Recenzje
Końca świata nie było
Kraje Ameryki Środkowej są stosunkowo rzadko odwiedzane przez polskich turystów, zwłaszcza podróżujących samotnie. Odstraszają ich przede wszystkim tamtejsze niebezpieczeństwa i zagrożenia, o których dużo się mówi i pisze, chociaż w praktyce nie jest aż tak źle. Ponadto dosyć powszechna bieda – ogromna część tamtejszych społeczeństw musi przeżyć za mniej niż równowartość dolara dziennie. Fatalne drogi oraz lokalna komunikacja. A także dosyć skromna liczba zabytków (może poza Gwatemalą) wysokiej klasy, chociaż równocześnie ciekawa przyroda, krajobrazy, góry oraz wulkany itp. Każda więc aktualna relacja z tamtych stron świata ma ogromne znaczenie dla innych potencjalnych podróżników. Nawet opublikowana, jak w przypadku najnowszej książki podróżniczej Bezdroży, z czteroletnim „poślizgiem” w stosunku do opisywanych miejsc i wydarzeń. A np. zawarta w niej relacja z pobytu na szczycie piramidy – świątyni Dwugłowego Węża – Majów w Tikál w Gwatemali 21 grudnia 2012 roku, czyli w dniu, w którym nastąpić miał Koniec Świata według kalendarza Majów, to już jednak prehistoria. Chociaż autorka ciekawie opisała zarówno zawiłości tego kalendarza oraz dlaczego nie doszło do zapowiadanego kataklizmu. Po prostu była to zła interpretacja faktów. Kończył się wówczas tylko, trwający 5200 lat, cykl kalendarzowy i zaczynał nowy.
To tylko jeden z wielu przykładów zabytków i miejsc w których autorka była. Oraz opisała nie tyle je, bo po pod tym względem odczuwałem w trakcie lektury znaczny niedosyt. Zwłaszcza w przypadku obiektów w których byłem i wiem, co o nich można napisać, aby zainteresować czytelnika i wzbogacić jego wiedzę oraz chęć poznania także i tych miejsc. Ale skoncentrowała się głównie na swoich przeżyciach i wrażeniach. Nie wszystkich aż tak ważnych dla innych.
Słusznie bowiem wydawca stwierdził na tylnej stronie okładki m.in., że: "To opowieść nie tylko o podróży do Świątyń Majów, na szczyty aktywnych wulkanów i wiosek zamieszkiwanych przez Garifunów, lecz także o podróży w głąb siebie, o poszukiwaniu celu w życiu, o własnej drodze do szczęścia, a przede wszystkim o odkrywaniu wiary w siebie i swoje możliwości”.
Te wątki chyba zresztą dominują w całej książce i wielu opisanych wydarzeniach. Napisanej, co warto podkreślić, ładnym językiem. Co nie dziwi, gdyż autorka ukończyła polonistykę, chociaż nie tylko. W niezliczonych miejscach jej relacji z podróży przebija strach, czy da sobie sama radę. A także przed czyhającymi na nią, jako samotnie podróżującą białą kobietą po krajach latynoskich „machos”, niebezpieczeństwami, o których ostrzegano ją na każdym kroku tylko potęgując ten strach.
Tymczasem w ciągu niemal 5 miesięcy podróży, która zaczęła się od ponad miesięcznej intensywniej nauki języka hiszpańskiego w Gwatemali, autorka pokonała blisko 4 tys. km głównie lokalnymi, najtańszymi, środkami transportu. Także – a to podobno rzeczywiście bywa niebezpieczne, nocnymi „chicken busami”, którymi podróżują niemal wyłącznie lokalsi. I chociaż wielokrotnie czuła się rzeczywiście zagrożona, a niemal zawsze mało komfortowo w miejscach publicznych, to tylko raz była napastowana seksualnie na rzekomo bezpiecznej plaży – ale udało się jej uciec napalonym tubylcom.
Kilkakrotnie też niebezpieczeństwo było blisko, ale do niego nie doszło. „Męczyło mnie to, że nie mogę swobodnie gdzieś pójść by nie narażać się na wieczne zaczepki (mężczyzn)” – napisała w jednym miejscu. „Po raz pierwszy znalazłam się w kraju (Salwador), gdzie na każdym niemal kroku bezpieczeństwa pilnowała policja” – w innym. A w jeszcze innym przytoczyła e-maila od poznanego przez Internet Eduardo, z którym zwiedzała salwadorską stolicę. Który, gdy była już „bezpieczna” w Gwatemali, napisał do niej:
„Pamiętasz jak robiłaś zdjęcia w centrum? Przed kościołem El Rosario? Omal nie padłem wtedy na zawał. Nie powiedziałem ci wtedy tego, by cię nie przestraszyć, ale czekałem tylko, aż ktoś da nam w łeb i zabierze sprzęt. Twój aparat za bardzo kusił.” Autorka zrobiła nim jednak, oraz mniej rzucającym się w oczy podręcznym, mnóstwo świetnych zdjęć podczas tej podróży. A ich wybór w książce stanowi jej dodatkowy walor.
