Recenzje
Dublin. Travelbook. Wydanie 1
Nie tylko Joyce
Od lat Irlandia rozbrzmiewa już po polsku, jak niegdyś po gaelicku. I nie jest już XIX--wiecznym pe-ryferium Europy, słynącym z klęski głodu i zaciętego oporu wobec Anglików. Dziś to nowoczesny kraj unijny, o rosnącym PKB, coraz bardziej atrakcyjny dla turystów. Także tych, którzy odwiedzają w Irlandii krewnych i przyjaciół. Coraz głębiej wrastających w irlandzką społeczność. Nie tylko Dublin wart jest zwiedzenia, bo to już oczywistość, gdy wysiada się z jednego z 320 samolotów irlandzkiego przewoźnika Ryanair, mającego na ogonie symbol kraju: złotą harfę. Dublin ma wiele atrakcji - możemy napawać się ciszą katedry św. Patryka, biblioteczną powagą Trinity College, możemy gapić się na leniwy nurt rzeki Liffey albo pić whiskey w ?Tempie Bar". Możemy też podjechać taksówką do ?Sandy Cove", gdzie odnajdziemy biograficzne ślady najsłynniejszego (choć nie jedynego, by wspomnieć choćby Wilde'a czy Yeatsa) pisarza Irlandii Jamesa Joyce'a, twórcy ?Uli-sessa". Ale możemy również pojechać 40 - 50 kilometrów na południe od miasta, by zakosztować średniowiecznego klimatu na wrzosowiskach opodal Glendalough, a przede wszystkim zagłębić się w niewielkie, ale urokliwe góry Wicklow, tworzące Park Narodowy Wicklow Mountains. To nie są wysokie góry, sięgają ledwie ponad 900 metrów nad poziom morza, ale są niezwykle malownicze. Płynie tu wiele rzek, oko cieszy wodospad Powerscourt. Kiedyś działał tu klasztor św. Kevina, funkcjonowały kopalnie ołowiu, dziś jednak to ostoja ciszy. Jest sporo torfowisk, dzikiej zwierzyny oraz stanowisk archeologicznych, dowodzących długiej historii osadnictwa na tych ziemiach. Warto stanąć na przełęczy Wicklow Gap, najwyżej położonej na wyspie przełęczy drogowej, skąd roztacza się niezapomniany widok na Park. Zabytkowa, zrekonstruowana po pożarze posiadłość Powerscourt jest dość zaskakująca w tej przyrodniczej scenerii, ale turystycznie jest ciekawa; inspiracją do jej budowy były zespoły pałacowe w Wersalu i Wiedniu. Tamże muzeum zabawek. Ł.Azik PIOTR THIER. DUBLIN. TRAVEL-BOOK. Wydawnictwo BEZDROŻA, GLIWICE, 2016, s. 184. Cena 24,90 zł.
