrzebnymi watkami, czy opisami, co mnie osobiście bardzo cieszy. Mogę śmiało powiedzieć, że co do jej stylu nie mam żadnych zastrzeżeń.
Przechodząc więc już do podsumowania chcę jeszcze raz powiedzieć, że wbrew temu, co mogłoby się wydawać, Dręczyciel to na prawdę świetna książka, którą fani gatunku z całą pewnością powinni przeczytać. Nie wyobrażam sobie, aby ktoś, kto tak jak ja lubi tego typu historie, mógłby ją ominąć. Po pierwszym spotkaniu z twórczością Penelope Douglas mogę stwierdzam, że bardzo przyjemnie mnie ona zaskoczyła i z teraz już liczę, że o kolejnych jej dziełach będę mogła powiedzieć dokładnie to samo. Pozostaje mi więc jeszcze raz zachęcić was do sięgnięcia po Dręczyciela! Pamiętajcie - w tym przypadku nie warto oceniać książki po okładce, czy jej tytule!
Ocena: 8/10
http://about-katherine.blogspot.com/ Katarzyna Kołcz
Making Faces
Jakiś czas temu czytałam książki „Prawo Mojżesza” i „Pieśń Dawida” bardzo mi się spodobały. Kiedy zobaczyłam zapowiedź książki to wiedziałam, że nie mogę przejść obok niej obojętnie. Ale czy ta książka spełniła moje oczekiwania? Ciężko mi cokolwiek powiedzieć. Chcecie dowiedzieć się, dlaczego? Koniecznie przeczytajcie recenzję!
Amy Harmon jest autorką bestsellerów, mówcą motywacyjnym, nauczycielką i matką. Dorastała w wiejskiej okolicy, a pisanie od zawsze sprawiało jej ogromną przyjemność. Jej książki opublikowano w siedmiu krajach, zdobyły wiele nagród i wyróżnień.
Ferm Taylor nie jest specjalnie lubiana i popularna. Dwunastoletnia dziewczynka z rudą burzą loków, aparatem ortodontycznym i okularach sprawiają, że nie jest marzeniem szkolnych chłopców. Ambrose Young jest marzeniem każdej dziewczyny w szkole, ale i także lokalna gwiazda w sporcie gdzie jego przyszłość w tym sporcie zapowiadała się świetliście. Ferm podkochiwał się w chłopaku a on nie zwracał na nią uwagi. Kiedy przyszedł czas wyboru kierunku studiów, chłopak nagle zmienia decyzje i zaciąga się do wojska. A wraz z nim jego czterej przyjaciele. Kiedy po wielu miesiącach na misji wraca sam nie jest już tym samym chłopcem, co kiedyś. Jedynie tylko zakochana kobieta i Bailey nie opuścili Ambrose’a.
Autorka książki jest niesamowita w wymyślaniu i pisaniu przeróżnych historii. Każda jej książka jest jak rosyjska ruletka bo nigdy nie wiesz na co trafisz. Dwie poprzednie wydane książki były dla nie niesamowite, po których ciężko było mi dojść do siebie. Lecz ta książka „Making Faces” pobija każdą inna, jaką do tej pory czytałam. Historia Ferm i Ambrose’a poruszyła mnie doszczętnie gdzie teraz bardzo ciężko mi się pozbierać!
„Gdy się komuś długo przyglądasz, przestajesz widzieć doskonały nos albo proste zęby. Przestajesz widzieć bliznę po trądziku i dołek na brodzie. Te cechy zaczynają się zamazywać, a ty nagle widzisz kolory i to, co kryje się w środku, a piękno nabiera zupełnie nowego znaczenia.”
Tych dwoje pokochałam od samego początku a zwłaszcza niektóre fakty, jakie wychodzą na światło dzienne i jak sobie z tym wszystkim radzą. Podoba mi się również styl i język, jakim jest napisana książka, co bardzo szybko się czyta. Oczywiście okładka książki jak najbardziej jest tajemnicza i kobieca gdzie na pewno nikt nie przejdzie obok niej obojętnie.
