Recenzje
Trzydzieści sześć strategii starożytnych Chin
W ostatnim czasie dostrzegam, że pojawia się wiele nowych tytułów odwołujących się do społeczeństwa chińskiego lub japońskiego. Trudno wybrać odpowiednią pozycję, ponieważ przede wszystkim dobre powieści nie są powszechnie znane.
W tym miejscu nadmienię, że Trzydzieści sześć strategii starożytnych Chin, jak najbardziej zasługują na waszą uwagę. Jednym z powodów, dla których możecie się zainteresować nią to przywołanie nazwiska dobrze Wam znanego Sun Tzu. Ten sam autor, który stworzył książkę Sztukę Wojny.
W powieści Trzydzieści sześć strategii starożytnych Chin znajdziemy wybrane fragmenty autorstwa Sun Tzu, które są nie lada gratką dla znawców Dalekiego Wschodu.
Chińczycy znani są z pomysłowości, która z czasem przyniosła im światowy rozgłos. Ich pragmatyczne podejście do życia skutkowało wymyślaniem rozmaitych udogodnień dla własnej przyjemności.
Znani są także z przemyślanych podstępów i wyprowadzania w pole przeciwnika. To nie, kto inny jak Sun Tzu swoją książką „Sztuka Wojny" rozgrzał dyskusję o metodach w skutecznym przełamaniu oporu oponenta.
„W porządku oczekuj nieuporządkowanych. W spokoju oczekuj tych niosących zgiełk. Oto droga kontroli umysłu"(1)
Jego sposobami na podejście konkurenta interesowali się między innymi szefowie korporacji, którzy zastosowali te rady w strategiach negocjacyjnym między innymi przy podejmowaniu wątku fuzji firm.
Oprócz podchodzenia do obozu wroga. Dowiemy się także ciekawych historii ludowych, o których nigdy wcześniej nie słyszeliście.
W jednej z lis stawić czoła tygrysowi i wygrał tą potyczkę. Jak? Otóż lisim sprytem oszukał władcę dżungli. Spotykając tygrysa powiedział mu by ten szedł za lisem. Zwierzęta widząc to uciekały w popłochu. Tygrys przyznał się do porażki i odszedł w stronę leśnej głuszy.
By rozeznać się w tych taktykach podążymy śladami starożytnych chińskich generałów i doradców cesarzy. To za ich sprawą wiele księstw osiągało sukces lub upadało.
Nie zabraknie także epizodu, w którym to poznamy japońską strategię stosowaną przez samurajów w konfrontacji z szogunem.
W twardej okładce z czerwoną wstążka-zakładką odnajdziecie piękne rysunki przedstawiające między innymi pagodę.
„Pagoda – w buddyjskiej architekturze sakralnej na Dalekim Wschodzie (Chiny, Japonia Korea, Nepal) rodzaj wielokondygnacyjnej wieży, służącej do przechowywania relikwii. Jako materiału do budowy w dawnych Chinach używano drewna, a nawet brązu, żelaza czy porcelany. „ (2)
Na końcu książki także odnajdziemy chronologiczny zapis, od kiedy, do kiedy panowały poszczególne dynastie w Chinach i Japonii. To pozwoli się rozeznać w dynamicznych i zmiennych kolejach losu nieuporządkowanego ładu.
Za sprawą tej publikacji możemy tworzyć na końcu książki notatki na specjalnie do tego przeznaczonych stronach.
Czytając tą powieść miałem wrażenie uczestniczenia w tych bitwa i przyglądania sie im, jako świadek, którego przekaz wyjaśni bezcelowość stosowania przemocy.
Fakt ta pozycja odzwierciedla układ sił, dyplomację i sztukę manipulowania oraz podstępu,. Nie raz nie dwa spada czyjaś głowa bądź przegrany zmuszony jest do popełnienia seppuku.
Nie zmienia się jednak sytuacja, że po podbiciu terytoriów przychodzi silniejszy konkurent, który detronizuje ówczesnego zdobywcę. Rzadko w takiej sytuacji okazując łaskę.
Czy wobec tego przemocą odpowiadając na przemoc jest jakakolwiek szansa na zakończenie bratobójczych walk?
Mam zamiar przedstawić Wam książkę opartą na tak błyskotliwych spostrzeżeniach. Wiedza ta wiele wniesie do sposobu, w jakim musicie pokonać się Wasze obawy. Lęki, które karmimy nasze wątpliwości nie skłaniają nas do działania, wręcz przeciwnie.
Konkurent doprowadza on do tego by uśpić czujność swojego oponenta, chwila nieuwagi, a potem przypuszcza atak. Tą właśnie sposobność wykorzystuje czujny wróg. Te i inne uwagi są ujęte w tej książce uzmysławiają nam, że mamy w rękach podręcznik stratega.
Bazując na ich doświadczeniach możemy każde potencjalna porażkę przekuć w zwycięstwo. Wszystko tak naprawdę zależy od okoliczności, które umiejętnie wykorzystane mogą stać się bronią obusieczną w naszych rękach
Są książki, które od pierwszych stron pobudzają w nas żyłkę niestrudzonego i walecznego wojownika. Do tego typu pozycji z pewnością zalicza się ta powieść.
W tym miejscu nadmienię, że Trzydzieści sześć strategii starożytnych Chin, jak najbardziej zasługują na waszą uwagę. Jednym z powodów, dla których możecie się zainteresować nią to przywołanie nazwiska dobrze Wam znanego Sun Tzu. Ten sam autor, który stworzył książkę Sztukę Wojny.
W powieści Trzydzieści sześć strategii starożytnych Chin znajdziemy wybrane fragmenty autorstwa Sun Tzu, które są nie lada gratką dla znawców Dalekiego Wschodu.
