ODBIERZ TWÓJ BONUS :: »

Recenzje

Calder. Narodziny odwagi

W ostatnich dniach złapał mnie jakiś wirus i skutecznie uziemił w domu i łóżku. To był czas gdzie mogłam nadgonić z czytaniem bo w normalny dzień jakoś tego czasu mniej i nie zawsze starcza sił i chęci na czytanie.
Ostatnio zaczytywałam się w książce " Calder. Narodziny odwagi". Kiedy przeczytałam informację iż autorka lubi pisać opowieści o wielkiej, prawdziwej miłości i o ludziach, którzy są sobie przeznaczeni trochę się przestraszyłam, że być może będzie to kolejny smętny romans, których po prostu nie lubię.
Jakie wrażenie i odczucia wzbudziła we mnie książka? Czytajcie dalej.

Kiedy dziesięcioletni Calder po raz pierwszy zobaczył ośmioletnią Eden, nie przeczuwał, że ich losy na zawsze splecie niewidzialna nić. Ale z pewnością wiedział, że jego uczucia nie zyskają aprobaty społeczności, w której przyszło mu żyć. Jako syn członków apokaliptycznej sekty o surowych zasadach moralnych nie powinien nawet marzyć o dziewczynce, która... miała zostać żoną przywódcy tej sekty. Sęk w tym, że ani Calder, ani Eden nie mogą tak po prostu zrezygnować z marzeń. Odważny chłopak i zdeterminowana dziewczyna postanawiają walczyć o własną godność, o prawo do decydowania o swoim życiu, wreszcie o swoją miłość.

Cóż sam opis książki jakoś zbytnio mnie nie zachęcił do czytania. Tajemnicza sekta, zakazana miłość, a nawet miłość nierealna, oraz marzenia...ale z każdą kolejną stroną pozytywnych emocji przybywało co raz więcej. Były chwile wzruszenia i chwile uśmiechu.
Książka ma swój jeden główny wątek - miłość. Miłość dwojga osób Caldera i Eden, którzy niewiedzą kompletnie nic o świecie zewnętrznym gdyż ich jedynym domem jest Akadia, miejsce stworzone przez tajemniczego Hectora, który jest przywódcą tej dziwnej i czasami przerażającej sekty. Jego plan to poślubienie niewinnej Eden.
Jednak życie ma inne plany, a marzenia głównych bohaterów są tak silne i tak w nie wierzą, że w końcu się spełnią.
Calderowi i Eden można pozazdrościć odwagi, siły i determinacji bo chociaż wiedzieli jak bardzo dużo mogą stracić potrafili zawalczyć o swoją miłość, wielką prawdziwą miłość.
Nawet jeżeli nie lubicie romansów i szczęśliwych zakończeń ta książka przypadnie Wam do gustu.
sylwiatestujeiradzi.blogspot.com

Calder. Narodziny odwagi

Tytułowy Calder to młody, ambitny chłopak należący do sekty Hektora – duchowego przewodnika wyznawców dążących do Elizjum. Cała społeczność sekty jest tak zapatrzona i zauroczona swoim guru, że nie dostrzega coraz bardziej niepokojących sygnałów, które dotykają ich każdego dnia. Również Calder byłby pewnie zapatrzony w swojego mentora, gdyby nie fakt, że zauroczyła go Eden – dziewczyna przeznaczona na wybrankę Hektora.Uczucie to nie jest w dodatku jednostronne, również Eden jest pod wielkim urokiem młodego mężczyzny, dlatego tez postanawiają zawalczyć o swoje szczęście. Jednak rzeczywistość, w której żyją oboje nie sprzyja miłosnym uniesieniom. W ich realiach miłość i sprzeciw „wyższym” planom może być bardzo niebezpieczny. Czy jednak w ich przepadku miłość zwycięży ponad wszystkim? Jakie konsekwencje będzie dla nich miało sprzeciwienie się woli Hektora?