Samotna, tak długa podróż, była wyborem autorki. Chęcią sprawdzenia się – rzuciła dla niej dobrze płatną pracę – gdyż wcześniej podróżowała po świecie z mężem, który nie tylko stanowił dla niej punkt oparcia, ale i załatwiał większość spraw oraz rozwiązywał problemy, gdy pojawiały się. Tym razem pozostawał jej z nim tylko elektroniczny kontakt na odległość. Podróżniczka była, i opisała je, w wielu ciekawych miejscach.
M.in. nad jeziorem Atitlán, a także na studenckich pochodach oraz licznych procesjach wielkanocnych w Quetzaltenago w Gwatemali. W Copán Ruina i na trekkingu w parku narodowym Celaque w Hondurasie. I tamże we wsiach zamieszkanych przez mniejszość etniczną – Garifunów. Wyjątkowo biednych, w 70% analfabetów, których nadmorskie tereny wbrew prawu zamieniane są brutalnie w turystyczne kurorty. Weszła na dwa wulkany: Santa Anta i Izalu w parku narodowym Cerro Verde w Salwadorze.
Czy – w drodze powrotnej do kraju – w Meksyku, była w sławnym miasteczku Majów San Juan Chamula i tamtejszym niesamowitym kościele. W którym wiara chrześcijańska miesza się z dawnymi wierzeniami i obrzędami. Czy nad Aqua Azul składającym się z około 500 małych wodospadów, a także w stolicy tego kraju Cuidad Mexico. Jak już wspomniałem, dużo jeździła. „Jedną trzecią część z 5 miesięcy podróży – napisała pod koniec książki, spędziłam w środkach transportu”. I – dodam – czekaniu na nie.
Niekiedy w nocy, w bardzo niesprzyjających warunkach. W sumie czytelnik dowiaduje się z tej książki sporo o codziennym życiu ludzi w tamych krajach oraz upośledzonej roli w nich kobiet. Jak również o niekiedy bardzo trudnym dzieciństwie najmłodszego pokolenia. O spotkaniach z tubylcami i wieloma przykładami życzliwości oraz pomocy z ich strony z jakimi spotkała się. Ale również z podróżnikami – cudzoziemcami, zwierzętami („watahy zdziczałych psów” w Hondurasie).
Wieloma niecodziennymi sytuacjami. Nachalnymi cinkciarzami na granicach. Próbami wymuszenia przez pograniczników na granicy gwatemalsko – honduraskiej bezzasadnej opłaty, z czego zrezygnowali dopiero na wiadomość, że podróżniczka jest dziennikarką i prosi o… rachunek. Ale już po drugiej stronie granicy na honduraskich funkcjonariuszach nie zrobiło to wrażenia. Przeżyła niezbędną wizytę u dentystki z archaicznym sprzętem oraz czystością „kategorii C” w gabinecie.
I rozterki przed ruszeniem w drogę powrotną do kraju: „Obawiałam się powrotu do normalnego życia”. Ale w roku następnym przyjechała w ten region świata na kolejne 3 miesiące. A ta podróż w 2012 roku do Ameryki Środkowej stała się, o czym informuje wydawca na tylnej okładce, początkiem wielkiej podróżniczej przygody autorki.
Relację tę czyta się z zainteresowaniem, chociaż, jak już wspomniałem, również pewnym niedosytem informacji oraz ocen w wielu miejscach tak ważnych, jak wysokiej klasy zabytki czy rezerwaty przyrody. Chociaż ciekawym pomysłem okazały się „Objaśnienia” – ostatnie kilkanaście stron książki, w których autorka zawarła sporo informacji, faktów oraz komentarzy do każdego z 23 rozdziałów, z których się ona składa.
To tylko jeden z wielu przykładów zabytków i miejsc w których autorka była. Oraz opisała nie tyle je, bo po pod tym względem odczuwałem w trakcie lektury znaczny niedosyt. Zwłaszcza w przypadku obiektów w których byłem i wiem, co o nich można napisać, aby zainteresować czytelnika i wzbogacić jego wiedzę oraz chęć poznania także i tych miejsc. Ale skoncentrowała się głównie na swoich przeżyciach i wrażeniach. Nie wszystkich aż tak ważnych dla innych.
Słusznie bowiem wydawca stwierdził na tylnej stronie okładki m.in., że: "To opowieść nie tylko o podróży do Świątyń Majów, na szczyty aktywnych wulkanów i wiosek zamieszkiwanych przez Garifunów, lecz także o podróży w głąb siebie, o poszukiwaniu celu w życiu, o własnej drodze do szczęścia, a przede wszystkim o odkrywaniu wiary w siebie i swoje możliwości”.
Te wątki chyba zresztą dominują w całej książce i wielu opisanych wydarzeniach. Napisanej, co warto podkreślić, ładnym językiem. Co nie dziwi, gdyż autorka ukończyła polonistykę, chociaż nie tylko. W niezliczonych miejscach jej relacji z podróży przebija strach, czy da sobie sama radę. A także przed czyhającymi na nią, jako samotnie podróżującą białą kobietą po krajach latynoskich „machos”, niebezpieczeństwami, o których ostrzegano ją na każdym kroku tylko potęgując ten strach.
