Recenzje
Aeternum. Przeklęte królestwo Vinculi #2
Na tę kontynuację czekałam naprawdę długo, bo zakończenie pierwszego tomu zostawiło mnie z ogromnym niepokojem o dalsze losy Rory i Caiusa. Po tym, jak autorka namieszała w finale, byłam niesamowicie ciekawa, dokąd tym razem zaprowadzi nas historia. „Aeternum” rozpoczyna się w momencie, gdy Rory niespodziewanie zostaje uwolniona z Vinculi i wraca do Erdikoi. Problem w tym, że dla niej minęło zaledwie kilka dni, podczas gdy dla jej bliskich aż trzy miesiące. Co więcej, Rory nie pamięta absolutnie niczego ze swojego pobytu w mrocznej krainie. Nie pamięta Vinculi, przyjaciół, których tam poznała, ani przede wszystkim Caiusa - człowieka, który stał się dla niej kimś wyjątkowym. Dziewczynę zaczynają jednak nawiedzać dziwne sny, a wraz z nimi pojawiają się pytania dotyczące śmierci jej siostry i wydarzeń, których nie potrafi sobie przypomnieć. Tymczasem Caius, uwięziony przez pradawną magię we własnym królestwie, nie potrafi pogodzić się z utratą swojej wybranki. Wie, że jeśli chce ją odzyskać, będzie musiał zmierzyć się nie tylko z zagrożeniem, ale również z własnymi błędami, gniewem i konsekwencjami swoich decyzji. Jednym z najciekawszych elementów tej części jest dla mnie motyw utraconych wspomnień. Bardzo podobało mi się odkrywanie razem z Rory tego, co wydarzyło się podczas jej pobytu w Vinculi. Szczególnie że płaszczyzna dusz, która pojawiła się już wcześniej, w tym tomie mocno się rozwinęła. Bohaterowie odkrywają jej kolejne sekrety i możliwości, a czytelnik robi to razem z nimi. Do tego dochodzą nowe postacie, legendy, które okazują się prawdą, pradawna magia, przepowiednie i kolejne tajemnice. Ogromnym plusem pozostają dla mnie bohaterowie. Rory to silna i zdeterminowana dziewczyna, która zrobi wszystko, aby pomścić siostrę i odzyskać własną tożsamość. Momentami jej decyzje doprowadzały mnie jednak do frustracji i miałam ochotę nią potrząsnąć. Caius z kolei pokazał tutaj zupełnie inne oblicze. Poza swoją mroczną i potężną stroną mogliśmy zobaczyć jego wrażliwość, bezbronność, ogromną tęsknotę, ale również gniew, który zaczyna mieć bardzo realne konsekwencje. Bardzo polubiłam również relacje między bohaterami. Przyjaźń, więzi rodzinne, found family, poświęcenie i miłość w różnych jej odsłonach są tutaj naprawdę ważną częścią historii. Ta grupa bohaterów po prostu dała się lubić i chyba każdemu życzyłabym takich przyjaciół. Nie zabrakło też mroku. Pojawiają się sceny tortur, które zdecydowanie nie należały do najlżejszych, nowe zagrożenia i momenty, w których naprawdę trudno przewidzieć, co wydarzy się dalej. Podobało mi się również to, że tym razem książka jest znacznie mniej spicy niż pierwszy tom. Sceny 18+ nadal się pojawiają, ale jest ich zdecydowanie mniej, dzięki czemu nie odciągały aż tak mocno uwagi od fabuły. I właśnie z fabułą mam największy problem. Choć „Aeternum” ma ponad 500 stron i naprawdę sporo się tutaj dzieje, momentami miałam wrażenie, że książka została niepotrzebnie rozciągnięta. Wątek odzyskiwania wspomnień Rory bardzo mnie interesował, ale chwilami mocno