„Calder” to pozycja, od której zaczynam swoją przygodę z autorką. Chociaż na początku lektury ciężko było mi wczuć się w jej klimat, klimat specyficzny opowiadający o sekcie, o tyle po cięższym wstępie lektura coraz bardziej się rozkręcała. Jeśli więc po sięgnięciu po tą pozycję będziecie początkowo odczuwać zniechęcenie nie rezygnujcie, warto przebrnąć przez początek, aby poznać naprawdę ciekawa historię. Bardzo ciekawym elementem według mnie jest legenda Wodnika, która okazała się inspiracją tej historii.

W „Calder. Narodziny odwagi” znajdziecie przede wszystkim niezwykłą historię uczucia, które wymaga wiele poświecenia. To opowieść o tęsknocie i nieustannym ryzyku, wraz z Calderem i Eden przezywamy ich rozterki, nie raz im współczujemy, innym razem z kolei kibicujemy ich uczuciu. Duży plus również dla autorki za świetna kreacje postaci, bohaterowie są dokładnie przemyślani, a przez to bardzo autentyczni.

Pomimo trudnego wstępu czas spędzony na lekturze uważam za całkiem udany.
Lubimy Czytać Magdalena; 2016-09-10

Hard Beat. Taniec nad otchłanią

To nie może być koniec!
Po przeczytaniu ostatniej (tak myślę) części serii "Driven" autorstwa K. Bromberg jestem zawiedziona.
No bo to się nie może skończyć!

Jeśli chodzi o "Hard Beat. Taniec nad otchłanią" to pamiętajcie "uważaj kiedy wpatrujesz się w otchłań, bo otchłań może wpatrywać się w ciebie". Ja zostałam pochłonięta.
"Hard Beat" to historia Tannera i Beaux. Tannera poznajemy już w pierwszych książkach i od tamtej pory mam ochotę na historię z jego udziałem. No i kiedy przeczytałam opis... Matko! Nie mogłam wyjść z zachwytu!
Tanner po stracie Stelli, najlepszej przyjaciółki jest chory z poczucia winy. Nie chce jednak nudzić się w domu i ponownie wyrusza do pracy dziennikarza wojennego.
UWAGA! UWAGA! Nie wiem kto, do Belzebuba, pisał opis z tyłu książki, ale nie sugerujcie się nim: już pierwsza informacja jest błędna!
Jako, że Stella była fotografem i partnerką (biznesową) Tannera... i umarła to logiczne, że musi pojawić się ktoś, kto jest zdolny ją zastąpić.
No i pojawia się Beaux, dla mnie pewnie BJ (bo tak każe na siebie mówić obcym), Croslyn, nowa współpracownica Tannera.
Beaux jest zadziorna, trochę tajemnicza, mroczna, ma cięty język. Ta dziewczyna to istna petarda. Polubiłam ją od pierwszych stron, bo jej sarkazm i współczucie zasługuje na szacunek.
Tanner i BJ nie potrzebują dużo czasu, żeby coś do siebie poczuć.
No i na myśli mam niechęć.
Bo żeby się do siebie na wzajem przekonać i poczuć sympatię (miłość) potrzeba im sporo czasu.
 
Historia, na którą pewnie Natka psioczy, bo zaczyna się od sceny seksu, dla mnie plasuje się na tym samym poziomie co "Sweet Ache".
Nie dajcie się zwieść książce: wszystko może być inne niż się wydaje. Ja łatwo oceniłam książkę i praktycznie do 200 strony byłam pewna, że jest tylko niewiele lepsza od "Slow burn".
Powinnam się już dawno nauczyć tego, że zwroty akcji czają się na każdym kroku. Po mniej więcej połowie wszystko zaczyna być z lekka dramatyczne i trochę kryminalne.
Jestem bardzo zaskoczona- mile oczywiście.
Po przeczytaniu sześciu książek autorki wiem już, że świetnie radzi sobie w pisaniu romansów, a każda jej książka to strzał w dziesiątkę.
Kiedy sprawy w "Hard Beat" przybrały obrót taki a nie inny byłam przekonana, że to nie wypali, nie wyjdzie, zepsuje się, wyjdzie banalnie, będzie niedopracowane, będzie po prostu złe.
Bromberg nie wprowadziła wcześniej takiego wątku, mimo pewnych elementów w pierwszych trzech książkach, więc dosłownie pomyślałam "na co ona, do Belzebuba, się porywa?".
I powiem wam, że było przewidywalne.
Odrobinę.
Ale wszystkie książki tego rodzaju są przewidywalne, a ja dodatkowo sprawdziłam jak książka się kończy.
Ale poza tym: o matko jak ja się spłakałam!
Normalnie jak na nowym Tarzanie! 