Tymczasem w ciągu niemal 5 miesięcy podróży, która zaczęła się od ponad miesięcznej intensywniej nauki języka hiszpańskiego w Gwatemali, autorka pokonała blisko 4 tys. km głównie lokalnymi, najtańszymi, środkami transportu. Także – a to podobno rzeczywiście bywa niebezpieczne, nocnymi „chicken busami”, którymi podróżują niemal wyłącznie lokalsi. I chociaż wielokrotnie czuła się rzeczywiście zagrożona, a niemal zawsze mało komfortowo w miejscach publicznych, to tylko raz była napastowana seksualnie na rzekomo bezpiecznej plaży – ale udało się jej uciec napalonym tubylcom.
Kilkakrotnie też niebezpieczeństwo było blisko, ale do niego nie doszło. „Męczyło mnie to, że nie mogę swobodnie gdzieś pójść by nie narażać się na wieczne zaczepki (mężczyzn)” – napisała w jednym miejscu. „Po raz pierwszy znalazłam się w kraju (Salwador), gdzie na każdym niemal kroku bezpieczeństwa pilnowała policja” – w innym. A w jeszcze innym przytoczyła e-maila od poznanego przez Internet Eduardo, z którym zwiedzała salwadorską stolicę. Który, gdy była już „bezpieczna” w Gwatemali, napisał do niej:
„Pamiętasz jak robiłaś zdjęcia w centrum? Przed kościołem El Rosario? Omal nie padłem wtedy na zawał. Nie powiedziałem ci wtedy tego, by cię nie przestraszyć, ale czekałem tylko, aż ktoś da nam w łeb i zabierze sprzęt. Twój aparat za bardzo kusił.” Autorka zrobiła nim jednak, oraz mniej rzucającym się w oczy podręcznym, mnóstwo świetnych zdjęć podczas tej podróży. A ich wybór w książce stanowi jej dodatkowy walor.
Samotna, tak długa podróż, była wyborem autorki. Chęcią sprawdzenia się – rzuciła dla niej dobrze płatną pracę – gdyż wcześniej podróżowała po świecie z mężem, który nie tylko stanowił dla niej punkt oparcia, ale i załatwiał większość spraw oraz rozwiązywał problemy, gdy pojawiały się. Tym razem pozostawał jej z nim tylko elektroniczny kontakt na odległość. Podróżniczka była, i opisała je, w wielu ciekawych miejscach.
M.in. nad jeziorem Atitlán, a także na studenckich pochodach oraz licznych procesjach wielkanocnych w Quetzaltenago w Gwatemali. W Copán Ruina i na trekkingu w parku narodowym Celaque w Hondurasie. I tamże we wsiach zamieszkanych przez mniejszość etniczną – Garifunów. Wyjątkowo biednych, w 70% analfabetów, których nadmorskie tereny wbrew prawu zamieniane są brutalnie w turystyczne kurorty. Weszła na dwa wulkany: Santa Anta i Izalu w parku narodowym Cerro Verde w Salwadorze.
Czy – w drodze powrotnej do kraju – w Meksyku, była w sławnym miasteczku Majów San Juan Chamula i tamtejszym niesamowitym kościele. W którym wiara chrześcijańska miesza się z dawnymi wierzeniami i obrzędami. Czy nad Aqua Azul składającym się z około 500 małych wodospadów, a także w stolicy tego kraju Cuidad Mexico. Jak już wspomniałem, dużo jeździła. „Jedną trzecią część z 5 miesięcy podróży – napisała pod koniec książki, spędziłam w środkach transportu”. I – dodam – czekaniu na nie.
Niekiedy w nocy, w bardzo niesprzyjających warunkach. W sumie czytelnik dowiaduje się z tej książki sporo o codziennym życiu ludzi w tamych krajach oraz upośledzonej roli w nich kobiet. Jak również o niekiedy bardzo trudnym dzieciństwie najmłodszego pokolenia. O spotkaniach z tubylcami i wieloma przykładami życzliwości oraz pomocy z ich strony z jakimi spotkała się. Ale również z podróżnikami – cudzoziemcami, zwierzętami („watahy zdziczałych psów” w Hondurasie).
Wieloma niecodziennymi sytuacjami. Nachalnymi cinkciarzami na granicach. Próbami wymuszenia przez pograniczników na granicy gwatemalsko – honduraskiej bezzasadnej opłaty, z czego zrezygnowali dopiero na wiadomość, że podróżniczka jest dziennikarką i prosi o… rachunek. Ale już po drugiej stronie granicy na honduraskich funkcjonariuszach nie zrobiło to wrażenia. Przeżyła niezbędną wizytę u dentystki z archaicznym sprzętem oraz czystością „kategorii C” w gabinecie.
I rozterki przed ruszeniem w drogę powrotną do kraju: „Obawiałam się powrotu do normalnego życia”. Ale w roku następnym przyjechała w ten region świata na kolejne 3 miesiące. A ta podróż w 2012 roku do Ameryki Środkowej stała się, o czym informuje wydawca na tylnej okładce, początkiem wielkiej podróżniczej przygody autorki.