Making Faces jest to jedna z nielicznych książek gdzie będzie stała na honorowym miejscu w mojej bibliotece. Historia zapada w pamięci i mogę z czystym sumieniem polecić każdemu. Jeśli szukasz książki dla siebie koleżanki, która lubi czytać romanse to ta książka jest dla ciebie. A jeśli już czytaliście książki Amy Harmon to wiecie, czego możecie się po tej książce. Serdecznie polecam :)
MOJA OCENA: 10/10
zaczarowana-ksiazka.blogspot.com Beata Matuszewska
Superinteligencja. Scenariusze, strategie, zagrożenia
Po powstaniu sztucznej inteligencji człowiek może podzielić los goryli, których życie zależy niemal wyłącznie od woli naszego gatunku.
Po powstaniu sztucznej inteligencji człowiek może podzielić los goryli, których życie zależy niemal wyłącznie od woli naszego gatunku. Nick Bostrom, szwedzki filozof i ważna postać współczesnego transhumanizmu, czyli nurtu głoszącego potrzebę technologicznego udoskonalania człowieka, napisał książkę przedstawiającą ogrom problemów oraz zagrożeń związanych z uruchomieniem w przyszłości su-perinteligencji (SI). Jakpisze wjej wstępie, jest to ?prawdopodobnie najważniejsze i najbardziej onieśmielające wyzwanie, z jakim kiedykolwiek mierzyła się ludzkość. I niezależnie od tego, czy nam się powiedzie czy nie - jest to prawdopodobnie ostatnie wyzwanie, z którym przyjdzie nam się kiedykolwiek zmierzyć". Dlaczego? Ano dlatego, trzymając się narracji autora, że po uruchomieniu SI los człowieka nie będzie już pozostawał w jego rękach, podobnie jak los współczesnych goryli nie zależy od nich, ale od ludzi.
Duża część jego dzieła dotyczy bowiem motywu "ucznia czarnoksiężnika" albo "dżina z butelki" - co by się stało, gdyby ewentualna SI opacznie pojęła wyznaczone jej cele. Rzecz jasna w przypadku sztucznej inteligencji nie chodziłoby o złą wolę, ale mechaniczne dążenie do celu. I tak, gdyby takim celem była np. optymalizacja produkcji spinaczy, mogłaby w sposób bezwzględny (bo jakże inaczej, skoro ludzkie uczucia byłyby jej obce) przekształcić całą dostępną jej część uniwersum w infrastrukturę do ich produkcji. Dla SI liczy się bowiem cel, nie rozumie ona wszak, że ma on zaspokajać potrzeby ludzi.
Bostrom snuje przy tej okazji różne przypuszczenia dotyczące domniemanej przebiegłości SI. Dysponując superwysoką sprawnością, SI może podejmować z człowiekiem grę po to, by zmaksymalizować prawdopodobieństwo osiągnięcia wyznaczonego celu. Jeżeli więc uzna, że aby zwiększyć produkcję spinaczy, musi się uwolnić spod nadzoru ludzi, to podejmie odpowiednie działania, łącznie z ukrywaniem swoich prawdziwych intencji dopóty, dopóki będzie to konieczne.
SI mogłaby też uznać, że ludzkość stanowi rodzaj surowca do pozyskania. Gdyby tak się stało, użyłaby wszystkich możliwych sposobów, aby gatunek ludzki wyeliminować lub wykorzystać. Bostrom podkreśla przy tym, że skoro mielibyśmy do czynienia z SI, to na pewno nie podjęłaby ona działań głupich, jakie znamy z popularnych filmów w rodzaju "Terminatora".
Autor rozważa możliwości zapobieżenia takiemu scenariuszowi. Wydaje się, że nie wystarczy zaimplementować SI ?miłości do człowieka", bo efekty tego wcale nie musiałyby być zgodne z naszymi oczekiwaniami. SI mogłaby nas próbować np. uszczęśliwić, pobudzając ludzkie ośrodki przyjemności. A przecież nie o to chodzi. Jednak w takim razie, jak przekazać SI troskę o wyższe wartości, sko -ro my sami nie jesteśmy w stanie uzgodnić, o jakie wartości chodzi? Nawet zaś jeżeli ustalimy jakiś korpus norm moralnych, to jak przełożyć go na język cyfrowy i zaimplementować SI?
