Recenzje
Aeternum. Przeklęte królestwo Vinculi #2
Jamie Applegate Hunter to autorka, która budzi we mnie wiele sprzecznych odczuć. Jedna seria jej nie wychodzi, podczas gdy inna potrafi mnie naprawdę pozytywnie zaskoczyć. „Przeklęte Królestwo Vinculi” na szczęście należy do tej drugiej grupy. Co istotne, dostajemy tutaj dużą dawkę spicy romantasy, która momentami może nieco przytłoczyć czytelnika, szczególnie jeśli nie jest on przygotowany na sceny 18+ pojawiające się co kilka stron. Dla jednych może być to ogromny plus, mnie natomiast chwilami irytowało, ponieważ sceny łóżkowe odciągały uwagę od naprawdę ciekawej fabuły. A uwierzcie mi - to świetny kawałek fantastyki. Nie natknęłam się tutaj na większe dziury fabularne ani rażące błędy logiczne. Narracja prowadzona jest z perspektywy dwojga bohaterów, dzięki czemu możemy poznać emocje i przemyślenia obojga. Akcja ma swoje wolniejsze i szybsze momenty, które zostały zrównoważone w taki sposób, że czytelnik bez problemu dostosowuje się do jej tempa. Fabuła jest oryginalna i całkiem dobrze poprowadzona. Bardzo podoba mi się również świat rządzony przez Monarchów oraz ich niezwykłe moce. Mocnym punktem powieści są także bohaterowie - zarówno główni, jak i drugoplanowi. Choć muszę przyznać, że nieco zawiodłam się na Rory. W tej części wydawała mi się bardziej nieodpowiedzialna i lekkomyślna, przez co momentami miałam ochotę nią potrząsnąć. Drugi tom „Przeklętego Królestwa Vinculi” opowiada o wydarzeniach rozgrywających się po ponownym odesłaniu Rory do Erdikoi. Kobieta nie ma pojęcia, jakim cudem jej wyrok został skrócony do zaledwie trzech miesięcy w Vinculi. Z czasem jednak zaczyna odzyskiwać wspomnienia i właśnie wtedy popełnia błędy, których mogłaby uniknąć, gdyby tylko znała całą prawdę. Wraz z pamięcią powracają również uczucia związane z przyjaciółmi, których poznała w mrocznym królestwie rządzonym przez Króla Umbry. W tym samym czasie Caius, Król Umbry, zaczyna rozumieć, że popełnił błędy, których naprawienie będzie go bardzo wiele kosztować. Ma jednak zbyt wiele do stracenia - przede wszystkim swoją ukochaną wybrankę, swoje aeternum, którą zawsze chciał chronić. Uwięziony w królestwie Vinculi za wszelką cenę próbuje znaleźć sposób na pokonanie bariery, która uniemożliwia mu przedostanie się do Erdikoi. Wie, że jeśli mu się nie uda, może stracić ukochaną już na zawsze. Sybilla przewidziała bowiem śmierć Rory z rąk brata bliźniaka Caiusa. Tylko czy przepowiednia rzeczywiście musi się spełnić? I czy Caius zdoła uwolnić się spod wiążącej go magii, zanim będzie za późno? „Przeklęte Królestwo Vinculi” okazało się dla mnie naprawdę przyjemnym zaskoczeniem. To historia, w której fantastyka, magia, niebezpieczne przepowiednie i romantyczne relacje tworzą mieszankę, która potrafi wciągnąć. Owszem, ilość scen spicy momentami była dla mnie zbyt duża i miałam wrażenie, że niepotrzebnie odciągały uwagę od znacznie ciekawszych wydarzeń. Mimo tego nie mogę odmówić autorce pomysłu na świat i umiejętnego budowania napięcia między bohaterami. Jeśli lubicie romantasy z dużą dawką magii, skomplikowanymi relacjami, przepowiedniami i sporą ilością scen 18+, ta seria może być czymś dla Was. Ja natomiast z pewnością będę chciała sprawdzić, dokąd jeszcze zaprowadzi nas ta historia.
