ODBIERZ TWÓJ BONUS :: »

Recenzje

Świadomy inwestor. Odkrywanie ukrytego potencjału spółki

Świat inwestorów jest podzielony między fundamentalistów i zwolenników analizy technicznej. Pierwsi przekonani są o niezawodności stosowanych metod wyceny aktywów, w szczególności zaś - metody zdyskontowanych przepływów pieniężnych (DCF), najpopularniejszej i najczęściej w ostatnim czasie stosowanej. Druga grupa odrzuca analizę sprawozdań finansowych (przede wszystkim rachunku przepływów pieniężnych) na rzecz analizy wykresu, wyznaczania trendu na rynku i silnych poziomów oporu i wsparcia.

Wszystko jest warte tyle, ile kupujący jest gotów za to zapłacić - powiedział Publiusz Syriusz w I wieku p.n.e. Czy to oznacza, że fundamentaliści z absolutną pewnością potrafią ocenić wartość konkretnego waloru Być może korzystający z analizy technicznej mają rację, że oparcie wniosków na danych historycznych prowadzi do sukcesu na rynku.

Na cenę akcji wpływa wiele czynników, które wiązać należy z jednej strony z wynikiem finansowym przedsiębiorstwa (analiza sprawozdania finansowego), z drugiej zaś - z emocjami na rynku, sentymentem jego uczestników i ogólnym nastrojem. Zarówno analiza techniczna, jak i fundamentalna ma silne i słabe strony. Obie też zawierają w sobie pierwiastek subiektywny, który sprawia, że żadna z nich nie daje absolutnej pewności odnośnie rzeczywistej wartości rynkowej danego waloru, ani jednoznacznej wskazówki, w którą stronę zmieni się jego cena - wzrośnie czy spadnie.

Paweł Zaremba-Śmietański w książce „Świadomy inwestor. Odkrywanie ukrytego potencjału spółki™ udowadnia, że na wartość na rynku należy spojrzeć w sposób kompleksowy, zarówno od strony fundamentów (stosowanie wyceny, np. opartej na przepływach pieniężnych, metody mnożnikowej, majątkowej czy mało popularnej w Polsce - opcji rzeczywistych), jak i analizy technicznej, która pozwala śledzić ogólne nastroje na rynku i z pewnym prawdopodobieństwem przewidywać potencjalne, możliwe na rynku zachowania inwestorów.

Na rynku panuje swoisty zamęt, nawet jeśli chodzi 0 formalne określenie podstawowych pojęć. Często mylona jest inwestycja (osiągnięcie korzyści ekonomicznych) ze spekulacją (bazowanie na odsprzedaży posiadanych aktywów z zyskiem), wartość z wyceną, itp. Wyjątkowo często słyszy się, że z rynkiem jest „coś nie tak". Jak podkreśla autor książki - wiara w jedną metodę wyceny, czy wyłącznie w poziomy oporu i wsparcia jest błędem i zwykle prowadzi do błędnych decyzji inwestycyjnych. Nie ma obiektywnych, dokładnych 1 uniwersalnych wycen, o czym przeświadczeni są fundamentaliści. Każda wycena jest zawsze subiektywna - pytanie lylko jak bardzo i w którą stronę. Na cenę ma wpływ cała gama bezpośrednich i pośrednich czynników. Paweł Zaremba-Śmietański zwraca uwagę na najważniejsze z nich. Zestawienie jest wyjątkowo przydatne z perspektywy inwestora. Autor połączył dwa obozy, nie wartościując żadnego z nich. Rozważny inwestor czerpie z każdej grupy, wybiera to co najlepsze i na podstawie tak stworzonego systemu podejmuje decyzje inwestycyjne. Wynika z tego jednak, podstawowa zależność - nie podąża za tłumem, a wręcz przeciwnie - stara się być na czele grupy. Problem z rynkiem nie wynika w prostej linii z trudności jakie na nim spotkamy, a jedynie z jednostronnej wizji działających na nim mechanizmów i tendencyjnego podejścia do stosowanych wycen. Rynek ma się świetnie, tak jak inwestor, który widzi coś więcej niż wyłącznie metodę DCF i linie wsparcia.
MIESIĘCZNIK KAPITAŁOWY BB, 2014-03-01

