Recenzje
Zabrałam brata dookoła świata. Ameryka Łacińska
Książkowe relacje podróżnicze ukazujące się u nas tylko w ostatnich latach, tworzą już sporą bibliotekę. Są wśród nich pozycje znakomite, świetnie napisane, pełne przygód, niezwykłych sytuacji i oryginalnych obserwacji.Mnóstwo mniej lub bardziej przeciętnych typu: byłam (-em), widziałam (-em), problemy z transportem, porozumiewaniem się z tubylcami, upałem (opadami), noclegami, niesmacznym lub powodującym problemy żołądkowe jedzeniem, niebezpieczeństwami, kolejną złapaną gumą rowerową, czy awarią silnika motocykla, samochodu itp. Trafiają się niekiedy również takie, których czytelnicy nic, albo niewiele, stracili by, gdyby nie zostały opublikowane. Najnowsza książka podróżnicza ?Bezdroży? jest ciekawa i warta przeczytania przynajmniej z kilku powodów. Przede wszystkim niezwykłego, i z powodzeniem zrealizowanego pomysłu, aby wybrać się w roczną podróż ?dookoła świata?, a konkretniej na cztery (licząc amerykańskie jako dwa) kontynenty, z dwójką dzieci. Przy czym na wyprawę plecakową, z założeniem nie nocowania w hotelach, przemieszczania się najtańszymi środkami transportu i jadaniem tak, jak niezamożni tubylcy. Oraz pisaniem ? i opublikowaniem ? relacji z tej wyprawy przez całą czwórkę.
O tych samych miejscach i wydarzeniach, nierzadko zupełnie inaczej odbieranych przez członków rodziny. Ładnie opisywanych, z humorem i, pomijając kilka potknięć faktograficznych, które umknęły uwadze redaktorów wydawnictwa, bardzo ciekawych, a często dotyczących sytuacji niezwykłych lub wartych poznania przez czytelników. Jest to relacja z pierwszego etapu tej niezwykłej wyprawy, z krajów północnej części Ameryki Łacińskiej. Można więc oczekiwać, gdyż na pewno na to zasługuje, jej kontynuacji z dalszych etapów podróży.
W wyprawie tej uczestniczyli rodzice, którzy postanowili przerwać, bądź zawiesić na rok pracę zawodową. I, odrywając dzieci na tak długi okres od szkolnej nauki, poznawać z nimi świat oraz inne kultury i obyczaje. A równocześnie, raczej nawet przede wszystkim, wspólnie to wszystko przeżywać rodzinnie i odkrywać samych siebie. Tata: Wojciech ? doświadczony menedżer, jak przedstawia go wydawnictwo, a także wykładowca uniwersytecki i szkoleniowiec.
Mama: Eliza ? urzędniczka, z wcześniejszymi doświadczeniami samotnej podróży po Indiach. I dzieci: nastoletni Wojtek, prezentowany w różnych miejscach książki jako 12-14 ? latek. Oraz młodsza od niego o kilka lat Łucja, nazywana w rodzinie i pisząca swoje relacje jako Lusia. W pierwszym, trwającym 114 dni, etapie długo i solidnie przygotowywanej wyprawy opisanym w tej książce, przebyli ponad 30 tys. km, z czego 14 tys. km samolotami, resztę głównie najtańszymi autobusami, zwanymi chicken busami ? starymi amerykańskimi szkolnymi dożywających w Ameryce Łacińskiej ostatnich chwil i przeważnie bardzo zdezelowanymi. Zapełnianymi zgodnie z zasadą: ?ile jest miejsc? ? tyle ilu chętnych?. Nie tylko pasażerów, ale i ich bagaży.
Podróżnicy byli, dwukrotnie, bo tak się złożyło, w Gwatemali. A także w Belize, Meksyku, Salwadorze, Hondurasie, Nikaragui, Kostaryce, Panamie, na Kubie, w Kolumbii i Ekwadorze. Najwięcej nocy spędzili w autobusach i śpiąc na podłogach dworców i przystanków czekając na przesiadki. 20 w namiotach, głównie na plażach. 15 korzystając z gościny przypadkowych ludzi poznanych przez Internet w couchsurfingu lub gdzieś na trasie. 12 u księży w parafiach. Poznali 20 rodzin ?tubylców?, w tym mieszkających w tamtych krajach Polaków i Polki, którzy zaprosili ich do swoich domów.
Zobaczyli po raz pierwszy tamtejsze egzotyczne kraje, ich ciekawe miejsca ? zarówno światowej, jak i lokalnej klasy zabytków. Zetknęli się z wieloma ludźmi, ich zwyczajami i obyczajami, co stało się dla całej czwórki prawdziwą szkoła życia i poznawania świata, jego różnorodności i kultur. Weszli, jeżeli nie wszędzie wszyscy, to przynajmniej Tata, na kilka wulkanów, także czynne. Docierając na ponad 5-tysięczniku Tungurahua w Ekwadorze do wysokości 4456 m n.p.m., aż do oblodzonej, nie do pokonania bez odpowiedniego sprzętu, lodowej ściany. Nauczyli się, szybciej i lepiej dzieci, dzięki zabawom z rówieśnikami, języka hiszpańskiego.