Relację tę czyta się z zainteresowaniem, chociaż, jak już wspomniałem, również pewnym niedosytem informacji oraz ocen w wielu miejscach tak ważnych, jak wysokiej klasy zabytki czy rezerwaty przyrody. Chociaż ciekawym pomysłem okazały się „Objaśnienia” – ostatnie kilkanaście stron książki, w których autorka zawarła sporo informacji, faktów oraz komentarzy do każdego z 23 rozdziałów, z których się ona składa.
GLOBTROTER INFO Cezary Rudziński; 2016-10-05
Pieśń Dawida
Dawid walczył od dzieciństwa. Jeździł po świecie, imprezował, wydawał pieniądze, ale to walka stała się sensem jego życia. Kształtowała go. Dawid, zwany Tagiem, stał się impulsywnym i prowokacyjnym młodzieńcem. Nie stronił od alkoholu. Kiedy zginęła jego starsza siostra, w poczuciu winy targnął się na własne życie. Kilkakrotnie. Dopiero spotkanie z Mojżeszem umożliwiło mu uporządkowanie własnego wnętrza. W życiu Taga pojawiła się Milli i nawet nie sądził jak bardzo to życie może się zmienić.
~*~
Przychodzę do was z recenzją, którą powinnam już wykonać dawno, ale pojawia się dopiero dziś, dlatego, że jestem zdruzgotana i nie wiem czy moje serce jest całe z miłości do książki, czy podziurawione przez jej zakończenie. W każdym bądź razie musiałam zebrać myśli i trochę ochłonąć, po emocjach, które mi towarzyszyły.
Tag czyli nasz tytułowy Dawid jest bohaterem z książki ,,Prawo Mojżesza". Jest to wybuchowy, energetyczny i pełen zapału bohater, który już nie odnajduje sensu w życiu, a jeśli już to w walce. Wiele wycierpiał. Jego życie choć usłane pieniędzmi i kobietami wcale nie jest szczęśliwe, a on sam wciąż jest zagubiony. Miał szczęście, że trafił na Mojżesza, z którym wspólnie zaczęli szukać drogi szczęścia.
Przyznam, że w pierwszym tomie jakoś nie darzyłam go większym zainteresowaniem. Zasadniczo był dla mnie ciekawą postacią, lecz mimo wszystko byłam w stosunku do niego obojętna, bo ważniejsi byli inni bohaterowie. W tej książce w końcu miałam okazję poznać Dawida osobiście, a także jego historię.
Amy Harmon już po raz kolejny mnie zaskoczyła. Cieszę się, że tak fenomenalną pisarkę zauważono w Polsce i postanowiono wydać ją u nas. Tacy autorzy zasługują na szersze grono odbiorców i na każdą kartkę przeznaczoną do wydrukowania tych powieści. Nie wiem co, ale jest coś w stylu pisania Harmon, że jej książki słowami znajdują drogę do mojego serca. No po prostu jak tylko zacznę czytać, odpływam.
,,On opowiadał historię miłosną. A jak z mojego doświadczenia z miłością wynikało, że ta historia nie skończy się dobrze. Historie miłosne zwykle kończą się tragicznie."
Ta książka jak i poprzednia jest pełna życia, realizmu, bólu i miłości. Tak wiele elementów gra ważną rolę i tak wiele z nich dodaje uroku książce. Pisarka poruszyła bardzo ważny temat, a mianowicie o ludziach niewidomych. Milli, która jest cudowną, skromną i totalnie uroczą postacią, której życie i wszystko co mówiła mnie wzruszało i poruszało jest niewidoma. Życie osoby niewidomej jest opisane bardzo realistycznie i boleśnie prawdziwie. Ogromnie było mi jej szkoda, szczególnie gdy nie mogła zrealizować swoich marzeń.
Bohaterowie są świetnie nakreślonymi i psychologicznie zbudowanymi postaciami. Jestem pod wrażeniem jak autorka manewrowała uczuciami bohaterów, doprowadzając mnie do zatrzymania akcji serca, a bohaterów do podejmowania trudnych decyzji.
Jest to tak jakby kontynuacja ,,Prawa Mojżesza", ale można ją czytać osobno, aczkolwiek radziłabym zacząć od pierwszego tomu, ponieważ tutaj są rozdziały z perspektywy Mojżesza i bardzo wiele wątków związanych z pierwszym tomem. Warto wiedzieć o co chodzi, bo wtedy książka jest bardziej zrozumiała i nie musicie zadawać sobie niepotrzebnych pytań.
Podsumowując, jest to kolejna fenomenalna i zwalająca z nóg książka, która mnie zachwyciła. Nie mogłam się od niej oderwać. Historia zawarta w tej powieści jest nietuzinkowa i bardzo poruszająca. Gwarantuję wam, że się nie rozczarujecie. Czekałam na tę intelektualną ucztę i ją otrzymałam. Ta autorka już zdobyła moje serce i chcę przeczytać wszystkie książki, które wydała, bo czuję to w serduchu, że wszystkie są tak cudowne jak ta. Sięgnijcie. Naprawdę poznawać takie powieści.