Autorowi nie brak w tych rozważaniach fantazji i odwagi. Np. zastanawia się nad możliwością eksploracji całego kosmosu 1 przekształcania go wedle opracowanego przez SI projektu. Pojawia się przy tym kwestia realności samego uniwersum, które - jak zakłada autor - wcale nie musi być ?pierwotną" realnością. Wedle Bostro-ma jest bowiem wielce prawdopodobne, że żyjemy w którejś z warstw wirtualnej rzeczywistości. Wynika to z postawionej przez tego filozofa tzw. hipotezy symulacji. Głosi ona w największym skrócie, że jeżeli jakaś cywilizacja stworzyła kiedykolwiek symulację, to my najprawdopodobniej żyjemy w którejś generacji takiego symulowanego świata.
Autor podejmuje zatem kwestię, na ile wzięcie tego pod uwagę wpłynęłoby na działania samej SI. Mogłaby np. próbować ?pójść na współpracę" z twórcami symulacji, wcześniej jednak powinna ustalić, o co takim twórcom w ogóle chodziło. Przypomina to trochę do mysły snute wokół intencji i oczekiwań Boga - skojarzenie to jest o tyle nieprzypadkowe, że rozważania dotyczące transhumanizmu często jako żywo przypominają teologiczne Spekulacje.
Wyłania się przy tej okazji zagadnienie statusu moralnego wirtualnych umysłów. Jak np. miałby się zachowywać pracodawca wobec komputerowych, acz świadomych współpracowników-botów? Pojawia się też kwestia tzw. zbrodni przeciwko umysłom - SI mogłaby w ułamku sekundy unicestwić całe wirtualne światy zaludnione przez biliony świadomych, choć symulowanych, istot. To, że będą właśnie symulowane, nie ma żadnego znaczenia, skoro ich cierpienie 1 świadomość niczym się nie będą różnić od tych "oryginalnych" i rzeczywistych.
Choć książka Bostroma nie jest łatwa, warto przez nią przebrnąć. Da się z niej wyłowić sporo informacji dotyczących problematyki związanej z projektowaniem SI. Po drugie, szwedzki filozof uświadamia liczne zagrożenia, jakie wiążą się ze stworzeniem i uruchomieniem SI. Po trzecie zaś, szkicuje możliwe sposoby zapobieżenia ewentualnej katastrofie.
Niestety, niewiele jednak dowiemy się z książki o konkretach dotyczących SI, bo w tej chwili nie mamy pojęcia, czym to ?coś" miałoby być. Gdybyśmy ograniczyli się do twardych faktów, a więc współczesnego stanu prac nad SI, okazałoby się, że jak dotąd niewiele udało się osiągnąć. Bostrom pisze np. o symulowaniu ludzkiego mózgu czy wręcz przeniesieniu indywidualnej świadomości do komputera, ale przy okazji sam zauważa, że obecnie nie jesteśmy nawet w stanie symulować najprymitywniejszego układu nerwowego nicienia Caenorhabditis elegans, który składa Się zaledwie z 302 neuronów (dla porównania: mózg mrówki jest złożony z ok. 250 tys. komórek nerwowych, a człowieka - 100 mld). Nie wiemy też, kiedy miałaby się pojawić maszyna choćby dorównuj ąca inteligencją człowiekowi - przytaczane przez autora szacunki, które przyj -mu ją wysokie prawdopodobieństwo tego przełomowego odkrycia na lata 2050-2100, wydają się wróżeniem z fusów.
