Recenzje
Słońce jeszcze nie wzeszło. Tsunami. Fukushima
11 marca 2011 roku wielkie trzęsienie ziemi i wywołana przez nie gigantyczna fala tsunami spowodowały katastrofę w japońskiej energetyce jądrowej – zalanie i uszkodzenie elektrowni Fukushima. Była to, po ukraińskim Czarnobylu, największa katastrofa w elektrowniach atomowych na świecie. Której dalekosiężne skutki mogą okazać się od tamtej, radzieckiej, większe ze względu na nadal trwające skażenia wód morskich i gruntowych. Mimo, iż w Fukushimie nikt nie zginął oraz nie zmarł wskutek napromieniowania w ciągu dwu lat po katastrofie. Straty ekonomiczne okazały się jednak ogromne. W latach 2011 – 2012 wyłączono w Japonii wszystkie reaktory jądrowe dostarczające krajowi 70% energii elektrycznej i pod znakiem zapytania stanęła przyszłość całej energetyki atomowej. W lipcu 2012 roku uruchomiono tylko 2 spośród 50 japońskich reaktorów. I nastąpiła rzecz zdumiewająca: gospodarka nie załamała się! Ale szacunki kosztów tej awarii w ciągu najbliższych 10 lat po niej wahają się od 70 do 250 mld $, a nie wykluczone są w granicach 500 mld $.
Dla Japonii i jej społeczeństwa Fukushima stała się punktem zwrotnym porównywanym z szokiem, jakim były wybuchy bomb atomowych w Hiroszimie i Nagasaki oraz klęska cesarstwa w II wojnie światowej. Katastrofę tę oraz społeczeństwo japońskie w jej obliczu przybliża czytelnikom polskim nasz rodak mieszkający w Kraju Kwitnącej Wiśni od 10 lat, znający język, dzieje i kulturę tego kraju. Który był w Tokio w momencie tego trzęsienia ziemi oraz na żywo obserwował jego skutki.
Jest to świetnie, sugestywnie napisana relacja z daleko idącymi wnioskami. Autor w oparciu o obficie cytowane źródła przedstawia błędy jakie popełniono lokalizując elektrownię jądrową w miejscu o którym „od zawsze” wiadomo było, że jest zagrożone falami tsunami i w przeszłości było już nimi zalewane. Pisze o zaniedbaniach „krytych” przez korupcję, o metodach – z użyciem „pomocy” japońskiej mafii - yakuzy wykupywania gruntów pod inwestycje jądrowe oraz łamania oporu tych, którzy nie godzą się na sprzedaż ojcowizny.
O potentacie japońskiej energetyki atomowej, firmie TEPCO. Absurdalnym usytuowaniu NISA – głównego regulatora bezpieczeństwa energetycznego kraju, w Ministerstwie Gospodarki, Handlu i Przemysłu, które zajmuje się m.in. promocją tej energetyki. O lekceważeniu standardów bezpieczeństwa wynikającym z błędów strukturalnych, stwierdzając m.in. „Korzenie tragedii Fukushimy tkwią z samym systemie organizacji władzy.”
Szalenie ciekawe są opisy wydarzeń związanych z tą awarią, ewakuacji w pierwszych dniach ponad 80 tys. ludzi z zagrożonych terenów (w sumie, w dwa lata po tragedii, nadal ponad 150 tys. ludzi było ewakuowanych), z błędami w ocenie ich skażenia. O tym, że objęło ono 4 tys. km² tj. 8% terytorium kraju i przybrzeżne wody morskie.
Co prawda, jak stwierdza autor, przez 2 lata po katastrofie nikt nie zmarł na chorobę popromienną, ale były samobójstwa bankrutów w jej wyniku, znacznie wzrosła też śmiertelność w domach starców w odległości 20 km od uszkodzonej elektrowni. Ciekawe są opisy japońskich zwyczajów pogrzebowych i kultu przodków. Poruszające sceny rekrutacji pracowników do wykonywania czynności niebezpiecznych w uszkodzonym reaktorze.
Świetne reakcji społeczeństwa i jego mobilizacji. A także opisy najbardziej dotkniętej tragedią 6-tysięcznej osady Oma w biednej prefekturze Aomori. Z historią oporu jednej z jej mieszkanek przed sprzedażą ziemi pod budowę elektrowni. Przykładów konkretnych ludzi, ich sylwetek i postaw jest w tej książce sporo.
Podobnie jak informacji o sporach naukowców i polityków zarówno o konkretne elektrownie, jak i w ogóle przyszłość energetyki jądrowej w tym kraju, w którym praktycznie nie ma miejsc wolnych od zagrożenia trzęsieniami ziemi, a wybrzeży falami tsunami. Ze stwierdzeniami ważnymi nie tylko dla Japonii. Chociażby:„Każde urządzenie kiedyś się zepsuje, każdy człowiek kiedyś polni błąd. A kumulacja błędów może mieć (w energetyce jądrowej) nieobliczalne konsekwencje”.
Autor pisze również o pytaniach, jakie stawiają sobie obecnie Japończycy. Co dalej ma być i będzie z ich krajem, który od dobrych 20 lat przezywa marazm w gospodarce i demografii? I potrzebuje impulsu na miarę tego z 1945 roku. Czy Fukushima stanie się tego zaczynem i impulsem? Przytaczając zdanie buddyjskiego mnicha: „Po Fukushimie naród znalazł się na cywilizacyjnym rozdrożu”.