Ocena: 10/10
Lost-in-my-books.blogspot.com Tatiana Marchuk
Szczęście w poszukiwaniach. Znajdź cel, który nada sens Twojemu życiu
Kiedy zaczynam recenzję w taki sposób, czuję się, niczym doświadczony życiem człowiek. Jednak czasami muszę to zrobić, ponieważ to co powiem, jest najzwyczajniej w świecie prawdą, zacznijmy więc- rozwój osobisty interesuje mnie od kilku dobrych lat, z tej przyczyny mam na swoim koncie całkiem sporą ilość książek, z którymi zdołałam się zapoznać. Zdążyłam już utracić wiarę w wartość samorozwoju i na nowo ją odzyskać. Dlatego, jeśli podobnie, jak ja zastanawiacie się, czy za interesującym tytułem kryje się coś więcej, uspokajam – „Szczęście w poszukiwaniach. Znajdź cel, który nada sens Twojemu życiu”, to naprawdę wartościowa książka.
Dość jednak o mnie, gdy bohaterem tekstu powinna być książka. Słów kilka o autorze – Chris Guillebeau jest przedsiębiorcą i podróżnikiem oraz autorem książek, które cieszyły się sporą popularnością. Tytuł jego najnowszej publikacji: „Szczęście w poszukiwaniach. Znajdź cel, który nada sens Twojemu życiu” brzmi dumnie i wiele obiecuje, czy obietnice te udało się autorowi spełnić? Tytułowe poszukiwania, to nie tylko trafne określenie celu życia, ale i podróże, które odbywał i ciągle odbywa autor. Książka pełna jest historii ludzi, którzy zdecydowali się iść za głosem swojego serca i realizować swoje nawet najbardziej nieracjonalne misje (przebyć na rowerze trasę z Anglii do Iranu, przejść całą Turcję czy przebiec maraton w ponad 99 krajach). Guillebeau opisuje te historie rozmawiając z ich pomysłodawcami, pytając o ich motywacje i szukając wspólnych elementów, które łączą wszystkich bohaterów. Przytoczone opowieści są naprawdę budujące, ukazują jak z pozoru zwykli ludzie realizują swoje marzenia i choć często niewiele brakowało im do porażki, walczyli pomimo tego, że nie wszystko szło po ich myśli. W tym miejscu warto podkreślić, że rzadko, które zadanie przebiega tak, jak z początku zakładaliśmy. Moment zawahania jest czymś naturalnym, to czas na to, by raz jeszcze przyjrzeć się naszemu celowi, zastanowić się nad tym, dlaczego podjęliśmy się tego zadania i ruszyć z nową mocą.
Autor przypomina również o tym jak ważna jest sama konieczności wyznaczenia celu, wyobrażenia go sobie, a zanim przystąpimy do działania warto oszacować koszty. Dzięki analizie polegającej na przemyśleniu, co chcemy zrobić i w jaki sposób chcemy to zrobić, zwiększymy swoje szanse powodzenia. Nawet jeśli w ostatecznym rozrachunku liczymy na improwizację. Autor przybliża również samo pojęcie misji, która wymaga poświęceń i motywuje do działania, a jej wypełnianie składa się z małych kroków. Przedstawione historie są źródłem licznych inspiracji, ukazują również, że nie jesteśmy sami. Każdy z nas ma jakieś marzenie, a ludzie, którzy wyznaczają sobie kolejne cele, po to by żyć pełniej, są tacy jak my. To najlepszy czas by coś zmienić i ruszyć w dal. Być może ta książka trafiła na mój właściwy czas i dlatego, tak mocno do mnie przemawia. Dodała mi siły i wiary, ale czy właśnie nie to jest głównym celem literatury motywującej? Zwłaszcza, gdy za oknem deszcz i kałuże.
Dość jednak o mnie, gdy bohaterem tekstu powinna być książka. Słów kilka o autorze – Chris Guillebeau jest przedsiębiorcą i podróżnikiem oraz autorem książek, które cieszyły się sporą popularnością. Tytuł jego najnowszej publikacji: „Szczęście w poszukiwaniach. Znajdź cel, który nada sens Twojemu życiu” brzmi dumnie i wiele obiecuje, czy obietnice te udało się autorowi spełnić? Tytułowe poszukiwania, to nie tylko trafne określenie celu życia, ale i podróże, które odbywał i ciągle odbywa autor. Książka pełna jest historii ludzi, którzy zdecydowali się iść za głosem swojego serca i realizować swoje nawet najbardziej nieracjonalne misje (przebyć na rowerze trasę z Anglii do Iranu, przejść całą Turcję czy przebiec maraton w ponad 99 krajach). Guillebeau opisuje te historie rozmawiając z ich pomysłodawcami, pytając o ich motywacje i szukając wspólnych elementów, które łączą wszystkich bohaterów. Przytoczone opowieści są naprawdę budujące, ukazują jak z pozoru zwykli ludzie realizują swoje marzenia i choć często niewiele brakowało im do porażki, walczyli pomimo tego, że nie wszystko szło po ich myśli. W tym miejscu warto podkreślić, że rzadko, które zadanie przebiega tak, jak z początku zakładaliśmy. Moment zawahania jest czymś naturalnym, to czas na to, by raz jeszcze przyjrzeć się naszemu celowi, zastanowić się nad tym, dlaczego podjęliśmy się tego zadania i ruszyć z nową mocą.