się dłużył. Podobnie było z zagrożeniem ze strony brata Caiusa - liczyłam na większe napięcie, a przez sporą część książki miałam poczucie, że akcja stoi w miejscu. Za to kiedy wreszcie zaczyna się dziać naprawdę dużo, wszystko zostaje skumulowane w kilku ostatnich rozdziałach. Przez to finał wydał mi się trochę pośpieszny, a samo starcie nie zrobiło na mnie aż takiego wrażenia, jak oczekiwałam. Szkoda, bo historia miała naprawdę duży potencjał. Nie zmienia to jednak faktu, że cała dylogia nadal ma dokładnie ten rodzaj klimatu, który lubię. Jest mrocznie, magicznie i romantycznie, mamy rozbudowany świat, przepowiednie, klątwy, konsekwencje, waśnie rodzinne, przeznaczenie, tajemnice, humor, akcję i plot twisty, które potrafią zaskoczyć. Sama koncepcja uniwersum nadal bardzo mi się podoba i zdecydowanie widzę w nim potencjał na kolejne historie. Jedną rzecz autorka zostawiła mi jednak w głowie i chyba będę o niej myśleć do momentu kolejnej książki - jestem okropnie ciekawa, co właściwie ojciec Rory napisał w liście do swojej byłej żony i dlaczego tak bardzo zależało mu, żeby przekazać go jej, póki przebywała w Umbrze. Mam nadzieję, że odpowiedź na to pytanie jeszcze dostaniemy. Ostatecznie „Aeternum” wywołało we mnie trochę mieszanych uczuć. Pierwszy tom podobał mi się bardziej, a tutaj momentami zdecydowanie zabrakło mi tempa i większego napięcia. Z drugiej strony nadal bardzo lubię ten świat, bohaterów i sam pomysł na historię, dlatego absolutnie nie uważam tej części za rozczarowanie. Jeśli podobał Wam się „Król Umbry” i chcecie poznać dalsze losy Rory oraz Caiusa, zdecydowanie warto dać tej historii szansę. A ja jestem bardzo ciekawa kolejnej książki z tego uniwersum, szczególnie że tym razem dostaliśmy już jej mały przedsmak. Jestem ciekawa, dokąd autorka zabierze nas następnym razem.
Valland. Przeklęta krew
Okej, tego zakończenia całkowicie się nie spodziewałam. Właśnie skończyłam czytać i nie wiem co mam tutaj napisać. Bo z jednej strony jest pustka, a z drugiej myśli przelatujące jedna za drugą. Zacznę więc od tego, że plot twisty, które wychodziły raz za razem szokowały mnie coraz bardziej, spodziewałam się czegoś innego, jednakże to co dostałam sprawiło, że na pewno będę wracać myślami do tej historii. Ciężko było mi się zbierać do czytania „Vallandu”, aczkolwiek jak już to zrobiłam nie potrafiłam się od niego oderwać. Stąd moja pewność, że kiedy już po tą książkę sięgnięcie to odłożycie ją dopiero po przeczytaniu. Ten tytuł jest przesiąknięty tajemnicami, które powoli zostają odkrywane. Sam klimat i świat przedstawiony naprawdę mi się podoba, uwielbiam czytać pozycje, w których pojawia się ród królewski. Jak to jest, że zawsze umiera twój ulubiony bohater? Nie chcę mówić dużo, aby wam nie zaspojlerować, jednak pokochałam pewną postać - zawsze kiedy się pojawiła parskałam śmiechem, dzięki wypowiadanym przez nią słowom. Kibicowałam jej, aby odnalazła szczęście i kiedy w końcu wszystko miało się ułożyć, poświęciła siebie, by uratować bliską jej osobę - czyn godny podziwu i szacunku. Podczas czytania towarzyszących mi