Obszernie pisząc też o dyskusjach na temat relacji między demokracją i postępem naukowym. Z pytaniami w rodzaju: Czy można forsować nowe technologie wbrew woli społeczeństwa? Książka pokazująca mało u nas znane oblicze współczesnej Japonii i jej społeczeństwa ma dla nas, Polaków, również znaczenie związane z planami budowy pierwszej w Polsce elektrowni jądrowej.
Nie leżymy co prawda na terenach sejsmicznych czy zagrożonych tsunami, ale trudno nie zgodzić się z autorem, że „każde urządzenie kiedyś się, zepsuje, każdy człowiek kiedyś popełni błąd”. Czy warto więc ryzykować? Zwłaszcza, że jak wynika z faktów przytoczonych w książce przez autora, japońska energetyka jądrowa, a zapewne – nie znam się na tym – nie tylko ona, nie jest aż tak konkurencyjna pod względem kosztów, jak się powszechnie sądzi.
Zwłaszcza, gdy uwzględni się wszystkie koszty, także awarii, co dobitnie udowodniła Fukushima, a wcześniej Czarnobyl. Przy czym głównym problemem nie są katastrofy na wielką skalę, ale, co podkreśla autor, odpady z elektrowni jądrowych, które trzeba przechowywać w specjalnych warunkach nawet przez 100 tysięcy lat. Czy i na ile – pyta – wolno nam obciążać przyszłe pokolenia takim balastem? I stawia kropkę nad i: „Jestem dziś przeciwnikiem elektrowni atomowych”.
To ważny głos w toczących się i u nas dyskusjach na ten temat. Książkę ilustrują zdjęcia tsunami i strat, jakie ono spowodowało. Zaś w jej końcowej części znajdują się najważniejsze fragmenty raportu japońskiej komisji parlamentarnej badającej katastrofę w Fukushimie. A także informacje o trzech innych raportach. Ponadto – co bardzo ważne – słowniczek użytych w książce terminów i pojęć.
„To nie tylko dobra, to wręcz fascynująca lektura. Dawno niczego tak dobrze napisanego nie czytałem” – stwierdził, co umieszczono na „skrzydełku” wewnętrznym okładki, prof. dr hab. inż. Władysław Mielczarski z Politechniki Łódzkiej i European Energy Institute. I trudno się z nim nie zgodzić.
Dla Japonii i jej społeczeństwa Fukushima stała się punktem zwrotnym porównywanym z szokiem, jakim były wybuchy bomb atomowych w Hiroszimie i Nagasaki oraz klęska cesarstwa w II wojnie światowej. Katastrofę tę oraz społeczeństwo japońskie w jej obliczu przybliża czytelnikom polskim nasz rodak mieszkający w Kraju Kwitnącej Wiśni od 10 lat, znający język, dzieje i kulturę tego kraju. Który był w Tokio w momencie tego trzęsienia ziemi oraz na żywo obserwował jego skutki.
Jest to świetnie, sugestywnie napisana relacja z daleko idącymi wnioskami. Autor w oparciu o obficie cytowane źródła przedstawia błędy jakie popełniono lokalizując elektrownię jądrową w miejscu o którym „od zawsze” wiadomo było, że jest zagrożone falami tsunami i w przeszłości było już nimi zalewane. Pisze o zaniedbaniach „krytych” przez korupcję, o metodach – z użyciem „pomocy” japońskiej mafii - yakuzy wykupywania gruntów pod inwestycje jądrowe oraz łamania oporu tych, którzy nie godzą się na sprzedaż ojcowizny.
O potentacie japońskiej energetyki atomowej, firmie TEPCO. Absurdalnym usytuowaniu NISA – głównego regulatora bezpieczeństwa energetycznego kraju, w Ministerstwie Gospodarki, Handlu i Przemysłu, które zajmuje się m.in. promocją tej energetyki. O lekceważeniu standardów bezpieczeństwa wynikającym z błędów strukturalnych, stwierdzając m.in. „Korzenie tragedii Fukushimy tkwią z samym systemie organizacji władzy.”
Szalenie ciekawe są opisy wydarzeń związanych z tą awarią, ewakuacji w pierwszych dniach ponad 80 tys. ludzi z zagrożonych terenów (w sumie, w dwa lata po tragedii, nadal ponad 150 tys. ludzi było ewakuowanych), z błędami w ocenie ich skażenia. O tym, że objęło ono 4 tys. km² tj. 8% terytorium kraju i przybrzeżne wody morskie.
Co prawda, jak stwierdza autor, przez 2 lata po katastrofie nikt nie zmarł na chorobę popromienną, ale były samobójstwa bankrutów w jej wyniku, znacznie wzrosła też śmiertelność w domach starców w odległości 20 km od uszkodzonej elektrowni. Ciekawe są opisy japońskich zwyczajów pogrzebowych i kultu przodków. Poruszające sceny rekrutacji pracowników do wykonywania czynności niebezpiecznych w uszkodzonym reaktorze.