Autor przypomina również o tym jak ważna jest sama konieczności wyznaczenia celu, wyobrażenia go sobie, a zanim przystąpimy do działania warto oszacować koszty. Dzięki analizie polegającej na przemyśleniu, co chcemy zrobić i w jaki sposób chcemy to zrobić, zwiększymy swoje szanse powodzenia. Nawet jeśli w ostatecznym rozrachunku liczymy na improwizację. Autor przybliża również samo pojęcie misji, która wymaga poświęceń i motywuje do działania, a jej wypełnianie składa się z małych kroków. Przedstawione historie są źródłem licznych inspiracji, ukazują również, że nie jesteśmy sami. Każdy z nas ma jakieś marzenie, a ludzie, którzy wyznaczają sobie kolejne cele, po to by żyć pełniej, są tacy jak my. To najlepszy czas by coś zmienić i ruszyć w dal. Być może ta książka trafiła na mój właściwy czas i dlatego, tak mocno do mnie przemawia. Dodała mi siły i wiary, ale czy właśnie nie to jest głównym celem literatury motywującej? Zwłaszcza, gdy za oknem deszcz i kałuże.
Monika Matura; 2016-10-04
(NIE)GRZECZNI?
Drogi Rodzicu, wyobraź sobie taką sytuację, w której ja sama się znalazłam. Podczas imienin teściowej składamy życzenia wspólnie z mężem i naszą starszą córką, była wtedy 4 – letnim dzieckiem. Gdy babcia nachyliła się do wnuczki, aby ją ucałować, wówczas córka wykrzyczała babci głośno w twarz ”Nie całuj mnie, bo Ci śmierdzi z buzi”. Możecie sobie Państwo wyobrazić jakie były nasze miny z mężem, a jeszcze do tego teściowa się obraziła, bo stwierdziła, że myśmy jej kazali tak mówić. Teściowa krzyczała „Co z tego dziecka wyrośnie, jak tak można, co to za wychowanie”.
Dziś, gdy tak na tę sytuację patrzę z perspektywy lat, gdy już starsza córka jest na studiach, myślę sobie, że teściowa wtedy nie miała racji. Aby uniknąć takich sytuacji proponuję Państwu do przeczytania książkę „(Nie)Grzeczni?”, która opisuje takie właśnie trudne sytuacje rodziców, gdzie zachowania naszych pociech, przecież nie jesteśmy w stanie przewidzieć oraz emocji i reakcji dorosłych.
Książka pokazuje reakcje i zachowania rodziców oraz emocje dzieci, jakie im towarzyszą podczas takich sytuacji. W książce opisane są sytuacje z życia wzięte z udziałem dzieci w wieku od 0 do 6 lat.
Każde zachowanie dziecka ma głębszą motywację i ciężko jest nam dorosłym przewidzieć, jednak nie oczekujmy od autorek gotowych rozwiązań. Autorki zachęcają do bacznego obserwowania i wsłuchiwania się w nasze pociechy. Anegdoty przytoczone w tej książce są prawdziwe. Każde zachowanie dziecka opisane jest z punktu widzenia dziecka, potem rodzica, a na samym końcu jest komentarz psychologa.
Niektóre sytuacje są zabawne, inne poważne, a jeszcze inne smutne np. wtedy, gdy umiera ktoś bliski z naszej rodziny.
Dzieci widzą świat przez pryzmat swoich wyobrażeń, mają też swoje potrzeby, ale nie zawsze w zrozumiały sposób umieją nam to przekazać.
Autorki zadedykowały swoją książkę wszystkim rodzicom, którzy są: wyluzowani, zestresowani, niewyspani, niepewni, udręczeni i szaleni, dlatego zachęcam jak najszybciej przeczytajcie tę książkę.
Dziś, gdy tak na tę sytuację patrzę z perspektywy lat, gdy już starsza córka jest na studiach, myślę sobie, że teściowa wtedy nie miała racji. Aby uniknąć takich sytuacji proponuję Państwu do przeczytania książkę „(Nie)Grzeczni?”, która opisuje takie właśnie trudne sytuacje rodziców, gdzie zachowania naszych pociech, przecież nie jesteśmy w stanie przewidzieć oraz emocji i reakcji dorosłych.
Książka pokazuje reakcje i zachowania rodziców oraz emocje dzieci, jakie im towarzyszą podczas takich sytuacji. W książce opisane są sytuacje z życia wzięte z udziałem dzieci w wieku od 0 do 6 lat.
