Recenzje
Eden. Nowy początek
No cóż pierwszy raz nie chcę podawać wam opisu jaki widnieje z tyłu książki lub na stronie septem.pl i cieszę się, że nie przeczytałam go, kiedy sięgałam po tą książkę. Dlaczego? Bo ten opis zdradza wszystko, a jeśli nie wszystko to prawie.
Jeśli ktoś nie czytała pierwszego temu to po opisie nie musi już praktycznie po nią sięgać bo wszystko jest wyjaśnione.
Nie wiem jak wy ale ja nie lubię wiedzieć co czeka mnie w książce.
Pewnie dlatego II tom książki wzbudził we mnie tak wiele emocji, mnóstwa niepewności jak potoczą się losy bohaterów.
Bardzo dużo stron przepłakałam podczas czytania tej książki. Smutek, żal, utracona wielka miłość, śmierć z tym trzeba się uporać przez pierwsze cztery rozdziały, piąty to kulminacja tych wszystkich emocji, a dalsza część to układanie życia na nowo, odkrywanie siebie, swojej tożsamości i...szczęśliwy koniec, którego w połowie książki można było się już domyślić.
Pomimo iż nie lubię takich przewidywalnych zakończeń książek typu "...i wszyscy żyli długo i szczęśliwie" książka bardzo mnie poruszyła, wywołała mnóstwo łez (przez kilka pierwszych rozdziałów).
Czy polecam wam tą książkę? Owszem to książka, która spodoba się szczególnie tym, którzy lubią romanse. To książka, gdzie znajdziecie również kilka delikatnych i lekkich opisów scen seksu.
Jeśli ktoś nie czytała pierwszego temu to po opisie nie musi już praktycznie po nią sięgać bo wszystko jest wyjaśnione.
Nie wiem jak wy ale ja nie lubię wiedzieć co czeka mnie w książce.
Pewnie dlatego II tom książki wzbudził we mnie tak wiele emocji, mnóstwa niepewności jak potoczą się losy bohaterów.
Bardzo dużo stron przepłakałam podczas czytania tej książki. Smutek, żal, utracona wielka miłość, śmierć z tym trzeba się uporać przez pierwsze cztery rozdziały, piąty to kulminacja tych wszystkich emocji, a dalsza część to układanie życia na nowo, odkrywanie siebie, swojej tożsamości i...szczęśliwy koniec, którego w połowie książki można było się już domyślić.
Pomimo iż nie lubię takich przewidywalnych zakończeń książek typu "...i wszyscy żyli długo i szczęśliwie" książka bardzo mnie poruszyła, wywołała mnóstwo łez (przez kilka pierwszych rozdziałów).
Czy polecam wam tą książkę? Owszem to książka, która spodoba się szczególnie tym, którzy lubią romanse. To książka, gdzie znajdziecie również kilka delikatnych i lekkich opisów scen seksu.
sylwiatestujeiradzi.blogspot.com
Eden. Nowy początek
Dość spektakularne zakończenie pierwszego tomu historii naszych bohaterów spowodowało, że z niecierpliwością sięgnęłam po kolejny tom historii. Tak jak i poprzednia "Eden" również inspirowana jest historią Wodnika. Autorka z wyczuciem jednak dawkuje nam emocje, dzięki czemu kolejne strony przewracamy z niebywałą ciekawością "co dalej".
Czy po powodzi jaka nawiedziła Arkadię tych dwoje się odnajdzie? Na razie każde układa sobie życie oddzielnie, zastanawiając się czy jeszcze kiedyś się odnajdą. Calder zostaje cenionym artystą, natomiast Eden zostaje nauczycielką gry na fortepianie, dzięki czemu ma dach nad głową. Kiedy ich drogi łączą się ponownie, uczucie odżywa jeszcze silniejsze. Czy pokonali więc już wszystkie przeszkody, aby wieść szczęśliwe życie? Jakie niespodzianki jeszcze ma dla nich los?
Po raz kolejny autorka pokazuje nam skomplikowane perypetie Caldera i Eden. Ich droga nie jest prosta, ani usłana różami. Nie brak na niej przeciwności i zagrożeń, jednak już nie takich jak za czasów życia w Arkadii. Ich teraźniejszość jest nam bliższa, nie są już z dala od cywilizacji i wynalazków dzisiejszych czasów.