Po powstaniu sztucznej inteligencji człowiek może podzielić los goryli, których życie zależy niemal wyłącznie od woli naszego gatunku. Nick Bostrom, szwedzki filozof i ważna postać współczesnego transhumanizmu, czyli nurtu głoszącego potrzebę technologicznego udoskonalania człowieka, napisał książkę przedstawiającą ogrom problemów oraz zagrożeń związanych z uruchomieniem w przyszłości su-perinteligencji (SI). Jakpisze wjej wstępie, jest to ?prawdopodobnie najważniejsze i najbardziej onieśmielające wyzwanie, z jakim kiedykolwiek mierzyła się ludzkość. I niezależnie od tego, czy nam się powiedzie czy nie - jest to prawdopodobnie ostatnie wyzwanie, z którym przyjdzie nam się kiedykolwiek zmierzyć". Dlaczego? Ano dlatego, trzymając się narracji autora, że po uruchomieniu SI los człowieka nie będzie już pozostawał w jego rękach, podobnie jak los współczesnych goryli nie zależy od nich, ale od ludzi.
Duża część jego dzieła dotyczy bowiem motywu "ucznia czarnoksiężnika" albo "dżina z butelki" - co by się stało, gdyby ewentualna SI opacznie pojęła wyznaczone jej cele. Rzecz jasna w przypadku sztucznej inteligencji nie chodziłoby o złą wolę, ale mechaniczne dążenie do celu. I tak, gdyby takim celem była np. optymalizacja produkcji spinaczy, mogłaby w sposób bezwzględny (bo jakże inaczej, skoro ludzkie uczucia byłyby jej obce) przekształcić całą dostępną jej część uniwersum w infrastrukturę do ich produkcji. Dla SI liczy się bowiem cel, nie rozumie ona wszak, że ma on zaspokajać potrzeby ludzi.
Bostrom snuje przy tej okazji różne przypuszczenia dotyczące domniemanej przebiegłości SI. Dysponując superwysoką sprawnością, SI może podejmować z człowiekiem grę po to, by zmaksymalizować prawdopodobieństwo osiągnięcia wyznaczonego celu. Jeżeli więc uzna, że aby zwiększyć produkcję spinaczy, musi się uwolnić spod nadzoru ludzi, to podejmie odpowiednie działania, łącznie z ukrywaniem swoich prawdziwych intencji dopóty, dopóki będzie to konieczne.
SI mogłaby też uznać, że ludzkość stanowi rodzaj surowca do pozyskania. Gdyby tak się stało, użyłaby wszystkich możliwych sposobów, aby gatunek ludzki wyeliminować lub wykorzystać. Bostrom podkreśla przy tym, że skoro mielibyśmy do czynienia z SI, to na pewno nie podjęłaby ona działań głupich, jakie znamy z popularnych filmów w rodzaju "Terminatora".
Autor rozważa możliwości zapobieżenia takiemu scenariuszowi. Wydaje się, że nie wystarczy zaimplementować SI ?miłości do człowieka", bo efekty tego wcale nie musiałyby być zgodne z naszymi oczekiwaniami. SI mogłaby nas próbować np. uszczęśliwić, pobudzając ludzkie ośrodki przyjemności. A przecież nie o to chodzi. Jednak w takim razie, jak przekazać SI troskę o wyższe wartości, sko -ro my sami nie jesteśmy w stanie uzgodnić, o jakie wartości chodzi? Nawet zaś jeżeli ustalimy jakiś korpus norm moralnych, to jak przełożyć go na język cyfrowy i zaimplementować SI?
Autorowi nie brak w tych rozważaniach fantazji i odwagi. Np. zastanawia się nad możliwością eksploracji całego kosmosu 1 przekształcania go wedle opracowanego przez SI projektu. Pojawia się przy tym kwestia realności samego uniwersum, które - jak zakłada autor - wcale nie musi być ?pierwotną" realnością. Wedle Bostro-ma jest bowiem wielce prawdopodobne, że żyjemy w którejś z warstw wirtualnej rzeczywistości. Wynika to z postawionej przez tego filozofa tzw. hipotezy symulacji. Głosi ona w największym skrócie, że jeżeli jakaś cywilizacja stworzyła kiedykolwiek symulację, to my najprawdopodobniej żyjemy w którejś generacji takiego symulowanego świata.
Autor podejmuje zatem kwestię, na ile wzięcie tego pod uwagę wpłynęłoby na działania samej SI. Mogłaby np. próbować ?pójść na współpracę" z twórcami symulacji, wcześniej jednak powinna ustalić, o co takim twórcom w ogóle chodziło. Przypomina to trochę do mysły snute wokół intencji i oczekiwań Boga - skojarzenie to jest o tyle nieprzypadkowe, że rozważania dotyczące transhumanizmu często jako żywo przypominają teologiczne Spekulacje.
