Recenzje
Zarządzanie kryzysem w social media
Kryzys wybuchnie w piątkowy wieczór
Kaszka ze szkłem od Nestle, foto Natalii Siwiec wrzucone do internetu przez ministra Sikorskiego, Empik naciągacz albo zachęcająca do szyderstw kampania na fan page'u Oral--B pod hasłem „W jakim najdziwniejszym miejscu była z wami wasza szczoteczka". Kto chce dziś konsekwentnie budować w sieci swoją markę, powinien traktować te kryzysy jak jeden w social media", pouczający poligon doświadczalny.
I właśnie o tym jest książka Moniki Czaplickiej „Zarządzanie kryzysem w social media". Autorka miała dobre papiery na jej napisanie, bo na pograniczu marketingu i mediów społecznościowych działa od lat. Na początku 2013 r. założyła nawet fan page „Kryzysy w social mediach wybuchają w weekendy". Książka stała się więc naturalnym ukoronowaniem jej zawodowych zainteresowań Czaplicka argumentuje w niej, że aby produkt firmy był dziś widoczny w sieci nie wystarczy już założyć mu strony na Facebooku (czy dziesiątkach innych serwisów) i czekać, aż pojawią się łajki Takiego profilu trzeba też przez cały czas pilnować. Dlaczego Bo grozi mu wiele niebezpieczeństw. Takie niebezpieczeństwa mogą nadejść z różnych stron. Pół biedy, gdy firma faktycznie sobie na to zasłuży. Na przykład nawalą jej produkty (robaki w słodyczach firmy Wawel). Albo administrator internetowego serwisu naprawczego zacznie wymyślać szukającemu pomocy klientowi (przypadek taki przytrafił się kilka lat temu w firmie Asus). Czasem jednak marce obrywa się w sieci trochę przypadkiem. Jak wówczas, gdy w internecie krążyć zaczął list następującej treści: „Nestle apeluje do wszystkich konsumentów, aby zwrócili kaszkę bananową. Istnieje możliwość, że zawiera ona kawałki szkła Kopiuj na status, chociaż nie jesteś rodzicem. Możesz uratować życie jakiegoś dziecka". Trafił ponoć aż do 3,6 mln polskich użytkowników. Wiadomością zaczęły się nawet dzielić położne z Poznania A potem okazało się, że informacja jest nieprawdziwa. Owszem problem z kaszkami Nestle był, ale... we Francji gdzie ktoś z klientów znalazł szkło w kaszce i tamtejszy oddział żywnościowego giganta prewencyjnie wycofał całą partię z rynku W innym znów przypadku winna wybuchowi kryzysu nie była wcale żadna wada produktu, lecz naiwność pracowników odpowiedzialnych za marketing w firmie Orange. Czołowy gracz na polskim rynku telekomunikacyjnym chciał pokazać, jaką to jest sympatyczną korporacją, i zamieścił na swoim fan page'u wpis treści „Czym zaskoczył Cię ostatnio Orange ". I zupełnie na własne życzenie wywołał lawinę negatywnych uwag na temat działania swoich produktów.
Jaka nauka płynie z tych wszystkich historii Najważniejsza jest chyba taka że kryzys może się przytrafić każdemu. I dlatego należy działać wedle starej zasady. Bądźcie przygotowani na najgorsze, bo to najgorsze na pewno nadejdzie! A gdy nadejdzie, zawsze jakoś weselej, gdy się wie, że inni już przez podobne wyzwania przechodzili.
Kaszka ze szkłem od Nestle, foto Natalii Siwiec wrzucone do internetu przez ministra Sikorskiego, Empik naciągacz albo zachęcająca do szyderstw kampania na fan page'u Oral--B pod hasłem „W jakim najdziwniejszym miejscu była z wami wasza szczoteczka". Kto chce dziś konsekwentnie budować w sieci swoją markę, powinien traktować te kryzysy jak jeden w social media", pouczający poligon doświadczalny.
I właśnie o tym jest książka Moniki Czaplickiej „Zarządzanie kryzysem w social media". Autorka miała dobre papiery na jej napisanie, bo na pograniczu marketingu i mediów społecznościowych działa od lat. Na początku 2013 r. założyła nawet fan page „Kryzysy w social mediach wybuchają w weekendy". Książka stała się więc naturalnym ukoronowaniem jej zawodowych zainteresowań Czaplicka argumentuje w niej, że aby produkt firmy był dziś widoczny w sieci nie wystarczy już założyć mu strony na Facebooku (czy dziesiątkach innych serwisów) i czekać, aż pojawią się łajki Takiego profilu trzeba też przez cały czas pilnować. Dlaczego Bo grozi mu wiele niebezpieczeństw. Takie niebezpieczeństwa mogą nadejść z różnych stron. Pół biedy, gdy firma faktycznie sobie na to zasłuży. Na przykład nawalą jej produkty (robaki w słodyczach firmy Wawel). Albo administrator internetowego serwisu naprawczego zacznie wymyślać szukającemu pomocy klientowi (przypadek taki przytrafił się kilka lat temu w firmie Asus). Czasem jednak marce obrywa się w sieci trochę przypadkiem. Jak wówczas, gdy w internecie krążyć zaczął list następującej treści: „Nestle apeluje do wszystkich konsumentów, aby zwrócili kaszkę bananową. Istnieje możliwość, że zawiera ona kawałki szkła Kopiuj na status, chociaż nie jesteś rodzicem. Możesz uratować życie jakiegoś dziecka". Trafił ponoć aż do 3,6 mln polskich użytkowników. Wiadomością zaczęły się nawet dzielić położne z Poznania A potem okazało się, że informacja jest nieprawdziwa. Owszem problem z kaszkami Nestle był, ale... we Francji gdzie ktoś z klientów znalazł szkło w kaszce i tamtejszy oddział żywnościowego giganta prewencyjnie wycofał całą partię z rynku W innym znów przypadku winna wybuchowi kryzysu nie była wcale żadna wada produktu, lecz naiwność pracowników odpowiedzialnych za marketing w firmie Orange. Czołowy gracz na polskim rynku telekomunikacyjnym chciał pokazać, jaką to jest sympatyczną korporacją, i zamieścił na swoim fan page'u wpis treści „Czym zaskoczył Cię ostatnio Orange ". I zupełnie na własne życzenie wywołał lawinę negatywnych uwag na temat działania swoich produktów.
Jaka nauka płynie z tych wszystkich historii Najważniejsza jest chyba taka że kryzys może się przytrafić każdemu. I dlatego należy działać wedle starej zasady. Bądźcie przygotowani na najgorsze, bo to najgorsze na pewno nadejdzie! A gdy nadejdzie, zawsze jakoś weselej, gdy się wie, że inni już przez podobne wyzwania przechodzili.
Dziennik Gazeta Prawna Rafał Woś, 2014-01-17
Zwyciężyć znaczy przeżyć. 20 lat później
Blisko 20 lat temu wybitny już wówczas taternik – alpinista – himalaista (sam najczęściej określa się tym drugim) Aleksander Lwow, zdobywca 4 „ośmiotysięczników" w Himalajach i Karakorum, uczestnik dwu najważniejszych polskich wypraw w góry najwyższe (zimowej 1979/80 na Everest i również zimowej 1987/88 na K-2) oraz licznych innych na trzech kontynentach, autor co najmniej kilku pierwszych w dziejach wspinaczkowych przejść lub wejść, napisał książkę o swoich górskich pasjach „Zwyciężyć znaczy przeżyć".
Dobrze przyjętą także przez czytelników nie uprawiających turystyki górskiej, nie mówiąc już o jej ekstremalnej, sportowej postaci.
Po tragicznej śmierci w marcu ub. roku dwu wybitnych polskich himalaistów Macieja Berbeki i Tomasza Kowalskiego schodzących, po zdobyciu szczytu, z Break Peak, a następnie śmierci innego z naszych himalajskich asów Artura Hajzera na Gasherbrumie I wrócił do niej. Pisząc obszerną, bogato udokumentowaną i ilustrowaną – doliczyłem się w niej ponad 570 zdjęć i rysunków, w tym górskich szczytów, ścian i tras, a także ludzi o których w niej wspomina – książkę pod tym samym tytułem, z dodaniem do niego „20 lat później". Są to, nawiązujące do ubiegłorocznych tragedii, wspomnienia z uprawiania przez autora tego ekstremalnego sportu.