To historia o walce z przeciwnościami losu, o miłości, o poszukiwaniu swojego szczęścia i miejsca na ziemi. Mia Sheridan pisze w sposób, że trudno od jej książek się oderwać. "Calder" po trudnym początku spełnił moje oczekiwania, lecz śmiało mogę powiedzieć, że "Eden" moim zdaniem jest lepsza. Od początku bowiem wciągnęła mnie jej fabuła, a lektura była jedynie przyjemnością. Polecam więc serdecznie, jednak wskazane jest czytanie od początku serii, sięgniecie od razu po drugi tom myślę, że odbierze uroku całej historii.
Czy po powodzi jaka nawiedziła Arkadię tych dwoje się odnajdzie? Na razie każde układa sobie życie oddzielnie, zastanawiając się czy jeszcze kiedyś się odnajdą. Calder zostaje cenionym artystą, natomiast Eden zostaje nauczycielką gry na fortepianie, dzięki czemu ma dach nad głową. Kiedy ich drogi łączą się ponownie, uczucie odżywa jeszcze silniejsze. Czy pokonali więc już wszystkie przeszkody, aby wieść szczęśliwe życie? Jakie niespodzianki jeszcze ma dla nich los?
Po raz kolejny autorka pokazuje nam skomplikowane perypetie Caldera i Eden. Ich droga nie jest prosta, ani usłana różami. Nie brak na niej przeciwności i zagrożeń, jednak już nie takich jak za czasów życia w Arkadii. Ich teraźniejszość jest nam bliższa, nie są już z dala od cywilizacji i wynalazków dzisiejszych czasów.
To historia o walce z przeciwnościami losu, o miłości, o poszukiwaniu swojego szczęścia i miejsca na ziemi. Mia Sheridan pisze w sposób, że trudno od jej książek się oderwać. "Calder" po trudnym początku spełnił moje oczekiwania, lecz śmiało mogę powiedzieć, że "Eden" moim zdaniem jest lepsza. Od początku bowiem wciągnęła mnie jej fabuła, a lektura była jedynie przyjemnością. Polecam więc serdecznie, jednak wskazane jest czytanie od początku serii, sięgniecie od razu po drugi tom myślę, że odbierze uroku całej historii.
Lubimy Czytać Magdalena; 2016-09-10
Hard Beat. Taniec nad otchłanią
K. Bromberg jest autorką, która wzbudza we mnie mieszane uczucia. Sięgając po jej książki, nie wiem, czego mam się spodziewać.
Ona potrafi wzbudzić u czytelnika miłość oraz nienawiść do swoich powieści.
Jak pokochałam "Sweet Ache", tak przy "Slow Burn" oraz "Hart Beat" się wynudziłam i przy "Hard Beat" nie dotrwałam do końca, mimo tego, że próbowałam.
Chociaż jest to najcieńsza z książek, okazała się najgorsza.
Beaux jest taką trochę łatwą dziewczyną, bezmyślną. No bo HEJ! Kto wskakuje do łóżka facetowi, którego pierwszy raz widzi na oczy?
Może i miała być odebrana inaczej, zamiar był inny, niestety w moich oczach tak wygląda.
Jednak mimo wszystko współczułam jej i trochę podziwiałam.
Szkoda mi jej było, gdy PAN WIELKI DUPEK podcinał jej skrzydła i oskarżał, bo miał takie widzimisię.
Podziwiałam ją za upór i dążenie do celu, pomimo napotkania na swojej drodze wielu przeszkód. Dążyła do bycia fotografem i poświęciła dla tego bardzo dużo. Udowodniła, że marzenia się spełniają.
Ale przede wszystkim polubiłam ją, za jej cięty język.
Fabuła książki jest naprawdę świetna i ona zawyżyła ocenę końcową.
Autorka, zresztą jak w każdej swojej książce, stworzyła oryginalną fabułę, związaną z realnym życiem. Z życiem, które jest codziennością dla wielu ludzi.
I zastanawiam się, skąd ona bierze na to pomysły, inspirację, rzetelne wiadomości.
Bardzo spodobało mi się przeniesienie czytelnika do świata terrorystów, wojny, żołnierzy. Może i nie było to na pierwszym planie, jednakże wzbogaciło książkę o bardzo ciekawe wątki.
Chociaż akcji jest niewiele, a główny bohater ostro wkurza, to fabuła i Beaux zrekompensowały mi to wszystko.
Ona potrafi wzbudzić u czytelnika miłość oraz nienawiść do swoich powieści.
Jak pokochałam "Sweet Ache", tak przy "Slow Burn" oraz "Hart Beat" się wynudziłam i przy "Hard Beat" nie dotrwałam do końca, mimo tego, że próbowałam.