Jeśli zaś chodzi o sposób pisania to myślę, że autorka bardzo dobrze sobie poradziła. Wiecie, czasem autorzy chcą sprawę doprowadzić do końca za wszelką cenę i wychodzi klump.
Bromberg czai się i czai, a w końcu kąsa w najmniej oczekiwanym momencie. W "Hard Beat" przez dziesięć stron nie mogłam uwierzyć, że TO dzieje się naprawdę. TO, czego dowiecie się sami, nie odbiorę wam tej przyjemności.
Sumując, książka jest pełna zwrotów akcji. Jest ciekawa i nie nudziłam się przy niej. Bohaterowie nie jojczą i robią to, co muszą, żeby jakoś żyć w trudnych warunkach.
Podczas czytania osoby ze słabszymi nerwami mogą przeżyć zawał.
To Bromberg w całej brombergowatej chwale! Jeśli zastanawiacie się czy czytać to mam dla was cztery  słowa:
                    
O mój Boże, tak!
Jakkolwiek by to brzmiało...
bookparadisebynatalia.blogspot.com Iza; 2016-09-13

Sny Morfeusza

"Sny Morfeusza" to książka polskiej autorki K.N. Haner. Swojego czasu było o niej głośno, chociaż i teraz wiele o niej słychać, ponieważ została dość niedawno wydana.
Kierując się wieloma opiniami, które głosiły, że książka jest świetna, postanowiłam po nią sięgnąć.
Czy aby na pewno jest taka świetna?

Czyta się ją szybko z samego początku, jednak później coś się zepsuło i już nie było tak kolorowo.
Przytłoczyła mnie ilość scen erotycznych.
Praktycznie co chwilę główni bohaterowie rzucali się na siebie, niczym "kopulujące się dzikie świnie".
Sięgając po tę książkę oczekiwałam chociaż minimalnie sensownej fabuły, która nie będzie miała jednego celu. Rozumiem, że jest to erotyk, ale kurczę, nie na tym to polega.
Czytałam dość sporo erotyków i wiem, że w każdej książce powinna być fabuła, bez tego nic nie będzie.
Czytając "Sny Morfeusza" miałam wrażenie, jakby to była kopia Greya powiązana z innymi książkami. Za Greyem nie przepadam, ale Sny pobiły wszystkie czytelnicze rekordy.
Wydawało mi się, że dostałam tanią książkę z dawką seksu bez emocji..

Oczywiście musiała się zacząć od sceny erotycznej już po kilku stronach (dobrze, że chociaż nie od pierwszej). W ostatnim czasie pojawiło się wiele takich książek i mam wrażenie, że to jakaś plaga... Połowa autorek książek erotycznych tak płytko rozpoczyna książki. I niestety chyba większość z nich nie wie, że erotyk, to nie tylko SEKS, ale także historia, która ma wciągnąć, a nie wzbudzić wstręt.
A później się dziwić, że ludzie nie chcą sięgać po książki z tego gatunku...