Od lat Irlandia rozbrzmiewa już po polsku, jak niegdyś po gaelicku. I nie jest już XIX--wiecznym pe-ryferium Europy, słynącym z klęski głodu i zaciętego oporu wobec Anglików. Dziś to nowoczesny kraj unijny, o rosnącym PKB, coraz bardziej atrakcyjny dla turystów. Także tych, którzy odwiedzają w Irlandii krewnych i przyjaciół. Coraz głębiej wrastających w irlandzką społeczność. Nie tylko Dublin wart jest zwiedzenia, bo to już oczywistość, gdy wysiada się z jednego z 320 samolotów irlandzkiego przewoźnika Ryanair, mającego na ogonie symbol kraju: złotą harfę. Dublin ma wiele atrakcji - możemy napawać się ciszą katedry św. Patryka, biblioteczną powagą Trinity College, możemy gapić się na leniwy nurt rzeki Liffey albo pić whiskey w ?Tempie Bar". Możemy też podjechać taksówką do ?Sandy Cove", gdzie odnajdziemy biograficzne ślady najsłynniejszego (choć nie jedynego, by wspomnieć choćby Wilde'a czy Yeatsa) pisarza Irlandii Jamesa Joyce'a, twórcy ?Uli-sessa". Ale możemy również pojechać 40 - 50 kilometrów na południe od miasta, by zakosztować średniowiecznego klimatu na wrzosowiskach opodal Glendalough, a przede wszystkim zagłębić się w niewielkie, ale urokliwe góry Wicklow, tworzące Park Narodowy Wicklow Mountains. To nie są wysokie góry, sięgają ledwie ponad 900 metrów nad poziom morza, ale są niezwykle malownicze. Płynie tu wiele rzek, oko cieszy wodospad Powerscourt. Kiedyś działał tu klasztor św. Kevina, funkcjonowały kopalnie ołowiu, dziś jednak to ostoja ciszy. Jest sporo torfowisk, dzikiej zwierzyny oraz stanowisk archeologicznych, dowodzących długiej historii osadnictwa na tych ziemiach. Warto stanąć na przełęczy Wicklow Gap, najwyżej położonej na wyspie przełęczy drogowej, skąd roztacza się niezapomniany widok na Park. Zabytkowa, zrekonstruowana po pożarze posiadłość Powerscourt jest dość zaskakująca w tej przyrodniczej scenerii, ale turystycznie jest ciekawa; inspiracją do jej budowy były zespoły pałacowe w Wersalu i Wiedniu. Tamże muzeum zabawek. Ł.Azik PIOTR THIER. DUBLIN. TRAVEL-BOOK. Wydawnictwo BEZDROŻA, GLIWICE, 2016, s. 184. Cena 24,90 zł.
Tygodnik Angora Ł.Azik; 2016-06-12
Sen powrotu
Mahatma Gandhi twierdził, że „wolność to stan umysłu”, zaś Krzysztof Grabowski umiejscowił tę wolność „tam, gdzie kończy się strach”. Czym tak naprawdę jest wolność? Dla wielu oznacza ona wolność wyboru, dla innych ma wymiar bardziej materialny czy społeczny i jest związana z brakiem zobowiązań wobec rodziny czy wobec pracodawcy. Jeszcze inni utożsamiają wolność z podróżą, z przekraczaniem swoich granic oraz z życiem według rytmu serca, nie zaś opinii otoczenia.
A jak wygląda wolność w wykonaniu Piotra Strzeżysza? Możemy się o tym przekonać sięgając po książkę autora i podróżnika, „Sen powrotu”, Opublikowana nakładem wydawnictwa Bezdroża, jest już kolejną publikacją w dorobku autora, zaś jej ramy czasowe (i terytorialne) wyznacza podróż, w którą wyruszył. Osoby, które miały przyjemność sięgnąć po poprzednią książkę „Powidoki” pamiętają zapewne, że podróżnik zmuszony był powrócić do kraju z uwagi na kontuzję kolana. To jednak nie zmieniło jego planów, a tylko odsunęło je w czasie. Po kilkumiesięcznym leczeniu duch przygody znów popchał autora ku eksploracji nowych terenów, oczywiście na nieodłącznym rowerze i z przytoczonymi do niego sakwami. O tym, jak wyglądała podróż przez obie Ameryki, o spotkanych w drodze ludziach, o zwierzętach, a także o wrażeniach autora i jego życiu duchowym w trakcie tej wyprawy czytamy z prawdziwą fascynacją. Książka zaspokaja wymagania wszystkich wielbicieli książek podróżniczych, ale odnoszę wrażenie, że jej siła oddziaływania wykracza daleko poza zachętę do powtórzenia wyczynu autora i podążenia wytyczoną przez niego trasą. To również drogowskaz, który pokazuje nam, że tak naprawdę to my dokonujemy wyborów, że życie takie jak Strzeżysz może wieść każdy, ale z pełną świadomością konsekwencji takiej decyzji.