Chińczycy znani są z pomysłowości, która z czasem przyniosła im światowy rozgłos. Ich pragmatyczne podejście do życia skutkowało wymyślaniem rozmaitych udogodnień dla własnej przyjemności.
Znani są także z przemyślanych podstępów i wyprowadzania w pole przeciwnika. To nie, kto inny jak Sun Tzu swoją książką „Sztuka Wojny" rozgrzał dyskusję o metodach w skutecznym przełamaniu oporu oponenta.
„W porządku oczekuj nieuporządkowanych. W spokoju oczekuj tych niosących zgiełk. Oto droga kontroli umysłu"(1)
Jego sposobami na podejście konkurenta interesowali się między innymi szefowie korporacji, którzy zastosowali te rady w strategiach negocjacyjnym między innymi przy podejmowaniu wątku fuzji firm.
Oprócz podchodzenia do obozu wroga. Dowiemy się także ciekawych historii ludowych, o których nigdy wcześniej nie słyszeliście.
W jednej z lis stawić czoła tygrysowi i wygrał tą potyczkę. Jak? Otóż lisim sprytem oszukał władcę dżungli. Spotykając tygrysa powiedział mu by ten szedł za lisem. Zwierzęta widząc to uciekały w popłochu. Tygrys przyznał się do porażki i odszedł w stronę leśnej głuszy.
By rozeznać się w tych taktykach podążymy śladami starożytnych chińskich generałów i doradców cesarzy. To za ich sprawą wiele księstw osiągało sukces lub upadało.
Nie zabraknie także epizodu, w którym to poznamy japońską strategię stosowaną przez samurajów w konfrontacji z szogunem.
W twardej okładce z czerwoną wstążka-zakładką odnajdziecie piękne rysunki przedstawiające między innymi pagodę.
„Pagoda – w buddyjskiej architekturze sakralnej na Dalekim Wschodzie (Chiny, Japonia Korea, Nepal) rodzaj wielokondygnacyjnej wieży, służącej do przechowywania relikwii. Jako materiału do budowy w dawnych Chinach używano drewna, a nawet brązu, żelaza czy porcelany. „ (2)
Na końcu książki także odnajdziemy chronologiczny zapis, od kiedy, do kiedy panowały poszczególne dynastie w Chinach i Japonii. To pozwoli się rozeznać w dynamicznych i zmiennych kolejach losu nieuporządkowanego ładu.
Za sprawą tej publikacji możemy tworzyć na końcu książki notatki na specjalnie do tego przeznaczonych stronach.
Czytając tą powieść miałem wrażenie uczestniczenia w tych bitwa i przyglądania sie im, jako świadek, którego przekaz wyjaśni bezcelowość stosowania przemocy.
Fakt ta pozycja odzwierciedla układ sił, dyplomację i sztukę manipulowania oraz podstępu,. Nie raz nie dwa spada czyjaś głowa bądź przegrany zmuszony jest do popełnienia seppuku.
Nie zmienia się jednak sytuacja, że po podbiciu terytoriów przychodzi silniejszy konkurent, który detronizuje ówczesnego zdobywcę. Rzadko w takiej sytuacji okazując łaskę.
Czy wobec tego przemocą odpowiadając na przemoc jest jakakolwiek szansa na zakończenie bratobójczych walk?
Mam zamiar przedstawić Wam książkę opartą na tak błyskotliwych spostrzeżeniach. Wiedza ta wiele wniesie do sposobu, w jakim musicie pokonać się Wasze obawy. Lęki, które karmimy nasze wątpliwości nie skłaniają nas do działania, wręcz przeciwnie.
Konkurent doprowadza on do tego by uśpić czujność swojego oponenta, chwila nieuwagi, a potem przypuszcza atak. Tą właśnie sposobność wykorzystuje czujny wróg. Te i inne uwagi są ujęte w tej książce uzmysławiają nam, że mamy w rękach podręcznik stratega.
Bazując na ich doświadczeniach możemy każde potencjalna porażkę przekuć w zwycięstwo. Wszystko tak naprawdę zależy od okoliczności, które umiejętnie wykorzystane mogą stać się bronią obusieczną w naszych rękach
Są książki, które od pierwszych stron pobudzają w nas żyłkę niestrudzonego i walecznego wojownika. Do tego typu pozycji z pewnością zalicza się ta powieść.
Sztukater.pl 2014-02-13
Przychodzi Budda do baru. Pokoleniowy przewodnik życiowy
Poszukiwanie własnej drogi życiowej jest procesem trudnym i nieraz długotrwałym. Nie każdy ma to szczęście, że obiera ją już we wczesnej młodości. Czasami potrzeba czasu i doświadczenia aby dowiedzieć się, jak chcemy żyć.
Książkę “Przychodzi Budda do baru. Pokoleniowy przewodnik życiowy.” nazwać można poradnikiem o życiu. Pokazuje jak być sobą, jak rozwijać się duchowo i w jaki sposób można osiągnąć wewnętrzny spokój. Autor za pomocą humorystycznego języka daje wskazówki, które pomogą wzmocnić ciało i przede wszystkim umysł.
Lodro Rinzler jest praktykiem medytacji i nauczycielem buddyzmu szambali. W ostatnich latach prowadził na terenie USA liczne warsztaty dotyczące medytacji. Teksty autora regularnie publikowane są na łamach “Huffington Post” oraz “Independence Project”.
Książkę “Przychodzi Budda do baru. Pokoleniowy przewodnik życiowy.” nazwać można poradnikiem o życiu. Pokazuje jak być sobą, jak rozwijać się duchowo i w jaki sposób można osiągnąć wewnętrzny spokój. Autor za pomocą humorystycznego języka daje wskazówki, które pomogą wzmocnić ciało i przede wszystkim umysł.