Każde zachowanie dziecka ma głębszą motywację i ciężko jest nam dorosłym przewidzieć, jednak nie oczekujmy od autorek gotowych rozwiązań. Autorki zachęcają do bacznego obserwowania i wsłuchiwania się w nasze pociechy. Anegdoty przytoczone w tej książce są prawdziwe. Każde zachowanie dziecka opisane jest z punktu widzenia dziecka, potem rodzica, a na samym końcu jest komentarz psychologa.
Niektóre sytuacje są zabawne, inne poważne, a jeszcze inne smutne np. wtedy, gdy umiera ktoś bliski z naszej rodziny.
Dzieci widzą świat przez pryzmat swoich wyobrażeń, mają też swoje potrzeby, ale nie zawsze w zrozumiały sposób umieją nam to przekazać.
Autorki zadedykowały swoją książkę wszystkim rodzicom, którzy są: wyluzowani, zestresowani, niewyspani, niepewni, udręczeni i szaleni, dlatego zachęcam jak najszybciej przeczytajcie tę książkę.
DobreRecenzje.pl Dorota; 2016-10-03
Sny Morfeusza
K.N. Haner to pseudonim artystyczny polskiej pisarki, debiutującej w 2015 powieścią „Na szczycie”. Jeszcze w tym roku możemy się spodziewać drugiej części serii: Miłość w rytmie rocka. Autorka prywatnie jest rodzinna, wesoła i otwarta. Kocha czytać, pisać i gotować. Uwielbia Mazury i polskie morze. Jej największym marzeniem, tak jak moim, jest nurkowanie u wybrzeży Australii na wielkiej rafie koralowej.
K.N Haner przedstawia nam bardzo dobry erotyk „Sny Morfeusza”. Głównymi bohaterami powieści są Cassandra Givens oraz Adam vel Morfeusz McKey. Kobietę poznajemy, gdy przybywa do Miami z rodzinnego Toronto. Chce zacząć tutaj nowe życie, wyrwać się od rodziców, szczególnie ojca, który całe życie jej nie doceniał. Chyba najbardziej przeszkadza mu, że posiada córkę zamiast syna. Jej ogromnym marzeniem jest znalezienie pracy, która pozwoli jej zacząć nowe, lepsze życie. Na samym początku pobytu w Miami, dostaje zaproszenie na rozmowę kwalifikacyjną w firmie, w której zawsze chciała pracować. Niestety jak to w życiu bywa, rzadko wszystko idzie zgodnie z planem. Rozmowa okazuje się totalną porażką, a potencjalny nowy szef bucem. Cassandra wychodzi z biura Adama trzaskając drzwiami oraz powstrzymując łzy. Tego samego dnia kobieta trafia do tajemniczego klubu „Mirrors”, gdzie poznaje tajemniczego mężczyznę w masce, który prowokacyjnie szepcze jej do ucha „Zabiorę Cię dziś do siebie…”. Tak Cassandra poznaje Morfeusza. Tak też zaczyna się namiętna znajomość dwojga zagubionych ludzi. Dziewczyna zakochuje się bez pamięci w Adamie, ale mroczna strona Morfeusza nie daje o sobie zapomnieć. Kobieta mimo wszystko postanawia walczyć. Jest świadoma, że jej fascynujący romans może się różnie skończyć:
„Albo się we mnie zakocha, albo ja wycofam się z tego wszystkiego i z podkulonym ogonem wrócę do domu, by pozbierać swoje roztrzaskane w drobny mak serce. Czy to naiwne? Może. Nierealne? Zapewne tak, ale przecież warto walczyć o kogoś, na kim nam zależy. Nieważne, czy to największy dupek na świecie, czy książę na białym rumaku. Jeśli się kogoś kocha, to widzi się w nim to, czego nie dostrzegają inni. Ja widzę w Adamie to, czego on sam najpewniej w sobie nie dostrzega. Potrafi być dobry, czuły i opiekuńczy. Ja wiem, że on naprawdę taki jest, ale stara się to ukrywać. Czemu? Nie wiem, ale postaram się, by uwierzył w to, że potrafi kochać.”
Na początku lektury byłam dość negatywnie nastawiona do fabuły książki. Spodziewałam się kolejnego romansu na linii szef – pracownica. Potajemne schadzki w łazience, czy szybki seks w windzie. Jakże ogromne i pozytywne było moja zaskoczenie, gdy okazało się, że „Sny Morfeusza” mają niewiele wspólnego z oklepanym romansem w pracy. Co prawda faktem jest, że Adam jest szefem Cass, jednak żeby za dużo przebywali w firmie to nie mogę powiedzieć. Chociaż mogłoby się wydawać, że jako osoba świeżo po studiach, pracująca w wymarzonej firmie, Cassandra powinna trochę bardziej skupić się na pracy. Wyjeżdżają, co prawda raz w podróż służbową, ale tutaj też raczej autorka skupia się na relacji między nimi, a nie na pracy. Sceny erotyczne opisane zostały z ogromnym wyczuciem i smakiem. Napięcie czuć niemal na każdej stronie, nie jest to jednak napisane w sposób wulgarny. Wiadomo jednak, jest to erotyk więc sceny muszą być odważne, jednak K.N. Haner robi to ze smakiem.