Aeternum. Przeklęte królestwo Vinculi #2
Na tę kontynuację czekałam naprawdę długo, bo zakończenie pierwszego tomu zostawiło mnie z ogromnym niepokojem o dalsze losy Rory i Caiusa. Po tym, jak autorka namieszała w finale, byłam niesamowicie ciekawa, dokąd tym razem zaprowadzi nas historia. „Aeternum” rozpoczyna się w momencie, gdy Rory niespodziewanie zostaje uwolniona z Vinculi i wraca do Erdikoi. Problem w tym, że dla niej minęło zaledwie kilka dni, podczas gdy dla jej bliskich aż trzy miesiące. Co więcej, Rory nie pamięta absolutnie niczego ze swojego pobytu w mrocznej krainie. Nie pamięta Vinculi, przyjaciół, których tam poznała, ani przede wszystkim Caiusa - człowieka, który stał się dla niej kimś wyjątkowym. Dziewczynę zaczynają jednak nawiedzać dziwne sny, a wraz z nimi pojawiają się pytania dotyczące śmierci jej siostry i wydarzeń, których nie potrafi sobie przypomnieć. Tymczasem Caius, uwięziony przez pradawną magię we własnym królestwie, nie potrafi pogodzić się z utratą swojej wybranki. Wie, że jeśli chce ją odzyskać, będzie musiał zmierzyć się nie tylko z zagrożeniem, ale również z własnymi błędami, gniewem i konsekwencjami swoich decyzji. Jednym z najciekawszych elementów tej części jest dla mnie motyw utraconych wspomnień. Bardzo podobało mi się odkrywanie razem z Rory tego, co wydarzyło się podczas jej pobytu w Vinculi. Szczególnie że płaszczyzna dusz, która pojawiła się już wcześniej, w tym tomie mocno się rozwinęła. Bohaterowie odkrywają jej kolejne sekrety i możliwości, a czytelnik robi to razem z nimi. Do tego dochodzą nowe postacie, legendy, które okazują się prawdą, pradawna magia, przepowiednie i kolejne tajemnice. Ogromnym plusem pozostają dla mnie bohaterowie. Rory to silna i zdeterminowana dziewczyna, która zrobi wszystko, aby pomścić siostrę i odzyskać własną tożsamość. Momentami jej decyzje doprowadzały mnie jednak do frustracji i miałam ochotę nią potrząsnąć. Caius z kolei pokazał tutaj zupełnie inne oblicze. Poza swoją mroczną i potężną stroną mogliśmy zobaczyć jego wrażliwość, bezbronność, ogromną tęsknotę, ale również gniew, który zaczyna mieć bardzo realne konsekwencje. Bardzo polubiłam również relacje między bohaterami. Przyjaźń, więzi rodzinne, found family, poświęcenie i miłość w różnych jej odsłonach są tutaj naprawdę ważną częścią historii. Ta grupa bohaterów po prostu dała się lubić i chyba każdemu życzyłabym takich przyjaciół. Nie zabrakło też mroku. Pojawiają się sceny tortur, które zdecydowanie nie należały do najlżejszych, nowe zagrożenia i momenty, w których naprawdę trudno przewidzieć, co wydarzy się dalej. Podobało mi się również to, że tym razem książka jest znacznie mniej spicy niż pierwszy tom. Sceny 18+ nadal się pojawiają, ale jest ich zdecydowanie mniej, dzięki czemu nie odciągały aż tak mocno uwagi od fabuły. I właśnie z fabułą mam największy problem. Choć „Aeternum” ma ponad 500 stron i naprawdę sporo się tutaj dzieje, momentami miałam wrażenie, że książka została niepotrzebnie rozciągnięta. Wątek odzyskiwania wspomnień Rory bardzo mnie interesował, ale chwilami mocno się dłużył. Podobnie było z zagrożeniem ze strony brata Caiusa - liczyłam na większe napięcie, a przez sporą część