Na tyle, że prezentując w szkołach, bo jednym z celów wyjazdu była realizacja projektu ?Szkoły Świata?, Polskę i Toruń, w którym mieszkają oraz filmy o Bolku i Lolku, mówili tam, gdzie dzieci nie rozumiały angielskiego, z czasem coraz lepiej po hiszpańsku. Poznali z bliska egzotyczną florę i faunę. Np. mała Lusia nauczyła się przygotowywać kakao z jego owoców zerwanych z drzewa, wysuszonych i zmielonych na kamieniach. Kąpali się, lub przynajmniej widzieli je z bliska, z egzotycznymi rybami, rekinami, manatami ? krowami morskimi, żółwiami morskimi i wielorybami.
Oglądali iguany i kajmany oraz wiele innych stworzeń. Lusia bawiła się, w ochronnych rękawicach, z 4-miesięcznym lwem ? sierotą, który wychowywany był przez właścicielkę mieszkania, w którym gościli w Meksyku, do momentu, aż będzie mógł samodzielnie poradzić sobie w rezerwacie. Obserwowali wielkie żółwice składające jaja w piasku plaży. Niekiedy były to spotkania zaskakujące. Np. w świętym mieście Majów ? Tikal w Gwatemali. ?Nagle na mojej drodze ? wspomina Lusia ? stanęło całe stado małp. Aż pisnęłam z radości. Zapragnęłam się z nimi pobawić i w pierwszej chwili myślałam, że one ze mną też. Niestety uznały, że chcę im zabrać śmieci. Zaczęły zbliżać się do mnie pokazując kły, jak złe psy.?
Ale już w przypadku wielkich, groźnych z wyglądu pająków ? tarantul okazało się, że niektóre z nich można wziąć do ręki. Co dokumentuje, podobnie jak w przypadku zabawy z lwem, czy wielkimi żółwiami, zdjęcie. Natomiast ich przygody oraz wydarzenia w trakcie podróży ponad 250 innych zamieszczonych w książce. Zawartych w niej opisów ciekawych sytuacji są dziesiątki. Czytając ją zrobiłem ponad 20 stron notatek i odnośników do cytatów, z których tylko nieliczne jestem wstanie wykorzystać w tej recenzji. A każdy z nich, plus mnóstwo innych, zasługuje na to. Zainteresowanych nimi muszę jednak odesłać do źródła: tej książki naprawdę wartej przeczytania, a może i skorzystania z niej jako inspiracji do własnych podróży. Niekoniecznie tak długich i ekstremalnych.
O niektórych sytuacjach, a także ich ocenach podróżników, muszę jednak wspomnieć. Chociażby o wielokrotnym przekraczaniu granic lądowych, i to zawsze pieszo, z bagażami, bo autobusy nie przejeżdżały na drugą stronę. A wyglądało to różnie, przeważnie jak przy przekraczaniu granicy Gwatemali i Belize: ?Jeszcze nie wiedzieliśmy, że przejścia graniczne (między państwami Ameryku Łacińskiej) to miejsca, gdzie panuje bezprawie, i że wszechwładny pogranicznik jest panem każdej podróży. Od jego widzimisię zależy, czy pojedziesz dalej, czy spędzisz na granicy kolejne godziny a nawet dni.? Większość krajów latynoskich, które odwiedzili, nie tylko uchodzi za bardzo niebezpieczne, ale naprawdę nimi jest.
Opisy miejscowej gastronomii, zwłaszcza ulicznej i jarmarcznej, z której korzystali toruńscy podróżnicy, czytelnikom dbającym o higienę mogą zjeżyć włosy na głowach. Ale poza kilkunastoma zatruciami pokarmowymi i obstrukcjami żołądka, nic złego ich nie spotkało. Podobnie jak nie zostali napadnięci, ograbieni, czy w inny sposób poszkodowani. Kilka cytatów lub relacjonowanych sytuacji, zasługuje jednak na odnotowanie. ?? przywiozłem żonę i dzieci ? pisze Tata ? do świata (w tym przypadku Gwatemali, ale w niektórych odwiedzonych krajach sytuacja jest jeszcze gorsza ? uwaga cytującego) w którym każde okno ma kraty, faceci chodzą z nabitymi giwerami w kieszeni, a ogrody otoczone są drutem kolczastym pod napięciem?. ?Patrzyło na nas (w Belmopan, w Belize) zbyt dużo ciekawskich oczu, w których odczytywałem zainteresowanie nie nami, tylko naszymi torbami?Pierwszy raz podczas tej podróży poczułem się niepewnie i to bardzo niepewnie?.
W Hondurasie uchodzącym za najbardziej niebezpieczne państwo świata, komunikacja funkcjonuje tylko w dzień, bo w nocy jest zbyt niebezpiecznie. W jej milionowej stolicy Tegucigalpie po zmroku rządzą grupy przestępcze, a na głównej ulicy stoi 4 przestraszonych policjantów. I chodzą krowy ora hordy bezpańskich krów. Tamże w dzień, w szkole w której prezentowali Polskę, dyrektor nie zgodził się aby sami wracali do odległego o 800 mieszkania, w którym zatrzymali się, lecz wezwał ?eskortę policjanta trzymającego palec na spuście?. Chociaż wspominając o tym autor relacji uspokajał się: ?Najczęściej zabijani są handlarze narkotyków, bukmacherzy, taksówkarze i biznesmeni, którzy spóźnili się z płaceniem haraczu lub zrezygnowali z płacenia ?za ochronę?. Najgorzej mają adwokaci, bo broniąc członka jednego gangu narażają się automatycznie jego przeciwnikom??.