Lodro Rinzler jest praktykiem medytacji i nauczycielem buddyzmu szambali. W ostatnich latach prowadził na terenie USA liczne warsztaty dotyczące medytacji. Teksty autora regularnie publikowane są na łamach “Huffington Post” oraz “Independence Project”.
dojrzalakobieta.pl 2014-02-13
Praktyczne lekcje zarządzania projektami
Nawet jeśli rozczarowywanie się jest rzeczą raczej negatywną, ja odnalazłam w niej coś całkiem pozytywnego. Dobrze jest, jak człowiek się pozytywnie rozczaruje i okaże się, że książka po której spodziewał się czegoś na wzór akademickiej porcji informacji o zarządzaniu projektami, stanie się fascynującą opowieścią o świecie biznesu i planowania. I niech ten krótki wstęp da Wam, drodzy Czytelnicy, przedsmak tego, co czeka Was, gdy sięgnięcie po dzieło Michała Kopaczewskiego, wydane przez wydawnictwo Helion, noszące niepozorny tytuł "Praktyczne lekcje zarządzania projektami" i opakowane w kolor niebieski.
Warto, żebyście wiedzieli, że książka ta to dwanaście rozmów, które, patrząc zupełnie ogólnie, traktują o pracy, biznesie i interesach, które z biegiem czasu (lub zupełnie na początku) przeobrażają się w pasję rozmówców (może poza rozmową z Markiem Wojtyną, który zdecydowanie bardziej skupia się na czysto służbowej stronie swoich zadań). Michał Kopczewski pyta o bardzo znane polskie projekty, między innymi takie jak organizacja Euro 2012, Maraton Warszawski, Polski Himalaizm Zimowy, wyprawy na oba Bieguny, czy Polską Akcję Humanitarną. Pyta i chce wiedzieć jak to się stało, że nic się nie... zepsuło. Jak to się stało, że określona liczba ludzi się dogadała i stworzyła sprawnie działający organizm, który potrafił wytworzyć wydarzenia, lub organizacje, działające bez zarzutu i całkiem sprawnie. Na koniec każdej z tych rozmów autor proponuje czytelnikom omówienie i podsumowanie różnych punktów, które uważa za istotne z punktu widzenia koordynowania projektów.
Pozwolisz, drogi Czytelniku, że rozpocznę wydawanie własnej opinii od rzeczy złych. Tak o, dla przekory. Przede wszystkim czytanie bardzo utrudnione jest przez niekoniecznie wygodne wydanie. Trudno jest czytać, gdy nie mamy wolnych obu rąk, lub gdy leżymy, lub gdy uprawiamy jakiekolwiek inne czytanie, poza tym siedzącym grzecznie na fotelu z oboma rączkami na okładce. Książka się zwyczajnie sama zamyka i nijak nie chce pomóc nam w zatrzymaniu wzroku na konkretnej, wybranej przez nas, stronie. Do tego wszystkiego autor wpada w pułapkę własnej rozmowy (którą przeprowadził z Marcinem Herrą o Euro 2012), w której pada stwierdzenie, że nawet najlepszy projekt może zostać skrytykowany, gdy zaledwie drobny szczegół zostanie pominięty, lub wykonany zostanie źle. I dokładnie tak dzieje się w tym przypadku, bo pozytywny obraz książki zostaje zaburzony przez kilka literówek. Sami przyznajcie, drodzy Czytelnicy, że literówka to stosunkowo rzadki przypadek w książce, która przed wydaniem jest wiele razy sprawdzana na prawo i lewo, stąd też stosunkowo mocno rzuca się w oczy i nadszarpuje jej wizerunek.
Ale nie martwcie się, panie Michale nie roń łez, bo oto koniec negatywów i zaczynamy wodospad pozytywów, bo to przede wszystkim one zalały mnie, jak hektolitry wody.
Zacznijmy od pytań, które zadawane są bardzo trafnie i pozwalają rozmowie płynąć naturalnym torem (ponowne nawiązanie do wody wydaje się tu nieuniknione), a rozmówcy wynurzać się ze sztampowych i ogólnikowych odpowiedzi. Zresztą i dobór odpowiadających ma bardzo dobry wpływ na treść, bo ma się wrażenie, że nikt tu nie mówi o zarządzaniu projektami, tylko opowiada ciekawą historię. Może niekoniecznie jest to bardzo edukacyjne i niekoniecznie staniemy się, po lekturze tejże książki, mistrzami projektów, to jednak pozwoli nam ona zupełnie logiczne, życiowo i naturalnie spojrzeć na nasze obecne, lub przyszłe przedsięwzięcia.
Kolejny plus to atmosfera szczerości, którą z rozmów można wyczytać. Nikt tam nie sili się na autoreklamę, nikt nie gloryfikuje swoich dokonań, nie przechwala się, ale również nie udaje skromnego i nie stawia swoich osiągnięć ponad wszystkie inne. Po prostu kawał ciekawych rozmów, które płyną i płyną i niestety w pewnym momencie się kończą. Okazuje się, że ci, którzy odnieśli sukces, niekoniecznie podążali drogą, na której rozsypane były tylko płatki róż. Resztę sobie dopowiedzcie, bo nie chciałabym popaść w patetyzm, którego brak tak bardzo doceniam w książce Michała Kopczewskiego.
I generalnie cała ta książka to bardzo ciekawe odkrycie dla mnie, każda z opowiedzianych historii odkryła przede mną wiele nowego, z dużą chęcią przeczytałabym jeszcze trzynastą, czternastą, piętnastą i setną rozmowę. Mam nadzieję, że powstaną, bo przecież szkoda by było, gdyby okazało się, że sukcesu starczy nam tylko na dwanaście...