Ale wracając do treści książki.
Główni bohaterowie to istna masakra.
On oczywiście arogancki, władczy, bogaty, z trudnym charakterem i tajemnicami.
Ona młoda, świeżo po studiach, wyjeżdża do wielkiego miasta z nadzieją na karierę, marzy o dobrze płatnej pracy, dostaje ją przez sex.
Cassandra jest tak infantylna i wkurzająca. Głupszej bohaterki nie można było wykreować... A w jej głowie panuje pustka, otchłań.
Dlaczego autorzy robią z kobiet idiotki?
Marzy o pracy, skończyła ledwo studia, ale co tam! Ona chce pracować w wielkiej i popularnej firmy, a na odrzucenie reaguje płaczem. NO BO JAK TO TAK?! Przecież ona jest najlepsza, nieważne, że nie ma doświadczenia.
I oczywiście magicznym zbiegiem okoliczności wymarzona praca przychodzi, bo się przespała nieświadomie z szefem. Och tak! Tak bardzo realne...
Ale to tylko kropla w morzu...
Cassandra oburzyła się, gdy nazwano ją łatwą, zaczęła wydzierać się jak poparzona, a za kilka godzin poszła do łóżka z nieznajomym - ona się szanuje, nie jest łatwa, faktycznie.
Jednak najbardziej rozbawił mnie moment miesiączki głównej bohaterki:
-Dostała miesiączkę i źle się czuła, bolał ją brzuch, a i tak poszła na imprezę, bo za darmo jedzenie było.
-Zapomniała, że ma miesiączkę i przypomniało jej się, kiedy miało dojść do stosunku - no tak, bo kobieta nie czuje strumienia, który się z niej wylewa.
-Spała, jechała do domu, znów spała bez jakiegokolwiek zabezpieczenia (tampon, podpaska). O tak! Miesiączka postanowiła wziąć urlop na kilka godzin, do czasu, aż jej właścicielka znów się nie zakorkuje.
Och! I był jeszcze jeden przezabawny moment, kiedy to Cassandra poznała Tommiego... Ale nie będę go już opisywać.

I wiecie co? To tylko 50 stron tej książki, bo byłam w stanie wytrzymać tylko tyle tych bzdur. Inaczej nie da się tego nazwać.
Ta książka nie ma żadnego ładu i składu. Panuje w niej chaos, jest sztuczna i ma w sobie więcej fantastyki, niż jesteście sobie w stanie wyobrazić.
Oceniam ją na... nie ja lepiej jej nie oceniam.

Jeśli wam się jednak podobało - rozumiem to, każdy ma inny gust :)

Chciałam erotyk, a dostałam fantasy, czyli o tym jak bardzo można zawieść się na książce.

Ludzie! Co tu się stało? Co tu się stało?

"Sny Morfeusza" to nie jest moje pierwsze spotkanie z K.N Haner, bo kiedyś tam dawno czytałam "Na szczycie", które okazało się tragedią.
Co więc ze "Snami Morfeusza"?

Mam dla was na początek jedną prośbę: niech ktoś wymaże mi z głowy tę książkę! Błagam!

"Sny" chyba najłatwiej będzie mi przedstawić w punktach.

Zalety:
*Czyta się szybko.
*Pierwsze trzy sceny seksu są okej.
No i to by było na tyle.

Wady:
* Bohaterowie.
Cassandra sprawia wrażenie wiecznie napalonej babki o umyśle piętnastolatki i zachowaniu dziesięciolatki. Jest dziecinna, irytująca, nieciekawa, niekonsekwentna, nudna, dramatyczna, płaczliwa, zadufana w sobie, użalająca się i jęcząca. O niej nie da się powiedzieć nic pozytywnego. Nic! Null! Zero! Ziro! Przez pół książki błagałam, żeby wreszcie się ogarnęła i zaczęła myśleć. Chociaż raz na jakiś czas! Haner wykreowała taką postać, której nie da się lubić. Taką, o której chyba nawet sama autorka wiele nie wie. Wiecie, kiedyś pisałam wam o dwóch rodzajach kreowania bohaterów.
1. Kiedy autorka przedstawia jakieś cechy bohatera, ale nie mają one w ogóle odzwierciedlenia w jego postawie. Na przykład: "był zabawny", ale przez całą książkę nie zrobił nic zabawnego.
2. Kiedy autorka przedstawia cechy bohatera i on naprawdę je ma. Na przykład: "był pewny siebie", a bohater krzyczy "Jestem seksowny!".

