Recenzje
Aced. Uwikłani. Seria Driven
Początkowa bariera przed ponownym spotkaniem z twórczością autorki sprawiła, że z wielką rezerwą zasiadłam do kontynuacji losów bohaterów. Liczyłam na powierzchowny korowód, w którym autorka nie pokaże pewnej dojrzałości. Ona to zrobiła! Podała mi najbardziej dojrzałą wersję wydarzeń z całej serii Driven.
Od lat tworzą szczęśliwy związek. Relee i Colton wkroczyli na inną życiową drogę i pewnym krokiem podążają w stronę upragnionego rodzicielstwa. Wiodąc spokojne i pełne miłości życie zapomnieli o drzemiących w nich demonach z przeszłości. Do czasu. Na światło dzienne wychodzi kompromitująca sprawa, która doprowadzi do walki, w której najważniejszą rzeczą będzie próba odzyskania kontroli nad własnym życiem.
Bromberg powraca w nowej odsłonie, zabiera odbiorcę powieści w znane zakamarki, gdzie znajomość fabuły w poprzednich części ma znaczenie! Autorka zrobiła krok do przodu i pozwoliła sobie na rozwinięcie drobiazgowych wątków, które pod erotyczną stroną poprzednich części, nie miały większego wpływu na przebieg wydarzeń. Tym razem jest inaczej! Autorka pozwala czytelnikowi chłonąć bardziej poważny i dorosły obraz sytuacji.
Pozostawiła ich wewnętrzny upór i zadziorność. K. Bromberg nie zrobiła nic nowego w kreacji postaci. Czytając, można odnieść wrażenie, że oprócz dodanego aspektu dojrzałości przedstawieni bohaterowie pozostali zaszufladkowani przez autorkę. Namacalna dynamika i werbalny wodospad został już zastosowany w serii Driven. Osobiście oczekiwałam prawdziwej modyfikacji, w której namacalna odmiana wywoła u mnie efekt BOM! Tego zabrakło...
Znaczna rezygnacja z narastającej nutki pożądania znanego z tej serii istotnie wpływa na odbiór powieści. Autorka nie atakuje odbiorcy gorącymi scenami, lecz subtelnie przechodzi do ważnych życiowych tematów. Niekontrolowane emocje, niekończące się ataki na strefę prywatną bohaterów, uświadamiają, że zwycięstwo ma czasami gorzki smak, Zagubienie i poczucie winy napędzają lawinę, w której depresja poporodowa zaserwowana przez autorkę robi wrażenie, acz można wyczuć lekkie spłaszczenie zastosowane w tej sprawie. Lekkie podrysowanie tematu uwydatniłoby tylko emocjonalny stan głównej bohaterki, tymczasem czytelnik widzi obraz, w którym emocje proszą się o większą wyrazistość przekazu.
Autorka powracając do korzeni stworzyła "coś z niczego". Ważna tematyka, emocjonujące dialogi i zaserwowana sytuacyjna dojrzałość, nie czynią z Aced powieści wyjątkowej. Mam nadzieję, że Bromberg w kolejnej odsłonie odstawi znane fakty na bok, i nie połasi się na ponowną powtórkę z rozrywki zaserwowaną w lepszym wydaniu... Liczę na to!
ksiazkowaczarnobialaem.blogspot.com czarno_biała em; 2017-05-31
Making Faces
Często o niej mówimy. Miłość. Przychodzi w nieodpowiednim momencie, niesie za sobą bolesne doświadczenia, by na koniec niespokojnym doznaniem zamienić życie w szaloną emocjonalną grę. Masz w sobie na tyle siły, aby stanąć twarzą w twarz z obliczem własnego tchórzostwa? Osobiście! Osobiście poznałam ich bojaźliwą wizję. Miłości. I liczyłam na więcej...
Ambrose od dzieciństwa przykuwał uwagę innych. Zwłaszcza Fern, rudowłosej dziewczynki, która z upływem czasu potęguje uczucie względem chłopaka. Ich drogi nie mogły się połączyć! Ambrose wraz z przyjaciółmi wyrusza na wojnę. Powraca w pojedynkę, Ze złamaną psychiką i okaleczonym ciałem. Samotny. Załamany, Budzący współczucie u mieszkańców miasteczka chłopak zaczyna odkrywać i akceptować budzące się w nim uczucie wobec Fern...