Warto, żebyście wiedzieli, że książka ta to dwanaście rozmów, które, patrząc zupełnie ogólnie, traktują o pracy, biznesie i interesach, które z biegiem czasu (lub zupełnie na początku) przeobrażają się w pasję rozmówców (może poza rozmową z Markiem Wojtyną, który zdecydowanie bardziej skupia się na czysto służbowej stronie swoich zadań). Michał Kopczewski pyta o bardzo znane polskie projekty, między innymi takie jak organizacja Euro 2012, Maraton Warszawski, Polski Himalaizm Zimowy, wyprawy na oba Bieguny, czy Polską Akcję Humanitarną. Pyta i chce wiedzieć jak to się stało, że nic się nie... zepsuło. Jak to się stało, że określona liczba ludzi się dogadała i stworzyła sprawnie działający organizm, który potrafił wytworzyć wydarzenia, lub organizacje, działające bez zarzutu i całkiem sprawnie. Na koniec każdej z tych rozmów autor proponuje czytelnikom omówienie i podsumowanie różnych punktów, które uważa za istotne z punktu widzenia koordynowania projektów.
Pozwolisz, drogi Czytelniku, że rozpocznę wydawanie własnej opinii od rzeczy złych. Tak o, dla przekory. Przede wszystkim czytanie bardzo utrudnione jest przez niekoniecznie wygodne wydanie. Trudno jest czytać, gdy nie mamy wolnych obu rąk, lub gdy leżymy, lub gdy uprawiamy jakiekolwiek inne czytanie, poza tym siedzącym grzecznie na fotelu z oboma rączkami na okładce. Książka się zwyczajnie sama zamyka i nijak nie chce pomóc nam w zatrzymaniu wzroku na konkretnej, wybranej przez nas, stronie. Do tego wszystkiego autor wpada w pułapkę własnej rozmowy (którą przeprowadził z Marcinem Herrą o Euro 2012), w której pada stwierdzenie, że nawet najlepszy projekt może zostać skrytykowany, gdy zaledwie drobny szczegół zostanie pominięty, lub wykonany zostanie źle. I dokładnie tak dzieje się w tym przypadku, bo pozytywny obraz książki zostaje zaburzony przez kilka literówek. Sami przyznajcie, drodzy Czytelnicy, że literówka to stosunkowo rzadki przypadek w książce, która przed wydaniem jest wiele razy sprawdzana na prawo i lewo, stąd też stosunkowo mocno rzuca się w oczy i nadszarpuje jej wizerunek.
Ale nie martwcie się, panie Michale nie roń łez, bo oto koniec negatywów i zaczynamy wodospad pozytywów, bo to przede wszystkim one zalały mnie, jak hektolitry wody.
Zacznijmy od pytań, które zadawane są bardzo trafnie i pozwalają rozmowie płynąć naturalnym torem (ponowne nawiązanie do wody wydaje się tu nieuniknione), a rozmówcy wynurzać się ze sztampowych i ogólnikowych odpowiedzi. Zresztą i dobór odpowiadających ma bardzo dobry wpływ na treść, bo ma się wrażenie, że nikt tu nie mówi o zarządzaniu projektami, tylko opowiada ciekawą historię. Może niekoniecznie jest to bardzo edukacyjne i niekoniecznie staniemy się, po lekturze tejże książki, mistrzami projektów, to jednak pozwoli nam ona zupełnie logiczne, życiowo i naturalnie spojrzeć na nasze obecne, lub przyszłe przedsięwzięcia.
Kolejny plus to atmosfera szczerości, którą z rozmów można wyczytać. Nikt tam nie sili się na autoreklamę, nikt nie gloryfikuje swoich dokonań, nie przechwala się, ale również nie udaje skromnego i nie stawia swoich osiągnięć ponad wszystkie inne. Po prostu kawał ciekawych rozmów, które płyną i płyną i niestety w pewnym momencie się kończą. Okazuje się, że ci, którzy odnieśli sukces, niekoniecznie podążali drogą, na której rozsypane były tylko płatki róż. Resztę sobie dopowiedzcie, bo nie chciałabym popaść w patetyzm, którego brak tak bardzo doceniam w książce Michała Kopczewskiego.
I generalnie cała ta książka to bardzo ciekawe odkrycie dla mnie, każda z opowiedzianych historii odkryła przede mną wiele nowego, z dużą chęcią przeczytałabym jeszcze trzynastą, czternastą, piętnastą i setną rozmowę. Mam nadzieję, że powstaną, bo przecież szkoda by było, gdyby okazało się, że sukcesu starczy nam tylko na dwanaście...
Sztukater.pl 2014-02-13
Zarabiaj tyle, ile jesteś wart. Zmaksymalizuj swoje przychody już teraz
Po poradniki sięgam niezwykle rzadko. Kiedyś, jako nastolatka, zaczytywałam się w nich, teraz podchodzę do nich z większą dawką sceptycyzmu. I z takim właśnie nastawieniem zabrałam się za lekturę książki "Zarabiaj tyle, ile jesteś wart". Autor, Brian Tracy, jest pisarzem pochodzącym z Kanady. Jego e-booki dotyczą problematyki rozwoju osobistego oraz psychologii sukcesu. Ponoć wiele jego publikacji znalazło się na listach bestsellerów. Zdobywając już tylko takie informacje o autorze, zastanawiałam się, czemu mi to tak "amerykańsko" brzmi..? Dobrze, przepraszam, postaram się ironię schować na jakiś czas do kieszeni...