Chociaż jest to najcieńsza z książek, okazała się najgorsza.
Przede wszystkim irytował mnie główny bohater - Tanner Thomas - który udawał kogoś, kim nie jest.
Jest jednocześnie użalającym się nad sobą facetem i aroganckim dupkiem.
Jest jednocześnie użalającym się nad sobą facetem i aroganckim dupkiem.
Jego zachowanie doprowadzało mnie do szału. W jednej chwili jojczy nad sobą i swoim życiem, gania się za złe myśli i zachowanie, a za chwilę i tak robi swoje.
Po drugie dla Beaux był TOTALNYM DUPKIEM, chociaż ta dziewczyna NIC.MU.NIE.ZROBIŁA!
On jest taki niezdecydowany, wkurzający i z wielkim ego. I w głównej mierze, to przez niego nie podobała mi się książka. Zdecydowanie to pierwszy męski osobnik książkowy, którego tak bardzo nie polubiłam.Beaux jest taką trochę łatwą dziewczyną, bezmyślną. No bo HEJ! Kto wskakuje do łóżka facetowi, którego pierwszy raz widzi na oczy?
Może i miała być odebrana inaczej, zamiar był inny, niestety w moich oczach tak wygląda.
Jednak mimo wszystko współczułam jej i trochę podziwiałam.
Szkoda mi jej było, gdy PAN WIELKI DUPEK podcinał jej skrzydła i oskarżał, bo miał takie widzimisię.
Podziwiałam ją za upór i dążenie do celu, pomimo napotkania na swojej drodze wielu przeszkód. Dążyła do bycia fotografem i poświęciła dla tego bardzo dużo. Udowodniła, że marzenia się spełniają.
Ale przede wszystkim polubiłam ją, za jej cięty język.
Fabuła książki jest naprawdę świetna i ona zawyżyła ocenę końcową.
Autorka, zresztą jak w każdej swojej książce, stworzyła oryginalną fabułę, związaną z realnym życiem. Z życiem, które jest codziennością dla wielu ludzi.
I zastanawiam się, skąd ona bierze na to pomysły, inspirację, rzetelne wiadomości.
Bardzo spodobało mi się przeniesienie czytelnika do świata terrorystów, wojny, żołnierzy. Może i nie było to na pierwszym planie, jednakże wzbogaciło książkę o bardzo ciekawe wątki.
Chociaż akcji jest niewiele, a główny bohater ostro wkurza, to fabuła i Beaux zrekompensowały mi to wszystko.
bookparadisebynatalia.blogspot.com Natalia; 2016-09-13
Oblubienice wojny
... Oblubienice wojny to piękna opowieść o prawdziwej przyjaźni ... Helen Bryan stworzyła fascynującą powieść, którą czyta się z ogromną przyjemnością ... tytułowe oblubienice wojny to Alice, Elsie, Tanni, Frances i Evangeline ... te młode dziewczyny, poznały się w bardzo trudnych czasach, w których praktycznie codziennie musiały zdawać egzamin z człowieczeństwa ... kapryśny los sprawił, że w latach II wojny światowej znalazły się w małej wiosce w południowo-wschodniej Anglii ... zostały nagle wyrwane ze swoich środowisk, rozdzielone z bliskimi, pozbawione nadziei na przyszłość ... ale paradoksalnie w tym odległym zakątku świata odnalazły sens życia ... nagle zdane same na siebie, odkryły ile mogą znieść i ile mogą poświęcić dla innych ... ten czas sprawił, że dojrzały ... stały się odpowiedzialne, zapomniały o mrzonkach i beztroskach młodości, odnalazły miłość, odrzuciły egoizm, połączyły siły i zaczęły pomagać sobie wzajemnie ...dzięki temu odkryły siłę prawdziwej przyjaźni, która przetrwała całe lata ... literackie losy głównych bohaterek były zainspirowane prawdziwymi historiami z czasów wojny ... ten fakt sprawił, że opisane w powieści historie były jeszcze bardziej wzruszające i przejmujące ... Helen Bryan swoją debiutancką powieścią zdecydowanie skradła moje serce ... polecam ...
mufloneks.blogspot.com Monika Starońska-Zych; 2016-09-21
Prawo Mojżesza
"The law of Moses", czy po prostu nasze polskie "Prawo Mojżesza" było jedną z książek, o których jak dotąd nie zdążyłam Wam powiedzieć w postach z serii zagranicznych książek, których nie mogę się doczekać na naszym rynku wydawniczym. Musicie mi uwierzyć na słowo, że czekałam sobie na tę książkę i w końcu się doczekałam.