Szczegółowo wczytywałam się w historię, która nie kończy się happy endem! Prawo Mojżesza bezgranicznie uwiodło moje serce. Z wyczuciem poznawałam losy bohaterów w Pieśni Dawida, gdzie interpretacja miłości i przyjaźni sprawiła mi wielką przyjemność! Wczytując się w Making face doszukałam się umiarkowanych emocji oraz spospoliciałej fabuły, osadzonej w dość dobrej ramie życiowych refleksji...
Obowiązujące reguły panujące w stworzonych postaciach sumiennie zataczają koło, gdzie schematyczność, prostota i powtarzalność zajmują czołowe miejsce w kreacji, którą stworzyła Harmon. Występująca regularność zastosowana przez autorkę, nie dała mi możliwości bliższego poznania głównych bohaterów. Fern okazała się typową postacią mająca na celu zagrać brzydkie kaczątko, a sam Ambrose uchodził za ideał, któremu zabrakło psychologicznego fundamentu. W tak prostym zestawie znajduje się jeden wyjątek. Bailey! Amy Harmon idealnie oddała wszystkie bolączki młodego bohaterka. Jego przekorność i bojowość zupełnie mnie zachwyciły!
Wątpliwości pojawiają się na samym początku. Teoretyczny brak akcji wydaje się ukazany w minimalistyczny sposób, ale tylko do czasu. Amy Harmon chwiejnym krokiem zabiera w fikcyjny świat postaci, gdzie ciemność i pustka ostrożnie przeradzają się w sugestywną kompozycję wielkiej przyjaźni i rodzącego się uczucia. Znany schemat, podany w innej formie robi wrażenie, ale osobiście spodziewałam się bardziej emocjonującej i trzymającej w napięciu powieści. Dla mnie emocji i napięcia zabrakło...
Making face ma w sobie jedno, mimo że całokształt powieści prezentuje się mało wybitnie, autorka szczególnie mocno zaakcentowała sposób, w jaki musi radzić sobie osoba chorująca na dystrofię mięśniową. Zrobiła to genialnie! Położyła na stół uśmiech, za którym schowana jest twarz śmierci. Z drugiej strony zbyt płaskie psychologiczne podejście, Harmon do kreacji głównego bohatera zupełnie mnie rozczarowało. Tym razem autorka postawiła na różnorodną kreację, w której zdecydowanie wygrywa Bailey...
Amy Harmon w niezwykle uroczym stylu pokazała, czym jest chora i przemoc domowa. To powieść o bezgranicznej przyjaźni, żarliwym uczuciu i podnoszeniu się z kolan po ciężkim upadku. Dla mnie Making face okazała się jedną z gorszych powieści, którą napisała autorka. Wielka szkoda, ponieważ powieść naprawdę skrywa w sobie potencjał...
ksiazkowaczarnobialaem.blogspot.com czarno_biała em; 2017-05-09
Pieśń Dawida
Po raz drugi otwieramy pudełko czekoladek. Opakowanie niby znajome, ale wnętrze zgoła odmienne. I znów zaczyna się nasza loteria - trafimy na coś pysznego czy nie? Będzie dobrze, czy może jednak ślepy los zdecyduje inaczej? Jest bardzo dużo możliwości. Na szczęście ta pozycja, nawiązująca do "Prawa Mojżesza" okazała się być bardzo przyjemnym nawiązaniem do tego, co zdołałam poznać z pierwszej części. I dobrze. Amy Harmon zrobiła dzięki temu na mnie bardzo dobre wrażenie.
Tym razem nie skupiamy się na Mojżeszu i Georgii, ale na innych bohaterach, znanych z poprzedniego tomu: Tag`u i Millie. Tag to pseudonim dla Dawida, dziecka, które od najmłodszych lat musiało walczyć o swoje. Walka to sens jego życia, to w niej odnajduje wszystko, co jest mu potrzebne. Do tego dochodzi hulaszczy tryb życia, używki, kobiety... Kto bogatemu zabroni? Zresztą, dosłownie, Tag bowiem jest synem bogatych rodziców. Wszystko to jednak zmienia się z chwilą, gdy ginie jego siostra. Poczucie winy wypala Dawida od środka, niszczy go. Wszystko jednak się zmienia, gdy poznaje niewidomą Millie. Wydawać się mogło, że oto znaleźli oboje szczęście, że nic nie przerwie im spokoju - właśnie. Wydawać się by mogło. Na początku książki jednak Tag znika, zostawiając dziewczynę w rozpaczy i z taśmami. Właśnie - te taśmy wiele wyjaśniają...