A równocześnie odpowiedzenia zainteresowanym na pytania, z jakimi najczęściej spotyka się podczas spotkań i prelekcji dla „zwykłych" ludzi. Które sprowadzić można do: dlaczego wspinacie się?, jak to się odbywa?, jak funkcjonujecie w ekstremalnych warunkach? itp. „...na kartach tej jednej, w końcu wcale nie najgrubszej książki – napisał w jej zakończeniu – starałem się przelecieć 40 lat górskiego życia, zamarkować ileś tam wypraw, przypomnieć dziesiątki nazwisk i postaci, opowiedzieć jak najwięcej anegdot". Trochę żartobliwie można więc określić, że jest to w założeniu lektura o himalaizmie dla ceprów.
Ludzie uprawiający ten sport o większości poruszonych w książce spraw bowiem wiedzą, a przynajmniej wiedzieć powinni. Autor dokonuje w niej jednak także oceny dziejów oraz aktualnej sytuacji polskiego alpinizmu. Który liczy już ponad sto lat, gdyż za jego początki uważa się pierwsze, ekstremalne górskie wejścia w Tatrach w 1910 roku. Góry te były i są zresztą kolebką polskiego wspinania się na skalne ściany i szczyty, stając z czasem taternictwem – sportem wyczynowym. Dopiero później przyszła pora na Alpy – pomijam wcześniejsze, bo już w XIX wieku, wycieczki w nich niektórych naszych rodaków.
Tak narodził się polski alpinizm, zaś dopiero w latach 70-tych XX wieku nasz himalaizm z ogromnymi sukcesami w latach 80-90-tych. Zwłaszcza zimowy, w którym Polacy osiągnęli bezprecedensowe sukcesy. Na 14 głównych 8-tysięczników zaliczanych do „Korony Himalajów" (faktycznie obejmuje ona również szczyty w pakistańskim Karakorum, o czym nie wszyscy wiedzą lub pamiętają), aż 10 pierwszych (na w sumie 12, bo 2 szczyty nadal w zimie nie zostały zdobyte) wejść dokonali Polacy. Przede wszystkim dlatego, co podkreśla autor, że w lecie szczyty te już wcześniej zdobyli przedstawicieli innych nacji.
Góry najwyższe są wyjątkowo nieprzyjazne człowiekowi. Powyżej 7500 m n.p.m. rozciąga się, ze względu na ogromne rozrzedzenie powietrza, „strefa śmierci". Zaś przebywanie powyżej 8 tys. m. możliwe jest, i to daleko nie przez wszystkich, nawet w maskach tlenowych, najwyżej do kilkudziesięciu godzin. Później następuje śmierć z powodu niedotlenienia i wyczerpania organizmu. Ten ekstremalny sport autor – jego uczestnik ocenia surowo. „Alpinizm – pisze – jest sztuką bezsensownego cierpienia, gdyż zmusza do czynienia rzeczy znienawidzonych lub nieprzyjemnych, np. marznięcia, wczesnego wstawania, dźwigania ciężkich plecaków i rezygnowania z towarzystwa kobiet".
A nieco dalej stawia kropkę nad i: „Każdy himalaista musi się w końcu zabić, to tylko kwestia czasu i wytrwałości w uprawianiu tego sportu". W książce tej są dziesiątki dowodów na to. Zarówno spośród najwybitniejszych polskich himalaistów, jak i zagranicznych, których sylwetki i dokonania w krótszej lub dłuższej formie autor przedstawia w tej książce. Przyczyny tych śmierci w górach bywają różne. Tragiczne zbiegi okoliczności, niespodziewane załamanie się pogody, lawiny. Ale i brak właściwej oceny sytuacji oraz trudności z podjęciem decyzji o zrezygnowaniu z dalszego wspinania się. W rezultacie zaś osiągnięcie kresu możliwości życiowych organizmu.
A są przecież – podkreśla Lwow – „punkty śmierci", miejsca, przekroczenie których w trakcie wspinaczki, nie tylko w górach najwyższych, oznacza brak możliwości powrotu przebytą drogą. „Warunkiem koniecznym uprawiania wspinaczki – pisze w innym miejscu – jest umiejętność opanowywania lub przełamywania drzemiącego w człowieku strachu." Nie bez znaczenia jest też odpowiednie przygotowanie do osiągania ambitniejszych celów. A z tym, zwłaszcza w młodszym pokoleniu wspinaczy, bywa obecnie różnie. Wcześniej odpowiednich umiejętności nabywali oni we wspinaczce skałkowej, następnie w Tatrach i Alpach.
Dopiero później w innych wysokich górach, a najwyższe były ukoronowaniem wielu lat pracy. Obecnie wystarczą odpowiednie środki, aby przeskakiwać poszczególne etapy nabywania umiejętności we wspinaniu i doświadczenia w obcowaniu z ekstremalnymi warunkami górskimi. Dlaczego więc ludzie wspinają się? „Poszukiwanie sensu wspinania – pisze autor – jest bezcelowe". I dalej „... w gruncie rzeczy najważniejsze jest samo zdobywanie, dążenie do celu i walka o osiągnięcie go, gdyż w naturze człowieka zakodowano, by wciąż zwracał się ku nowemu i nieznanemu. Pięknie i zwięźle oddaje to buddyjska zasada: „Droga jest celem". Jak już podkreśliłem, jest to książka wspomnień.
Autor zaczyna ją jednak od śmierci wiosną 2013 roku dwu polskich himalaistów przy schodzeniu ze szczytu Broad Peak oraz krytycznego komentarza do Raportu o tej tragedii Polskiego Związku Alpinizmu. Miał do tego prawo większe od innych wypowiadających się na ten temat, poza ocalonymi uczestnikami tego wejścia, gdyż znał tamtejsze realia. Ćwierć wieku wcześniej próbował bowiem zdobyć ten szczyt wspólnie z M. Berbeką. Wycofał się w trakcie ataku szczytowego wobec wyjątkowo złych warunków atmosferycznych, dzięki czemu, jak uważa, przeżył. Jego towarzysz wspinaczki zdołał co prawda wejść wówczas na tzw. przedwierzchołek (niższy tylko o 17 m, ale i godzinę wspinaczki), przekonany, że osiągnął szczyt. Przy zejściu i w bazie wymagał jednak intensywnej pomocy, aby uratować mu życie.
Czytelnik dowiaduje się więc sporo o obu tych wyprawach, ale przede wszystkim o samym autorze i jego życiu oraz fascynacjach. O drodze do wyczynowego wspinania się po skałach, górach i kominach – bo i takie były – poprzez pływanie, modelarstwo lotnicze, ukończenie technikum lotniczego, a po wielu latach, w czasie wolnym od wspinaczki, studiów technicznych. Fascynacji jazdą na rowerze, rajdami turystycznymi, ukończeniem kursu dla grotołazów, a wreszcie wspinaczkowego. Z jego konsekwencjami: członkostwem w Klubie Wysokogórskim we Wrocławiu oraz zdobywaniem kolejnych etapów wspinaczkowego „wtajemniczenia".
Na nieodległych od tego miasta skałkach, w Sudetach, później Tatrach Wysokich, Alpach, wysokich górach w byłym ZSRR, wreszcie w Hindukuszu, Himalajach, Karakorum, Andach. Z dosyć szczegółowymi opisami poszczególnych etapów. Szczególnie tatrzańskiego i schroniska w Morskim Oku oraz w Górach Najwyższych. Zwłaszcza Himalajach i Karakorum. Ale o nich za chwilę. Wspomnienia napisane są ciekawie, z niezliczonymi mało znanymi faktami, historyjkami, anegdotami itp. Jeszcze jeden przykład: pierwszej i nadal jedynej w historii katolickiej mszy odprawionej przez księdza, uczestnika wyprawy na Szczycie Gasherbrum I (4068 m n.p.m.) w Kakarokum w maju 2010 r.
Niestety, zwłaszcza w pierwszej części książki, napisane trochę chaotycznie, z brakami jedności czasu i miejsca narracji oraz niezliczonymi wtrętami. Przypominaniem historii bądź wydarzeń sprzed lat, lub wybiegających w przyszłość. Nie zawsze istotnych, ważnych być może dla ich uczestnika i autora, ale już nie dla współczesnego czytelnika. Z tego też powodu czytało mi się tę książkę, zwłaszcza jakąś pierwszą jedną trzecią jej objętości, dosyć ciężko. Później albo przyzwyczaiłem się do tego sposobu narracji, albo relacje i opisy wydarzeń były już bardziej jednorodne. Niektóre zresztą znakomite. W trakcie lektury zapisałem blisko 30 stron notatek uwzględniając w nich fakty, wydarzenia i opinie oraz cytaty o których warto by wspomnieć w recenzji.