Świetne reakcji społeczeństwa i jego mobilizacji. A także opisy najbardziej dotkniętej tragedią 6-tysięcznej osady Oma w biednej prefekturze Aomori. Z historią oporu jednej z jej mieszkanek przed sprzedażą ziemi pod budowę elektrowni. Przykładów konkretnych ludzi, ich sylwetek i postaw jest w tej książce sporo.
Podobnie jak informacji o sporach naukowców i polityków zarówno o konkretne elektrownie, jak i w ogóle przyszłość energetyki jądrowej w tym kraju, w którym praktycznie nie ma miejsc wolnych od zagrożenia trzęsieniami ziemi, a wybrzeży falami tsunami. Ze stwierdzeniami ważnymi nie tylko dla Japonii. Chociażby:„Każde urządzenie kiedyś się zepsuje, każdy człowiek kiedyś polni błąd. A kumulacja błędów może mieć (w energetyce jądrowej) nieobliczalne konsekwencje”.
Autor pisze również o pytaniach, jakie stawiają sobie obecnie Japończycy. Co dalej ma być i będzie z ich krajem, który od dobrych 20 lat przezywa marazm w gospodarce i demografii? I potrzebuje impulsu na miarę tego z 1945 roku. Czy Fukushima stanie się tego zaczynem i impulsem? Przytaczając zdanie buddyjskiego mnicha: „Po Fukushimie naród znalazł się na cywilizacyjnym rozdrożu”.
Obszernie pisząc też o dyskusjach na temat relacji między demokracją i postępem naukowym. Z pytaniami w rodzaju: Czy można forsować nowe technologie wbrew woli społeczeństwa? Książka pokazująca mało u nas znane oblicze współczesnej Japonii i jej społeczeństwa ma dla nas, Polaków, również znaczenie związane z planami budowy pierwszej w Polsce elektrowni jądrowej.
Nie leżymy co prawda na terenach sejsmicznych czy zagrożonych tsunami, ale trudno nie zgodzić się z autorem, że „każde urządzenie kiedyś się, zepsuje, każdy człowiek kiedyś popełni błąd”. Czy warto więc ryzykować? Zwłaszcza, że jak wynika z faktów przytoczonych w książce przez autora, japońska energetyka jądrowa, a zapewne – nie znam się na tym – nie tylko ona, nie jest aż tak konkurencyjna pod względem kosztów, jak się powszechnie sądzi.
Zwłaszcza, gdy uwzględni się wszystkie koszty, także awarii, co dobitnie udowodniła Fukushima, a wcześniej Czarnobyl. Przy czym głównym problemem nie są katastrofy na wielką skalę, ale, co podkreśla autor, odpady z elektrowni jądrowych, które trzeba przechowywać w specjalnych warunkach nawet przez 100 tysięcy lat. Czy i na ile – pyta – wolno nam obciążać przyszłe pokolenia takim balastem? I stawia kropkę nad i: „Jestem dziś przeciwnikiem elektrowni atomowych”.
To ważny głos w toczących się i u nas dyskusjach na ten temat. Książkę ilustrują zdjęcia tsunami i strat, jakie ono spowodowało. Zaś w jej końcowej części znajdują się najważniejsze fragmenty raportu japońskiej komisji parlamentarnej badającej katastrofę w Fukushimie. A także informacje o trzech innych raportach. Ponadto – co bardzo ważne – słowniczek użytych w książce terminów i pojęć.
„To nie tylko dobra, to wręcz fascynująca lektura. Dawno niczego tak dobrze napisanego nie czytałem” – stwierdził, co umieszczono na „skrzydełku” wewnętrznym okładki, prof. dr hab. inż. Władysław Mielczarski z Politechniki Łódzkiej i European Energy Institute. I trudno się z nim nie zgodzić.
GLOBTROTER INFO Cezary Rudziński, 2014-02-14
PRo-MOC-ja. Reklama i public relations w małej firmie
Dziś już nie tylko duże firmy, ale także te najmniejsze muszą dbać o swój wizerunek i reklamę. Marcin Pietraszek podpowiada, jak to zrobić, kiedy dysponuje się niewielkim budżetem i skromną ilością czasu.
Skuteczna promocja małej firmy jest dziś łatwiejsza niż kiedykolwiek, ale to nie oznacza, że działając przypadkowo, chaotycznie i podpierając się obiegowymi „mądrościami”, można osiągnąć jakikolwiek sukces. Przy silnej konkurencji nie wystarczy założyć stronę internetową czy wykupić reklamę na billboardzie– trzeba też wiedzieć, w jaki sposób przykuć uwagę mediów oraz jak wykorzystać nowoczesne narzędzia, by koszty promocji nie okazały się wyższe od zysku, jaki przedsiębiorca zamierza dzięki niej osiągnąć.
Marcin Pietraszek bierze pod lupę powszechne mity, takie jak te, że „Facebook nie sprzedaje”, „sprzedać można wszystko”, albo że dla firmy „liczą się tylko pozytywne opinie”. Następnie pokazuje, jak korzystać z takich narzędzi jak np. Google AdWords, Forsquare, czy Facebook, by stały się skuteczną bronią w walce o wyższą sprzedaż i starannie wykreowany wizerunek.