Pamiętacie moje porównanie do pudełka czekoladek? Tak? Super. Bowiem w "Pieśni Dawida" te czekoladki będą miały wytrawny smak, jak mocna, gorzka czekolada. Tak wytrawny, że aż słodki, ale w pierwszym odruchu będą mogły odrzucać. Nie ma co ukrywać, że początkowo wydaje się ciężko, mrocznie i ponuro. Niemal tragicznie - w porównaniu z tym, co było w pierwszej części. Jednak, im dalej czytamy, im więcej poznajemy, tym bardziej zaskakuje nas treść. Można się solidnie wzruszyć! Historia miłości tej dwójki, gdy spoglądamy na nią przez pryzmat Dawida z "Prawa Mojżesza" staje się delikatna, eteryczna i dość specyficzna. Ale i jednocześnie wzruszająca. Poznajemy "drugą stronę medalu", nie te ponure i mroczne pozory, ale wnętrze. Zaskakujące, jak te czekoladki.
Muszę przyznać uczciwie, że "Pieśń Dawida" to świetnie napisana książka o miłości. Subtelnie, łagodnie, bez zbędnych emfaz ale z naturalnością. Dialogi zostały napisane naturalnie, prosto - choć nie wiem, na ile jest to zasługa rewelacyjnego tłumacza a na ile autorki ;) Również, co bardzo pozytywnienie mnie zaskoczyło, erotyka jest tu ukazana w sposób bardzo subtelny (wiem, powtarzam się), co jest miłą odmianą. Duży nacisk położono na uczucia i emocje, na to, jak wpływają na zachowanie. Zwłaszcza te ostatnie są wzruszające, obrazujące, jak wiele można zdziałać, jeśli się kocha i chce jak najlepiej dla osoby, którą darzy się miłością. Ale i zmusić do refleksji. A zakończenie... ahhh. Niczym najlepsza z najlepszych czekoladka, rozpływająca się w ustach - i absolutnie zaskakująca bogactwem smaków i aromatów. Tak, to zakończenie było idealne dla losów Mojżesza i Dawida - mówcie co chcecie, ja zdania nie zmienię.
A bohaterowie? Hm. Im bliżej byłam końca, tym bardziej zmieniałam zdanie, co do głównego bohatera. Po pierwszym tomie miałam go za rozpieszczonego, rozwydrzonego wręcz chłopaka, któremu kasa uderzyła do głowy. Ale ta książka pokazała, jak bardzo się myliłam. Zaskoczenie z każdą kolejną stroną rosło, ale w sposób niesamowicie pozytywny. A Millie? Kurcze, ależ jej kibicowałam! Niesamowity hart ducha, siła - to wszystko składało się na odważną, mocną psychicznie niewidomą dziewczynę, która nie poddała się, ale parła w przód. Zdecydowanie, czytałam o niej z przyjemnością. Pozostałe postacie również były interesujące, choć momentami miałam wrażenie, że za wiele jest tu Mojżesza a za mało innych osób. Jednak autorka zdecydowanie sobie poradziła. Nie ma tu sztywności i papierowości, płaskości, jaką spotykać można w innych książkach u postaci, które nie są głównymi bohaterami.
A okładka? Podobnie jak przy "Prawie Mojżesza", i tu zachwyca swoją kolorystyką. Kremowo-żółte tło i czerwona plama farby sugeruje ciepło i miłość. Ale i ból. Absolutnie, przyciąga wzrok, i sprawia, że można spoglądać w nieskończoność i zachwycać się tą uroczo ascetyczną okładką.
Podsumowując? jeśli pierwszy tom mnie zachwycił, ten podbił moje serce. To pełna ciepła opowieść o trudnych uczuciach i trudnym sposobie ich wyrażania. To piękna, wzruszająca historia, która z pewnością przypadnie do gustu wszystkim. I nie ma co się obawiać, że zostaniemy zanudzeni czy przesłodzeni. Nie. Tu wszystko jest wyważone i dawkowane odpowiednio. Zauroczy, zachwyci, wzruszy i sprawi, że jeszcze długo po skończonej lekturze będziecie myśleli o tej książce. Czy ciepło? A może nie? Nie wiem. Wiem, że dla mnie Amy Harmon zdecydowanie wspięła się na wyżyny i trafiła - zupełnie nieoczekiwanie - w moje wymagania dotyczące książki, która nie jest fantastyką, a sprawi, że chętnie po nią znów sięgnę.