książki miałam poczucie, że akcja stoi w miejscu. Za to kiedy wreszcie zaczyna się dziać naprawdę dużo, wszystko zostaje skumulowane w kilku ostatnich rozdziałach. Przez to finał wydał mi się trochę pośpieszny, a samo starcie nie zrobiło na mnie aż takiego wrażenia, jak oczekiwałam. Szkoda, bo historia miała naprawdę duży potencjał. Nie zmienia to jednak faktu, że cała dylogia nadal ma dokładnie ten rodzaj klimatu, który lubię. Jest mrocznie, magicznie i romantycznie, mamy rozbudowany świat, przepowiednie, klątwy, konsekwencje, waśnie rodzinne, przeznaczenie, tajemnice, humor, akcję i plot twisty, które potrafią zaskoczyć. Sama koncepcja uniwersum nadal bardzo mi się podoba i zdecydowanie widzę w nim potencjał na kolejne historie. Jedną rzecz autorka zostawiła mi jednak w głowie i chyba będę o niej myśleć do momentu kolejnej książki - jestem okropnie ciekawa, co właściwie ojciec Rory napisał w liście do swojej byłej żony i dlaczego tak bardzo zależało mu, żeby przekazać go jej, póki przebywała w Umbrze. Mam nadzieję, że odpowiedź na to pytanie jeszcze dostaniemy. Ostatecznie „Aeternum” wywołało we mnie trochę mieszanych uczuć. Pierwszy tom podobał mi się bardziej, a tutaj momentami zdecydowanie zabrakło mi tempa i większego napięcia. Z drugiej strony nadal bardzo lubię ten świat, bohaterów i sam pomysł na historię, dlatego absolutnie nie uważam tej części za rozczarowanie. Jeśli podobał Wam się „Król Umbry” i chcecie poznać dalsze losy Rory oraz Caiusa, zdecydowanie warto dać tej historii szansę. A ja jestem bardzo ciekawa kolejnej książki z tego uniwersum, szczególnie że tym razem dostaliśmy już jej mały przedsmak. Jestem ciekawa, dokąd autorka zabierze nas następnym razem.
Lista
Trochę nie wiem, czy czytałam tę samą książkę co inni opiniujący, bo po przeczytaniu „Listy” mam wrażenie, że jest to powieść znacznie mniej thrillerowa, a zdecydowanie bardziej społeczna i psychologiczna, niż można by się spodziewać po opisie. Ola i Michael są parą, która właściwie powinna być najszczęśliwsza na świecie. Ślub za kilka tygodni, zawodowe sukcesy, wspólne życie i poczucie, że wszystko wreszcie układa się tak, jak powinno. Wystarczy jednak, że nazwisko Michaela pojawia się na anonimowej liście mężczyzn oskarżanych o przemoc seksualną, żeby cała ta poukładana rzeczywistość zaczęła się rozpadać. I właśnie ten moment wydał mi się w książce najciekawszy. Nie samo pytanie, czy Michael jest winny, ale to, co dzieje się z człowiekiem, kiedy przestaje mieć pewność, że osoba stojąca obok niego jest dokładnie tym, za kogo ją uważał. Podczas lektury trudno było mi nie pomyśleć o niedawno nagłośnionej sprawie chińskich predatorów seksualnych działających na Telegramie. Skala tamtej historii jest zupełnie inna, a mechanizm przedstawiony w książce nie jest jej bezpośrednim odpowiednikiem, ale wspólny jest jeden bardzo niepokojący element: internet, który miał być przede wszystkim narzędziem komunikacji, może stać się miejscem ukrywania przemocy, budowania zamkniętych grup i odbierania ofiarom poczucia bezpieczeństwa. W przypadku Telegrama szczególnie mocno wybrzmiało to, jak łatwo anonimowość i zamknięta społeczność mogą stworzyć przestrzeń, w której