Jeśli dodamy do tego najnowsze trendy, takie jak geolokalizacja, grywalizacja lub inbound marketing, uzyskamy ogromną paletę możliwości dotarcia do klientów z wymarzonej grupy docelowej. Autor omawia również tradycyjne metody działań promocyjnych i zachęca, by w erze nowych technologii nie zapominać o dobrze sprawdzonych rozwiązaniach, takich jak ulotki i ogłoszenia prasowe. „PRo-MOC-ja” w przystępny i poparty wieloma przykładami sposób pokazuje, w jaki sposób promować swoją firmę w XXI wieku, bez ponoszenia przy tym nieracjonalnie wysokich kosztów.
W swojej najnowszej książce Marcin Pietraszek po raz kolejny daje się poznać jako specjalista od małych i średnich przedsiębiorstw. Teorie i narzędzia stosowane zazwyczaj w dużej skali, uczy stosować w najmniejszych firmach. Wraz z poprzednimi tytułami „Sprytny biznes. Załóż i rozwijaj małą firmę w Polsce” oraz „Twój pierwszy pracownik. Zatrudniaj w małej firmie w Polsce”, „PRo-MOC-ja. Reklama i public relations w małej firmie” może stanowić kompendium wiedzy zarówno dla twórców startupów, jak i dla przedsiębiorców działających od dawna, ale chcących poprawić jakość zarządzania oraz wzmocnić swoją rynkową pozycję.
Skuteczna promocja małej firmy jest dziś łatwiejsza niż kiedykolwiek, ale to nie oznacza, że działając przypadkowo, chaotycznie i podpierając się obiegowymi „mądrościami”, można osiągnąć jakikolwiek sukces. Przy silnej konkurencji nie wystarczy założyć stronę internetową czy wykupić reklamę na billboardzie– trzeba też wiedzieć, w jaki sposób przykuć uwagę mediów oraz jak wykorzystać nowoczesne narzędzia, by koszty promocji nie okazały się wyższe od zysku, jaki przedsiębiorca zamierza dzięki niej osiągnąć.
Marcin Pietraszek bierze pod lupę powszechne mity, takie jak te, że „Facebook nie sprzedaje”, „sprzedać można wszystko”, albo że dla firmy „liczą się tylko pozytywne opinie”. Następnie pokazuje, jak korzystać z takich narzędzi jak np. Google AdWords, Forsquare, czy Facebook, by stały się skuteczną bronią w walce o wyższą sprzedaż i starannie wykreowany wizerunek.
Jeśli dodamy do tego najnowsze trendy, takie jak geolokalizacja, grywalizacja lub inbound marketing, uzyskamy ogromną paletę możliwości dotarcia do klientów z wymarzonej grupy docelowej. Autor omawia również tradycyjne metody działań promocyjnych i zachęca, by w erze nowych technologii nie zapominać o dobrze sprawdzonych rozwiązaniach, takich jak ulotki i ogłoszenia prasowe. „PRo-MOC-ja” w przystępny i poparty wieloma przykładami sposób pokazuje, w jaki sposób promować swoją firmę w XXI wieku, bez ponoszenia przy tym nieracjonalnie wysokich kosztów.
W swojej najnowszej książce Marcin Pietraszek po raz kolejny daje się poznać jako specjalista od małych i średnich przedsiębiorstw. Teorie i narzędzia stosowane zazwyczaj w dużej skali, uczy stosować w najmniejszych firmach. Wraz z poprzednimi tytułami „Sprytny biznes. Załóż i rozwijaj małą firmę w Polsce” oraz „Twój pierwszy pracownik. Zatrudniaj w małej firmie w Polsce”, „PRo-MOC-ja. Reklama i public relations w małej firmie” może stanowić kompendium wiedzy zarówno dla twórców startupów, jak i dla przedsiębiorców działających od dawna, ale chcących poprawić jakość zarządzania oraz wzmocnić swoją rynkową pozycję.
Magdalena Skowrońska, 2014-02-15
Redesign The Web. Smashing Magazine
Znów się udało. Tak w skrócie można powiedzieć o najnowszej* produkcji społeczności Smashing Magazine, czyli książce Redesign The Web. Po raz kolejny w nasze ręce trafia lektura, której głównym zadaniem jest przedstawienie trendów aktualnie panujących w sieci, uzupełnionych o doświadczenie i wiedzę ekspercką.
Jak zwykle w przypadku Smashing Book mamy do czynienia z kompilacją różnych artykułów, której pojawiły się wcześniej na blogu. Tym razem autorzy skupiają się na aspekcie przeprojektowania, czyli czymś co czeka każdą szanującą się witrynę po kilku latach jej bytowania w globalnej sieci. Na wstępie wszystko to wygląda bardzo ciekawie, ale o tym jak to wyszło w praktyce, postaram się Wam powiedzieć w dalszej części recenzji.
Dla kogo jest ta książka?
Na początek warto określić kto jest głównym odbiorcą tej pozycji. W tym przypadku będą to głównie projektanci witryn oraz frontendowcy, którzy w wymierny sposób mają wpływ na ostateczny wygląd witryny i na co dzień korzystają z HTMLa, CSS oraz JavaScript. Nie będę w tym przypadku wprowadzał rozgraniczenia na poziom zaawansowania - prawda jest taka, że najnowszy Smashing Book to swoisty koktajl, przekrój tego co jest modne w dzisiejszej sieci.