Kaginbooks.blogspot.com Aleksandra Kag Madej; 2017-05-31
Prawo Mojżesza
Z pozycjami new adult jest jak z pudełkiem pełnym czekoladek. Z jednej strony ich powierzchnia lśni i kusi, obiecując nieziemskie doznania w środku,a z drugiej boimy się, że nadzienie będzie tym, którego boimy się od dzieciństwa (w drastycznych przypadkach, że będzie tam taka ilość alergenów, że przez miesiąc nie dane nam będzie posilać się niczym innym, niż wodą mineralną...). W przypadku "Prawa Mojżesza" trafiłam na swoje ulubione, kremowe i cudownie aromatyczne nadzienie, które rozpłynęło mi się na języku i zostało ze mną na długo...
Mojżesz został znaleziony w koszu na pranie. Jego matka, narkomanka, porzuciła go jeszcze jako niemowlę, a on sam był wychowywany przez całe stadko wujków i ciotek. Od najmłodszych lat żyjący z piętnem, "dziecko cracku", początkowo budzi sensację - jednak z czasem, gdy dorasta, wszyscy powoli się od niego odsuwają. Mojżesz jest młody, ponury i wyobcowany. Nie potrafi nawiązywać z innymi kontaktu. jednak - posiada dar. Niesamowity talent malarski, który potrafi spełniać marzenia. Mojżesz trafia na farmę, na której hodowane są konie i tam poznaje Georgię. Ma tam pomagać - to nie jest problem, mimo swego milczenia jest pracowity i energiczny. Nikt nie przypuszcza jednak, że Georgia, mimo ostrzeżeń, zacznie zbliżać się do chłopaka, zafascynowana jego osobowością. Prawo Mojżesz jednak brzmi okrutnie, ale i szczerze: "Nigdy nikogo nie kochać". Ta historia nie może skończyć się szczęśliwie...
Wspominałam na samym początku, że książki new adult są jak czekoladki z bombonierki, prawda? Niby kuszą, a jednak istnieje obawa (u mnie, że to będzie kokos a nie kusząca czekolada, albo, nie dajcie bogi, truskawkowe nadzienie - o fuj!). Z "Prawem Mojżesza" właśnie tak było. Się, kurcze, bałam. Co to będzie, jak będzie. Bo nie ukrywam, byłam zrażona do takich powieści. Wręcz oczyma wyobraźni już widziałam ten "happy ending", gdzie wszyscy żyją szczęśliwie, bo ona, ta piękna i dobra, ratuje z opałów tego jeszcze piękniejszego (ale bez brokatu) i żyją długo i szczęśliwie! Więc... jakie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że wszelkie moje podejrzenia runęły z hukiem i trzaskiem. Ta pozycja okazała się być faktycznie odmienna. Tu nie ma tego wyśnionego happy endu, tu nie ma białej sukni i gołąbków.
Tu nic nie jest oczywiste i takie, jakie zakłada się z góry.
Początek był dla mnie dość sztampowy. Ot, on, chłopak z przeszłością. Mroczną i pokręconą. I ona, prosta dziewczyna (bez przeszłości - nie, to nie jest jak w TEJ piosence), kochająca konie i rodeo - zwłaszcza jazdę wśród beczek (zastrzelcie mnie, nie pamiętam dokładnie nazwy teraz). Pozornie wszystko wydaje się sztampowe - ona chce pokazać mu konie, konie się płoszą, ona ma wypadek... a potem robi się trochę dziwnie i nietypowo. Po tych kilku stronach i mnie Mojżesz zaczął intrygować. Jego talent i osobowość, cała historia "pękniętego dziecka cracku", wszystkie te jego "ubytki", które chce się poznać. I poznajemy je głównie za pomocą Georgii, łagodnie i powoli wypełniającej Mojżesza. Chłopak się jednak buntuje. Nie chce, nie może, nie umie... ten romans nie może się udać.