sprawcy wzajemnie się wzmacniają, a krzywda innych zostaje sprowadzona do czegoś, czym można się dzielić za pośrednictwem ekranu. I właśnie przez ten rzeczywisty kontekst „Lista” wydała mi się momentami jeszcze bardziej niepokojąca. Autorka bardzo dobrze pokazuje też drugą stronę internetowego świata. Informacja może w kilka chwil przestać być informacją, a zacząć funkcjonować jako fakt. Jedno nazwisko, jeden wpis, jedna anonimowa wiadomość i nagle pojawiają się domysły, osądy, szepty oraz presja, której nie da się już łatwo zatrzymać. Szczególnie interesujące jest to, że Ola nie może po prostu uwierzyć Michaelowi na słowo. Jej praca, przekonania i dotychczasowe podejście do historii kobiet oskarżających mężczyzn sprawiają, że sytuacja staje się dla niej niemal niemożliwa do rozwiązania. Zaufanie zderza się tutaj z potrzebą poznania prawdy. I chyba właśnie tutaj „Lista” działa na mnie najlepiej. Nie daje komfortowego podziału na dobrych i złych. Z jednej strony trudno ignorować oskarżenia dotyczące przemocy seksualnej, szczególnie w świecie, w którym wiele ofiar przez lata nie było traktowanych poważnie. Z drugiej strony anonimowe oskarżenie może mieć ogromne konsekwencje dla osoby, której winy nie potwierdzono. Autorka świadomie umieszcza czytelnika pomiędzy tymi dwoma punktami i zmusza go do pozostania w niewygodnej niepewności. Mam jednak wrażenie, że momentami książka za bardzo skupia się na świecie mediów, wizerunku i społecznych mechanizmach, przez co traci trochę na dynamice. Czytało mi się ją dobrze, ale oczekiwałam większego napięcia i mocniejszego thrillera. Zamiast tego dostałam przede wszystkim analizę relacji, zaufania, reputacji oraz tego, jak bardzo współczesny człowiek jest uzależniony od tego, co inni sądzą o nim w sieci. Najbardziej podobało mi się to, że wraz z Olą zaczynamy kwestionować rzeczy, które wcześniej wydawały się oczywiste. Czy można znać człowieka przez kilka lat i jednocześnie nie znać jego wszystkich zachowań? Czy osoba, która twierdzi, że jest niewinna, automatycznie zasługuje na wiarę? Czy brak dowodów jest dowodem niewinności? A przede wszystkim, ile jesteśmy w stanie poświęcić, żeby dowiedzieć się prawdy, kiedy jej poznanie może całkowicie zmienić nasze życie? „Lista” nie jest dla mnie książką idealną. Pierwsza część momentami dłużyła mi się, a niektóre elementy dotyczące środowiska medialnego były bardziej interesujące jako komentarz do współczesności niż jako część samej fabuły. Mimo to doceniam pomysł i temat, bo po zamknięciu książki zostałam z kilkoma pytaniami, na które wcale nie tak łatwo odpowiedzieć. To jedna z tych historii, w których największy niepokój nie wynika z tego, co wydarzy się na następnej stronie, ale z myśli, że podobny mechanizm naprawdę może zadziałać. Wystarczy informacja wrzucona do internetu, odpowiednio dużo zainteresowania i ludzie zaczynają budować własną wersję wydarzeń. Ostatecznie daję „Liście” 7/10. Nie dostałam dokładnie takiego thrillera, na jaki liczyłam, ale dostałam całkiem interesującą powieść o zaufaniu, odpowiedzialności, przemocy, reputacji i granicy pomiędzy szukaniem sprawiedliwości a wydawaniem wyroku. I chyba właśnie ta granica jest tutaj najciekawsza.