Innymi słowy, jeśli starasz się nadążać za obecnymi trendami, to w tej książce znajdziesz ich szybką kompilację, którą warto sobie przypomnieć przed realizacją kolejnego dużego projektu. Jeśli natomiast trochę "zardzewiałeś" w tematach sieci (np. zmuszali Cię w pracy do tworzenia korporacyjnych witryn pod jedyną słuszną przeglądarkę IE6), to pozycja ta pozwoli Ci pokochać sieć na nowo, odkrywając przed Tobą bogactwo obecnych możliwości.
Oczywiście wszyscy początkujący również mile widziani - z pewnością Wy jak zawsze wyniesiecie najwięcej z lektury.
Zawartość
Polska edycja Smashing Book 3 to piękne, w pełni kolorowe wydanie. Rzadko spotyka się na naszym rynku książkę techniczną wydaną w ten sposób. Na 336 stronach znajdziecie bogatą kolekcję tematów z zakresu projektowania i tworzenia witryn, które skumulowano w 9 tematycznych rozdziałach.
Oprócz tematów stricte technicznych, znajdziecie tutaj również kilka kwestii bardziej teoretycznych. Oczywiście nie oznacza to, że te tematy są jakieś gorsze. Dla przykładu możecie przeczytać np. o tym kiedy rzeczywiście warto stworzyć witrynę od nowa, a kiedy lepiej skupić się na metodzie małych kroczków i przeprowadzać stopniową refaktoryzację wybranych modułów. Oczywiście nietrudno się domyślić, że na takim kompleksowym podejściu do tematu, najbardziej skorzystają freelancerzy (przy okazji polecam moją recenzję książki Podręcznik freelancera o zbliżonej tematyce), którzy zarówno prowadzą rozmowy z klientem jak i tworzą frontend oraz backend.
Oryginalne wydanie Redesign The Web pojawiło się w 2012 roku, więc od tego czasu w sieci niestety zaszło trochę zmian. Oczywiście nie ma to wielkiego wpływu na rozdziały bardziej teoretyczne, ale sprawy mają się trochę gorzej w przypadku rozdziałów praktycznych. Dla przykładu, wymieniany w książce znacznik time wypadł już ze specyfikacji. Zmiany dotknęły również przeglądarki Opera, która porzuciła swój engine renderujący strony (w książce wciąż odwołują się do prefiksu -o). Trudno tu mieć o to do kogokolwiek pretensje (cykl wydawniczy robi swoje), ale wolę uprzejmie o takich faktach uprzedzić, ponieważ te zagadnienia w mniejszym, lub większym stopniu dotykają każdej wydawanej na naszym rynku książki.
Sporadycznie pojawiają się również delikatne błędy merytoryczne. Np. w sekcji o CSS wymiennie używane jest słownictwo font/czcionka, mimo że w w praktyce to nie są synonimy.
Podsumowanie
Wbrew moim powyższym niektórym uwagom, Redesign The Web to bardzo przyjemna lektura, z której można dowiedzieć się sporo ciekawych rzeczy, z różnych obszarów projektowania stron WWW. Oczywiście multum zagadnień prowadzi do tego, że niektóre tematy trzeba będzie pogłębić w innych miejscach, ale w dzisiejszych czasach nie powinno to być wielkim problemem.
Ogromnym plusem książki jest fakt, że tworzy ją społeczność z bogatym doświadczeniem. Większość z autorów posiada swoje firmy, witryny, tudzież blogi, gdzie już wcześniej zastosowali opisywane w książce techniki.
Na plus trzeba również zaliczyć bardzo ładne wydanie. Śliski papier, pełen kolor i bardzo ładne fonty, aż chce się czytać tak przygotowaną książkę!
Jak zwykle w przypadku Smashing Book mamy do czynienia z kompilacją różnych artykułów, której pojawiły się wcześniej na blogu. Tym razem autorzy skupiają się na aspekcie przeprojektowania, czyli czymś co czeka każdą szanującą się witrynę po kilku latach jej bytowania w globalnej sieci. Na wstępie wszystko to wygląda bardzo ciekawie, ale o tym jak to wyszło w praktyce, postaram się Wam powiedzieć w dalszej części recenzji.
Dla kogo jest ta książka?
Na początek warto określić kto jest głównym odbiorcą tej pozycji. W tym przypadku będą to głównie projektanci witryn oraz frontendowcy, którzy w wymierny sposób mają wpływ na ostateczny wygląd witryny i na co dzień korzystają z HTMLa, CSS oraz JavaScript. Nie będę w tym przypadku wprowadzał rozgraniczenia na poziom zaawansowania - prawda jest taka, że najnowszy Smashing Book to swoisty koktajl, przekrój tego co jest modne w dzisiejszej sieci.
Innymi słowy, jeśli starasz się nadążać za obecnymi trendami, to w tej książce znajdziesz ich szybką kompilację, którą warto sobie przypomnieć przed realizacją kolejnego dużego projektu. Jeśli natomiast trochę "zardzewiałeś" w tematach sieci (np. zmuszali Cię w pracy do tworzenia korporacyjnych witryn pod jedyną słuszną przeglądarkę IE6), to pozycja ta pozwoli Ci pokochać sieć na nowo, odkrywając przed Tobą bogactwo obecnych możliwości.
Oczywiście wszyscy początkujący również mile widziani - z pewnością Wy jak zawsze wyniesiecie najwięcej z lektury.