Co, oczywiście, ze względu na ich mnogość, okazało się zupełnie nierealne. A przecież aż się prosiło aby szerzej zacytować, a przynajmniej omówić to, co autor napisał np. o historii zdobywania Everestu. O pierwszej próbie wejścia na ten szczyt w 1924 roku przez Georga Leigh Mallorego z towarzyszem, którzy nie wrócili z tej wyprawy. Nie jest jasne zresztą, czy Mallory nie dotarł na szczyt, a zginął dopiero schodząc. Wiadomo, że osiągnął wysokość 8540 m. Na 8450 m. znaleziono czekan jednego z uczestników tej wyprawy, na 8300 m. w 1999 r. jego dobrze zachowaną mumię. Ale to, czy 8 czerwca 1924 roku zdobył lub nie szczyt, mogłyby wyjaśnić dopiero zrobione przez niego zdjęcia. Niestety, jego aparatu dotychczas nie znaleziono.
Szalenie ciekawa jest, przytoczona w tej książce, chyba mało znana poza gronem himalaistów i specjalistów, historia próby wejścia na Everest angielskiego, zupełnego amatora we wspinaczce górskiej, Maurice Wilsona w 1933 roku, wierzącego, że Bóg mu pomoże. Była ona w tamtych warunkach od początku skazana na klęskę. Osiągnął on jednak niebywale dużo. Kupił dwupłatowy samolot z demobilu i nauczył się nim na tyle latać, że doleciał z przygodami do Indii. Tam go sprzedał i z dwoma miejscowymi tragarzami przedostał się, bez zezwolenia, do Tybetu i 16 kwietnia 1934 roku zdołał dotrzeć na wysokość 6250 m n.p.m. Everestu. Zginął, szczegóły znane są z jego dziennika znalezionego przez inną nieudaną wyprawę w 1934 roku.
Takich historii, dotyczących również polskich wypraw, także najsłynniejszych, w których uczestniczył autor, są w książce dziesiątki. Nie tylko w Himalajach, ale i w Alpach, Andach, Pamirze i innych górach. Wartych przypomnienia oraz upamiętnienia faktów, ludzi i miejsc, chyba setki. Ciekawe są również opinie autora na temat kryzysu w polskim himalaizmie w okresie przemian ustrojowych, po okresie jego ogromnych sukcesów w latach 80.-90. XX w. Które, co na pewno nie spodoba się wielu czytelnikom, sprowadzić można do stwierdzenia, że osiągnięcia były możliwe... dzięki ustrojowi socjalistycznemu, w którym wyprawy w znacznym stopniu finansowało państwo.
A także determinacji ich uczestników, aby wykorzystać szansę, bo następnej może nie być. „To powodowało – zacytuję – że decyzję o odwrocie, rezygnacji ze zdobycia szczytu nie podejmowano lekko. Tak jak wyprawy zachodnie, które mogły ponowić próbę za rok czy dwa." Ważnym źródłem finansowania wypraw były również ogromne na owe czasy dochody z prac wysokościowych („alpinizm przemysłowy"), zwłaszcza malowania fabrycznych kominów wykonywane przez alpinistów. Po przemianach ustrojowych od roku 1989 środków na sportowe, wyczynowe wyprawy wysokogórskie praktycznie zabrakło. Łatwiej jest o nie (sponsoring firm produkujących sprzęt itp.) w przypadku wypraw komercyjnych. A młodzieży nie jest już potrzebny himalaizm aby zwiedzać świat...
Ale te współczesne wyprawy, zwłaszcza na Everest oraz kilka innych, uważanych za łatwiejsze, ośmiotysięczników, autor ocenia – i trudno z nim się nie zgodzić – bardzo krytycznie. „Z racji swej wyjątkowości – zacytuję – Everest skupia w sobie, jak w soczewce, wszelkie możliwe skrajności – wielkość i małość alpinizmu, heroizm i podłość ludzi, sportowy wyczyn i żałosną komercję, marzenia i porażki, nadzieje i rozczarowania. Jest też polem nieustającej rywalizacji ludzi z ludźmi i ludzi z Naturą, a wszystko, co dzieje się na tej górze, niejako automatycznie przyciąga i skupia na sobie uwagę mediów."
I w innym miejscu: „Obecnie 90% dzielnych zdobywców himalajskich olbrzymów dokonuje tego idąc po linii najmniejszego oporu, tzn. w ramach wypraw komercyjnych, najłatwiejszą drogą zaporęczowaną i przedeptaną od dołu do góry, z szerpami (ogólnie: tragarzami wysokościowymi), z tlenem i stosując metodę „oblężniczą", lecz tylko nieliczni potrafią zachować właściwy dystans do własnych dokonań." A napisał to człowiek, który nigdy podczas wspinaczek nie wspomagał się tlenem. Ma zresztą na jego temat w najwyższych górach też nieco odmienne zdanie. Dodając w innym miejscu, że na Everest weszło już grubo ponad 3 tys. ludzi. Niektórzy wielokrotnie – rekordzista 21 razy.
Wprowadzono niewidomego, bite są rekordy „najmłodszego" (9 lat) najstarszego i najstarszej (76 lat i 340 dni oraz 73 lata) mężczyzny i kobiety itp. Już z tego co napisałem, wynika chyba jasno, że jest to książka nie tylko warta przeczytania, ale stanowi też znaczącą, chociaż dla wielu chyba również, przynajmniej w szczegółach, kontrowersyjną pozycję w literaturze górskiej. A przecież ciekawych faktów i spostrzeżeń jest tam wielokrotnie więcej niż jestem w stanie wspomnieć. M.in. na temat warunków organizowania wypraw, pokonywania biurokratycznych i granicznych barier nie tylko w Polsce, czy inwigilacji i prób werbowania niektórych alpinistów (m.in. o procesie „taterników") przez Służbę Bezpieczeństwa PRL.
O nielicznych, na szczęście, szwindlach i oszustwach, próbach „zaliczania sobie" szczytów, na które nie udało się wejść, z drastycznymi przykładami Koreanki i Słoweńca. O „wstydliwych" faktach dotyczących polskiego himalaizmu, np. przemycania przez niektórych, aby zdobyć środki na wyprawy, złota i elektroniki itp. I w ogóle trochę historyjek z „taternickiego magla", czy życia wrocławskiego środowiska wspinaczy. A nawet o udziale, nielicznych polskich alpinistów, głównie zresztą mieszkających zagranicą, w wojnie w Afganistanie przeciwko ZSRR. To znowu tylko nieliczne przykłady.
Bo są jeszcze sylwetki najwybitniejszych polskich i niektórych zagranicznych alpinistów i himalaistów z ich późniejszymi losami oraz wiele innych ciekawych faktów i informacji. Przeczytałem tę książkę z uwagą oraz dużym zainteresowaniem. Należę do większości, która nigdy nie pasjonowała się wspinaczką wysokogórską, a przynajmniej osobistym w niej udziałem. Kocham góry, w młodości chodziłem po nich nawet „ostro", chociaż tylko turystycznie. „Zaliczając", zwłaszcza w Tatrach, chyba większość szczytów po obu stronach granicy od Garłucha w dół, osiągalnych bez stosowania technik taternickich. „Zdobywając" Złoty GOT (Górską Odznakę Turystyczną PTTK) w 1957 r., zaś w roku następnym znacznie u nas rzadszą Odznakę Turysty SSSR.
Bo liznąłem też to i owo z gór zagranicznych i wysokich, chociaż nie ich najwyższych partii, w Europie, Azji i Ameryce Południowej. I nadal, jak tylko trafia się okazja, chodzę jeszcze po łatwiejszych szlakach alpejskich bądź krajowych. Sądzę, że pomaga mi to lepiej zrozumieć zarówno alpinistów jak i książkę jednego z liczących się w tym gronie. Ale i dostrzec jej wady. Nie tylko, wspomnianą już, miejscami trochę chaotyczną relację, z wtrętami o banalnych faktach w ciekawych miejscach innej narracji, czy powtórzeniach faktów i opinii. Przede wszystkim brak rzeczy nieodzownej, moim zdaniem, w takiej publikacji. Dobrego i pełnego indeksu nazw miejsc, szczytów, opisywanych tras wspinaczkowych, a także wymienionych w tej książce ludzi.