Miłość w galopie. Ranczo Srebrzyste Sosny #3
„Miłość w galopie” Paisley Hope 🩵🤠 „Nie wiedziałem, jakie kwiaty lubisz, więc wybrałem po jednym ze wszystkich jakie miała dziś Cindy - oznajmia, wspominając właścicielkę lokalnej kwiaciarni.” Szalony wieczór panieńsko-kawalerski w Las Vegas kończy się bólem głowy i paroma nierozsądnymi decyzjami, które Ginger i brat jej najlepszej przyjaciółki, który jest jednocześnie nowym szeryfem w miasteczku, muszą utrzymać w sekrecie. Odkryłam dobry sposób na książki tej autorki, który powoduje, że czerpię większą satysfakcję z czytania ich i jest to przeskakiwanie scen erotycznych, poza tą pierwszą 😂 Niektóre z Was pisały mi pod recenzją poprzedniej książki autorki, że tom 3 jest lepszy od poprzednika i zgadzam się. Tutaj też było tych scen dużo mniej, co przełożyło się na większą ilość samej fabuły oraz większą sympatię do bohaterów. Ta część była naprawdę w porządku! Powiedziałabym, że była jedną z najlepszych z serii!
Valland. Przeklęta krew
Okej, tego zakończenia całkowicie się nie spodziewałam. Właśnie skończyłam czytać i nie wiem co mam tutaj napisać. Bo z jednej strony jest pustka, a z drugiej myśli przelatujące jedna za drugą. Zacznę więc od tego, że plot twisty, które wychodziły raz za razem szokowały mnie coraz bardziej, spodziewałam się czegoś innego, jednakże to co dostałam sprawiło, że na pewno będę wracać myślami do tej historii. Ciężko było mi się zbierać do czytania „Vallandu”, aczkolwiek jak już to zrobiłam nie potrafiłam się od niego oderwać. Stąd moja pewność, że kiedy już po tą książkę sięgnięcie to odłożycie ją dopiero po przeczytaniu. Ten tytuł jest przesiąknięty tajemnicami, które powoli zostają odkrywane. Sam klimat i świat przedstawiony naprawdę mi się podoba, uwielbiam czytać pozycje, w których pojawia się ród królewski. Jak to jest, że zawsze umiera twój ulubiony bohater? Nie chcę mówić dużo, aby wam nie zaspojlerować, jednak pokochałam pewną postać - zawsze kiedy się pojawiła parskałam śmiechem, dzięki wypowiadanym przez nią słowom. Kibicowałam jej, aby odnalazła szczęście i kiedy w końcu wszystko miało się ułożyć, poświęciła siebie, by uratować bliską jej osobę - czyn godny podziwu i szacunku. Podczas czytania towarzyszących mi emocji było sporo. Począwszy od parskania śmiechem, poprzez wpływający na policzki róż, kończąc na łzach wolno spływających po policzkach. Jeśli chodzi o bohaterów to niestety Leanne ogromnie mnie irytowała w drugiej połowie książki - chciałaby być królową, a jednak myśli tylko o sobie i swoich zmartwieniach. Pragnęła mieć czas na rozpacz, ale po chwili chce ukazać “swoją wyższość” nad innymi. Jej zachowanie jest bardzo sprzeczne ze sobą i zastanawiam się czy od pierwszych stron taka była, a ja to ignorowałam. Całkowicie zgadzam się ze słowami Lottie: “Mówisz jedno, potem robisz zupełnie coś innego i jeszcze masz do wszystkich pretensje.” Przechodząc do Alescey’a - od początku czułam chemię pomiędzy nim a Emley’em i potajemnie liczyłam, że coś w ich relacji się zmieni. Jednak, aby się przekonać czy do czegoś doszło musicie sami zapoznać się z lekturą. Od pierwszych stron większość bohaterów widziała w nim coś kruchego, nie wartego choćby obrobimy uwagi, jednak ja go polubiłam, może nawet zobaczyłam w nim jakiś kawałek siebie. Chciałam jeszcze zauważyć, iż na początku książki pojawiało się sporo powtórzeń, jednak im dalej czytałam tym mniej ich zauważałam. ⭐⭐⭐,5/⭐⭐⭐⭐⭐