Autor zwraca uwagę, że każdy z nas powinien znać swoją wartość. Dzięki temu naprawdę łatwiej znaleźć pracę. Przyszły pracodawca już podczas rozmowy kwalifikacyjnej widzi, z jaką osobą ma do czynienia. A przecież zahukane szare myszki raczej nie mają szans w dzisiejszym pędzącym świecie. Według autora każdy z nas powinien sporządzić osobistą wizję działania. Powinna odnosić się ona do naszych wartości i wyrażać to, kim chcielibyśmy być w określonej przyszłości, np. za cztery, pięć lat. Równie istostne jest to, aby stale sprawdzać "kierunek kursu". Chodzi tu o to, aby kontrolować, czy zmierzamy w tym kierunku, który sobie obraliśmy (może się to wiązać ze zmianą dotychczasowej pracy).
Dalej Brain Tracy sugeruje, abyśmy się ciągle dokształcali. Abyśmy ocenili, w czym jesteśmy słabi i starali się te słabości eliminować. Zachęca nas również, byśmy zaczęli zarabiać na swoich atutach i byli specjalistami w jakiejś dziedzinie. Tu zgadzam się z autorem - nie można być przecież alfą i omegą we wszystkich dziedzinach. Musimy wybiegać w przyszłość. Najlepiej byłoby, gdybyśmy opisali sobie gdzieś na kartce naszą wymarzoną ścieżkę rozwoju (zawodowego), powiedzmy na 5 lat do przodu, po czym zastanowili się, co musimy zrobić, aby się właśnie tak potoczyła. Powinniśmy planować każdy dzień, tak aby dobrze, rozważnie wykorzystywać czas.
Wymienia autor kilka cech, których oczekują pracodawcy od swoich potencjalnych pracowników. Są wśród nich takie cechy, jak: inteligencja, zdolności przywódcze, prawość, lojalność, serdeczność, kompetencja, odwaga, wewnętrzna siła.
Książka ta rzeczywiście daje nam wskazówki, jak zwiększyć swoje szanse na rynku pracy. Ale wiele niuansów za bardzo pachniało mi "amerykańskim snem" o bogactwie. Wprawdzie autor pochodzi z Kanady, ale bliskość Stanów Zjednoczonych na pewno miała na to wpływ. Oprócz kilku cennych rad, przydatnych niezależnie od miejsca zamieszkania, mam wrażenie, że ciężko będzie je zaadaptować na gruncie polskim. W naszym kraju nie zmienia się pracy (oprócz dużych miast, w których co najwyżej specjaliści w określonych dziedzinach mogą sobie na to pozwolić), bo nam ona nie odpowiada. I to nie jest tak, jak twierdzi autor, że pracujemy za tyle, za ile zgodziliśmy się pracować. Pracujemy za tyle, ile jest nam w stanie zaoferować pracodawca albo... nie pracujemy wcale. Mogę się mylić, bo jestem stosunkowo młodym pracownikiem, ale obserwuję mój kraj i ludzi w nim pracujących i wiem, że teoria bardzo często rozmija się w praktyką. Dlatego było wiele momentów, w których podczas lektury tej książki zgrzytałam zębami. Bynajmniej nie z radości. Uważam, że niektóre z rad autora są cenne, jednak większość z nich nie ma przełożenia na nasze warunki. Dobrze, że przynajmniej nie próbował pan Tracy podać nam jakiejś konkretnej recepty na bogactwo, bo już całkiem zniszczyłabym sobie zęby tym zgrzytaniem... ;-)
Sami musicie ocenić, czy jest to lektura dla Was.
Autor zwraca uwagę, że każdy z nas powinien znać swoją wartość. Dzięki temu naprawdę łatwiej znaleźć pracę. Przyszły pracodawca już podczas rozmowy kwalifikacyjnej widzi, z jaką osobą ma do czynienia. A przecież zahukane szare myszki raczej nie mają szans w dzisiejszym pędzącym świecie. Według autora każdy z nas powinien sporządzić osobistą wizję działania. Powinna odnosić się ona do naszych wartości i wyrażać to, kim chcielibyśmy być w określonej przyszłości, np. za cztery, pięć lat. Równie istostne jest to, aby stale sprawdzać "kierunek kursu". Chodzi tu o to, aby kontrolować, czy zmierzamy w tym kierunku, który sobie obraliśmy (może się to wiązać ze zmianą dotychczasowej pracy).
Dalej Brain Tracy sugeruje, abyśmy się ciągle dokształcali. Abyśmy ocenili, w czym jesteśmy słabi i starali się te słabości eliminować. Zachęca nas również, byśmy zaczęli zarabiać na swoich atutach i byli specjalistami w jakiejś dziedzinie. Tu zgadzam się z autorem - nie można być przecież alfą i omegą we wszystkich dziedzinach. Musimy wybiegać w przyszłość. Najlepiej byłoby, gdybyśmy opisali sobie gdzieś na kartce naszą wymarzoną ścieżkę rozwoju (zawodowego), powiedzmy na 5 lat do przodu, po czym zastanowili się, co musimy zrobić, aby się właśnie tak potoczyła. Powinniśmy planować każdy dzień, tak aby dobrze, rozważnie wykorzystywać czas.
Wymienia autor kilka cech, których oczekują pracodawcy od swoich potencjalnych pracowników. Są wśród nich takie cechy, jak: inteligencja, zdolności przywódcze, prawość, lojalność, serdeczność, kompetencja, odwaga, wewnętrzna siła.