Zjadłem Marco Polo. Kirgistan, Tadżykistan, Afganistan, Chiny

Miłością życia Krzysztofa Samborskiego jest Azja Centralna. Od ponad dwóch dekad podróżuje po Kirgistanie, Tadżykistanie, Afganistanie i Chinach. Urzekły go dzikie i autentyczne krajobrazy, ludzie i ich surowe życie. Opisując swoje przeżycia i przygody, autor zachęca do wyruszenia we własną podróż śladami Marco Polo.
FOCUS 2014-04-01

Zjadłem Marco Polo. Kirgistan, Tadżykistan, Afganistan, Chiny

Myślałem, że tytuł książki to oczywisty żart, jakaś przenośnia, ale Krzysztof Samborski naprawdę zjadł Marco Polo. Warto przeczytać chociażby po to, żeby dowiedzieć się jak smakował.

Afganistan, Tadżykistan, Kirgistan i Chiny – wielu miałoby pewnie problem, żeby wskazać te państwa na mapie, jeszcze więcej, żeby wymienić ich stolice. A coś więcej? W Afganie wojna, gdzieś tam w okolicy powinny się piętrzyć jakieś siedmiotysięczniki, a ogólnie to na pewno bieda aż piszczy. Dla większości z nas Azja Środkowa jest efemeryczną stertą kamieni. Dla Krzysztofa Samborskiego, który motocyklem przemierzył te tereny nie raz, to podróżniczy chleb powszedni.

Książka Sambora nie jest co prawda reportażem, ale autor zdradza pewne ciągoty w kierunku tego gatunku. Sam definiuje siebie jako już nie turystę- jeszcze nie podróżnika i opisywana książka też zdaje się być zawieszona między tymi dwoma światami. Z jednej strony mamy sporo odniesień do historii, ukłonów w stronę pionierów przemierzających szlaki Azji Środkowej. Z drugiej, „Zjadłem Marco Polo” dostarcza solidną dawkę dobrej literatury podróżniczej, historii o kolejnych awariach i negocjacjach z pogranicznikami, trudach podróży i niesamowitych krajobrazach. W książce brakuje pogłębionych opisów ludzi spotkanych w drodze. Samborski nie jest reporterem, podróżuje, kiedy dostanie urlop w pracy. Ale to dzięki temu jego książka może stać się inspiracją dla zwykłego czytelnika, który sięga po „Zjadłem…” po ośmiogodzinnej pracy za biurkiem.

Literatura podróżnicza przeszła długą drogę i książka Samborskiego prezentuje najnowsze stadium ewolucji tego gatunku. Nie ma w niej dłużyzn i opisów krajobrazów charakterystycznych dla podróżników początku XX wieku. Nie jest to też typowy zapis z dziennika: wstałem, ogoliłem się a potem na dołku urwałem chłodnicę. Taki styl pisania można było zobaczyć jeszcze na początku lat 90, kiedy wyprawy, bez GPSu, Google Maps i jakiegokolwiek rozpoznania trasy, ciągle zachowywały swój pionierski charakter. Współczesna literatura podróżnicza ma za zadanie inspirować, „Zjadłem Marco Polo” robi to świetnie.