Wraz z autorem przemierzamy przez dziesięć miesięcy trasę wiodącą z Alaski do Ziemi Ognistej, a dokładnie do małego miasteczka położonego na jej krańcu, Ushuaia. To nie tylko podróż, ale i wyzwanie, zarówno dla umysłu jak i dla ciała, to ogniowa próba, z której Strzeżysz wyszedł zwycięsko. Nie zdołał zawrócić go z drogi ból kolana, nieustanna choroba zatok i gorączka, nie skusił się na mało subtelną ofertę matrymonialną na Kostaryce, nie został na zawsze w kolumbijskiej wiosce, gdzie właścicielka hotelowej restauracji udostępniła mu swój dom. Nieznana siła pchała go wciąż do przodu, stawiając na jego drodze zarówno przeszkody, jak i prawdziwe anioły.
Książka jest nie tylko zapisem zawierającym szczegóły podróży, ale – a może przede wszystkim – portretem spotkanych ludzi, którzy nierzadko bezinteresownie udzielali mu pomocy, obdarzając dobrym słowem, historią, dobrami materialnymi, służyli bezpiecznym kątem, a nawet opłacali miejsce spoczynku. I choć zdarzały się przypadki, że ktoś chciał go wykorzystać, naciągnąć na darmowy trunek, na niemałe pieniądze w zamian za rzekomo skuteczne lekarstwo, został nawet okradziony, to jednak z lektury bije życzliwość osób, z których drogą życia przecięła się droga autora. Zatrzymujemy się u pewnego weterynarza z Meksyku, jemy dojrzałe mango z robotnikami, poznajemy właściciela restauracji w Salwadorze czy siedemdziesięciodwuletniego Ernesto, rzeźbiarza z wioski Piqua, którego życie jest dla mnie kwintesencją szeroko pojętej wolności i równowagi. To zaledwie kilka twarzy na mapie podróży, której przystanki naznaczone były także bliskimi kontaktami ze zwierzętami – do autora łaszą się bezdomne psy, w brodę wplątują się koty, przeżywa on bliskie spotkanie z guanako, dzikim przodkiem lamy, zaś pancernik bierze go przez przypadek za padlinę.
Wszystkie przygody autora, jego przemyślenia, portrety spotkanych ludzi, a także opisy okolic składają się na piękną, niemalże poetycką książkę „Sen powrotu”. Strzeżysz mistrzowsko włada słowem, niczym pędzlem maluje słowami zastaną rzeczywistość, poświęcając jednocześnie sporo miejsca własnym przemyśleniom i spostrzeżeniom. To sprawia, że z lekturą wiążą się nie tylko podróżnicze tęsknoty, ale jest ona także bodźcem do refleksji, do przemyśleń, do zastanowienia się nad tym, co tak naprawdę jest w życiu ważne, jaką rolę odgrywają na naszej drodze inni ludzie i … czym jest dla nas wolność.
QulturaSlowa Justyna Gul
Calder. Narodziny odwagi
Mia Sheridan tą książką bardzo mnie zaskoczyła. A jakby tego było mało, to powiem, że zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie. Ta książka wciąga i nie pozwala się od niej oderwać, dopóki nie przeczytacie wszystkiego.