Dzięki K.N. Haner spotkałam się z trzecim typem.
Kiedy autorka napisała o jakiś cechach, a jest zupełnie odwrotnie. Cassandra określana jest jako osoba nieskora do łez...
Wybaczcie, ale HAHAHAHAHAHAHA. NIE.
Ona płacze praktycznie co stronę.
Przez moment nawet wyobrażałam sobie odzwierciedlenie sceny rozmowy kwalifikacyjnej u nas w Polsce.

I tak: Idę sobie do Urzędy Pracy- wesoła, z nadzieją na pracę. A jak to się kończy? Wybiegam z płaczem z pokoju, bo tak właśnie zachowują się dorośli. 

Cassandra zaprzecza sobie praktycznie cały czas. Nie ma w ogóle konsekwencji w prowadzeniu tej postaci. Nie ma jej znajomości, ona po prostu jest pobieżnie zarysowana, a reszta rzucona w kąt i zostawiona bez żadnego nadzoru autora. Doprawdy, gratulacje.
Adam. Na moje Słowo - Adam.
Adam jest dupkiem.
Adam miał być seksowny, a wyszedł z niego dupek idiota.
Zarówno on i Cassandra są tak płascy, że nie można tego wyrazić słowami innymi niż negatywne.
O Adamie nie chcę się wypowiadać z tego względu, że czuję do niego taki wstręt, takie obrzydzenie ogarnia mnie na jego postawę, że denerwuję się już na samą myśl o nim. Gdybym była na miejscu Cassandry i gdyby traktował mnie tak, jak ją to już dawno powiedziałabym "pa pa" i dała mu kopniaka na rozpęd.

*Fabuła. A raczej jej brak. Dzieje się tam naprawdę mnóstwo rzeczy, które są nieważne. Tam nie ma jako takiej akcji. Są zdarzenia, owszem, ale to jest na tyle ograniczone, że praktycznie nie mają znaczenia. Ot, taki przykład, na dziesiątej stronie byliśmy w trakcie piątej sceny. Piątej! Nagromadzenie wydarzeń w tej książce nudzi, nuży i irytuje, bo nic one ze sobą nie wnoszą. Pewnie wielu z was pomyśli "Czego innego oczekiwać po erotyku?" a ja powiem wam, że da się napisać erotyk, który nie jest kawałkiem literek na białej kartce.

Wiecie za to czego jest tam dużo? Seksu.
No tak, przecież to erotyk.
Ale błagam... Nie co pięć stron! Nie co pięć stron! Nie przez 3/4 książki. Nie ciągle. Nie. Nie. Nieeeee. I nie takie obrzydliwe, błagam.
Seks podczas okresu to dla niektórych rzecz normalna. Co prawda nie o sobie teraz mówię, ale tak jest. Właściwie robi to mnóstwo osób. Ale seks podczas pierwszego dnia okresu? Kurczak! Ja mam wrażenie jakby moje drogi rodne miały chęć wypaść i zabić mnie tępym nożem. Jakby skurcze miały być ostatnią rzeczą jaką poczuję w życiu. Jakby coś próbowało wygryźć sobie drogę na zewnątrz z mojego brzucha. Boli mnie nawet leżenie! Ale Cassandra to po seksie zapomina nawet o tym, że ma okres. Przed seksem zresztą też.

W dodatku prawdopodobieństwo niektórych sytuacji... Powiedzmy, że szybciej zacznę hodować smoki niż w prawdziwym życiu potoczy się coś, tak, jak w "Snach". Ta pierwsza scena, rozmowa kwalifikacyjna... Ja już nie napiszę o tym jak Cassandra faktycznie ją zdobyła (O, co do tego, że sam Adam zaprzecza, że stało się to przez łóżko... Kiedy trzymam w ręku jabłko, a ktoś mi powie, że to pomarańcza to też mu nie uwierzę), ale ta scena jest tak nieprawdopodobna. Jest nierealna. Ludzie się tak nie zachowują.