Przydałby się również słowniczek terminów i określeń fachowych, bo nie wszystkie, w tym pisane przez autora kursywą, są zrozumiałe. A nawet kalendarium najważniejszych polskich sukcesów w górach najwyższych. Podsumowując: jest to książka ciekawa i wartościowa, chociaż raczej nie dla „masowego czytelnika". Ale warta polecenia zarówno stawiającym pierwsze kroki w taternictwie lub alpinizmie, jak i wspinaczkowym „starym wygom". Bo i ci ostatni na pewno wiele się z niej mogą dowiedzieć nowego i nauczyć. A ponadto miłośnikom gór, także biernym, ale interesującym się, nawet tylko z foteli przed telewizorami, polskim i światowym alpinizmem. Czy nurtowanych pytaniami w rodzaju: po co oni tam włażą? Jak tam jest w tych wysokich górach? I podobnymi.
Dobrze przyjętą także przez czytelników nie uprawiających turystyki górskiej, nie mówiąc już o jej ekstremalnej, sportowej postaci.
Po tragicznej śmierci w marcu ub. roku dwu wybitnych polskich himalaistów Macieja Berbeki i Tomasza Kowalskiego schodzących, po zdobyciu szczytu, z Break Peak, a następnie śmierci innego z naszych himalajskich asów Artura Hajzera na Gasherbrumie I wrócił do niej. Pisząc obszerną, bogato udokumentowaną i ilustrowaną – doliczyłem się w niej ponad 570 zdjęć i rysunków, w tym górskich szczytów, ścian i tras, a także ludzi o których w niej wspomina – książkę pod tym samym tytułem, z dodaniem do niego „20 lat później". Są to, nawiązujące do ubiegłorocznych tragedii, wspomnienia z uprawiania przez autora tego ekstremalnego sportu.
A równocześnie odpowiedzenia zainteresowanym na pytania, z jakimi najczęściej spotyka się podczas spotkań i prelekcji dla „zwykłych" ludzi. Które sprowadzić można do: dlaczego wspinacie się?, jak to się odbywa?, jak funkcjonujecie w ekstremalnych warunkach? itp. „...na kartach tej jednej, w końcu wcale nie najgrubszej książki – napisał w jej zakończeniu – starałem się przelecieć 40 lat górskiego życia, zamarkować ileś tam wypraw, przypomnieć dziesiątki nazwisk i postaci, opowiedzieć jak najwięcej anegdot". Trochę żartobliwie można więc określić, że jest to w założeniu lektura o himalaizmie dla ceprów.
Ludzie uprawiający ten sport o większości poruszonych w książce spraw bowiem wiedzą, a przynajmniej wiedzieć powinni. Autor dokonuje w niej jednak także oceny dziejów oraz aktualnej sytuacji polskiego alpinizmu. Który liczy już ponad sto lat, gdyż za jego początki uważa się pierwsze, ekstremalne górskie wejścia w Tatrach w 1910 roku. Góry te były i są zresztą kolebką polskiego wspinania się na skalne ściany i szczyty, stając z czasem taternictwem – sportem wyczynowym. Dopiero później przyszła pora na Alpy – pomijam wcześniejsze, bo już w XIX wieku, wycieczki w nich niektórych naszych rodaków.
Tak narodził się polski alpinizm, zaś dopiero w latach 70-tych XX wieku nasz himalaizm z ogromnymi sukcesami w latach 80-90-tych. Zwłaszcza zimowy, w którym Polacy osiągnęli bezprecedensowe sukcesy. Na 14 głównych 8-tysięczników zaliczanych do „Korony Himalajów" (faktycznie obejmuje ona również szczyty w pakistańskim Karakorum, o czym nie wszyscy wiedzą lub pamiętają), aż 10 pierwszych (na w sumie 12, bo 2 szczyty nadal w zimie nie zostały zdobyte) wejść dokonali Polacy. Przede wszystkim dlatego, co podkreśla autor, że w lecie szczyty te już wcześniej zdobyli przedstawicieli innych nacji.
Góry najwyższe są wyjątkowo nieprzyjazne człowiekowi. Powyżej 7500 m n.p.m. rozciąga się, ze względu na ogromne rozrzedzenie powietrza, „strefa śmierci". Zaś przebywanie powyżej 8 tys. m. możliwe jest, i to daleko nie przez wszystkich, nawet w maskach tlenowych, najwyżej do kilkudziesięciu godzin. Później następuje śmierć z powodu niedotlenienia i wyczerpania organizmu. Ten ekstremalny sport autor – jego uczestnik ocenia surowo. „Alpinizm – pisze – jest sztuką bezsensownego cierpienia, gdyż zmusza do czynienia rzeczy znienawidzonych lub nieprzyjemnych, np. marznięcia, wczesnego wstawania, dźwigania ciężkich plecaków i rezygnowania z towarzystwa kobiet".
A nieco dalej stawia kropkę nad i: „Każdy himalaista musi się w końcu zabić, to tylko kwestia czasu i wytrwałości w uprawianiu tego sportu". W książce tej są dziesiątki dowodów na to. Zarówno spośród najwybitniejszych polskich himalaistów, jak i zagranicznych, których sylwetki i dokonania w krótszej lub dłuższej formie autor przedstawia w tej książce. Przyczyny tych śmierci w górach bywają różne. Tragiczne zbiegi okoliczności, niespodziewane załamanie się pogody, lawiny. Ale i brak właściwej oceny sytuacji oraz trudności z podjęciem decyzji o zrezygnowaniu z dalszego wspinania się. W rezultacie zaś osiągnięcie kresu możliwości życiowych organizmu.
A są przecież – podkreśla Lwow – „punkty śmierci", miejsca, przekroczenie których w trakcie wspinaczki, nie tylko w górach najwyższych, oznacza brak możliwości powrotu przebytą drogą. „Warunkiem koniecznym uprawiania wspinaczki – pisze w innym miejscu – jest umiejętność opanowywania lub przełamywania drzemiącego w człowieku strachu." Nie bez znaczenia jest też odpowiednie przygotowanie do osiągania ambitniejszych celów. A z tym, zwłaszcza w młodszym pokoleniu wspinaczy, bywa obecnie różnie. Wcześniej odpowiednich umiejętności nabywali oni we wspinaczce skałkowej, następnie w Tatrach i Alpach.
Dopiero później w innych wysokich górach, a najwyższe były ukoronowaniem wielu lat pracy. Obecnie wystarczą odpowiednie środki, aby przeskakiwać poszczególne etapy nabywania umiejętności we wspinaniu i doświadczenia w obcowaniu z ekstremalnymi warunkami górskimi. Dlaczego więc ludzie wspinają się? „Poszukiwanie sensu wspinania – pisze autor – jest bezcelowe". I dalej „... w gruncie rzeczy najważniejsze jest samo zdobywanie, dążenie do celu i walka o osiągnięcie go, gdyż w naturze człowieka zakodowano, by wciąż zwracał się ku nowemu i nieznanemu. Pięknie i zwięźle oddaje to buddyjska zasada: „Droga jest celem". Jak już podkreśliłem, jest to książka wspomnień.
Autor zaczyna ją jednak od śmierci wiosną 2013 roku dwu polskich himalaistów przy schodzeniu ze szczytu Broad Peak oraz krytycznego komentarza do Raportu o tej tragedii Polskiego Związku Alpinizmu. Miał do tego prawo większe od innych wypowiadających się na ten temat, poza ocalonymi uczestnikami tego wejścia, gdyż znał tamtejsze realia. Ćwierć wieku wcześniej próbował bowiem zdobyć ten szczyt wspólnie z M. Berbeką. Wycofał się w trakcie ataku szczytowego wobec wyjątkowo złych warunków atmosferycznych, dzięki czemu, jak uważa, przeżył. Jego towarzysz wspinaczki zdołał co prawda wejść wówczas na tzw. przedwierzchołek (niższy tylko o 17 m, ale i godzinę wspinaczki), przekonany, że osiągnął szczyt. Przy zejściu i w bazie wymagał jednak intensywnej pomocy, aby uratować mu życie.