Zanim przeczytałem książkę Sambora chodziła mi po głowie sprzedaż mojego turystycznego motocykla i przesiadka na wygodniejszy środek transportu („może kamper-van?”). Jednak po przeczytaniu jej w jeden wieczór śmieję się z tych myśli; „motocykl to nie jest idealny pojazd dla chcących poznawać świat, ale najlepszy, jaki znam” – to słowa autora. To nie oznacza, że po „Zjadłem Marco Polo” powinni sięgnąć motocyklowi globtrotterzy w kryzysie. Nieważne czy stopem, rowerem, czy rozpadającym się busem, autor przekonuje, że warto się ruszyć i spróbować czegoś nieoczywistego.
magiel.waw.pl 2014-03-25

Zwyciężyć znaczy przeżyć. 20 lat później

Minęło kilkanaście lat od lektury mojego pierwszego spotkania z „Zwyciężyć znaczy przeżyć”. Wtedy z wypiekami na twarzy chłonąłem wszystko, co było w niej zapisane. W czasach liceum, zamiast czytać obowiązkowe lektury pokroju Lalka, Nad Niemnem, czy Potop uciekałem do literatury górskiej. Nic dziwnego, że maturę z polskiego napisałem m.in. na podstawie książek Kukuczki, Wilczkowskiego, Wielickiego czy Długosza. Jakież było moje zaskoczenie, że po tylu latach pojawiła się nowa, uaktualniona wersja książki Aleksandra Lwowa „Zwyciężyć znaczy przeżyć. 20 lat później”. Od razu chciałem jeszcze raz zagłębić się w jej treści, aby sprawdzić czy moja pamięć i wyobrażenie o niej zmieniły się na przestrzeni lat.

Autor wspomina, że to książka, nie o górach, nie o zdobywaniu, lecz przede wszystkim o ludziach, których dane mu było spotkać podczas swojej długiej, bo ponad 40 letniej, przygody z górami. Właśnie wtedy zaczynały się tworzyć wielkie nazwiska, Polacy zaczynali kreować legendę polskiego himalaizmu zimowego zdobywając kolejne ośmiotysięczniki, powstawały nowe drogi, pierwsze przejścia. Jurek Kukuczka, Krzysiek Wielicki kompletowali swoje Korony Himalajów, Wanda Rutkiewicz zdobywała kolejne szczyty, a Andrzej Zawada organizował wyprawy.
lkedzierski.com Łukasz Kędzierski, 2014-03-02

Media społecznościowe bez ściemy. Jak kreować markę

Podróże kształcą. Nie tylko w znaczeniu takim, że mamy możliwość oddalenia się w przestrzeni od codzienności, w której jesteśmy zanurzeni, poznania innych kultur i innych perspektyw. Czasem rzeczy stare zaczynają być widoczne w nowym świetle.

Oto w pociągu do Krakowa czytałam wydaną już jakiś czas temu książkę Jasona Fallsa i Erika Deckersa „Media społecznościowe bez ściemy”. Powstawała jeszcze na fali entuzjazmu mediami społecznościowymi i ich nieograniczonymi możliwościami promocyjnymi, budowaniu osobistej relacji między przedstawicielem marki a konsumentem, itp. Skorzystaj z social media, aby ulepszyć swoją komunikację z Twoją grupą docelową i Twój biznes będzie od tej pory szedł znakomicie. Książkę przeczytałam w drodze z Warszawy do Krakowa, ale jeszcze zanim dotarłam do ostatnich stron, w mojej głowie pojawiło się pytanie – ale czy ja faktycznie kupuję jakieś produkty dzięki obecności marek w mediach społecznościowych?

Wykonałam prosty test. Wypisałam wszystkie marki, które towarzyszyły mi w drodze. Było ich kilkanaście, nie licząc pojedynczo produktów kosmetycznych (zwłaszcza, że większość z nich to były produkty marki własnej drogerii w wersji podróżnej). Zaczęłam się zastanawiać, co skłania mnie do tego, że wybieram właśnie te marki, a nie inne? Oto odpowiedzi:

- jestem stałym klientem i kiedy zbliża się termin podpisania umowy, zawsze dostaję nową ofertę, która jest atrakcyjniejsza niż oferty konkurencyjnych firm dla nowych klientów (T-Mobile)
- kupuję, bo akurat potrzebuję tego rodzaju produktu i mam markę na shortliście (Apple, Vision Express, Yves Rocher, Bonprix, Levi’s, Esprit, Loretta, Marks&Spencer, Gatta, Moleskine, Intercity)
- jeden ze znajomych blogerów bardzo mocno promował te produkty (Apple)
- rekomendacja znajomych (Apple, ING Bank)
- dostaję atrakcyjny upominek za zakup lub większe zakupy (Yves Rocher)
- przekonałam się do jakości produktu, więc kupuję następne (Apple, Bonprix, Esprit, Loretta, Pentel)
- produkt jest wygodny i łatwy w użytkowaniu (Apple, Pentel)
- produkt jest estetyczny (Moleskine, Apple, Troika, Loretta)
- marka ma atrakcyjny program lojalnościowy (Super-Pharm)
- produkty łatwo kupić – duża sieć dystrybucji (Rossmann, ING Bank)
- atrakcyjne promocje i rabaty (Onepress, Super-Pharm)
- możliwe kupno produktu online, co znacząco oszczędza mi czas (Bonprix, Loretta, Intercity, Troika).

Czyli jeśli chodzi o moje bycie konsumentem, liczą się dla mnie

I wiecie, co jeszcze? Praktycznie żadnego z tych produktów nie kupiłam dlatego, że obserwowałam jego komunikację w mediach społecznościowych. Co więcej, mało który z tych produktów w mediach społecznościowych obserwuję, mimo, że z tego kanału komunikacji korzystam w miarę często. Zdecydowanie lepszym narzędziem komunikacji z marką w moim przypadku okazał się tradycyjny newsletter. Dlaczego? Bo nie muszę na bieżąco śledzić komunikacji marki w social media, aby wychwycić jakąś atrakcyjną ofertę, ona czeka na mnie w skrzynce, aż będę miała chwilę czasu aby zajrzeć do poczty i się zastanowić, czy w danym momencie jest mi potrzebny dany produkt. Szczególnie dobrze działa to w przypadku Super-Pharmu (który regularnie podsyła kupony rabatowe na ulubione kosmetyki), Yves Rocher (który podsyła kupon rabatowy, także tradycyjną pocztą oraz oferuje drobne gadżety) oraz Onepress (mistrzowsko wykorzystana technika cross-sellingu). Czasem, gdy potrzebuję pogłębić wiedzę, chodzę po stronach internetowych – firmy lub jej dystrybutora (Apple, Onepress, T-Mobile), pytam też znajomych, którzy używają danego produktu. Ale nie przypominam sobie sytuacji, gdy do zakupu bezpośrednio skłoniły mnie media społecznościowe (bloger używający Apple wprawdzie spowodował, że dostrzegłam markę, ale to raczej funkcjonalność i estetyka produktów miały największy wpływ na moje decyzje). Co ciekawsze, są też marki, które kupuję, chociaż jako konsumentka nie mam z nimi żadnego kontaktu - przykładem chociażby moje ukochane długopisy Pentel BK77.

I tak się głośno zastanawiam, patrząc w moje notatki o ulubionych markach: czy w takim razie warto absolutyzować media społecznościowe jako idealne narzędzie do budowania relacji marki z konsumentami?
annamiotk.pl 2014-03-24
Płatności obsługuje:
Ikona płatności Alior Bank Ikona płatności Apple Pay Ikona płatności Bank PEKAO S.A. Ikona płatności Bank Pocztowy Ikona płatności Banki Spółdzielcze Ikona płatności BLIK Ikona płatności Crédit Agricole e-przelew Ikona płatności dawny BNP Paribas Bank Ikona płatności Google Pay Ikona płatności ING Bank Śląski Ikona płatności Inteligo Ikona płatności iPKO Ikona płatności mBank Ikona płatności Millennium Ikona płatności Nest Bank Ikona płatności Paypal Ikona płatności PayPo | PayU Płacę później Ikona płatności PayU Płacę później Ikona płatności Plus Bank Ikona płatności Płacę z Citi Handlowy Ikona płatności Płacę z Getin Bank Ikona płatności Płać z BOŚ Ikona płatności Płatność online kartą płatniczą Ikona płatności Santander Ikona płatności Visa Mobile
Bezpieczne płatności szyfrowane SSL