emocji było sporo. Począwszy od parskania śmiechem, poprzez wpływający na policzki róż, kończąc na łzach wolno spływających po policzkach. Jeśli chodzi o bohaterów to niestety Leanne ogromnie mnie irytowała w drugiej połowie książki - chciałaby być królową, a jednak myśli tylko o sobie i swoich zmartwieniach. Pragnęła mieć czas na rozpacz, ale po chwili chce ukazać “swoją wyższość” nad innymi. Jej zachowanie jest bardzo sprzeczne ze sobą i zastanawiam się czy od pierwszych stron taka była, a ja to ignorowałam. Całkowicie zgadzam się ze słowami Lottie: “Mówisz jedno, potem robisz zupełnie coś innego i jeszcze masz do wszystkich pretensje.” Przechodząc do Alescey’a - od początku czułam chemię pomiędzy nim a Emley’em i potajemnie liczyłam, że coś w ich relacji się zmieni. Jednak, aby się przekonać czy do czegoś doszło musicie sami zapoznać się z lekturą. Od pierwszych stron większość bohaterów widziała w nim coś kruchego, nie wartego choćby obrobimy uwagi, jednak ja go polubiłam, może nawet zobaczyłam w nim jakiś kawałek siebie. Chciałam jeszcze zauważyć, iż na początku książki pojawiało się sporo powtórzeń, jednak im dalej czytałam tym mniej ich zauważałam. ⭐⭐⭐,5/⭐⭐⭐⭐⭐
The STEM (Smart-Tempting-Entirely-Mine)
Q: 🚩 Jaki jest Twój największy książkowy red flag? Jordan jest przyszłą chemiczką, jednak została wydalona z uczelni. Kobieta jest zmuszona wrócić do Rochester. Jordan uważa, że jest chodzącą porażką. Po drodze rozmyśla nad wynikami badań i na drodze nagle pojawia się kot. Cassidy jest strażakiem w Rochester. Właśnie dostał zgłoszenie o wypadku. Młoda kobieta uległa wypadkowi, jest też wyciek substancji chemicznej i uwaga niebezpieczne zwierzę 😅🐈. Mężczyzna jest rozwodnikiem, samotnie wychowuje córkę- Zarę. Kiedy przyjeżdża na miejsce zdarzenia, okazuje się, że doskonale zna poszkodowaną kobietę to jego wieloletnia sąsiadka 🤭. Po wypadku Jordie ląduje w miejscowym szpitalu, jest pod dobrą opieką, nie mogło być inaczej jej matka już o to zadbała🤭. Jordan wraca do rodzinnego domu, i jest kompletnie zagubiona. Bardzo chce poukładać swoje życie, z pomocą przychodzi jej mama, która załatwia jej pracę w szkole. Nauka przyrody to nie jest szczyt marzeń przyszłej chemiczki. Na zajęciach poznaje córkę swojego sąsiada. Kłopoty to drugie imię Jordan, i uwierzcie mi będzie ich sporo 🤭. Uwielbiam tę historię. Chemiczka, która została wydalona z uczelni, hot strażak, który jest wieloletnią miłością bohaterki i Zara, która jest totalnym słodzikiem. Ta historia jest przepełniona ogromną dawką humoru 🤭. Nie można zapomnieć o Cationie 🐈, który jest przyczyną kłopotów Jordie 😅. Autorki wspaniale wykreowały bohaterów, są idealni w każdym calu. Jordie i Cassidy wzajemnie oddziałują na siebie🤭. Jednak zawsze ktoś, albo coś im przeszkadza 🙄. Moment w którym między nimi coś „kliknęło” jest przepiękny, ale też przepełniony sporą dawką humoru.Ta historia pozwoliła mi zwolnić i chyba to lubię w niej najbardziej🥹. Nudy nie ma i nie będzie, mogę Wam to zagwarantować. I tylko spójrzcie na tę okładkę 😩🥹. Jest przepiękna. Czy polecam ? Tak, oczywiście, że tak.
