ODBIERZ TWÓJ BONUS :: »

    Deus Irae (ebook)(audiobook)(audiobook)

    Wydawnictwo:
    Dom Wydawniczy REBIS
    Wydawnictwo:
    Dom Wydawniczy REBIS
    Ocena:
    Bądź pierwszym, który oceni tę książkę
    Stron:
    272
    Druk:
    oprawa twarda
    2w1 w pakiecie:
    ePub
    Mobi

    Książka

    niedostępna

    Powiadom mnie, gdy książka będzie dostępna

    Ebook

    37,90 zł 21%
    30,03 zł

    Dodaj do koszyka lub Kup na prezent Kup 1-kliknięciem

    Przenieś na półkę

    Do przechowalni

    Nastał dzień gniewu, a świat doczekał się nuklearnej katastrofy

    Autorzy, Philip K. Dick i Roger Zelazny, w książce Deus irae w literacki sposób rozpracowuje kulturowe koncepcje wynikające z judaizmu i chrześcijaństwa. Świat po wojnie jądrowej. Na skażonej Ziemi rodzą się nie tylko groteskowe rośliny i stworzenia, ale też groteskowe idee. W małej społeczności Charlottesville w Utah dominuje kult Carletona Lufteufla, sprawcy nieszczęść, które spadły na ludzkość. Urodzony bez rąk i nóg Tibor McMasters, twórca wspaniałego fresku w kościele wyznawców Lufteufla, zaprzęga do swego wózka ukochaną krowę i wyrusza na pielgrzymkę, żeby poznać oblicze Boga Gniewu... Czy chrześcijanie zdołają przekonać swoich rywali w wierze, że błądzą i oddają cześć diabłu tak naprawdę?  

    (…) Jest! Czarno-biała krowa ciągnęła wózek na rowerowych kołach. Stojący na progu zakrystii wielebny Handy powiódł wzrokiem poprzez promienie porannego słońca od strony Wyoming ku północy, jakby słońce wschodziło z tamtej strony, i dostrzegł pracownika kościoła – pozbawiony kończyn korpus z pokrytą guzami głową kołysał się, jak w transie, w rytm powolnych pociągnięć zaprzężonej do wózka krowy rasy holstein.

    Zły dzień, pomyślał wielebny Handy. Miał przekazać złe wieści Tiborowi McMastersowi. Odwrócił się i wszedł do kościoła. Tibor nie dostrzegł go ze swojego wózka, gdyż całkowicie pochłaniały go własne myśli oraz nudności. Działo się tak zawsze, gdy artysta zabierał się do pracy: robiło mu się niedobrze i wszelkie zapachy czy widoki – nawet związane z jego profesją – sprawiały, że zaczynał kaszleć. Wielebny Handy zastanawiał się nad tą przypadłością, niechęcią do odbierania bodźców zmysłowych już na początku dnia – wyglądało to tak, jakby Tibor nie chciał go przeżyć.

    Duchowny lubił słońce. Lubił zapach nagrzanej wielkiej koniczyny na pastwiskach otaczających Charlottesville w Utah, świst krowich ogonów… Wciągnął w nozdrza powietrze wypełniające kościół, a jednak… nie chodziło o widok Tibora, lecz o to, że wiedział o bólu tego człowieka bez kończyn – to go niepokoiło (…) 

                                                                                                          Fragment książki

    Zamknij

    Wybierz metodę płatności