Książka ta rzeczywiście daje nam wskazówki, jak zwiększyć swoje szanse na rynku pracy. Ale wiele niuansów za bardzo pachniało mi "amerykańskim snem" o bogactwie. Wprawdzie autor pochodzi z Kanady, ale bliskość Stanów Zjednoczonych na pewno miała na to wpływ. Oprócz kilku cennych rad, przydatnych niezależnie od miejsca zamieszkania, mam wrażenie, że ciężko będzie je zaadaptować na gruncie polskim. W naszym kraju nie zmienia się pracy (oprócz dużych miast, w których co najwyżej specjaliści w określonych dziedzinach mogą sobie na to pozwolić), bo nam ona nie odpowiada. I to nie jest tak, jak twierdzi autor, że pracujemy za tyle, za ile zgodziliśmy się pracować. Pracujemy za tyle, ile jest nam w stanie zaoferować pracodawca albo... nie pracujemy wcale. Mogę się mylić, bo jestem stosunkowo młodym pracownikiem, ale obserwuję mój kraj i ludzi w nim pracujących i wiem, że teoria bardzo często rozmija się w praktyką. Dlatego było wiele momentów, w których podczas lektury tej książki zgrzytałam zębami. Bynajmniej nie z radości. Uważam, że niektóre z rad autora są cenne, jednak większość z nich nie ma przełożenia na nasze warunki. Dobrze, że przynajmniej nie próbował pan Tracy podać nam jakiejś konkretnej recepty na bogactwo, bo już całkiem zniszczyłabym sobie zęby tym zgrzytaniem... ;-)
Sami musicie ocenić, czy jest to lektura dla Was.
Sztukater.pl 2014-02-13
Zarabiaj tyle, ile jesteś wart. Zmaksymalizuj swoje przychody już teraz
Po poradniki sięgam niezwykle rzadko. Kiedyś, jako nastolatka, zaczytywałam się w nich, teraz podchodzę do nich z większą dawką sceptycyzmu. I z takim właśnie nastawieniem zabrałam się za lekturę książki "Zarabiaj tyle, ile jesteś wart". Autor, Brian Tracy, jest pisarzem pochodzącym z Kanady. Jego e-booki dotyczą problematyki rozwoju osobistego oraz psychologii sukcesu. Ponoć wiele jego publikacji znalazło się na listach bestsellerów. Zdobywając już tylko takie informacje o autorze, zastanawiałam się, czemu mi to tak "amerykańsko" brzmi..? Dobrze, przepraszam, postaram się ironię schować na jakiś czas do kieszeni...
Autor zwraca uwagę, że każdy z nas powinien znać swoją wartość. Dzięki temu naprawdę łatwiej znaleźć pracę. Przyszły pracodawca już podczas rozmowy kwalifikacyjnej widzi, z jaką osobą ma do czynienia. A przecież zahukane szare myszki raczej nie mają szans w dzisiejszym pędzącym świecie. Według autora każdy z nas powinien sporządzić osobistą wizję działania. Powinna odnosić się ona do naszych wartości i wyrażać to, kim chcielibyśmy być w określonej przyszłości, np. za cztery, pięć lat. Równie istostne jest to, aby stale sprawdzać "kierunek kursu". Chodzi tu o to, aby kontrolować, czy zmierzamy w tym kierunku, który sobie obraliśmy (może się to wiązać ze zmianą dotychczasowej pracy).
Dalej Brain Tracy sugeruje, abyśmy się ciągle dokształcali. Abyśmy ocenili, w czym jesteśmy słabi i starali się te słabości eliminować. Zachęca nas również, byśmy zaczęli zarabiać na swoich atutach i byli specjalistami w jakiejś dziedzinie. Tu zgadzam się z autorem - nie można być przecież alfą i omegą we wszystkich dziedzinach. Musimy wybiegać w przyszłość. Najlepiej byłoby, gdybyśmy opisali sobie gdzieś na kartce naszą wymarzoną ścieżkę rozwoju (zawodowego), powiedzmy na 5 lat do przodu, po czym zastanowili się, co musimy zrobić, aby się właśnie tak potoczyła. Powinniśmy planować każdy dzień, tak aby dobrze, rozważnie wykorzystywać czas.
Wymienia autor kilka cech, których oczekują pracodawcy od swoich potencjalnych pracowników. Są wśród nich takie cechy, jak: inteligencja, zdolności przywódcze, prawość, lojalność, serdeczność, kompetencja, odwaga, wewnętrzna siła.
Książka ta rzeczywiście daje nam wskazówki, jak zwiększyć swoje szanse na rynku pracy. Ale wiele niuansów za bardzo pachniało mi "amerykańskim snem" o bogactwie. Wprawdzie autor pochodzi z Kanady, ale bliskość Stanów Zjednoczonych na pewno miała na to wpływ. Oprócz kilku cennych rad, przydatnych niezależnie od miejsca zamieszkania, mam wrażenie, że ciężko będzie je zaadaptować na gruncie polskim. W naszym kraju nie zmienia się pracy (oprócz dużych miast, w których co najwyżej specjaliści w określonych dziedzinach mogą sobie na to pozwolić), bo nam ona nie odpowiada. I to nie jest tak, jak twierdzi autor, że pracujemy za tyle, za ile zgodziliśmy się pracować. Pracujemy za tyle, ile jest nam w stanie zaoferować pracodawca albo... nie pracujemy wcale. Mogę się mylić, bo jestem stosunkowo młodym pracownikiem, ale obserwuję mój kraj i ludzi w nim pracujących i wiem, że teoria bardzo często rozmija się w praktyką. Dlatego było wiele momentów, w których podczas lektury tej książki zgrzytałam zębami. Bynajmniej nie z radości. Uważam, że niektóre z rad autora są cenne, jednak większość z nich nie ma przełożenia na nasze warunki. Dobrze, że przynajmniej nie próbował pan Tracy podać nam jakiejś konkretnej recepty na bogactwo, bo już całkiem zniszczyłabym sobie zęby tym zgrzytaniem... ;-)
Sami musicie ocenić, czy jest to lektura dla Was.