Valland. Przeklęta krew
Recenzja: Jest to książka, która od pierwszych stron bardzo mnie wciągnęła. Historia Alekseya, którego przyszłość zostaje z góry zaplanowana przez ojca, szybko okazuje się o wiele bardziej skomplikowana, niż mogłoby się wydawać. Z każdym kolejnym rozdziałem pojawiają się nowe sekrety, intrygi i pytania, na które chciałam jak najszybciej poznać odpowiedź. . Najbardziej urzekł mnie klimat tej historii. Pałacowe otoczenie, królewskie tajemnice i ciągłe napięcie tworzą naprawdę wyjątkową atmosferę. Podobało mi się również to, że bohaterowie mają własne charaktery, motywacje i tajemnice, przez co nie zawsze łatwo było przewidzieć ich kolejne decyzje. . Autorka świetnie buduje napięcie i kilka razy udało jej się mnie zaskoczyć. Fabuła jest pełna zwrotów akcji, a im więcej czytałam, tym bardziej chciałam odkryć, co tak naprawdę dzieje się w Valland. Zakończenie zdecydowanie pozostawiło mnie z niedosytem i masą pytań. To historia, która dostarczyła mi wielu emocji i na długo została w mojej głowie.
Znikająca kraina. Wędrówka przez góry Śląska
440 km w szesnaście dni. Tyle zajęło autorowi przejście Głównego Szlaku Sudeckiego. „Znikająca kraina. Wędrówka przez góry Śląska” to historia o zdobyciu czegoś, co początkowo mogło wydawać się nieosiągalne. Michał Zabłocki pokazuje nam Śląsk, jego wielokulturowość i sprzeczności. Pokonując kolejne kilometry, przewyższenia i spadki, obserwujemy chwile zwątpienia autora, ale też te, które go budują i motywują do dalszej wędrówki. Jak sam pisze pod koniec, były momenty, gdy chciał się poddać i przerwać wędrówkę. Jednak dał radę. Częściowo dzięki ludziom, których spotykał na swojej drodze. Sama uwielbiam góry, choć GSS nigdy nie pokonałam. Wiem jednak, jak bardzo ludzie spotkani po drodze potrafią zmotywować. Powiedzieć: „już niedaleko”, „najgorsze za Wami”. Sami też nie raz motywowaliśmy spotkane osoby. Część z tych krótkich rozmów i mijanych ludzi pamiętam do dziś. To właśnie takie momenty są dla mnie dopełnieniem górskich wędrówek. Czasem wystarczy kilka zdań wypowiedzianych przez zupełnie obcą osobę, żeby dostać dodatkową porcję energii i ruszyć dalej.P owiem szczerze, że z samym reportażem miałam lekki kłopot. Czytałam go długo, po drodze wpadłam w zastój czytelniczy, jednak jak to często bywa, w pewnym momencie między nami zaskoczyło i ostatecznie doceniam tę książkę. Jest to pozycja, która oprócz reportażu drogi pokazuje też, jak wędrówka oddziałuje na autora i zmienia go jako człowieka. Mamy tu również sporo aspektów historycznych Śląska. Poznajemy ten region takim, jaki jest, z wszystkimi jego wpływami, zmianami, mocnymi i słabymi stronami. Autor zagląda nie tylko na górskie szlaki, ale również do miejscowości, historii i ludzi, dzięki czemu ta podróż staje się czymś więcej niż tylko relacją z pokonywania kolejnych kilometrów. Podobało mi się również to, że góry są tutaj nie tylko tłem dla całej historii. Są wyzwaniem, sprawdzianem własnych możliwości, momentami zachwytem, a momentami walką ze zmęczeniem i własnymi słabościami. Wędrówka staje się okazją do przyjrzenia się sobie, ale też do poznania miejsca, które ma za sobą skomplikowaną i wielokulturową historię. Polecam tę pozycję przede wszystkim mieszkańcom Śląska, osobom zakochanym w tym rejonie, miłośnikom Czech oraz wszystkim, którzy lubią połączenie podróży, historii i górskiej wędrówki.