Mojżesz Wright został nazwany przez okolicznych mieszkańców "dzieckiem cracku". Potomek narkomanki, porzucony w koszu na pranie, o nietypowej urodzie, od początku było wiadomo, że budził ciekawość. Dla Georgii stał się czymś więcej. Zaprzyjaźnili się na wakacjach, i chociaż dziewczyna pokochała go całym sercem, on miał obawy co do niej samej. Tak rozpoczyna się ich historia. Historia pełna bólu, cierpień i wyrzeczeń.
Amy Harmon podzieliła opowieść na dwa tomy- "przed" i "po". Nie powiem Wam dlaczego tak zrobiła, ponieważ zepsułabym Wam niespodziankę i przyjemność z czytania lektury, ale mimo wszystko muszę się do nich odnieść. Część "przed" była jak sinusoida. Jednym razem się śmiałam, wzruszałam i wyśmienicie bawiłam, po to by za chwilę zastanowić się czy na pewno wszystko dobrze rozumiem. Po prostu zachowanie bohaterów było tak płytkie i infantylne, że chwilami nie mogłam ich ścierpieć. Jednak w moim odczuciu było to celowe, po to by podkreślić kilka rzeczy w części "po", która jest o wiele dojrzalsza i bogatsza w uczucia. To tam naprawdę zapałałam sympatią go Mojżesza i Georgii, tam nie mogłam się oderwać od treści i tam przeżywałam chwile napięcia, w obawie że stanie się coś nieodwracalnego.
Biorąc do ręki tę książkę miałam dwie obawy. Było to imię głównego bohatera, który jak wiecie ma na imię Mojżesz. Bałam się, że będzie mi to przeszkadzało i na początku zastanawiałam się dlaczego Wydawnictwo nie zostawiło oryginalnego "Mosesa". I tak, przeszkadzało mi ono. A raczej przeszkadzało mi to, że to imię jest spolszczone, a jego nazwisko już nie. Tak samo z resztą imion czy miejsc- wszystkie zostały zachowane. Akcja rozgrywa się w Levan, czyli w amerykańskim Utah i naprawdę można to odczuć, A to tylko potęgowało uczucie obcości tego "Mojżesza". Wiem też jednak, że tytuł jest genialny i w drugą stronę ciężko byłoby zostawić np. "Prawo Mosesa", więc mam wewnętrzny konflikt sama ze sobą.
Drugą rzeczą, której się obawiałam, a jednocześnie bardzo mocno wyczekiwałam, było zakończenie. Jak głosi okładka- miało być specjalne, bez happy endu. Liczyłam, że będzie spektakularne, w końcu to był najważniejszy czynnik, który sprawił że zainteresowałam się książką. Jednakże trochę się rozczarowałam. Nawet nie wiecie ile scenariuszy przerobiłam, na ile zakończeń miałam nadzieję, ale to które dostałam nie wbiło się w moje oczekiwania. Ja wiem, że wielu osobom przypadło do gustu, ale w moim odczuciu autorka wybrała trochę za bardzo niespójny kierunek. Nie podaję konkretów, bo boję się, żeby nie zepsuć komuś niespodzianki, ale jak dla mnie to zakończenie ma więcej minusów niż plusów.
Aczkolwiek Amy Harmon niejednokrotnie zaskoczyła mnie w trakcie czytania. Wprowadziła kilka zwrotów akcji, których się nie spodziewałam, poza tym mocno namieszała mi w głowie. Do tej pory nie do końca wiem pod jaki gatunek podpiąć tę książkę, ponieważ nie jest ona takim zwyczajnym New Adult, na jakie wygląda. Początkowo przypominała mi nieco "Ostatnie lato w Nebrasce", ale to przez połączenie z końmi i dość odważną główną bohaterką. Na tym podobieństwa się kończą.
"Prawo Mojżesza" to historia dość nieoczywista. Łączy w sobie pasję do koni, do malarstwa, a jednocześnie uwydatnia problemy dotyczące koloru skóry, braku akceptacji i przemijania. Można znaleźć tam nutkę kryminału, trochę rzeczy paranormalnych i oczywiście romans. A do tego wszystkiego książka ma tak cudowną polską okładkę, że mogę na nią patrzeć godzinami i ciągle nie będę miała dość. Mimo kilku mankamentów myślę, że jest to dość nietypowa książka i na pewno wyróżnia się wśród kategorii New Adult, jeśli mogę ją tam zaklasyfikować.