I właśnie - tu dochodzimy do momentu, w którym ta czekoladka okazała się być przyjemnością a nie rozczarowaniem. Amy Harmon prowadzi wątek romansowy w taki sposób, że w zasadzie go nie zauważam. Jasne, czytałam opinie, że jest on w tej książce zły, ale ja go jakoś tak nie odnotowałam. BYł, bo był, ale zasugerowany, pokazany w sposób subtelny, żeby nie powiedzieć, że prawie... bezpłciowy, mało emocjonalny. Ledwie tknięty po prostu. Większy i bardziej interesujący nacisk położono na wątek paranormalny - co w połączeniu z miękką, łagodną narracją pierwszoosobową (coś mam ostatnio "szczęście" do takich książek!) dało interesujący efekt. Ba! Nawet jest nieco kryminalnie! Delikatność przeplata się z rozpaczą, ciepło z krzywdą, całość połączona jest duchowością - co sprawia, że książka ta jest niezwykła. Autorce nie brakuje pomysłu na te wątki poboczne, co jest zdecydowanie na plus. Główny bohater staje się niejako tłem dla postaci pobocznych, poturbowanych i skrzywdzonych przez los, ale w jego obecności kojonych i wynagradzanych. Jednak spokój, jaki jest wnoszony, kosztuje bardzo wiele. Ta powieść to świetny przykład słodko-gorzkiej ale snutej łagodnie i leniwie historii, która sprawiała, że uśmiechałam się i wzruszałam. Ba! W pewnym momencie zwyczajnie się rozkleiłam. Ale jednocześnie kibicowałam bohaterom, śledziłam ich losy, dorastanie, przechodzenie przez małe, prywatne piekło i stawanie się zupełnie kimś innym. Nowym. Metamorfozy oparte na trudnym, niemal zakazanym uczuciu, bolesne, ale w konsekwencji dające poczucie siły. Takie odniosłam wrażenie.
A bohaterowie? Miałam mieszane uczucia. Mojżesz absolutnie stał się moim faworytem. Trudny, twardy do zrozumienia młody mężczyzna z traumatycznym życiem. Intrygował, zaskakiwał, a śledzenie jego historii i tego, jak wpływał na innych ludzi mnie absolutnie wciągnęło. Georgia... z nią już miałam nieco więcej problemów. Wydawała mi się momentami naiwna i głupiutka, za ufna, za otwarta na wszystko, co tylko można. Ale w całokształcie dobrze równoważyła Mojżesza. Pozostałe postacie średnio zapadły mi w pamięć, może poza babcią tytułowego bohatera. Nie mniej, było dobrze. Nie było płasko i papierowo, ale całkiem interesująco. Choć nie ukrywam, autorka musi jeszcze trochę popracować, bym była nią zachwycona - to jest dobrze.
Przyznaję, że również okładka mnie zachwyciła. W swej prostocie i kremowości tła niebieska plama akwareli z tytułem przyciąga uwagę i frapuje. Subtelnie sugeruje, że nic nie jest tu proste i łatwe, i całość nie skończy się dobrze...
Podsumowując - jeśli szukacie czegoś nieoczywistego, lekkiego ale jednocześnie frapującego i wciągającego, "Prawo Mojżesza" jest pozycją dla was. Słodko-gorzka historia o nadziei, która jest w każdym z nas i dla każdego. To niezwykła mozaika ludzi, którzy spotkali na swej drodze głównych bohaterów, i przez całą paletę emocji i uczuć w końcu wypełnili pęknięcia w sobie i wokół siebie - głównie miłością. Ale nie tylko nią... Polecam. Gorąco polecam.
Kaginbooks.blogspot.com Aleksandra Kag Madej; 2017-05-30
Przyrodni brat
„Byłeś najlepszą rzeczą, jaka mi się kiedykolwiek przytrafiła. Mam nadzieję, że któregoś dnia będę mogła powiedzieć, że byłeś jedną z najlepszych rzeczy w moim życiu, ale jak do tej pory mam tylko ciebie.”
Penelope Wrad- Autorka jedenastu powieści zajmujących wysokie miejsce na listach bestsellerów czasopism „New York Times” i „Wall Street Journal”. Jej czwarta powieść „Przyrodni brat” zajęła pierwsze miejsce na liście serwisu Amazon za rok 2014 w kategorii niezależnie publikowanych książek w wersji elektronicznej.
Bez dwóch zdań mam zamiar przeczytać wszystkie książki tej autorki.
Zakładam, że każda powieść jest równie mocna i emocjonalna jak ta.
"Dziewczyna nie powinna pragnąć tego, kto ją dręczy…"
Greta była cichą nastolatką, a jej życie miało swój spokojny rytm — szkoła, nauka, dorywcza praca i dom... Kiedy pewnego dnia w domu pojawił się jej przyrodni brat Elec, nie była na to przygotowana. Nienawidziła tego, jak wyżywał się na niej, dając upust swojej niechęci wobec nowej rodziny. Nienawidziła tego, że sprowadzał do swojego pokoju różne dziewczyny z ich szkoły. Nienawidziła tego, że coraz bardziej ją fascynował. Zbuntowany, irytujący i odpychający, coraz bardziej pociągał Gretę. Jego aroganckie zachowanie, muskularne ciało, pięknie wyrzeźbiona twarz sprawiły, że jej ciało wbrew umysłowi reagowało tak, jak jeszcze nigdy przedtem. Łączące ich uczucia zaczęły się zmieniać, aż pewnej nocy przekroczyli granicę, spoza której nie było już odwrotu...