Autor zwraca uwagę, że każdy z nas powinien znać swoją wartość. Dzięki temu naprawdę łatwiej znaleźć pracę. Przyszły pracodawca już podczas rozmowy kwalifikacyjnej widzi, z jaką osobą ma do czynienia. A przecież zahukane szare myszki raczej nie mają szans w dzisiejszym pędzącym świecie. Według autora każdy z nas powinien sporządzić osobistą wizję działania. Powinna odnosić się ona do naszych wartości i wyrażać to, kim chcielibyśmy być w określonej przyszłości, np. za cztery, pięć lat. Równie istostne jest to, aby stale sprawdzać "kierunek kursu". Chodzi tu o to, aby kontrolować, czy zmierzamy w tym kierunku, który sobie obraliśmy (może się to wiązać ze zmianą dotychczasowej pracy).
Dalej Brain Tracy sugeruje, abyśmy się ciągle dokształcali. Abyśmy ocenili, w czym jesteśmy słabi i starali się te słabości eliminować. Zachęca nas również, byśmy zaczęli zarabiać na swoich atutach i byli specjalistami w jakiejś dziedzinie. Tu zgadzam się z autorem - nie można być przecież alfą i omegą we wszystkich dziedzinach. Musimy wybiegać w przyszłość. Najlepiej byłoby, gdybyśmy opisali sobie gdzieś na kartce naszą wymarzoną ścieżkę rozwoju (zawodowego), powiedzmy na 5 lat do przodu, po czym zastanowili się, co musimy zrobić, aby się właśnie tak potoczyła. Powinniśmy planować każdy dzień, tak aby dobrze, rozważnie wykorzystywać czas.
Wymienia autor kilka cech, których oczekują pracodawcy od swoich potencjalnych pracowników. Są wśród nich takie cechy, jak: inteligencja, zdolności przywódcze, prawość, lojalność, serdeczność, kompetencja, odwaga, wewnętrzna siła.
Książka ta rzeczywiście daje nam wskazówki, jak zwiększyć swoje szanse na rynku pracy. Ale wiele niuansów za bardzo pachniało mi "amerykańskim snem" o bogactwie. Wprawdzie autor pochodzi z Kanady, ale bliskość Stanów Zjednoczonych na pewno miała na to wpływ. Oprócz kilku cennych rad, przydatnych niezależnie od miejsca zamieszkania, mam wrażenie, że ciężko będzie je zaadaptować na gruncie polskim. W naszym kraju nie zmienia się pracy (oprócz dużych miast, w których co najwyżej specjaliści w określonych dziedzinach mogą sobie na to pozwolić), bo nam ona nie odpowiada. I to nie jest tak, jak twierdzi autor, że pracujemy za tyle, za ile zgodziliśmy się pracować. Pracujemy za tyle, ile jest nam w stanie zaoferować pracodawca albo... nie pracujemy wcale. Mogę się mylić, bo jestem stosunkowo młodym pracownikiem, ale obserwuję mój kraj i ludzi w nim pracujących i wiem, że teoria bardzo często rozmija się w praktyką. Dlatego było wiele momentów, w których podczas lektury tej książki zgrzytałam zębami. Bynajmniej nie z radości. Uważam, że niektóre z rad autora są cenne, jednak większość z nich nie ma przełożenia na nasze warunki. Dobrze, że przynajmniej nie próbował pan Tracy podać nam jakiejś konkretnej recepty na bogactwo, bo już całkiem zniszczyłabym sobie zęby tym zgrzytaniem... ;-)
Sami musicie ocenić, czy jest to lektura dla Was.
Sztukater.pl 2014-02-13
Zwyciężyć znaczy przeżyć. 20 lat później
Poszukiwanie sensu wspinania jest bezcelowe. […] Jest to problem zbyt złożony, zbyt indywidualny (niemal intymny), by można było sensownie i zwięźle się do niego ustosunkować, a ewentualne wyjaśnienie i tak będzie zawsze jedynie połową prawdy. Tej drugiej, ważniejszej połowy, albo sobie nie uświadamiamy, albo też nigdy publicznie jej nie ujawniamy.
Od razu przyznam – książka jest świetna. Wykracza poza schemat „jak to było na wyprawach, w których uczestniczyłem” i proponuje nieskończenie więcej – refleksyjną wędrówkę przez życie himalaisty, który swoje przeżył i swoje przemyślał. Przy okazji wiele można się z tej książki dowiedzieć o historii polskich wypraw i barwnym wspinaczkowym światku. Bo Lwow na pierwszym planie stawia ludzi, z którymi zetknął go los. Stąd cała galeria znajomych i przyjaciół związanych mniej lub bardziej z górami (raczej bardziej) ukazanych w zabawnych i inteligentnych portretach. Jak deklaruje autor – „to jest książka o nich”. Dopiero później o nim samym (co, oczywiście, należy potraktować z dużym przymrużeniem oka).
Od razu przyznam – książka jest świetna. Wykracza poza schemat „jak to było na wyprawach, w których uczestniczyłem” i proponuje nieskończenie więcej – refleksyjną wędrówkę przez życie himalaisty, który swoje przeżył i swoje przemyślał. Przy okazji wiele można się z tej książki dowiedzieć o historii polskich wypraw i barwnym wspinaczkowym światku. Bo Lwow na pierwszym planie stawia ludzi, z którymi zetknął go los. Stąd cała galeria znajomych i przyjaciół związanych mniej lub bardziej z górami (raczej bardziej) ukazanych w zabawnych i inteligentnych portretach. Jak deklaruje autor – „to jest książka o nich”. Dopiero później o nim samym (co, oczywiście, należy potraktować z dużym przymrużeniem oka).