Wyłania się przy tej okazji zagadnienie statusu moralnego wirtualnych umysłów. Jak np. miałby się zachowywać pracodawca wobec komputerowych, acz świadomych współpracowników-botów? Pojawia się też kwestia tzw. zbrodni przeciwko umysłom - SI mogłaby w ułamku sekundy unicestwić całe wirtualne światy zaludnione przez biliony świadomych, choć symulowanych, istot. To, że będą właśnie symulowane, nie ma żadnego znaczenia, skoro ich cierpienie 1 świadomość niczym się nie będą różnić od tych "oryginalnych" i rzeczywistych.
Choć książka Bostroma nie jest łatwa, warto przez nią przebrnąć. Da się z niej wyłowić sporo informacji dotyczących problematyki związanej z projektowaniem SI. Po drugie, szwedzki filozof uświadamia liczne zagrożenia, jakie wiążą się ze stworzeniem i uruchomieniem SI. Po trzecie zaś, szkicuje możliwe sposoby zapobieżenia ewentualnej katastrofie.
Niestety, niewiele jednak dowiemy się z książki o konkretach dotyczących SI, bo w tej chwili nie mamy pojęcia, czym to ?coś" miałoby być. Gdybyśmy ograniczyli się do twardych faktów, a więc współczesnego stanu prac nad SI, okazałoby się, że jak dotąd niewiele udało się osiągnąć. Bostrom pisze np. o symulowaniu ludzkiego mózgu czy wręcz przeniesieniu indywidualnej świadomości do komputera, ale przy okazji sam zauważa, że obecnie nie jesteśmy nawet w stanie symulować najprymitywniejszego układu nerwowego nicienia Caenorhabditis elegans, który składa Się zaledwie z 302 neuronów (dla porównania: mózg mrówki jest złożony z ok. 250 tys. komórek nerwowych, a człowieka - 100 mld). Nie wiemy też, kiedy miałaby się pojawić maszyna choćby dorównuj ąca inteligencją człowiekowi - przytaczane przez autora szacunki, które przyj -mu ją wysokie prawdopodobieństwo tego przełomowego odkrycia na lata 2050-2100, wydają się wróżeniem z fusów.
Polityka Michał C. Kacprzak; 2017-03-15
Psychologia Zmiany - najskuteczniejsze narzędzia pracy z ludzkimi emocjami, zachowaniami i myśleniem
„Pomaganie innym jest najwspanialszą pracą na świecie, bo czyni z człowieka kogoś wartościowego, kto jest przydatny dla świata!”
Mateusz Grzesiak
Dziś mam przyjemność zmierzyć się z kolejną książką Mateusza Grzesiaka pt. „Psychologia zmiany- najskuteczniejsze narzędzia pracy z ludzkimi emocjami, zachowaniami i myśleniem”. Nie będę opowiadać Ci kim jest Mateusz, bo zapewne doskonale go znasz między innymi z poprzedniej recenzji znajdującej się na naszej stronie czy jego wpisów w portalach społecznościowych. Mateusz Grzesiak, jak sam o sobie pisze, „stał się najpopularniejszym trenerem rozwoju osobistego, potem najpopularniejszym coachem, potem naukowcem i kto wie, jakie jeszcze rolę będzie odgrywał”.
Pozwolę sobie przejść teraz do samej treści recenzowanej pozycji, przeprowadzić Cię nieco przez jej szlaki, może zachęcić do lektury i wdrożenia paru jej elementów w Twoje, często trudne życie. Zmiana- słowo zapewne dobrze Ci znane, każdego roku, każdy z nas obiecuje sobie różne jej warianty, te diametralne, obracające nasze życie niemalże o 180 stopni, jak i te mniejsze, często posługujące nam do realizacji zaplanowanych celów, samorealizacji. Ale czym tak naprawdę owa popularna w XXI wieku zmiana jest?