Zawartość
Polska edycja Smashing Book 3 to piękne, w pełni kolorowe wydanie. Rzadko spotyka się na naszym rynku książkę techniczną wydaną w ten sposób. Na 336 stronach znajdziecie bogatą kolekcję tematów z zakresu projektowania i tworzenia witryn, które skumulowano w 9 tematycznych rozdziałach.
Oprócz tematów stricte technicznych, znajdziecie tutaj również kilka kwestii bardziej teoretycznych. Oczywiście nie oznacza to, że te tematy są jakieś gorsze. Dla przykładu możecie przeczytać np. o tym kiedy rzeczywiście warto stworzyć witrynę od nowa, a kiedy lepiej skupić się na metodzie małych kroczków i przeprowadzać stopniową refaktoryzację wybranych modułów. Oczywiście nietrudno się domyślić, że na takim kompleksowym podejściu do tematu, najbardziej skorzystają freelancerzy (przy okazji polecam moją recenzję książki Podręcznik freelancera o zbliżonej tematyce), którzy zarówno prowadzą rozmowy z klientem jak i tworzą frontend oraz backend.
Oryginalne wydanie Redesign The Web pojawiło się w 2012 roku, więc od tego czasu w sieci niestety zaszło trochę zmian. Oczywiście nie ma to wielkiego wpływu na rozdziały bardziej teoretyczne, ale sprawy mają się trochę gorzej w przypadku rozdziałów praktycznych. Dla przykładu, wymieniany w książce znacznik time wypadł już ze specyfikacji. Zmiany dotknęły również przeglądarki Opera, która porzuciła swój engine renderujący strony (w książce wciąż odwołują się do prefiksu -o). Trudno tu mieć o to do kogokolwiek pretensje (cykl wydawniczy robi swoje), ale wolę uprzejmie o takich faktach uprzedzić, ponieważ te zagadnienia w mniejszym, lub większym stopniu dotykają każdej wydawanej na naszym rynku książki.
Sporadycznie pojawiają się również delikatne błędy merytoryczne. Np. w sekcji o CSS wymiennie używane jest słownictwo font/czcionka, mimo że w w praktyce to nie są synonimy.
Podsumowanie
Wbrew moim powyższym niektórym uwagom, Redesign The Web to bardzo przyjemna lektura, z której można dowiedzieć się sporo ciekawych rzeczy, z różnych obszarów projektowania stron WWW. Oczywiście multum zagadnień prowadzi do tego, że niektóre tematy trzeba będzie pogłębić w innych miejscach, ale w dzisiejszych czasach nie powinno to być wielkim problemem.
Ogromnym plusem książki jest fakt, że tworzy ją społeczność z bogatym doświadczeniem. Większość z autorów posiada swoje firmy, witryny, tudzież blogi, gdzie już wcześniej zastosowali opisywane w książce techniki.
Na plus trzeba również zaliczyć bardzo ładne wydanie. Śliski papier, pełen kolor i bardzo ładne fonty, aż chce się czytać tak przygotowaną książkę!
altcontroldelete.pl Jerzy Piechowiak, 2014-02-16
Barszcz ukraiński
Opowieść Piotra Pogorzelskiego o Ukrainie jest w obliczu niedawnych wydarzeń coraz bardzie aktualna. Oligarchowie, stosunki z Polakami i Rosją oraz kultura i ciążąca historia – to tylko niektóre z elementów czyniących ukraiński barszcz zupą trudną do ogarnięcia.
Pisze autor, że ukraiński system to zmutowane ZSRR i w niedalekiej przyszłości trudno patrzeć rewolucji, która zmieni tam klimat o 360 stopni. Widać to wyraźnie w kolejnych wejściach z protestującego Majdanu i wieści z ukraińskiego parlamentu.
Korespondent Polskiego Radia w Kijowie o swoich wrażeniach umie pisać zarówno poważnie jak i z przymrużeniem oka. Kiedy wybiera lokum dla siebie ma do wyboru albo mieszkanie z meblami z czasów ZSRR, albo meble z lat 90′ lub też mieszkania dla nowobogackich. W radiu słychać przede wszystkim rosyjskie popsa i szanson, a w księgarniach królują rosyjskie wydawnictwa.
Pogorzelski w swojej opowieści nie pomija nikogo. Jest typowy dzień Kowalskiego na Ukrainie, są oligarchowie z władzą i chęcią zagrabienia wszystkiego, co przynosi zysk. Jest korupcja na skalę masową i jej pozytywne (sic!) skutki. Autor ciekawie opisuje rynek książki, na którym w 2011 roku pojawiło się 65 przetłumaczonych tytułów polskich autorów a ebooki nie mają szans na zaistnienie. Przyczyną – masowe piractwo.
Korespondent Polskiego Radia pokazuje Ukrainę, jakiej nie zobaczymy w telewizji – szczególnie ukraińskiej. Oferta państwowych kanałów nie przyciąga nawet najbardziej popierających władzę. Z kolei telewizja prywatna nie naraża się władzy i … mamy w kółko Macieju.
Ten ciekawy obraz pióra Pogorzelskiego pozwala zrozumieć obecne nastroje i prognozować przyszłość Ukrainy nie bawiąc się w prymitywne i nietrafione wróżenie z fusów. Potężny wpływ Rosji widać i jeszcze długo będzie się go odczuwać.