W Salwadorze, gdzie poznany na ITB w Berlinie urzędnik tamtejszego ministerstwa turystyki załatwił im możliwość zwiedzenia najciekawszych miejsc tego kraju i zapewnił noclegi, byli cały czas eskortowani przez policję. Ale w innych krajach i niebezpiecznych miejscach też nie spotkało ich nic złego. Wręcz przeciwnie! W Panamie, gdy pozostawili w nieznanym im, po kolejnej przesiadce, autobusie, jeden z plecaków, to kierowca wrócił na krańcowy przystanek, na którym wysiedli, aby ich odszukać i zwrócić zgubę. Co tak oceniła Mama: ?W Ameryce Południowej (faktycznie byli w Środkowej), gdzie dla telefonu komórkowego potrafią zabić i strach jest chodzić wieczorem po ulicy, nieznany mi kierowca oddaje plecak z komputerem i projektorem multimedialnym.? Podróżnicy nocowali często u zapraszających ich ludzi poznanych przez Internet, lub przypadkowo gdzieś na trasie.
Bardzo rzadko w mieszkaniach luksusowych, przeważnie skromnych, nawet bardzo, na własnych karimatach rozłożonych na podłogach. Niekiedy w zaskakujących, a nawet szokujących miejscach. W San Pedro Sula w Hondurasie u studenta w jednym z nim małym pokoju bez kuchni. W Managui w Nikaragui u 5-osobowej rodziny mieszkającej w 2 izbach z przedsionkiem, bez mebli poza łóżkiem na którym spały dzieci i ?łazienką? z umywalką i dziurą w betonie. Najbardziej koszmarnie w Cali, w Kolumbii. Zacytuję: ?? trafiliśmy do brudasa, który mieszkał z 3 kotami i 2 wielkimi psami i nigdy ich nie wyprowadzał, Odchody swoich pupili zbierał tylko łopatą i wyrzucał na taras, więc cuchnęło tam niemiłosiernie?. Wybrałem szczególnie drastyczne przykłady, na szczęście nieliczne. Ale nawet w takich warunkach przyjmujący ich ludzie okazywali się gościnni.
Podobnie było z jedzeniem. Znowu zacytuję: ?W małych ulicznych garkuchniach oddane przez gości brudne talerze tylko płukano zamiast zmywać i serwowano na nich posiłek kolejnym osobom. Panie nakładały wszystko rękoma, a dookoła latały muchy?. Szczególne problemy z wyżywieniem pojawiły się na Kubie, na którą polecieli z Panamy, gdyż trafiły się tanie bilety. Aby później drogą lotniczą dotrzeć do Kolumbii, gdyż między tymi, sąsiadującymi ze sobą krajami ? i w ogóle do Ameryki Południowej ? praktycznie nie ma dobrej drogi i komunikacji autobusowej. Na komunistycznej wyspie okazało się, że w sklepach są tylko wiadra, puszki z konserwami i rum. W cenie o równowartości 5 zł za 0.75 litra. A woda 4 zł za 1,5 l. Jadali więc pizzę ?za niecałe 2 zł?, pyszne bułeczki za grosze i to, co biedni Kubańczycy.
A gdy na kilka dni rozbili namioty na pustej karaibskiej plaży na przedmieściach Varadero, to dogadali się z kucharzem pobliskiej knajpy. ??za 2 CUC (około 8 zł ? ?twarde? peso, otrzymywane w wymianie za dolary, peso kubańskie jest niewymienialna i niewiele można za nią kupić) dziennie jedliśmy całą rodziną 3 świetne posiłki. Socjalizm ma swoje zasady: wszystko należy do wszystkich więc kucharz chętnie dzielił się z nami dobrem narodowym.? Ich 10 ? dniowy pobyt na Kubie na własną rękę, bez zapewnionych noclegów, wyżywienia i przejazdów, to jeden z najciekawszych opisów w tej książce. Pełnych tamtejszych absurdów, ciekawostek i zaskoczeń. Z noclegami w parafiach lub na plażach. Udziałem w antykastrowskiej demonstracji ?Kobiet w bieli? ? ofiar lub członkiń rodzin ofiar reżymu.
A także w dziwnych obyczajach sekt religijnych. Prezentacji Polski w szkole, po uzyskaniu zgody tamtejszego ministerstwa oświaty, z prewencyjną kontrolą slajdów i ich podmianą w trakcie spotkania z młodzieżą ?bo syn się pomylił?. I radykalną zmianą w trakcie pobytu wrażeń i ocen. Od pierwszych: ?Stare samochody, uśmiechnięci ludzie, brud, alkohol?. Po końcowe: ?Kuba okazała się jednym z najciekawszych miejsc, jakie odwiedziliśmy w czasie naszej podróży.? A przecież zobaczyli w tych 11 latynoskich krajach naprawdę wiele. Od sławnych zabytków odwiedzanych państw, poprzez ich plaże, góry, wulkany, jaskinie, jeziora itp. Chociaż akurat zabytki i muzea nie były ich priorytetem, zgodnie z podsumowującym stwierdzeniem Mamy:
?Gdy ograniczymy turystykę tylko do zaliczania kolejnych muzeów, aquaparków i hoteli, stanie się bardzo płytka i nudna, Podróżowanie powinno służyć nawiązywaniu nowych relacji z ludźmi.? I trudno nie zgodzić się tym. Przy czym sukcesów w nawiązywaniu relacji mieli mnóstwo. Także, a może przede wszystkim, dzieci, które z rówieśnikami szybko znajdowały wspólny język, jak najbardziej dosłownie. Przykłady tego, co w tej książce jest ciekawego, można mnożyć bez końca. Warto też zwrócić uwagę, że jest ona rzetelna w warstwie faktograficzno ? informacyjnej. Błędów lub nieścisłości znalazłem kilka, chociaż byłem w kilku krajach tego regionu świata, lub inne przytaczane fakty znam z naszego kraju.