Czytelnik dowiaduje się więc sporo o obu tych wyprawach, ale przede wszystkim o samym autorze i jego życiu oraz fascynacjach. O drodze do wyczynowego wspinania się po skałach, górach i kominach – bo i takie były – poprzez pływanie, modelarstwo lotnicze, ukończenie technikum lotniczego, a po wielu latach, w czasie wolnym od wspinaczki, studiów technicznych. Fascynacji jazdą na rowerze, rajdami turystycznymi, ukończeniem kursu dla grotołazów, a wreszcie wspinaczkowego. Z jego konsekwencjami: członkostwem w Klubie Wysokogórskim we Wrocławiu oraz zdobywaniem kolejnych etapów wspinaczkowego „wtajemniczenia".
Na nieodległych od tego miasta skałkach, w Sudetach, później Tatrach Wysokich, Alpach, wysokich górach w byłym ZSRR, wreszcie w Hindukuszu, Himalajach, Karakorum, Andach. Z dosyć szczegółowymi opisami poszczególnych etapów. Szczególnie tatrzańskiego i schroniska w Morskim Oku oraz w Górach Najwyższych. Zwłaszcza Himalajach i Karakorum. Ale o nich za chwilę. Wspomnienia napisane są ciekawie, z niezliczonymi mało znanymi faktami, historyjkami, anegdotami itp. Jeszcze jeden przykład: pierwszej i nadal jedynej w historii katolickiej mszy odprawionej przez księdza, uczestnika wyprawy na Szczycie Gasherbrum I (4068 m n.p.m.) w Kakarokum w maju 2010 r.
Niestety, zwłaszcza w pierwszej części książki, napisane trochę chaotycznie, z brakami jedności czasu i miejsca narracji oraz niezliczonymi wtrętami. Przypominaniem historii bądź wydarzeń sprzed lat, lub wybiegających w przyszłość. Nie zawsze istotnych, ważnych być może dla ich uczestnika i autora, ale już nie dla współczesnego czytelnika. Z tego też powodu czytało mi się tę książkę, zwłaszcza jakąś pierwszą jedną trzecią jej objętości, dosyć ciężko. Później albo przyzwyczaiłem się do tego sposobu narracji, albo relacje i opisy wydarzeń były już bardziej jednorodne. Niektóre zresztą znakomite. W trakcie lektury zapisałem blisko 30 stron notatek uwzględniając w nich fakty, wydarzenia i opinie oraz cytaty o których warto by wspomnieć w recenzji.
Co, oczywiście, ze względu na ich mnogość, okazało się zupełnie nierealne. A przecież aż się prosiło aby szerzej zacytować, a przynajmniej omówić to, co autor napisał np. o historii zdobywania Everestu. O pierwszej próbie wejścia na ten szczyt w 1924 roku przez Georga Leigh Mallorego z towarzyszem, którzy nie wrócili z tej wyprawy. Nie jest jasne zresztą, czy Mallory nie dotarł na szczyt, a zginął dopiero schodząc. Wiadomo, że osiągnął wysokość 8540 m. Na 8450 m. znaleziono czekan jednego z uczestników tej wyprawy, na 8300 m. w 1999 r. jego dobrze zachowaną mumię. Ale to, czy 8 czerwca 1924 roku zdobył lub nie szczyt, mogłyby wyjaśnić dopiero zrobione przez niego zdjęcia. Niestety, jego aparatu dotychczas nie znaleziono.
Szalenie ciekawa jest, przytoczona w tej książce, chyba mało znana poza gronem himalaistów i specjalistów, historia próby wejścia na Everest angielskiego, zupełnego amatora we wspinaczce górskiej, Maurice Wilsona w 1933 roku, wierzącego, że Bóg mu pomoże. Była ona w tamtych warunkach od początku skazana na klęskę. Osiągnął on jednak niebywale dużo. Kupił dwupłatowy samolot z demobilu i nauczył się nim na tyle latać, że doleciał z przygodami do Indii. Tam go sprzedał i z dwoma miejscowymi tragarzami przedostał się, bez zezwolenia, do Tybetu i 16 kwietnia 1934 roku zdołał dotrzeć na wysokość 6250 m n.p.m. Everestu. Zginął, szczegóły znane są z jego dziennika znalezionego przez inną nieudaną wyprawę w 1934 roku.
Takich historii, dotyczących również polskich wypraw, także najsłynniejszych, w których uczestniczył autor, są w książce dziesiątki. Nie tylko w Himalajach, ale i w Alpach, Andach, Pamirze i innych górach. Wartych przypomnienia oraz upamiętnienia faktów, ludzi i miejsc, chyba setki. Ciekawe są również opinie autora na temat kryzysu w polskim himalaizmie w okresie przemian ustrojowych, po okresie jego ogromnych sukcesów w latach 80.-90. XX w. Które, co na pewno nie spodoba się wielu czytelnikom, sprowadzić można do stwierdzenia, że osiągnięcia były możliwe... dzięki ustrojowi socjalistycznemu, w którym wyprawy w znacznym stopniu finansowało państwo.
A także determinacji ich uczestników, aby wykorzystać szansę, bo następnej może nie być. „To powodowało – zacytuję – że decyzję o odwrocie, rezygnacji ze zdobycia szczytu nie podejmowano lekko. Tak jak wyprawy zachodnie, które mogły ponowić próbę za rok czy dwa." Ważnym źródłem finansowania wypraw były również ogromne na owe czasy dochody z prac wysokościowych („alpinizm przemysłowy"), zwłaszcza malowania fabrycznych kominów wykonywane przez alpinistów. Po przemianach ustrojowych od roku 1989 środków na sportowe, wyczynowe wyprawy wysokogórskie praktycznie zabrakło. Łatwiej jest o nie (sponsoring firm produkujących sprzęt itp.) w przypadku wypraw komercyjnych. A młodzieży nie jest już potrzebny himalaizm aby zwiedzać świat...
Ale te współczesne wyprawy, zwłaszcza na Everest oraz kilka innych, uważanych za łatwiejsze, ośmiotysięczników, autor ocenia – i trudno z nim się nie zgodzić – bardzo krytycznie. „Z racji swej wyjątkowości – zacytuję – Everest skupia w sobie, jak w soczewce, wszelkie możliwe skrajności – wielkość i małość alpinizmu, heroizm i podłość ludzi, sportowy wyczyn i żałosną komercję, marzenia i porażki, nadzieje i rozczarowania. Jest też polem nieustającej rywalizacji ludzi z ludźmi i ludzi z Naturą, a wszystko, co dzieje się na tej górze, niejako automatycznie przyciąga i skupia na sobie uwagę mediów."
I w innym miejscu: „Obecnie 90% dzielnych zdobywców himalajskich olbrzymów dokonuje tego idąc po linii najmniejszego oporu, tzn. w ramach wypraw komercyjnych, najłatwiejszą drogą zaporęczowaną i przedeptaną od dołu do góry, z szerpami (ogólnie: tragarzami wysokościowymi), z tlenem i stosując metodę „oblężniczą", lecz tylko nieliczni potrafią zachować właściwy dystans do własnych dokonań." A napisał to człowiek, który nigdy podczas wspinaczek nie wspomagał się tlenem. Ma zresztą na jego temat w najwyższych górach też nieco odmienne zdanie. Dodając w innym miejscu, że na Everest weszło już grubo ponad 3 tys. ludzi. Niektórzy wielokrotnie – rekordzista 21 razy.
Wprowadzono niewidomego, bite są rekordy „najmłodszego" (9 lat) najstarszego i najstarszej (76 lat i 340 dni oraz 73 lata) mężczyzny i kobiety itp. Już z tego co napisałem, wynika chyba jasno, że jest to książka nie tylko warta przeczytania, ale stanowi też znaczącą, chociaż dla wielu chyba również, przynajmniej w szczegółach, kontrowersyjną pozycję w literaturze górskiej. A przecież ciekawych faktów i spostrzeżeń jest tam wielokrotnie więcej niż jestem w stanie wspomnieć. M.in. na temat warunków organizowania wypraw, pokonywania biurokratycznych i granicznych barier nie tylko w Polsce, czy inwigilacji i prób werbowania niektórych alpinistów (m.in. o procesie „taterników") przez Służbę Bezpieczeństwa PRL.