*Patchwork.
O Greyu to wiadomo, wzorowane jak nic. Dość mało subtelnie, mogę rzec.
Biedna (mocno przerysowany wątek w książce, a o tym jak niekonsekwentnie prowadzony już kolejny raz nie będę pisać), nie zdająca sobie sprawy ze swojej urody dziewczyna zaraz po studiach dostaję pracę w dużej firmie, poznaje bogatego, dominującego biznesmena... Nie, nie Ana i Christian, ale Cassandra i Adam. O, hej! Teraz zauważyłam takie dwie fajne rzeczy:
-E.L James vs K.N Haner- widzicie to?
- Ana i Christian (AC) vs Adam i Cassandra (AC)-a to widzicie?

Tak, wiem, że to prawdopodobnie przypadek. Ale jaki ciekawy!
Tak właściwie to ja lubię Greya. Wiem, że ma mnóstwo wad, ale go lubię.
A porównanie Greya do... tego jest dla E.L. James krzywdzące.

Ale to nie wszystko, bo w książce jest nie tylko Grey.
Wiecie kto to Gideon Cross? A znacie "Rozpaloną"?
Tak. "Crossfire" też tam można znaleźć.
Dodatkowo widzę tak mnóstwo innych serii: nawet coś przewinęło mi się z książek Christiny i Lauren.
Nie wiem czy to raczej oznaka tego, że Haner nie zapoznała się z konkurencją, czy tego, że się zapoznała. Obydwie opcje nie świadczą za dobrze.

*Styl pisania.
Uwaga!
Słowa "penis", "kutas" i "okres" się odmienia.
"On miał penisa", a nie "on miał penis"
"Dostałam okresu", a nie "dostałam okres".

A przede wszystkim to... nagromadzenie... wielokropków... jest... zatrważające... i... serio... odbiera... jakąkolwiek... chęć... czytania...

Jeśli miałabym ją komuś polecić to masochistom. Nie róbcie sobie tego. Nie czytajcie. To jest złe. Tak złą książkę czytałam w życiu tylko jedną. Jeśli chcecie Dark Romance, z brutalnymi scenami seksu to poszukam dla was. Znajdę i zrecenzuję coś dobrego. Ale nie to.
bookparadisebynatalia.blogspot.com Natalia i Iza; 2016-09-16

Sweet Ache. Krew gęstsza od wody. Seria Driven

Trylogia Driven to książki z .listy moich ulubionych erotyków. Slow Burn, był również dobry, nie od dziś jednak wiadomo, że dobra passa kiedyś się kończy... czy Sweet Ache w jakimś stopniu dorównuje poprzednim pozycjom.

Quinlan siostra uwielbianego przeze mnie Coltona, studentka, kobieta pewna siebie i charyzmatyczna. Hawkin to gwiazdor rocka, wokalista znanego zespołu, przez zawiłości swojego życia musi odkupić winy i prowadzić seminarium na uczelni, na której studiuje Quinlan. Zderzenie tych dwóch zgoła odmiennych światów musi skończyć się jakąś katastrofą, tylko jaką? Co skrywa w sobie rockman? Jakie tajemnice chowa głęboko w swoim sercu?