I tak: w Kanionie Sumidero w Meksyku nie pływają krokodyle, lecz kajmany, co miałem okazję osobiście sprawdzić i sfotografować. A chociaż są nieco do siebie podobne, tak jak i aligatory, to różnice między nimi można porównać do tej, jaka jest między wołami, bawołami czy jakami. Piękna kolonialna dzielnica Bogoty nazywa się Candelaria (od kościoła Virgen de Candelaria ? Matki Boskiej Gromnicznej), a nie Candelabria. Quito jest uważane za drugą, a nie najwyżej położoną stolicę świata. Nieścisła jest też uwaga przy informacji, że na Kubie ?nikt nie może skorzystać z noclegu w hotelu w swoim mieście, zupełnie jak z pokoju hotelu Orbis w Polsce przed laty?.
Także u nas zakaz ten obowiązywał wszystkie hotele, również miejskie, a nie tylko ?orbisowskie?. I na koniec dwie uwagi krytyczne. Opisy zdjęć na marginesach tej książki wydrukowano zdecydowanie zbyt małą czcionką. Zaś druga część jej tytułu jest trochę myląca. Przecież dalsza część wyprawy toruńskich podróżników przebiegała również przez kraje latynoskie. Tyle, że nie północne i środkowe, lecz południowo amerykańskie. Są to jednak tylko drobne potknięcia. Gorąco polecam więc lekturę tej książki. I niecierpliwie czekam na następne części relacji z tej wyprawy: z Ameryki Południowej, Afryki i Azji.
GLOBTROTER INFO CEZARY RUDZIŃSKI
Korona Polskich Gór. Wydanie 1
Najwytrawniejsi zdobywcy gór - himalaiści, alpiniści, taternicy ubiegają się o zdobycie Korony Ziemi. Najwyższych szczytów wszystkich kontynentów łącznie z Antarktydą.Tych, którym się to udało, ciągle liczy się jednak tylko w dziesiątkach. Przy czym jest kilka list tych szczytów. Najpoważniejszy spór o nie dotyczy tego, czy za najwyższy szczyt Europy uważać należy Mont Blanc (4810 m) w Alpach, czy Elbrus (5642 m) na Kaukazie, graniczny z Azją. A także, czy pod uwagę należy brać Górę Kościuszki (2230 m), najwyższą w Australii, czy szczyt Puncak Jaya (4884 m) najwyższy w całej Oceanii.
Pierwszym uznanym zdobywcą Korony Ziemi został, w 1985 r., Amerykanin Richard Bass, ale wszedł on na Górę Kościuszki, nie zaś Puncak Jaya. Na liście polskich zdobywców wszystkich najwyższych szczytów Ziemi znajduje się 20 nazwisk. Od pierwszego, w 1999 r. Leszka Cichego do, na razie ostatniej, w 2015 roku, Moniki Witkowskiej. Oprócz Korony Ziemi jest również Korona Himalajów ? 14 najwyższych tamtejszych szczytów. Są korony kontynentów, a Bezdroża i ich autor Krzysztof Bzowski proponują Koronę Polskich Gór, poświęcając jej specjalny, właśnie wydany przewodnik.
?Opisane w przewodniku trasy ? czytam we wstępnych Informacjach praktycznych do niego ? są w większości z punktu widzenia pieszej turystyki górskiej stosunkowo łatwe i bezpieczne. Można się w nie wybrać zarówno na niedzielny, popołudniowy spacer z rodziną, jak i na kilkudniową wędrówkę z plecakiem. Wyjątek stanowi przede wszystkim trasa na Rysy, także trasa na Babią Górę nie jest pozbawiona trudności.? Zgoda, jeżeli brać pod uwagę tylko 23 szczyty różnych polskich gór, ich masywów i pasm wymienionych w tym przewodniku. Nie ma jednak wśród nich najtrudniejszej, tatrzańskiej trasy: Orlej Perci.
Oczywiście dlatego, że jej najwyższy szczyt, Świnica (2301 m), jest niższy od granicznych ze Słowacją Rysów (polski, najniższy z 3 wierzchołków, 2499 m, najwyższy słowacki 2503 m). A z jej strony, od południa, wejście stanowi tylko przyjemny, chociaż wysokogórski spacer. Złośliwi twierdzą nawet, że niemal na sam szczyt można wjechać konno. Tymczasem stanowiąca prawdziwe wyzwanie dla turystów górskich Orla Perć to nie tylko najtrudniejszy szlak w polskich górach, ale i najniebezpieczniejszy. W ciągu 160 lat od jego pierwszego przejścia pochłonął już ponad 150 ofiar śmiertelnych, a co roku zdarza się na nim sporo wypadków z mniej tragicznym finałem. Warto o tym pamiętać wybierając się w nasze góry.
Propozycja Bzowskiego i Bezdroży jest niewątpliwie ciekawa i powinna zainteresować spore grono turystów górskich. Autor sugeruje i dobrze opisuje trzy kategorie tras. Na trzy najwyższe szczyty powyżej 1500 m n.p.m.: Rysy, Babią Górę i Śnieżkę. A także naa 8 tras prowadzących na szczyty o wysokości 1000-1500 m oraz 12 na wznoszące się poniżej 1000 m n.p.m. Każdy z nich jest najwyższym w jakimś masywie czy paśmie górskim. Są to, w ósemce: Śnieżnik, Rudawiec i Kowadło, Tarnica, Turbacz i Mogielnica, Radziejowa i Wysoka, Skrzyczne, Wysoka Kopa, Orlica i Jagodna oraz Wielka Sowa.