O nielicznych, na szczęście, szwindlach i oszustwach, próbach „zaliczania sobie" szczytów, na które nie udało się wejść, z drastycznymi przykładami Koreanki i Słoweńca. O „wstydliwych" faktach dotyczących polskiego himalaizmu, np. przemycania przez niektórych, aby zdobyć środki na wyprawy, złota i elektroniki itp. I w ogóle trochę historyjek z „taternickiego magla", czy życia wrocławskiego środowiska wspinaczy. A nawet o udziale, nielicznych polskich alpinistów, głównie zresztą mieszkających zagranicą, w wojnie w Afganistanie przeciwko ZSRR. To znowu tylko nieliczne przykłady.
Bo są jeszcze sylwetki najwybitniejszych polskich i niektórych zagranicznych alpinistów i himalaistów z ich późniejszymi losami oraz wiele innych ciekawych faktów i informacji. Przeczytałem tę książkę z uwagą oraz dużym zainteresowaniem. Należę do większości, która nigdy nie pasjonowała się wspinaczką wysokogórską, a przynajmniej osobistym w niej udziałem. Kocham góry, w młodości chodziłem po nich nawet „ostro", chociaż tylko turystycznie. „Zaliczając", zwłaszcza w Tatrach, chyba większość szczytów po obu stronach granicy od Garłucha w dół, osiągalnych bez stosowania technik taternickich. „Zdobywając" Złoty GOT (Górską Odznakę Turystyczną PTTK) w 1957 r., zaś w roku następnym znacznie u nas rzadszą Odznakę Turysty SSSR.
Bo liznąłem też to i owo z gór zagranicznych i wysokich, chociaż nie ich najwyższych partii, w Europie, Azji i Ameryce Południowej. I nadal, jak tylko trafia się okazja, chodzę jeszcze po łatwiejszych szlakach alpejskich bądź krajowych. Sądzę, że pomaga mi to lepiej zrozumieć zarówno alpinistów jak i książkę jednego z liczących się w tym gronie. Ale i dostrzec jej wady. Nie tylko, wspomnianą już, miejscami trochę chaotyczną relację, z wtrętami o banalnych faktach w ciekawych miejscach innej narracji, czy powtórzeniach faktów i opinii. Przede wszystkim brak rzeczy nieodzownej, moim zdaniem, w takiej publikacji. Dobrego i pełnego indeksu nazw miejsc, szczytów, opisywanych tras wspinaczkowych, a także wymienionych w tej książce ludzi.
Przydałby się również słowniczek terminów i określeń fachowych, bo nie wszystkie, w tym pisane przez autora kursywą, są zrozumiałe. A nawet kalendarium najważniejszych polskich sukcesów w górach najwyższych. Podsumowując: jest to książka ciekawa i wartościowa, chociaż raczej nie dla „masowego czytelnika". Ale warta polecenia zarówno stawiającym pierwsze kroki w taternictwie lub alpinizmie, jak i wspinaczkowym „starym wygom". Bo i ci ostatni na pewno wiele się z niej mogą dowiedzieć nowego i nauczyć. A ponadto miłośnikom gór, także biernym, ale interesującym się, nawet tylko z foteli przed telewizorami, polskim i światowym alpinizmem. Czy nurtowanych pytaniami w rodzaju: po co oni tam włażą? Jak tam jest w tych wysokich górach? I podobnymi.
kurier365.pl Cezary Rudziński, 2014-01-13
Webwriting. Profesjonalne tworzenie tekstów dla Internetu. Wydanie II zaktualizowane i poszerzone
Chcesz uporządkować swoją wiedzę na temat pisania tekstów do internetu? Nie szukaj informacji na blogach tematycznych, ani e-kursach, tylko sięgnij po Webwriting. Dowiesz się, że jak stworzyć praktyczną witrynę, która poświęca należną uwagę czytelnikowi.
Książka Webwriting
Książka stanowi świetny podręcznik dla blogerów, administratorów firmowych stron www, autorów tekstów, redaktorów, korektorów, twórców serwisów informacyjnych, PR managerów i wszystkich, którzy zawodowo lub hobbistycznie mają coś wspólnego z pisaniem w internecie.
Napisana prostym i czytelnym językiem. Zawiera także szereg ćwiczeń, które pozwalają sprawdzić w praktyce, czy właściwie zrozumieliśmy opisywane zasady tworzenia tekstów.
Pomimo tego, iż napisałam 2 książki, a od ponad 2 lat tworzę autorskiego bloga – muszę przyznać, że sporo rzeczy opisanych w Webwriting bardzo mnie zaskoczyło i mam absolutne poczucie, że wiele się dzięki tej książce nauczyłam.
Dobry tekst do internetu ≠ dobry tekst do druku
Teksty do interentu powinno się pisać zupełnie inaczej, niż do drukowanych publikacji. Niby oczywiste… Tymczasem zrozumiałam, że publikuję swoje teksty na blogu zupełnie intuicyjnie, a to nie zawsze oznacza poprawnie. Na przykład nie zawsze stosuję śródtytuły, a moje teksty w zasadzie nigdy nie mają leada (czyli wprowadzenia do tekstu)… Ewidentny błąd i świetne pole do rozwoju. Zauważ, że już w tym wpisie – zaczynam wprowadzać w życie nowe zasady :-)
Skracaj tekst minimum o połowę
Zasada „tekst główny zawsze skracamy o połowę do jego odpowiednika prasowego”. Czad! Im mniej tym więcej. Świetna minimalistyczna zasada realizująca w pełni to, co już wiem – czytelnik buszujący po stronach internetowych nie czyta ich, a najczęściej przegląda. Jeśli „zabiję go” ilością tekstu – to najnormalniej w świecie ucieknie z mojej strony. Przynajmniej ja sama bym tak zrobiła. Wyjątkiem są oczywiście teksty, które z założenia muszą być obszerne, bo poruszają szerokie tematy. No ale wtedy zawsze można je rozbić na kilka mniejszych tekstów.
Unikaj synonimów i zaimków
Żadnych zbędnych synonimów, zaprzeczeń, zaimków i pisania słownie liczb… Kolejna pochodna tego, że czytelnik strony www nie zawsze ma chęć skupić się na tekstach, więc chce informacji podanej w formie łatwej, przyswajalnej i rzeczowej. Wszystko, co nie spełnia tych zasad powinno być usunięte z artykułu.
Sketchnote na temat książki
Cała publikacja zawiera dziesiątki takich zasad, wskazówek i dobrych praktyk. Oczywiście nie przytoczę tutaj ich wszystkich, chciałam pokazać kilka przykładów, które zwróciły moją uwagę. Jestem zachwycona ilością rzeczy, których się dowiedziałam. Zrobiłam sketchnote z tych informacji, które wyłapywałam w trakcie lektury.
Książka Webwriting
Książka stanowi świetny podręcznik dla blogerów, administratorów firmowych stron www, autorów tekstów, redaktorów, korektorów, twórców serwisów informacyjnych, PR managerów i wszystkich, którzy zawodowo lub hobbistycznie mają coś wspólnego z pisaniem w internecie.
Napisana prostym i czytelnym językiem. Zawiera także szereg ćwiczeń, które pozwalają sprawdzić w praktyce, czy właściwie zrozumieliśmy opisywane zasady tworzenia tekstów.
Pomimo tego, iż napisałam 2 książki, a od ponad 2 lat tworzę autorskiego bloga – muszę przyznać, że sporo rzeczy opisanych w Webwriting bardzo mnie zaskoczyło i mam absolutne poczucie, że wiele się dzięki tej książce nauczyłam.
Dobry tekst do internetu ≠ dobry tekst do druku
Teksty do interentu powinno się pisać zupełnie inaczej, niż do drukowanych publikacji. Niby oczywiste… Tymczasem zrozumiałam, że publikuję swoje teksty na blogu zupełnie intuicyjnie, a to nie zawsze oznacza poprawnie. Na przykład nie zawsze stosuję śródtytuły, a moje teksty w zasadzie nigdy nie mają leada (czyli wprowadzenia do tekstu)… Ewidentny błąd i świetne pole do rozwoju. Zauważ, że już w tym wpisie – zaczynam wprowadzać w życie nowe zasady :-)
Skracaj tekst minimum o połowę
Zasada „tekst główny zawsze skracamy o połowę do jego odpowiednika prasowego”. Czad! Im mniej tym więcej. Świetna minimalistyczna zasada realizująca w pełni to, co już wiem – czytelnik buszujący po stronach internetowych nie czyta ich, a najczęściej przegląda. Jeśli „zabiję go” ilością tekstu – to najnormalniej w świecie ucieknie z mojej strony. Przynajmniej ja sama bym tak zrobiła. Wyjątkiem są oczywiście teksty, które z założenia muszą być obszerne, bo poruszają szerokie tematy. No ale wtedy zawsze można je rozbić na kilka mniejszych tekstów.