Pewne jest jedno: od Zwyciężyć znaczy przeżyć trudno się oderwać. Przynajmniej z kilku powodów. Po pierwsze lekkie, cięte pióro autora (czasem wręcz zgryźliwie ironiczne), dawka luzu połączona z życiowym doświadczeniem i duże poczucie humoru dają esencjonalny, wyborny koktajl. Po drugie, Lwow wykracza poza jednostkowy los. Góry stanowią w tej książce jedynie punkt wyjścia do snucia ogólnoludzkich refleksji, a takiego literackiego przełożenia potrafi dokonać naprawdę niewielu. Przemyślenia autora często zmuszają do nowego spojrzenia nawet na zdawałoby się do cna wyeksploatowane tematy (choćby nieszczęsny Brad Peak, któremu Lwow poświęca kilka mądrych stron). Po trzecie, miłość do gór wyziera tu niemal z każdego akapitu. Nawet w tym Lwow-himalaista potrafi pozytywnie zaskoczyć. W czasach, kiedy liczą się tylko wielkie sportowe wyczyny, choćby najgłupsze, głosi zachwyt nad „zwykłymi” Karkonoszami i „zwyczajnymi” wędrówkami. Dla mnie jako czytelnika było to niczym ożywczy łyk tlenu na wysokościach.
Zresztą, czy można oprzeć się takiemu pisarstwu:
Ten sam człowiek, ale już nie chłopak, nie młodzieniec i nie początkujący wspinacz. Sieć drobnych zmarszczek dookoła oczu, pogłębione bruzdy na policzkach. […] Kalejdoskop wspomnień ukazujący w ogromnym skrócie pięćdziesiąt lat mojego życia, życia nierozerwalnie związanego z górami, w których Karkonosze zajmują jedno z najważniejszych miejsc. […] Piękno jest najmocniejszą, ale chyba nie najskuteczniejszą bronią, jaką dysponują góry w obronie przed człowiekiem. Kto nie umie lub nie chce uszanować i chronić tego piękna, jest zwykłym barbarzyńcą.
I last but not least, Zwyciężyć znaczy przeżyć jest książką przemyślaną w każdym szczególe. Weźmy choćby dobór fotografii. To nie są jakieś tam widoczki i piękne kadry, które mają sprawić, że książka lepiej się sprzeda (a kto ją kupi, to już insza inszość). Lwow stawia na archiwalia i bardzo starannie komponuje tekst ze zdjęciami. W niezwykły sposób podbija to wartość i dzieła, i lektury. Wystarczy czasem kilka słów przy ilustracji (odpowiedniej ilustracji), by poruszyć emocjonalną strunę u czytelnika.
Obok w tekście przeczytamy o najczęstszych przyczynach nieszczęśliwych wypadków na wysokościach, o doświadczeniu, które sprawia, że bagatelizuje się podstawowe zasady bezpieczeństwa… Tu nic nie jest przypadkowe. Myśli, zdjęcia, rysunki, podpisy – wszystko zostało logicznie skomponowane. Podkreślam to, bo coraz częściej wydaje się rzeczy byle jakie, robione na szybko, wyprane z głębszej treści. Zwyciężyć znaczy przeżyć proponuje zupełnie inną jakość.
Ta frapująca lektura przynosi wiele czytelniczej przyjemności (jeśli można tak powiedzieć, o książce traktującej w dużej mierze o śmierci). Niewielu wspinaczy ma tak dobre pióro jak Lwow i taką łatwość w przekazywaniu myśli. To książka znakomita, niegłupia, otwierająca szerokie widzenia na sprawy górskie i okołogórskie. Szczerze polecam.
Zresztą, czy można oprzeć się takiemu pisarstwu:
Ten sam człowiek, ale już nie chłopak, nie młodzieniec i nie początkujący wspinacz. Sieć drobnych zmarszczek dookoła oczu, pogłębione bruzdy na policzkach. […] Kalejdoskop wspomnień ukazujący w ogromnym skrócie pięćdziesiąt lat mojego życia, życia nierozerwalnie związanego z górami, w których Karkonosze zajmują jedno z najważniejszych miejsc. […] Piękno jest najmocniejszą, ale chyba nie najskuteczniejszą bronią, jaką dysponują góry w obronie przed człowiekiem. Kto nie umie lub nie chce uszanować i chronić tego piękna, jest zwykłym barbarzyńcą.
I last but not least, Zwyciężyć znaczy przeżyć jest książką przemyślaną w każdym szczególe. Weźmy choćby dobór fotografii. To nie są jakieś tam widoczki i piękne kadry, które mają sprawić, że książka lepiej się sprzeda (a kto ją kupi, to już insza inszość). Lwow stawia na archiwalia i bardzo starannie komponuje tekst ze zdjęciami. W niezwykły sposób podbija to wartość i dzieła, i lektury. Wystarczy czasem kilka słów przy ilustracji (odpowiedniej ilustracji), by poruszyć emocjonalną strunę u czytelnika.
Obok w tekście przeczytamy o najczęstszych przyczynach nieszczęśliwych wypadków na wysokościach, o doświadczeniu, które sprawia, że bagatelizuje się podstawowe zasady bezpieczeństwa… Tu nic nie jest przypadkowe. Myśli, zdjęcia, rysunki, podpisy – wszystko zostało logicznie skomponowane. Podkreślam to, bo coraz częściej wydaje się rzeczy byle jakie, robione na szybko, wyprane z głębszej treści. Zwyciężyć znaczy przeżyć proponuje zupełnie inną jakość.
Ta frapująca lektura przynosi wiele czytelniczej przyjemności (jeśli można tak powiedzieć, o książce traktującej w dużej mierze o śmierci). Niewielu wspinaczy ma tak dobre pióro jak Lwow i taką łatwość w przekazywaniu myśli. To książka znakomita, niegłupia, otwierająca szerokie widzenia na sprawy górskie i okołogórskie. Szczerze polecam.
gory-lektury.blogspot.com Iwona Baturo