Tymi najniższymi uwzględnionymi w przewodniku są: Lackowa, Skalnik, Waligóra, Czupel, Szczeliniec Wielki, Lubomir, Biskupia Kopa, Chełmiec, Kłodzka Góra, Skopiec, Ślęża i Łysica. Każdą z tych tras poprzedza jej mapka. W informacji o niej jest również przekrój pionowy trasy, jej przebieg, długość, przewyższenia, czas potrzebny na przejście. Oraz trasy alternatywne. Ponadto opisy tego, co spotyka się po drodze. Miejscowości, kościoły, cerkiewki i kapliczki, schroniska, punkty widokowe itp. Są również informacje, jak na trasie poruszać się nie tylko pieszo, ale i, o ile istnieje taka możliwość, rowerem lub na nartach.
Wszystko aby zachęcić do zdobywania tych szczytów i poznawania ich okolic, zgodnie z wezwaniem zamieszczonym na tylnej stronie okładki: ?Zdobądź koronę polskich gór i poczuj satysfakcje z wejścia na każdy z opisanych szczytów, od niewymagającej Łysicy po majestatyczne Rysy.? Bardzo istotne, zwłaszcza dla niedoświadczonych turystów górskich, są znajdujące się na wstępie Informacje praktyczne. Zachęcające do uwzględniania w trakcie górskich wycieczek warunków pogodowych, z ostrzeżeniami, jakie niebezpieczeństwo stanowią jej gwałtowne zmiany.
Zagrożenia o których pisze autor, nie sprowadzają się oczywiście tylko do pogody. Uwzględniają też utratę orientacji w terenie w chmurach i mgle lub po zmroku. Wychłodzenie organizmu, zachowanie podczas burz, niebezpieczeństwo, jakim może być niespodziewane spotkanie w Tatrach niedźwiedzia. Bądź, chociaż zdarza się to rzadko, ale nie tylko w naszych najwyższych górach, wilków czy dzików. Zwłaszcza loch z małymi. Są w tych informacjach propozycje jak przeliczać czas wędrówki na kilometry pokonywane w terenie płaskim lub podchodzeniu w górę oraz wiele innych przydatnych. Ponadto rady, jak się ubrać wybierając w góry oraz jaki zabrać ekwipunek.
Z obowiązkową apteczką, mapą, kompasem i GPS-em. O telefonie komórkowym autor tylko wspomina na marginesie, bo to już oczywistość nawet dla początkujących turystów. Są w tym przewodniku również informacje o górskiej turystyce rowerowej oraz narciarskiej. Dosyć obszerny rozdział Informacje krajoznawcze wprowadza czytelnika w tematykę polskich gór, ich masywów oraz poszczególnych pasm, których jest przecież wiele. W opisach poszczególnych tras dobrym ich uzupełnieniem są informacje w ramkach na temat dojazdu i noclegów, a także sporo kolorowych zdjęć. Korzystanie z przewodnika na trasie ułatwia jego sprężynowy grzbiet. W sumie więc jest to bardzo udana i ładnie wydana publikacja.
View the embedded image gallery online at: http://www.kurier365.pl/globtroter/przewodniki/25833-bezdro%c5%bca-korona-polskich-g%c3%b3r.htmlsigProIde039609c14
Korona polskich gór. Przewodnik Bezdroży. Autor: Krzysztof Bzowski. Wydawnictwo Helion, wyd. I, Gliwice 2016, str. 183, cena 34,90 zł. ISBN 978-83-283-2869-3.
kurier365.pl Cezary Rudziński
Kurza twarz! Przeklinanka kolorowanka antystresowa
2017/03/28 "Ja pierdziu", "jasny gwint", "motyla noga" "ty małpo jedna!", "pies ci mordę lizał" - czyli frustracja dla kulturalnych. Przedstawimy antystresową kolorowankę - przeklinankę dla dorosłych! fot. degustatorka.blogspot.com i Joanna Cypriak Vel Czupryniak/Facebook Masz czasem ochotę rzucić grubszym słowem, obrazić się na świat i trzasnąć drzwiami?A może lepiej, pokolorować? To fantastyczny sposób na odstresowanie - jednocześnie klniesz, na czym świat stoi i spoglądasz na dowcipne i inteligentne rysunki.
Sprawdź, jak może wyglądać ilustracja do ?Kurde balans? albo do ?Pies ci mordę lizał?, a złość przejdzie Ci w okamgnieniu! - zapewniają wydawcy.
INSTRUKCJA OBSŁUGI według autorki - ?Kurza twarz? jest prosta w użyciu. Kolorujesz, klnąc pod nosem, głośno lub w myślach. Możesz nie kolorować. Możesz nie kląć. Możesz to robić lub nie, sam albo w towarzystwie. Strony z zadaniami nie są obowiązkowe. Strony w części filmowej mogą Cię wkurzyć, jeżeli nie wiesz, z jakiego filmu pochodzi czytany tekst. Wtedy krzycz, wtedy klnij. Możesz również nie krzyczeć. Chyba tak. Kolorować jednak powinieneś. Lub nie ? mówi Joanna Czupryniak, autorka kolorowanki.