Unikaj synonimów i zaimków
Żadnych zbędnych synonimów, zaprzeczeń, zaimków i pisania słownie liczb… Kolejna pochodna tego, że czytelnik strony www nie zawsze ma chęć skupić się na tekstach, więc chce informacji podanej w formie łatwej, przyswajalnej i rzeczowej. Wszystko, co nie spełnia tych zasad powinno być usunięte z artykułu.
Sketchnote na temat książki
Cała publikacja zawiera dziesiątki takich zasad, wskazówek i dobrych praktyk. Oczywiście nie przytoczę tutaj ich wszystkich, chciałam pokazać kilka przykładów, które zwróciły moją uwagę. Jestem zachwycona ilością rzeczy, których się dowiedziałam. Zrobiłam sketchnote z tych informacji, które wyłapywałam w trakcie lektury.
mapymysli.com katarzyna, 2013-12-29
SpecBabka. Obudź w sobie kobiecą moc!
Pierwsze wrażenie?
To przecież nie dla mnie, po co zamówiłam tę książkę? Przecież ja to wszystko wiem… Kolejny poradnik rozwoju osobistego, czytałam takich dziesiątki.
Pięć dni później, po lekturze książki od deski do deski, z kilkoma kartkami notatek i pomysłów spisanych na gorąco w trakcie czytania – stwierdzam, że trafiłam na perełkę.
Książka, która zrobiła we mnie niezłe zamieszanie
Zbliża się koniec roku, a ja mam nastrój refleksyjny. Podsumowuję moje ostatnie miesiące, więc książka Specbabka. Obudź w sobie kobiecą moc! trafiła w dobry czas u mnie. Bo rzeczywiście poświęcona jest tematyce osobistego rozwoju i samoświadomości, ale jak się okazało – właśnie TO było mi teraz potrzebne. Dużo na ten temat już wiem, sporo czytałam, byłam na różnych szkoleniach. Jednak mimo tego książka się przebiła przez to wszystko i trafiła w dziesiątkę. Rozwój osobisty ma to do siebie, że nigdy nie ustaje. Jeśli już raz zaczniesz – nigdy nie masz dość. Ta książka w bardzo wyjątkowy sposób podsumowała to, co już wiem, zrobiła syntezę mojej wiedzy. A przy okazji pozwoliła odkryć niektóre tematy na nowo, spojrzeć z innej, bo dzisiejszej perspektywy. Za to – stawiam jej zasłużoną piątkę!
Poradnik? Nie, reportaż!
Książkę znajdziecie w dziale „poradniki”, ale dla mnie jest czymś więcej, niż lekką lekturą o rozwoju. To prawie reportaż z mojego życia. Tak, z mojego życia. Autorka zwraca się do czytelniczki jak do przyjaciółki już od pierwszych słów i rzeczywiście przez kolejne trzysta stron tak właśnie się czuję. Jak jej przyjaciółka, z którą rozmawia, o którą się troszczy, z którą lubi spędzać czas. Urzekło mnie to.
Rozmowa z czytelniczką
Ta konwencja rozmowy, a także wyjątkowy sposób przedstawienia najważniejszych kwestii merytorycznych bardzo mi się podobają. Książka ma bowiem swoją bohaterkę – Istotę, którą Stwórca wysyła na trzecią planetę od słońca, aby tam odbyła misję specjalną w ciele… kobiety. Proste i genialne zagranie. A te wszystkie opowieści i metafory umożliwiły Autorce „przemycenie” w nich tak wiele mądrości… Ja to kupuję.
Co biorę z książki dla siebie?
Na pewno inspirację. Kobietą. Autorką. Klaudią Pingot. Już teraz mogę Wam powiedzieć, że lada chwila napiszę do niej maila i zaproszę na kawę, a potem, jeśli się zgodzi – porozmawiamy w ramach naszego działu Inspiratorzy. Mam w głowie tyyyyle pytań, które chcę jej zadać. Bo czuję, że właśnie takie osoby zmieniają świat na lepszy i chcę jej w tym pomóc. Poza tym – ja sama marze o tym, aby być takim człowiekiem i tylko takimi się otaczać.
Biorę także rozdziały dotyczące przekonań na temat zdrowia i pieniędzy. To ważne dla mnie obszary życia i chcę dokonać w nich pewnych zmian. Autorka książki w bardzo przewrotny sposób opisała nasze (kobiece) przeświadczenia na ich temat, tym bardziej mnie przekonała do zmiany podejścia.
Kolejny raz doświadczyłam, że we mnie jest wiele „mnie” i że to jest dobre. Że moje emocje są dobre, że wszystkie sprzeczności we mnie są dobre. Dziękuję Klaudia za te przeżycia i… czekaj na zaproszenie ode mnie! :)
To przecież nie dla mnie, po co zamówiłam tę książkę? Przecież ja to wszystko wiem… Kolejny poradnik rozwoju osobistego, czytałam takich dziesiątki.
Pięć dni później, po lekturze książki od deski do deski, z kilkoma kartkami notatek i pomysłów spisanych na gorąco w trakcie czytania – stwierdzam, że trafiłam na perełkę.
Książka, która zrobiła we mnie niezłe zamieszanie
Zbliża się koniec roku, a ja mam nastrój refleksyjny. Podsumowuję moje ostatnie miesiące, więc książka Specbabka. Obudź w sobie kobiecą moc! trafiła w dobry czas u mnie. Bo rzeczywiście poświęcona jest tematyce osobistego rozwoju i samoświadomości, ale jak się okazało – właśnie TO było mi teraz potrzebne. Dużo na ten temat już wiem, sporo czytałam, byłam na różnych szkoleniach. Jednak mimo tego książka się przebiła przez to wszystko i trafiła w dziesiątkę. Rozwój osobisty ma to do siebie, że nigdy nie ustaje. Jeśli już raz zaczniesz – nigdy nie masz dość. Ta książka w bardzo wyjątkowy sposób podsumowała to, co już wiem, zrobiła syntezę mojej wiedzy. A przy okazji pozwoliła odkryć niektóre tematy na nowo, spojrzeć z innej, bo dzisiejszej perspektywy. Za to – stawiam jej zasłużoną piątkę!
Poradnik? Nie, reportaż!
Książkę znajdziecie w dziale „poradniki”, ale dla mnie jest czymś więcej, niż lekką lekturą o rozwoju. To prawie reportaż z mojego życia. Tak, z mojego życia. Autorka zwraca się do czytelniczki jak do przyjaciółki już od pierwszych słów i rzeczywiście przez kolejne trzysta stron tak właśnie się czuję. Jak jej przyjaciółka, z którą rozmawia, o którą się troszczy, z którą lubi spędzać czas. Urzekło mnie to.
Rozmowa z czytelniczką
Ta konwencja rozmowy, a także wyjątkowy sposób przedstawienia najważniejszych kwestii merytorycznych bardzo mi się podobają. Książka ma bowiem swoją bohaterkę – Istotę, którą Stwórca wysyła na trzecią planetę od słońca, aby tam odbyła misję specjalną w ciele… kobiety. Proste i genialne zagranie. A te wszystkie opowieści i metafory umożliwiły Autorce „przemycenie” w nich tak wiele mądrości… Ja to kupuję.
Co biorę z książki dla siebie?
Na pewno inspirację. Kobietą. Autorką. Klaudią Pingot. Już teraz mogę Wam powiedzieć, że lada chwila napiszę do niej maila i zaproszę na kawę, a potem, jeśli się zgodzi – porozmawiamy w ramach naszego działu Inspiratorzy. Mam w głowie tyyyyle pytań, które chcę jej zadać. Bo czuję, że właśnie takie osoby zmieniają świat na lepszy i chcę jej w tym pomóc. Poza tym – ja sama marze o tym, aby być takim człowiekiem i tylko takimi się otaczać.
Biorę także rozdziały dotyczące przekonań na temat zdrowia i pieniędzy. To ważne dla mnie obszary życia i chcę dokonać w nich pewnych zmian. Autorka książki w bardzo przewrotny sposób opisała nasze (kobiece) przeświadczenia na ich temat, tym bardziej mnie przekonała do zmiany podejścia.