Zaczynając lekturę nie wiedziałam, że jest to pierwsza część historii. Czytałam coraz szybciej i szybciej, aby dowiedzieć się co kryje mroczna strona Adama – Morfeusz. Jakie powiązania ma on z mafią i o co tam dokładnie chodzi. Ten wątek bardzo mnie zainteresował i z niecierpliwością czekam na kolejny tom, aby dowiedzieć się czegoś więcej. Ewidentnie widzę duży potencjał w książce i autorce. Zmierzam śledzić jej dalsze poczynania i kibicować, aby jak najszybciej opublikowała dalsze losy Adama i Cassandry. Ja czekam z niecierpliwością, a miłośników erotyków zapraszam do lektury.
K.N Haner przedstawia nam bardzo dobry erotyk „Sny Morfeusza”. Głównymi bohaterami powieści są Cassandra Givens oraz Adam vel Morfeusz McKey. Kobietę poznajemy, gdy przybywa do Miami z rodzinnego Toronto. Chce zacząć tutaj nowe życie, wyrwać się od rodziców, szczególnie ojca, który całe życie jej nie doceniał. Chyba najbardziej przeszkadza mu, że posiada córkę zamiast syna. Jej ogromnym marzeniem jest znalezienie pracy, która pozwoli jej zacząć nowe, lepsze życie. Na samym początku pobytu w Miami, dostaje zaproszenie na rozmowę kwalifikacyjną w firmie, w której zawsze chciała pracować. Niestety jak to w życiu bywa, rzadko wszystko idzie zgodnie z planem. Rozmowa okazuje się totalną porażką, a potencjalny nowy szef bucem. Cassandra wychodzi z biura Adama trzaskając drzwiami oraz powstrzymując łzy. Tego samego dnia kobieta trafia do tajemniczego klubu „Mirrors”, gdzie poznaje tajemniczego mężczyznę w masce, który prowokacyjnie szepcze jej do ucha „Zabiorę Cię dziś do siebie…”. Tak Cassandra poznaje Morfeusza. Tak też zaczyna się namiętna znajomość dwojga zagubionych ludzi. Dziewczyna zakochuje się bez pamięci w Adamie, ale mroczna strona Morfeusza nie daje o sobie zapomnieć. Kobieta mimo wszystko postanawia walczyć. Jest świadoma, że jej fascynujący romans może się różnie skończyć:
„Albo się we mnie zakocha, albo ja wycofam się z tego wszystkiego i z podkulonym ogonem wrócę do domu, by pozbierać swoje roztrzaskane w drobny mak serce. Czy to naiwne? Może. Nierealne? Zapewne tak, ale przecież warto walczyć o kogoś, na kim nam zależy. Nieważne, czy to największy dupek na świecie, czy książę na białym rumaku. Jeśli się kogoś kocha, to widzi się w nim to, czego nie dostrzegają inni. Ja widzę w Adamie to, czego on sam najpewniej w sobie nie dostrzega. Potrafi być dobry, czuły i opiekuńczy. Ja wiem, że on naprawdę taki jest, ale stara się to ukrywać. Czemu? Nie wiem, ale postaram się, by uwierzył w to, że potrafi kochać.”
Na początku lektury byłam dość negatywnie nastawiona do fabuły książki. Spodziewałam się kolejnego romansu na linii szef – pracownica. Potajemne schadzki w łazience, czy szybki seks w windzie. Jakże ogromne i pozytywne było moja zaskoczenie, gdy okazało się, że „Sny Morfeusza” mają niewiele wspólnego z oklepanym romansem w pracy. Co prawda faktem jest, że Adam jest szefem Cass, jednak żeby za dużo przebywali w firmie to nie mogę powiedzieć. Chociaż mogłoby się wydawać, że jako osoba świeżo po studiach, pracująca w wymarzonej firmie, Cassandra powinna trochę bardziej skupić się na pracy. Wyjeżdżają, co prawda raz w podróż służbową, ale tutaj też raczej autorka skupia się na relacji między nimi, a nie na pracy. Sceny erotyczne opisane zostały z ogromnym wyczuciem i smakiem. Napięcie czuć niemal na każdej stronie, nie jest to jednak napisane w sposób wulgarny. Wiadomo jednak, jest to erotyk więc sceny muszą być odważne, jednak K.N. Haner robi to ze smakiem.
Zaczynając lekturę nie wiedziałam, że jest to pierwsza część historii. Czytałam coraz szybciej i szybciej, aby dowiedzieć się co kryje mroczna strona Adama – Morfeusz. Jakie powiązania ma on z mafią i o co tam dokładnie chodzi. Ten wątek bardzo mnie zainteresował i z niecierpliwością czekam na kolejny tom, aby dowiedzieć się czegoś więcej. Ewidentnie widzę duży potencjał w książce i autorce. Zmierzam śledzić jej dalsze poczynania i kibicować, aby jak najszybciej opublikowała dalsze losy Adama i Cassandry. Ja czekam z niecierpliwością, a miłośników erotyków zapraszam do lektury.
moznaprzeczytac.pl Barszczyk; 2016-10-03