Mojżesz Wright został nazwany przez okolicznych mieszkańców "dzieckiem cracku". Potomek narkomanki, porzucony w koszu na pranie, o nietypowej urodzie, od początku było wiadomo, że budził ciekawość. Dla Georgii stał się czymś więcej. Zaprzyjaźnili się na wakacjach, i chociaż dziewczyna pokochała go całym sercem, on miał obawy co do niej samej. Tak rozpoczyna się ich historia. Historia pełna bólu, cierpień i wyrzeczeń.
Amy Harmon podzieliła opowieść na dwa tomy- "przed" i "po". Nie powiem Wam dlaczego tak zrobiła, ponieważ zepsułabym Wam niespodziankę i przyjemność z czytania lektury, ale mimo wszystko muszę się do nich odnieść. Część "przed" była jak sinusoida. Jednym razem się śmiałam, wzruszałam i wyśmienicie bawiłam, po to by za chwilę zastanowić się czy na pewno wszystko dobrze rozumiem. Po prostu zachowanie bohaterów było tak płytkie i infantylne, że chwilami nie mogłam ich ścierpieć. Jednak w moim odczuciu było to celowe, po to by podkreślić kilka rzeczy w części "po", która jest o wiele dojrzalsza i bogatsza w uczucia. To tam naprawdę zapałałam sympatią go Mojżesza i Georgii, tam nie mogłam się oderwać od treści i tam przeżywałam chwile napięcia, w obawie że stanie się coś nieodwracalnego.
Biorąc do ręki tę książkę miałam dwie obawy. Było to imię głównego bohatera, który jak wiecie ma na imię Mojżesz. Bałam się, że będzie mi to przeszkadzało i na początku zastanawiałam się dlaczego Wydawnictwo nie zostawiło oryginalnego "Mosesa". I tak, przeszkadzało mi ono. A raczej przeszkadzało mi to, że to imię jest spolszczone, a jego nazwisko już nie. Tak samo z resztą imion czy miejsc- wszystkie zostały zachowane. Akcja rozgrywa się w Levan, czyli w amerykańskim Utah i naprawdę można to odczuć, A to tylko potęgowało uczucie obcości tego "Mojżesza". Wiem też jednak, że tytuł jest genialny i w drugą stronę ciężko byłoby zostawić np. "Prawo Mosesa", więc mam wewnętrzny konflikt sama ze sobą.
Drugą rzeczą, której się obawiałam, a jednocześnie bardzo mocno wyczekiwałam, było zakończenie. Jak głosi okładka- miało być specjalne, bez happy endu. Liczyłam, że będzie spektakularne, w końcu to był najważniejszy czynnik, który sprawił że zainteresowałam się książką. Jednakże trochę się rozczarowałam. Nawet nie wiecie ile scenariuszy przerobiłam, na ile zakończeń miałam nadzieję, ale to które dostałam nie wbiło się w moje oczekiwania. Ja wiem, że wielu osobom przypadło do gustu, ale w moim odczuciu autorka wybrała trochę za bardzo niespójny kierunek. Nie podaję konkretów, bo boję się, żeby nie zepsuć komuś niespodzianki, ale jak dla mnie to zakończenie ma więcej minusów niż plusów.
Aczkolwiek Amy Harmon niejednokrotnie zaskoczyła mnie w trakcie czytania. Wprowadziła kilka zwrotów akcji, których się nie spodziewałam, poza tym mocno namieszała mi w głowie. Do tej pory nie do końca wiem pod jaki gatunek podpiąć tę książkę, ponieważ nie jest ona takim zwyczajnym New Adult, na jakie wygląda. Początkowo przypominała mi nieco "Ostatnie lato w Nebrasce", ale to przez połączenie z końmi i dość odważną główną bohaterką. Na tym podobieństwa się kończą.
"Prawo Mojżesza" to historia dość nieoczywista. Łączy w sobie pasję do koni, do malarstwa, a jednocześnie uwydatnia problemy dotyczące koloru skóry, braku akceptacji i przemijania. Można znaleźć tam nutkę kryminału, trochę rzeczy paranormalnych i oczywiście romans. A do tego wszystkiego książka ma tak cudowną polską okładkę, że mogę na nią patrzeć godzinami i ciągle nie będę miała dość. Mimo kilku mankamentów myślę, że jest to dość nietypowa książka i na pewno wyróżnia się wśród kategorii New Adult, jeśli mogę ją tam zaklasyfikować.
Czytelnia Dominiki Doomisia; 2016-09-28