Kolejny raz doświadczyłam, że we mnie jest wiele „mnie” i że to jest dobre. Że moje emocje są dobre, że wszystkie sprzeczności we mnie są dobre. Dziękuję Klaudia za te przeżycia i… czekaj na zaproszenie ode mnie! :)
mapymysli.com katarzyna, 2013-12-30
Barszcz ukraiński. Wydanie II rozszerzone
Polakom wydaje się, że znają Ukrainę i jej mieszkańców jak siebie. Przez wiele stuleci ziemie te należały do Rzeczpospolitej, w jej drugim wydaniu Ukraińcy stanowili duży odsetek polskiego społeczeństwa. Wreszcie, po II wojnie światowej znaleźliśmy się po jednej stronie „żelaznej kurtyn” z drobną różnicą – oni byli częścią ZSRR my nie. Niby nieistotny szczegół, jednak…
Jednak ma znaczenie zwłaszcza przy ostatnich wyborach Ukrainy, które na bieżąco śledzi cały świat. Chodzi o manifestacje w Kijowie związane z partnerstwem europejskim (lub Rosyjskim). Dokąd zmierza Ukraina i czego chcą jej mieszkańcy? Bez znajomości kultury i mentalności tego kraju nie da się udzielić prawidłowej odpowiedzi. Jako pomoc w tych dociekaniach może posłużyć książka Piotra Pogorzelskiego, pt. Barszcz Ukraiński. Pogorzelski wieloletni korespondent polskiego radia pracujący m. in. w Mińsku i Moskwie, ostatecznie jako miejsce zamieszkania wybrał Kijów, skąd przesyła do kraju swoje sprawozdania. Polskie Radio wyszkoliło wielu świetnych dziennikarzy, do których niewątpliwie zaliczyć można Pogorzelskiego. Barszcz Ukraiński nie czyta się. Jego się jak zupę łyka i to wielkimi łychami. Książka napisana jest prostym językiem. Jej układ jest logiczny dzięki temu Czytelnik wie, w którym miejscu rozważań autora jest i dokąd zmierza narracja (co niestety nie u wszystkich da się równie łatwo określić). Zaczynając od ogólnego opisu państwa autor przechodzi do bardziej szczegółowych kwestii mogących zainteresować Czytelnika z Polski: język i kulturę ukraińską, muzykę, pieniądze i miejsce oligarchów w systemie władzy, kobiety, alkohol i kulturę picia, historię i pamięć czy wrażenia z ostatnich Mistrzostw Europy.
Każda z tych kwestii omawiana jest z punktu widzenia obserwatora z zewnątrz, dzięki czemu Czytelnik, który nigdy nie zetknął się z przedstawicielami tego narodu łatwo zrozumie aspekty kultury odmienne od polskich wzorców. Autor, nieukrywając fascynacji Ukrainą (dzięki stylowi pisania ten nastrój udziela się Czytelnikowi), nie poprzestaje na jasnych jej stronach. Wiele miejsca (można zaryzykować nawet słowo większość), poświęca jej nie tak kolorowemu obliczu. Nie psuje to jednak ogólnego przesłania książki, za które należy się autorowi duży plus. Obraz naszego wschodniego sąsiada rysuje się bardzo pozytywnie. Tak zarysowanego mieszkańca Ukrainy po prostu nie da się nie lubić. Zaczynając od historycznych uwarunkowań, omawiając dzień dzisiejszy Pogorzelski stara się spojrzeć w przyszłość tego kraju i jego mieszkańców. Pomagają mu w tym wywiady z różnymi Ukraińcami, przeprowadzone przy różnych okazjach a zamieszczone na końcu każdego z rozdziału. Stanowią one niejako podsumowanie konkretnego zagadnienia. I tu pojawia się jedyny minus tej książki. Każdy rozdział może stanowić oddzielną całość, jest wewnętrznie spójny i kończą się podsumowaniem. Takiego podsumowania nie ma książka jako całość. Poruszane w książce wątki zarysowują obraz typowego mieszkańca Ukrainy, jednak brakuje połączenia wszystkich elementów w całość. Bardzo trudno jest stworzyć obraz typowego Ukraińca. Występują zasadnicze różnice w postrzeganiu wielu kwestii (nieraz kluczowych) pomiędzy mieszkańcem wschodniej a zachodniej części kraju – co wyraźnie widać w książce. Taki obraz (z zastrzeżeniem powyższych kwestii) można by jednak, dla dopełnienia książki, stworzyć. Dzięki temu taki obraz typowego Ukraińca – według Piotra Pogorzelskiego mógłby zastąpić stereotypy dotyczące naszych wschodnich sąsiadów.
Jednak ma znaczenie zwłaszcza przy ostatnich wyborach Ukrainy, które na bieżąco śledzi cały świat. Chodzi o manifestacje w Kijowie związane z partnerstwem europejskim (lub Rosyjskim). Dokąd zmierza Ukraina i czego chcą jej mieszkańcy? Bez znajomości kultury i mentalności tego kraju nie da się udzielić prawidłowej odpowiedzi. Jako pomoc w tych dociekaniach może posłużyć książka Piotra Pogorzelskiego, pt. Barszcz Ukraiński. Pogorzelski wieloletni korespondent polskiego radia pracujący m. in. w Mińsku i Moskwie, ostatecznie jako miejsce zamieszkania wybrał Kijów, skąd przesyła do kraju swoje sprawozdania. Polskie Radio wyszkoliło wielu świetnych dziennikarzy, do których niewątpliwie zaliczyć można Pogorzelskiego. Barszcz Ukraiński nie czyta się. Jego się jak zupę łyka i to wielkimi łychami. Książka napisana jest prostym językiem. Jej układ jest logiczny dzięki temu Czytelnik wie, w którym miejscu rozważań autora jest i dokąd zmierza narracja (co niestety nie u wszystkich da się równie łatwo określić). Zaczynając od ogólnego opisu państwa autor przechodzi do bardziej szczegółowych kwestii mogących zainteresować Czytelnika z Polski: język i kulturę ukraińską, muzykę, pieniądze i miejsce oligarchów w systemie władzy, kobiety, alkohol i kulturę picia, historię i pamięć czy wrażenia z ostatnich Mistrzostw Europy.
Każda z tych kwestii omawiana jest z punktu widzenia obserwatora z zewnątrz, dzięki czemu Czytelnik, który nigdy nie zetknął się z przedstawicielami tego narodu łatwo zrozumie aspekty kultury odmienne od polskich wzorców. Autor, nieukrywając fascynacji Ukrainą (dzięki stylowi pisania ten nastrój udziela się Czytelnikowi), nie poprzestaje na jasnych jej stronach. Wiele miejsca (można zaryzykować nawet słowo większość), poświęca jej nie tak kolorowemu obliczu. Nie psuje to jednak ogólnego przesłania książki, za które należy się autorowi duży plus. Obraz naszego wschodniego sąsiada rysuje się bardzo pozytywnie. Tak zarysowanego mieszkańca Ukrainy po prostu nie da się nie lubić. Zaczynając od historycznych uwarunkowań, omawiając dzień dzisiejszy Pogorzelski stara się spojrzeć w przyszłość tego kraju i jego mieszkańców. Pomagają mu w tym wywiady z różnymi Ukraińcami, przeprowadzone przy różnych okazjach a zamieszczone na końcu każdego z rozdziału. Stanowią one niejako podsumowanie konkretnego zagadnienia. I tu pojawia się jedyny minus tej książki. Każdy rozdział może stanowić oddzielną całość, jest wewnętrznie spójny i kończą się podsumowaniem. Takiego podsumowania nie ma książka jako całość. Poruszane w książce wątki zarysowują obraz typowego mieszkańca Ukrainy, jednak brakuje połączenia wszystkich elementów w całość. Bardzo trudno jest stworzyć obraz typowego Ukraińca. Występują zasadnicze różnice w postrzeganiu wielu kwestii (nieraz kluczowych) pomiędzy mieszkańcem wschodniej a zachodniej części kraju – co wyraźnie widać w książce. Taki obraz (z zastrzeżeniem powyższych kwestii) można by jednak, dla dopełnienia książki, stworzyć. Dzięki temu taki obraz typowego Ukraińca – według Piotra Pogorzelskiego mógłby zastąpić stereotypy dotyczące naszych wschodnich sąsiadów.
moznaprzeczytac.pl Jarek Szlązak