Stuprocentowe reporterskie mięso popijane czystym spirytusem. Polecam.
Pisze autor, że ukraiński system to zmutowane ZSRR i w niedalekiej przyszłości trudno patrzeć rewolucji, która zmieni tam klimat o 360 stopni. Widać to wyraźnie w kolejnych wejściach z protestującego Majdanu i wieści z ukraińskiego parlamentu.
Korespondent Polskiego Radia w Kijowie o swoich wrażeniach umie pisać zarówno poważnie jak i z przymrużeniem oka. Kiedy wybiera lokum dla siebie ma do wyboru albo mieszkanie z meblami z czasów ZSRR, albo meble z lat 90′ lub też mieszkania dla nowobogackich. W radiu słychać przede wszystkim rosyjskie popsa i szanson, a w księgarniach królują rosyjskie wydawnictwa.
Pogorzelski w swojej opowieści nie pomija nikogo. Jest typowy dzień Kowalskiego na Ukrainie, są oligarchowie z władzą i chęcią zagrabienia wszystkiego, co przynosi zysk. Jest korupcja na skalę masową i jej pozytywne (sic!) skutki. Autor ciekawie opisuje rynek książki, na którym w 2011 roku pojawiło się 65 przetłumaczonych tytułów polskich autorów a ebooki nie mają szans na zaistnienie. Przyczyną – masowe piractwo.
Korespondent Polskiego Radia pokazuje Ukrainę, jakiej nie zobaczymy w telewizji – szczególnie ukraińskiej. Oferta państwowych kanałów nie przyciąga nawet najbardziej popierających władzę. Z kolei telewizja prywatna nie naraża się władzy i … mamy w kółko Macieju.
Ten ciekawy obraz pióra Pogorzelskiego pozwala zrozumieć obecne nastroje i prognozować przyszłość Ukrainy nie bawiąc się w prymitywne i nietrafione wróżenie z fusów. Potężny wpływ Rosji widać i jeszcze długo będzie się go odczuwać.
Stuprocentowe reporterskie mięso popijane czystym spirytusem. Polecam.
ksiazka-online.pl Tomasz Albecki, 2014-02-15
Barszcz ukraiński
Piotr Pogorzelski – korespondent polskiego radia w Kijowie. Ukończył Instytut Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego oraz studia wschodnie. Krajami byłego ZSRR interesuje się od czasów licealnych.
Co to takiego barszcz ukraiński ,chyba każdy z nas wie, od dzieciństwa w przedszkolu, w szkole czy też w domu podawano nam tak nazywaną zupę. Tylko, ze niestety ile zup tyle przepisów i smaków., a do prawdziwego barszczu ukraińskiego daleko. Czyli powstaje taki kuchenny mirsz marsz , który z pierwowzorem nie ma nic wspólnego. Tak samo jest z naszym wyobrażeniem o Ukrainie. Wydaje nam się, że mamy o niej spore wiadomości, a w rezultacie przy bliższym sprawdzeniu wychodzi już nam, że niekoniecznie. Pierwsze – pojęcie wielkości jej obszaru, Ukraina ma prawie dwa razy więcej kilometrów powierzchni niż Polska , a liczba mieszkańców wynosi 45 495 000 osób (dane z 1 maja 2013 roku). W samym Kijowie mieszka prawie 4 milionów ludzi. Występuje jednak ogromna śmiertelność w związku z czym ogromnym szacunkiem otacza się dzieci. Dobrze jest organizowana opieka społeczna jak i system szkolnictwa. Samo becikowe wynosi na nasze około 12 tysięcy złotych na pierwsze dziecko. Większość Ukraińców mieszka w miastach (70 procent) , znajduje się ich tam aż pięć tzw. milionników (gdzie przekroczono milion mieszkańców) w tym Kijów, Charków, Donieck czy Dniepropietrowsk, niewiele mniejsze są Zaporoże i Lwów. W rankingach wartości istotnych dla Ukraińców na pierwszych miejscach znajdują się zdrowie, rodzina, dzieci i dobrobyt. Warunkiem sukcesu są dla nich wpływowi członkowi rodziny ( wskazywało na nich 46,5 procent badanych) a zaufanie do władz jest właściwie minimalne. Takich statystycznych danych przytacza autor sporo, lecz są one niezbędne do wyobrażenia sobie przez czytelnika wielkości Ukrainy, czy tez życia w niej. Książka jest ogromnie dopracowana i zawiera tematy zarówno dotyczące spraw codziennych jak i gospodarczych czy politycznych. Spory rozdział został poświęcony religii. Ukazana jest w nim wielowyznaniowość Litwinów. Poprzez prawosławie, katolicyzm, kościoły greckokatolickie, wielka różnorodność zwłaszcza widoczna w architekturze, jak i w obchodach i zwyczajach świątecznych. Kibicom piłki nożnej na pewno spodoba się rozdział poświęcony Euro 2012. Dowiemy się jak wyglądały przygotowania, negocjacje, jakie nadzieje związane z tym wydarzeniem mieli mieszkańcy Ukrainy, kto pokrywał koszty budowy stadionów oraz jak obecnie są one wykorzystywane. Będzie o wielkich pieniądzach, firmach budowlanych i korupcji. O urodzie Ukrainek, modzie, drogich sklepach i coraz bardziej aktywnej turystyce.