Jeśli chodzi o rysunki, to zdecydowana większość w kreatywny sposób ilustruje te wszystkie powiedzonka.
- Trzeba naprawdę pomysłowo podejść do sprawy, żeby pokazać za pomocą rysunku ?na psa urok? lub ?ch?? bombki strzelił?, prawda? - pisze Paulina, autorka bloga ?Pożeram strony?.
Autorka nie skończyła wyłącznie na zwykłych kolorowankach. Przygotowała również kilka osobliwych ?zadań".
- I tutaj na przykład musimy wkleić fotografię kogoś, kogo uważamy za starą świnię lub uzupełnić dane osobowe... zboczeńca. A wszystko to, po co, by sobie zwyczajnie ulżyć ? dodaje blogerka.
Na końcu kolorowanki znalazł się także dodatek dla kinomanów, rysunki z kultowymi tekstami typu: ?nasi tu byli? lub ?nie chce mi się z tobą gadać".
Podsumowując, czekają na Was 104 strony zabawy z przeklinaniem. Strony, które na pewno Wad odstresują. Nic tylko malować i przeklinać. Cudo! - pisze Paulina.
Kolorowanka ukazała się nakładem wydawnictwa Septem.
Joanna Czupryniak to slawistka z wykształcenia i artystka z wyboru. Polska ilustratorka, rysowniczka i projektantka modowa. Matka dwóch córek, właścicielka kota.
Jej rysunki zdobią ściany domów, mieszkań, szałasów, lepianek na wielu kontynentach. Autorka pokręconej kolorowanki ?Koty dziwaki? oraz murali w kilku instytucjach i lokalach prywatnych. Niekarana. Wiele lat temu otrzymała od znajomych przydomek ?Star", który pochodzi od panieńskiego nazwiska Starościak.
www.instagram.com/katherine_the_bookworm/ SABINA BORSZCZ
Indonezja. Po drugiej stronie raju
Selamat siang - dzień dobry. Tak mogłaby się przywitać z Państwem Autorka książki wydanej przez śląskie Bezdroża pod wymownym tytułem Indonezja. Po drugiej stronie raju". Z demonstracyjnego egzemplarza, którego lekturę tyle co zakończyłam, niewiele mogę się o Annie Jaklewicz dowiedzieć.Ma ok. 30 lat i nad życiową stabilizację ? jak dotąd ? przedkłada życie, o którym pisze: "Wszędzie na chwilę, nigdzie na stałe, [niemal zawsze] z biletem w jedną stronę".
"Indonezja. Po drugiej stronie raju" to zapis Jej dziewięciomiesięcznej podróży rozpoczętej jesienią 2016 roku. Bule Jaklewicz czyli "biała", obca wybiera kilka spośród ogromnej masy indonezyjskich wysp i są to najczęściej te, które "ledwo zaznaczono na mapach kropką". Sulawesi, Sampela, Wyspy Korzenne, Bugijczycy i lud Bajo, Tarajowie i plemie Wana ? pięć miejsc, pięć ludów, pięć rozdziałów i idea: Pokazać skrawek tego 250 milionowego kraju i jego prawdziwe oblicze, które kruszy lukrowany pocztówkowy stereotyp pięknych plaż z palmami i równie pięknych, uśmiechniętych i niezmiennie życzliwych ludzi.
W rozdziale I poznajemy przedstawicieli tzw. piątej płci, czyli bissu. "Są i kobietą , i mężczyzną, choć żadnym z nich"(?!) i choć to całkiem zagmatwane, dla wyjaśnienia ? odsyłam do książki. Bissu czyli szamani, to pośrednicy między ludźmi, duchami i bogami. Za ich przyczyną wkraczamy w głąb świata bugijskich wierzeń, uczestniczymy w obchodach święta mappalili przypadającego na początek pory deszczowej, którego głównym bohaterem jest? święty pług!
Rozdział II przenosi nas na wyspę Sampela, do wioski ludu Bajo, "której nie ma na mapach". To zaledwie kilkanaście domów na palach, kilka drewnianych pomostów zamiast ulic, tubylcy i ONA - jedyna biała. Wokół rafy koralowe ustępujące rozmiarami tylko tej wielkiej u wybrzeży Australii, nietrudno więc się domyślić, z czego żyją morscy cyganie, czyli wg słów legendy ludzie-ryby lepiej widzący pod wodą niż na lądzie! Autorka przybywa tu, by wyprawić się na cumi-cumi czyli kałamarnice, by zbierać małże i trepangi oraz szukać cari gurita czyli ośmiornic.
W kolejnym rozdziale przenosimy się na Wyspy Korzenne, skąd pochodzi gałka muszkatołowa i goździki. Jaklewicz przybywa tu, by ? jak pisze ??tropić historię i szukać europejskich śladów?.
W rozdziale IV odwiedzimy za Autorką wioskę Lempo Sengbua, którą zamieszkuje lud Torajów. Jaklewicz dostaje propozycję noclegu w jednym pokoju z? trumną dziadka ( i dziadkiem - zmarłym! - w trumnie!!!), który na swój pogrzeb czekał kilka lat! I tylko dla Europejczyka to propozycja szokująca, bowiem Torajowie wyznają filozofię, iż wokół śmierci kręci się całe życie, a pogrzeby są ważniejsze niż wesele. Lud Torajów i ich życie wespół ze zmarłymi krewnymi pod jednym dachem pokazała w jednym ze swych programów podróżniczych Martyna Wojciechowska, zainteresowanych odsyłam więc do Jej cyklu ?Kobieta na końcu świata?. Jaklewicz uczestniczy w dziewięciodniowych obrzędach pogrzebowych owego dziadka, a w ich trakcie odwiedza okoliczne zabytkowe cmentarzyska i grzebalną skałę, w której pierwsze pochówki urządzano już 2 tysiące lat temu.