Następnego dnia Elec wrócił do Kalifornii, zniknął z jej życia równie nagle, jak się w nim pojawił. Minęły lata, od kiedy widziała go po raz ostatni. Gdyby nie rodzinna tragedia, która pewnego dnia zaskoczyła wszystkich, pewnie już nigdy nie stanęliby ze sobą twarzą w twarz. Oszołomiona Greta stwierdza, że nastolatek, dla którego straciła głowę, wyrósł na mężczyznę, który dziś potrafi doprowadzić ją do szaleństwa.
Ze śmierci zrodziło się życie. Z nienawiści zrodziła się miłość.
KOCHAM, UWIELBIAM i UBÓSTWIAM tego typu książki!
Penelope Ward jest bez dwóch zdań autorką, którą chcę bliżej poznać. Z chęcią zobaczyłabym się z nią na targach książki i przeczytała jej wszystkie książki.
Powieść „Przyrodni brat” między innymi przypadła mi do gustu dzięki poznaniu perspektywy Eleca. Nie znalazłam tu typowego podziału na rozdziały Ona/On. Za to autorka bardzo sprytnie i pomysłowo wprowadziła tą perspektywę w formie pisanej przez Eleca książki opisującej jego życie.
Podczas poznawania jego dzieciństwa było mi go bardzo szkoda, ale z drugiej strony zrozumiałam jego początkową postawę.
Mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że polubiłam jego postać i jestem nim zachwycona. Autorka moim zdaniem bardzo fajnie go wykreowała. Pokazuje ona, bowiem jego wady, rany i wszelkie niedoskonałości, a zarazem widzimy w nim to, czego byśmy się na pierwszy rzut oka nie spodziewali. Po bliższym zapoznaniu widzimy jak bardzo został on skrzywdzony przez okrutny los. Dostrzegamy w nim chęć bycia kochanym, widzimy wielkie okłady dobroci, miłości i wrażliwości. Pomimo ciężkiego początku się nie poddał i książka kończy się wielkim dla niego szokiem, przeżyciem i postanowieniem.
Greta z kolei mnie za bardzo nie powaliła z nóg. Jednak jest bardzo ważną postacią w tej powieści. Jest ona początkiem dobrych zmian, które zachodzą w życiu jej przyrodniego brata. Sprawiła, że Elec zaczął się otwierać na świat. Dzięki niej poznajemy go bliżej i o wiele lepiej. Też miała nieciekawe dzieciństwo jednak nie, aż tak bardzo jak on. Nawet ją lubię i szczerze mówiąc liczyłam na to, że uda się jej na nowo wrócić do swojej pierwszej miłości.
Jak się tylko na to pozwoli to książka wciąga jak nie wiem. Przeczytałam ją w dwa wieczory i mam jej niedosyt. I właśnie jej jedynym minusem jak dla mnie jest to, że tak szybko się kończy. Powieść jest naprawdę bardzo dobra, wciągająca i w oryginalna. Wiem, że jest wiele podobnych książek typy „zakazana miłość siostry do przyrodniego brata” i za każdym razem to właśnie brat ma przekichaną przeszłość. Jednak ta historia jest inna, jest pomysłowa i przede wszystkim poznajemy uczucia i wewnętrzne dylematy głównych bohaterów.
Do tego książkę czyta się bardzo szubko i styl pisania jak dla mnie jest wręcz idealny do tematu i zdarzeń, które mają miejsce w książce.
Jak jesteście zwolennikami powieści New adult i lubicie czytać powieści obyczajowe, powieści z wątkiem miłosnym to polecam sięgnięcie po Przyrodniego brata. Jest to powieść stworzona właśnie dla was. Nie zawiedziecie się, a spędzicie w bardzo miłym towarzystwie jeden lub kilka wieczorów. Zresztą jak macie wolne i chcecie czytać dworze to też polecam.
Dawka emocji, łez i śmiechu gwarantowana.
ksiazkowe-wyznania.blogspot.com Dominika Starzyk; 2017-06-06