Dawno już nie czytam książki, w której główny bohater byłby rockmanem, a tacy mężczyźni trafiają do mnie od pierwszego spojrzenia (a może przeczytania). W każdym razie właśnie w powieść Sweet Ache dostałam rockowego chłopca (ba! Mężczyznę), który mnie oczarował i sprawił, że wzdychałam do kart niczym napalona nastolatka (którą metrykalnie już nie jestem). K.Bromberg wykreowała bohatera, który ma w sobie kilka archetypów męskości, ale jest też nieprzewidywalny, arogancki, a jednocześnie skryty i poszarpany psychicznie. Właśnie takie postacie lubię najbardziej, osoby, które zostały wykreowane na rozdartych, zniszczonych życiem ludzi. Nie przepadam za postaciami bez skazy, bez wewnętrznych tragedii, tacy bohaterowie nie wzbudzają we mnie emocji, a to one są dla mnie kluczowym elementem książki.
Z powyższego możecie wywnioskować, że Hawkin skradł moje serce, ale również główna bohaterka zasługuję na wiele pochwał. Quinlan jest postacią kobiecą, która mnie nie irytowała, rzadko się zdarza, abym była zadowolona z kreacji głównej bohaterki, nie wiedzieć czemu autorki/autorzy robią w erotykach/romansach z kobiet głupie kotki, które nie potrafią mądrze sklecić zdania, mają problemy z koordynacją i zaczerwienieniami w okolicach policzków. W Sweet Ache dostajemy całkowite przeciwieństwo typowej bohaterki romansów, Quinlan jest niezwykle charyzmatyczną postacią, nie pozwoli, aby ktoś ją zniszczył, jest świadoma swojej wartości i potrzeb swojej duszy i ciała. Brawa za tak prawdziwą osobę, z którą w jakimś stopniu mogę się utożsamiać.

Autorka starała się w tej powieści poruszyć wiele rodzinnych problemów. Byłam pochłonięta poznawaniem tajemnic Hawkina, zagłębianie się w jego bolesną przeszłość było czymś ekscytującym, wzruszającym i w jakimś stopniu bolesnym. K.Bromberg z wszelkimi szczegółami potrafiła opisać potrzebę matczynej miłości. Matka jest kimś najważniejszym w naszym życiu, pomimo wszelkich błędów, jakie popełnia, będziemy ją idealizować i pragnąć jej uwagi. Uważam, że ten wątek był świetnym posunięciem. Z jednej strony już nie raz było pisane o błędach wychowawczych i zranionych przez to bohaterach, ale tym razem jest inaczej. Autorka postarała się, aby było podobnie, a jednak nie tak jak w innych powieściach.. Do tego porusza temat osób chorych na Alzheimera, chorobę, która niszczy nie tylko chorego, ale również jego bliskich.
 
Jakby wszystkich zachwytów było mało, prawdziwą wisienką na torcie jest połączenie w książce światów z innych powieści. Pojawienie się uwielbianego przeze mnie Kellana z serii Bezmyślna, ukazanie Griffina z tej samej serii, wszystko to sprawiło, że miałam poczucie, jakbym została wrzucona w wir prawdziwego świata, w którym losy poszczególnych ludzi gdzieś się ze sobą przeplatają i nachodzą na siebie.

Sweet Ache to udana kontynuacja, rockowi chłopcy działają na wyobraźnię, a odważna i charyzmatyczna bohaterka sprawia, że nie można jej nie lubić. Książkę czyta się jednym tchem i można z nią miło spędzić wieczór. Polecam przede wszystkim wielbicielom erotyków i niebanalnych romansów.
Ksiazkomiloscimoja.blogspot.com Justyna Leśniewicz
Płatności obsługuje:
Ikona płatności Alior Bank Ikona płatności Apple Pay Ikona płatności Bank PEKAO S.A. Ikona płatności Bank Pocztowy Ikona płatności Banki Spółdzielcze Ikona płatności BLIK Ikona płatności Crédit Agricole e-przelew Ikona płatności dawny BNP Paribas Bank Ikona płatności Google Pay Ikona płatności ING Bank Śląski Ikona płatności Inteligo Ikona płatności iPKO Ikona płatności mBank Ikona płatności Millennium Ikona płatności Nest Bank Ikona płatności Paypal Ikona płatności PayPo | PayU Płacę później Ikona płatności PayU Płacę później Ikona płatności Plus Bank Ikona płatności Płacę z Citi Handlowy Ikona płatności Płacę z Getin Bank Ikona płatności Płać z BOŚ Ikona płatności Płatność online kartą płatniczą Ikona płatności Santander Ikona płatności Visa Mobile
Bezpieczne płatności szyfrowane SSL