I ostatni rozdział ? poświęcony ludziom lasu czyli plemieniu Wana. To absolutna indonezyjska peryferia świata, gdzie we wsi Ratavoli w jedenastu bambusowych chatach żyje pięćdziesięciu mieszkańców, w tym trzech szamanów. ?Tu szkoła, radio, telewizja, książki ? to nowości sprzed kilku lat wcześniej w tym rejonie nieznane?, najbliższy szpital znajduje się o 3 dni drogi stąd, a przed Jaklewicz było ty zaledwie trzech białych! I może dlatego przyjęcie bule czyli obcej jest pełne chłodu i rezerwy. Autorka zapowiada ich jako ?ludzi bez uśmiechu?, ale kończy rozdział słowami, które warto przytoczyć: ?Nikt w tej podróży nie przywitał mnie tak chłodno i nie żegnał tak serdecznie jak oni. Na zaufanie musiałam zasłużyć?. Czym? W zgodzie z otaczającym ją światem i warunkami życia Jaklewicz uznaje wyższość bosych stóp i przegraną trekkingowych butów za kilkaset złotych. Bez cienia niechęci uczy się za sprawą miejscowych kobiet, jak kąpać się i prać jednocześnie, jak obywać się bez papieru toaletowego i jak korzystać z ?naturalnej spłuczki?! W tej szkole życia jest uczennicą, ale i nauczycielką. Uczy miejscowe dzieci angielskiego i przepyszny to fragment wspomnień, gdzie Jaklewicz pisze, z jak niegasnącą ciekawością dzieci lasu, które nigdy nie chodziły do szkoły, chłoną wiedzę! I choć za tablicę służy szary papier zawieszony na sznurku od bielizny, choć mijają 3 godziny nauki, dzieciom wciąż mało, a gdy przychodzi sobota, od świtu czekają na przebudzenie ?pani od angielskiego?! Autorka uczy SIĘ i sama uczy, ale też konsumuje bez cienia niesmaku lokalny przysmak- larwy chrząszczy żyjących w pniach palm i uczestniczy w rytuale uzdrowień, a także w niedzielnym nabożeństwie zielonoświątkowców. Suma tych wszystkich doświadczeń pozwala Jej napisać: ?Są i takie podróże, które odkrywają przed nami prawdę, pozwalają poznać, a nie tylko zobaczyć, doświadczyć, a nie tylko dotknąć?. Anna Jaklewicz podróżuje po Indonezji i stara się poznać wybrane plemiona, żyje ich życiem, je to, co oni jedzą i skarbi sobie sympatię, mimo że jest bule.
Świat stał się globalną wioską. Egzotyczną przez lata Indonezję odwiedza z roku na rok coraz większa liczba turystów. Ilu z nich poza oszałamiającą swym pięknem przyrodą i rajskimi plażami dostrzeże i zainteresuje się tym, co ?po drugiej stronie raju?? Z reguły ów świat nie wygląda pięknie. Przeciwnie ?często boleśnie zdumiewa, zasmuca przeraża. Ale to TEŻ prawda o Indonezji i dla pełnego obrazu, dla poszerzenia naszej świadomości i wrażliwości gorąco książkę, o której mowa, polecam. Po drugiej stronie raju poznamy krwawe i wstydliwe dzieje podboju tej części świata przez Anglików i Holendrów, którzy przez XVII i XVIII wiek walczyli o zdobycie monopolu w obrocie gałką muszkatołową i goździkami. Że walka to była krwawa niech świadczy fakt, że za ?panowania? holenderskiego gubernatora Coena populacja wysp Banda z 15 tysięcy zmalała do niespełna jednego tysiąca! Równie bezlitosne wydają się dzieje walk o ?rząd dusz?. Oficjalnie Indonezja to największe muzułmańskie państwo świata, gdzie islam wyznaje prawie 90% kraju. I choć obok znaleźli swe miejsce chrześcijanie i wyznawcy niezliczonej liczby kultów animistycznych, to przecież co rusz wybuchają zatargi na tle religijnym. W 2000 roku na Molukach w krwawym trzyletnim religijnym konflikcie życie straciło 5 tysięcy muzułmanów i chrześcijan. Tu także coraz powszechniejsze staje się zjawisko kryzysu powołań i nie chodzi bynajmniej o katolickich księży; szamani porzucają odwieczne wierzenia i wolą zostać? fryzjerem czy organizatorem wesel, "bo na tym da się zarobić"!