Na kartach „Psychologii zmiany…” nie znajdziesz jednoznacznej jej definicji, ale może to dla Ciebie lepiej, może zmotywuje Cię to do rozmyślań, krótkiej retrospekcji, zanurzenia się w przeszłości… i odnalezienia własnej szeroko pojętej „Zmiany”… Z pewnością, moja definicja będzie odbiegać od Twojej, jednakże razem znajdziemy w nich wiele punktów wspólnych, co doskonale ukazuje lektura książki Grzesiaka. Zmiana to zapewne proces, który trwa w czasie, ale nie tylko, jest on także wspomagany przez wielu, wielu ludzi, mniej lub bardziej wykwalifikowanych nazwijmy to „psychologów”, zwanych przez autora „people helperami”. Dbam o polski język, więc na potrzeby tej recenzji nie będę używać anglicyzmów i spolszczę to miano do „pomagaczy”. Ich funkcje, zadania, metody przez nich stosowane, są dokładnie opisane i przeanalizowane w poszczególnych rozdziałach pozycji. Jedne według mnie są ciekawe, drugie trochę mniej. Początek nieco przeraża, jednak im dalej tym coraz głębiej wchodziłem w treść, odnajdując w niej nieco siebie, odnajdując pierwiastek mojego życia i to głównie tego w Programie „Projektor- wolontariat studencki”. To w Programie właśnie każdego dnia staje przed wyzwaniem wewnętrznej zmiany nie tylko siebie, ale i studentów- wolontariuszy, którzy mnie otaczają. „Psychologia zmiany…” dostarczyła mi wielu gotowych narzędzi pracy z innymi- uczestnikami warsztatów, słuchaczy, a nawet „ważnych innych”. Podała gotowe pytania, przykładowe odpowiedzi słyszane przez autora podczas jego pracy zawodowej. Z wielką chęcią polecę Tobie tę, jeżeli pragniesz wnieść to „coś” w swoją często szarą rzeczywistość, a tym samym zainicjować zmianę świata, społeczeństwa na lepsze. Jeżeli chcesz możesz wszystko… wiem, czasami trudno się do czegokolwiek zabrać, a Twoje plany, postanowienia kończą się na kartce papieru. Mnie w „ogarnięciu” siebie pomógł Projektor więc może i Tobie Program pomoże w rozpoczęciu zmiany…
Zapytasz komu polecę „Psychologię zmiany…”? Ludziom którzy są nieco w przysłowiowym dołku, rozterce życiowej; każdemu kto dokonuje w swoim życiu rewolucyjnych zmian; Liderom Projektora i trenerom… i oczywiście Tobie!
PROJEKTOR - wolontariat studencki Piotr Pawłowski
Koszmar Morfeusza
W dzisiejszych czasach, autorkom erotyków nie jest łatwo napisać coś, co będzie inne od tysięcy innych erotyków. Zdawać by się mogło, że wszystko już było... a jednak nie było... i K. N. Haner to właśnie udowadnia...
Sięgając po "Koszmar Morfeusza", tak przeze mnie wyczekiwany, wiedziałam, już po części co mnie czeka. Skąd wiedziałam? Czytałam już wcześniej pierwszą część powieści pt. "Sny Morfeusza". Książki te idealnie wstrzeliwują się w czas, w którym potrzebuję zapomnienia, a one mi to właśnie dają. Wracając jednak do meritum - wiedziałam co mnie czeka, ale rzeczywistość zaskoczyła mnie zupełnie, a Kasia powaliła na kolana.
Przypomnijmy sobie na początek głównych bohaterów.
Sięgając po "Koszmar Morfeusza", tak przeze mnie wyczekiwany, wiedziałam, już po części co mnie czeka. Skąd wiedziałam? Czytałam już wcześniej pierwszą część powieści pt. "Sny Morfeusza". Książki te idealnie wstrzeliwują się w czas, w którym potrzebuję zapomnienia, a one mi to właśnie dają. Wracając jednak do meritum - wiedziałam co mnie czeka, ale rzeczywistość zaskoczyła mnie zupełnie, a Kasia powaliła na kolana.
Przypomnijmy sobie na początek głównych bohaterów.