„Barszcz ukraiński” czyta się bez trudu, napisany jest w sposób przystępny dla całkowitego laika w wielu sprawach, jakim ja osobiście byłam. Mało co wiedziałam o naszym granicznym sąsiedzie, lecz pan Piotr Pogorzelski świetnie z moimi brakami sobie poradził. Szkoda tylko, że jak słusznie zauważa, dla Polaków właściwie nie istnieją pozytywne skojarzenia związane z Ukrainą. Czemu dominują negatywne stereotypy, skąd one się wzięły stara się dokładnie wyjaśnić i w delikatny sposób spróbować obalić. Czytelnik sam ma ocenić pewne rzeczy, zapoznawszy się z rzeczywistością taką, jaka ona jest. Mnie przedstawienie tak sprawy bardzo się podoba.
Książkę zdecydowanie polecam, nie tylko tym co uwielbiają reportaże, ale wszystkim tym, którym ich wiedza o Ukrainie wydaje się niekompletna, zwłaszcza w zaistniałej, trudnej tam w tej chwili sytuacji politycznej.
Co to takiego barszcz ukraiński ,chyba każdy z nas wie, od dzieciństwa w przedszkolu, w szkole czy też w domu podawano nam tak nazywaną zupę. Tylko, ze niestety ile zup tyle przepisów i smaków., a do prawdziwego barszczu ukraińskiego daleko. Czyli powstaje taki kuchenny mirsz marsz , który z pierwowzorem nie ma nic wspólnego. Tak samo jest z naszym wyobrażeniem o Ukrainie. Wydaje nam się, że mamy o niej spore wiadomości, a w rezultacie przy bliższym sprawdzeniu wychodzi już nam, że niekoniecznie. Pierwsze – pojęcie wielkości jej obszaru, Ukraina ma prawie dwa razy więcej kilometrów powierzchni niż Polska , a liczba mieszkańców wynosi 45 495 000 osób (dane z 1 maja 2013 roku). W samym Kijowie mieszka prawie 4 milionów ludzi. Występuje jednak ogromna śmiertelność w związku z czym ogromnym szacunkiem otacza się dzieci. Dobrze jest organizowana opieka społeczna jak i system szkolnictwa. Samo becikowe wynosi na nasze około 12 tysięcy złotych na pierwsze dziecko. Większość Ukraińców mieszka w miastach (70 procent) , znajduje się ich tam aż pięć tzw. milionników (gdzie przekroczono milion mieszkańców) w tym Kijów, Charków, Donieck czy Dniepropietrowsk, niewiele mniejsze są Zaporoże i Lwów. W rankingach wartości istotnych dla Ukraińców na pierwszych miejscach znajdują się zdrowie, rodzina, dzieci i dobrobyt. Warunkiem sukcesu są dla nich wpływowi członkowi rodziny ( wskazywało na nich 46,5 procent badanych) a zaufanie do władz jest właściwie minimalne. Takich statystycznych danych przytacza autor sporo, lecz są one niezbędne do wyobrażenia sobie przez czytelnika wielkości Ukrainy, czy tez życia w niej. Książka jest ogromnie dopracowana i zawiera tematy zarówno dotyczące spraw codziennych jak i gospodarczych czy politycznych. Spory rozdział został poświęcony religii. Ukazana jest w nim wielowyznaniowość Litwinów. Poprzez prawosławie, katolicyzm, kościoły greckokatolickie, wielka różnorodność zwłaszcza widoczna w architekturze, jak i w obchodach i zwyczajach świątecznych. Kibicom piłki nożnej na pewno spodoba się rozdział poświęcony Euro 2012. Dowiemy się jak wyglądały przygotowania, negocjacje, jakie nadzieje związane z tym wydarzeniem mieli mieszkańcy Ukrainy, kto pokrywał koszty budowy stadionów oraz jak obecnie są one wykorzystywane. Będzie o wielkich pieniądzach, firmach budowlanych i korupcji. O urodzie Ukrainek, modzie, drogich sklepach i coraz bardziej aktywnej turystyce.
„Barszcz ukraiński” czyta się bez trudu, napisany jest w sposób przystępny dla całkowitego laika w wielu sprawach, jakim ja osobiście byłam. Mało co wiedziałam o naszym granicznym sąsiedzie, lecz pan Piotr Pogorzelski świetnie z moimi brakami sobie poradził. Szkoda tylko, że jak słusznie zauważa, dla Polaków właściwie nie istnieją pozytywne skojarzenia związane z Ukrainą. Czemu dominują negatywne stereotypy, skąd one się wzięły stara się dokładnie wyjaśnić i w delikatny sposób spróbować obalić. Czytelnik sam ma ocenić pewne rzeczy, zapoznawszy się z rzeczywistością taką, jaka ona jest. Mnie przedstawienie tak sprawy bardzo się podoba.
Książkę zdecydowanie polecam, nie tylko tym co uwielbiają reportaże, ale wszystkim tym, którym ich wiedza o Ukrainie wydaje się niekompletna, zwłaszcza w zaistniałej, trudnej tam w tej chwili sytuacji politycznej.
jezyna122.blogspot.com Małgorzata Pyzik, 2014-02-12