Tym, co głęboko porusza i zasmuca jest problem niszczenia środowiska naturalnego. Bali ? rajska wyspa wciąż dumnie ukazuje światu pocztówkowe swe piękno, ale już w głębi archipelagu piękno zdaje się umierać bezpowrotnie. Jaklewicz pisze o lasach, ? których coraz mniej dookoła?. Jeszcze 100 lat temu zajmowały 84% powierzchni Indonezji, teraz tylko połowę! Tylko w 2012 roku ubyło ich aż 85 tys. hektarów! To niemal całe nasze województwo opolskie- dodaje Autorka. Przez ostatnie 45 lat obszar zajmowany przez plantacje palm olejowych zwiększył się trzydziestokrotnie! Dziś to 11 mln hektarów - tyle co mniej więcej 1/3 powierzchni Polski! "Lasy znikają - pisze Autorka - a wraz z nimi zwierzęta". Równie ponuro maluje się stan wód oblewających indonezyjskie wyspy. W wodach Pacyfiku pływają plastikowe torebki, butelki, aluminiowe puszki i styropianowe pojemniki. W 2012 roku z rajskich plaż na Bali dziennie zbierano ok. 250 kg odpadów wyrzuconych przez morze. W 2013 roku ? 20 ton!!! Co innego jednak poruszyło mnie do głębi. Czy wiecie Państwo, że na ryby można -polować?"za pomocą trutek gula gula i podwodnych bomb?! Te pierwsze wypełnia mieszanka wody i?cyjanku potasu, który podtruwając ryby, czyni je dziecinnie łatwymi do odłowienia. Sęk w tym, że cyjanek podtruwa i ryby, i wodę, w której żyją, a to już stanowi poważne zagrożenie dla ryb, raf i koralowców na nich żyjących! Podobny skutek niszczący wywołuje inna z "metod" połowu "na bomby! Podwodne eksplozje zabijają ryby, z rybaków nierzadko czynią kaleki na resztę życia, a podwodny raj zamieniają w podwodne cmentarzyska. Autorka pisze: "Uszkodzenia rafy od pojedynczych bomb zaczynają się regenerować po 5, 10 latach. Powtarzające się eksplozje sprawiają, że koralowce na zawsze tracą zdolność odbudowy.(?) Zbombardowana rafa, która jeszcze przed chwilą była feerią barw, kształtów i form życia, teraz przypomina Warszawę tuż po wojnie". Cóż, jak wszędzie indziej na świecie pogoń za zyskiem za wszelka cenę odbiera ludziom rozum i zdolność myślenia. Jaklewicz pisze: ?Rybacy nie liczą długofalowych strat, tylko doraźne zyski?.
Bardzo bym nie chciała, by Indonezja. Po drugiej stronie raju niechęciła potencjalnego czytelnika, uczciwość jednak każe dostrzec zarówno jasną, jak i ciemną stronę świata, nad którym ? choć wciąż urzekającym ? gromadzą się ciemne chmury. Zakończmy jednak optymistycznie?. polskim akcentem. W wielu miejscach na kuli ziemskiej ludzie nie wiedzą, gdzie leży Polska, ale wiedzą, kto to Wałęsa czy papież Polak. W indonezyjskich wioskach rozrzuconych na bezkresnym oceanie polskim nazwiskiem znanym ich mieszkańcom był? Robert Lewandowski.
http://mumagstravellers.blogspot.com/ Majka Em
Biuro Wszelkiego Pocieszenia. Ministerstwo absurdu
Sam oceń! Wojciech Zimiński - "Biuro wszelkiego pocieszenia. Ministerstwo absurdu 2" - Wyd. Helion Wojciech Zimiński jest zapewne niektórym z Was dobrze znany.To dziennikarz radiowej Trójki, którego usłyszeć możemy w audycjach ?Urywki z rozrywki?. Tym razem jednak przedstawię Wam fakty które autor zawarł w swojej książce.
Otóż kiedy tak czytałam tę książkę, to cały czas gdzieś z tyłu głowy wybrzmiewało mi pytanie dotyczące rodzaju żartów oraz tego jak na te żarty, satyry i nonsensy dnia codziennego, zareagują czytelnicy. Już na początku dowiemy się o tym jakie to ważne tematy podejmuje w naszym kraju prasa, lub portale informacyjne. Katastrofy i problemy dnia codziennego clebrytów i celebrytek to nieodłączny dodatek wszędzie, często już na pierwszych stronach. Problemy z botoksem, cellulitem lub pieniędzmi fascynują i interesują Polaków. Czy to są tematy, które naprawdę aż tak nas wciągają i interesują? Jest tutaj również wiele sytuacji, kiedy możemy pośmiać się nie tylko z siebie ale też z chorego systemu, który obowiązuje np. w sklepach. To wszystko owiane jest codziennością, tego co nas otacza i tego czym interesujemy się na co dzień, a co może nie zawsze jest nam aż w tak dobitny sposób uświadomione. Możecie być pewni, tutaj to uświadomienie odnajdziecie, ale nie w sposób krytykujący nasze zachowanie, lecz w sposób zabawny i satyryczny. Czasem sami nie jesteśmy świadomi tego jakie głupstwa popełniamy.
I tak jak już mówiłam, książka napisana w klimacie satyry i dobrej zabawy, nie ma na celu wyśmianie nas, lecz pośmianie się z nami z tego co każdy z nas chociaż jeden raz w życiu zrobił. Książkę czyta się szybko, a to za sprawą jej dogodnego formatu i ładnie sformatowanego tekstu. W środku znajdziemy także kilka rysunków, które zazwyczaj towarzyszą satyrze.
Warto po tę książkę sięgnąć, choćby po to, aby oderwać się od nudy i dnia codziennego, który nie przynosi ze sobą nic więcej niż tylko zwyczajową monotonię. Ta książka to wspaniały pomysł na umilenie sobie wieczorów, choćby za sprawą tego, że te opowieści i sytuacje opisane są krótko i zwięźle. Nie musimy dzięki temu czytać od razu wszystkiego na raz, lecz raz na jakiś czas zajrzeć do książki, która receptę ma na nudę doskonałą.
DobreRecenzje.pl Edyta