On - tajemniczy, mroczny, zmienny i mega przystojny biznesmen o imieniu Adam. Ona - piękna, początkująca pani architekt Cassandra. Poznają się dzięki wielu dziwnym zbiegom okoliczności i jak to zwykle bywa, od razu czują do siebie niesamowity pociąg fizyczny. Jest i klub od którego się zaczęło, najbardziej fascynujący i tajemniczy w całej książce. To w tym klubie Adam i Cassandra spotykają się pierwszy raz, ale czy na pewno pierwszy? Adam, przystojny jak młody bóg, z bogiem nie ma nic wspólnego, bo dusza jego szatańską jest, a przynajmniej chce za takiego uchodzić, mogę powiedzieć wręcz, że za takiego się uważa. Cassandra mimo wyglądu anioła, również potrafi pokazać różki, ale jej serce jest pełne miłości, której Adam nie chce jej dać. To ma być tylko seks, ale nie byłoby książki gdyby nie problemy. Jedni kochają, inni boją się kochać, a jeszcze inni zwyczajnie w miłość nie wierzą. Adam ma swój sposób na traktowanie kobiet - masz mnie słuchać, masz mi się oddawać i basta. Niestety nie przewidział jednego ( jak każdy facet) - kobiety potrafią owinąć mężczyznę wokół palca, czy on tego chce, czy nie, ale zanim do tego dojdzie, czeka ich długa droga... pełna nagłych zwrotów akcji, które jeszcze bardziej podsycają ciekawość.
Tak było w pierwszej części. A w drugiej? Nie, nie, nie zdradzę Wam fabuły, bo książkę musicie przeczytać sami, ale powiem Wam, że Adam i Cassandra nadal się kochają, mimo, że chwilami można by sądzić inaczej. To w tej części poznajemy nieco lepiej Cassandrę, bo i wątków z kobietą jest więcej, ale mamy też okazję poznać lepiej tajemniczą organizację, w którą uwikłany jest Morfeusz, a wierzcie mi, jest co poznawać i nawet w najśmielszych snach, nie wyobrażacie sobie tego, co w niej znajdziecie.
"Sny Morfeusza" jest przesycona emocjami, dawkowanymi w bardzo wyrafinowany sposób. Nigdy nie wiemy co czeka nas na następnej stronie. Kochamy razem z Cassandrą, nienawidzimy z nią i razem z nią przeżywamy orgazmy. My kobiety jesteśmy Cassandrą. Cała fabuła jest tak wciągająca, że czujemy się jej częścią. Chociaż z wieloma decyzjami bohaterów, zwłaszcza dziewczyny, się nie zgadzam i tak jestem z nimi duszą, ciałem i sercem.
Całość doprawiona jest ogromną dawką seksu i tajemnicą w tle. Podoba mi się to, że sceny seksu są opisane zazwyczaj gustownie i ze smakiem, chociaż wulgaryzm też się znajdzie, taki, że ja, weteranka erotyków, rumieniłam się jak dziewica. Każda z tych scen jest inna, co jest bardzo ważne, żeby się zwyczajnie nie znudzić. Wszystko jest napisane poprawnym stylistycznie językiem, przejrzyście i ciekawie. Nie ma zbędnych opisów ani przydługich monologów. Najważniejsza jednak jest akcja, a ta zaskoczyła mnie zupełnie. To nie jest kolejna "taka sama" powieść, a tego, co w niej jest napisane po prostu nie da się przestać czytać.
Moim zdaniem to bardzo dobra książka, jedna z lepszych z tego gatunku. Jest nieprzewidywalna i ani trochę monotonna. Jest seks, jest miłość, jest śmiertelna choroba, mafia, jest dreszczyk emocji i jest życie... nieco bajkowe i luksusowe ( bo to przecież fikcja) ale jednak życie. Zakończenie kolejny raz totalnie mnie zaskoczyło bo... nic nie wyjaśniło, a co za tym idzie? Pozostawiło ogromny niedosyt, a oczekiwanie na kolejna część jest dla mnie prawdziwą udręką...
http://czasemtakjestczasemtakjest.blogspot.com/ Joanna Balcar-Palinker