Calder, to chłopiec który odkąd tylko pamięta, dorastał w społeczności, która wszystko wytwarzała sama, a ze świata spoza sekty nie brała niczego. Nad wszystkimi opiekę i władzę sprawuje Hector, który jest także ich kaznodzieją, odnajduje nowe zbłąkane duszyczki i nawraca ich w swojej małej społeczności. Właśnie dlatego, że nie wolno tym ludziom utrzymywać jakiegokolwiek kontaktu z cywilizowanym społeczeństwem, dzieci, które się w nim rodzą i później dorastają, kompletnie nic nie wiedzą o życiu jakie prowadzi się na zewnątrz sekty. Jak się później przekonamy, one nie wiedzą jak się tam chodzi ubranym, do czego służy i jak wygląda supermarket, ani że są środki przeciwbólowe które pomogą pokonać ból. Kiedy się to wszystko czyta, aż nie można uwierzyć, i dlatego jeszcze bardziej wciągamy się w lekturę. Żeby było bardziej tajemniczo, nie wiemy wszystkiego o ludziach z sekty, o Hectorze, ani nawet o pięknej Eden, którą Hector przyprowadza pewnego dnia, jako swoją wybrankę na żonę. Wszystko byłoby dobrze, gdyby Eden nie była dzieckiem, które z jakiegoś powodu straciło, lub wyparło to co wydarzyło się przed pojawieniem w sekcie. Tak się składa, że Eden i Calder są swoimi rówieśnikami, interesują się więc swoimi osobami, nie mija to także kiedy dorastają. Co z tego wyniknie? Czy Hector pozwoli rozkwitać miłości tych dwojga tuż pod jego nosem? A może zabije ich oboje?
To co zdradziłam Wam tutaj, to nawet nie jest połowa z tego co w tej opowieści się dzieje. Najbardziej intrygował mnie prolog. Kiedy go przeczytałam, myślałam, że na następnych kilku stronach, no, góra kilku rozdziałach znajdę na niego odpowiedź. A tu niespodzianka, bo tak się nie stało. A jak było? Musicie sami przeczytać!
Książka wciąga i niesamowicie interesuje. Nie dość, że nie możemy się od niej oderwać, to jeszcze tak zagłębiamy się w historię Eden i Caldera, że cały czas myślimy tylko o nich. Ale nie bójcie się, to zaledwie pierwsza część przygód tych dwojga. W przygotowaniu właśnie jest druga część, która jak się spodziewam, będzie równie dobra jak pierwsza, a może nawet lepsza, bo sprawy się trochę pokomplikowały w życiu bohaterów.
Miłość ponad wszystko, to właśnie ten typ książki lubię najbardziej!
Calder, to chłopiec który odkąd tylko pamięta, dorastał w społeczności, która wszystko wytwarzała sama, a ze świata spoza sekty nie brała niczego. Nad wszystkimi opiekę i władzę sprawuje Hector, który jest także ich kaznodzieją, odnajduje nowe zbłąkane duszyczki i nawraca ich w swojej małej społeczności. Właśnie dlatego, że nie wolno tym ludziom utrzymywać jakiegokolwiek kontaktu z cywilizowanym społeczeństwem, dzieci, które się w nim rodzą i później dorastają, kompletnie nic nie wiedzą o życiu jakie prowadzi się na zewnątrz sekty. Jak się później przekonamy, one nie wiedzą jak się tam chodzi ubranym, do czego służy i jak wygląda supermarket, ani że są środki przeciwbólowe które pomogą pokonać ból. Kiedy się to wszystko czyta, aż nie można uwierzyć, i dlatego jeszcze bardziej wciągamy się w lekturę. Żeby było bardziej tajemniczo, nie wiemy wszystkiego o ludziach z sekty, o Hectorze, ani nawet o pięknej Eden, którą Hector przyprowadza pewnego dnia, jako swoją wybrankę na żonę. Wszystko byłoby dobrze, gdyby Eden nie była dzieckiem, które z jakiegoś powodu straciło, lub wyparło to co wydarzyło się przed pojawieniem w sekcie. Tak się składa, że Eden i Calder są swoimi rówieśnikami, interesują się więc swoimi osobami, nie mija to także kiedy dorastają. Co z tego wyniknie? Czy Hector pozwoli rozkwitać miłości tych dwojga tuż pod jego nosem? A może zabije ich oboje?
To co zdradziłam Wam tutaj, to nawet nie jest połowa z tego co w tej opowieści się dzieje. Najbardziej intrygował mnie prolog. Kiedy go przeczytałam, myślałam, że na następnych kilku stronach, no, góra kilku rozdziałach znajdę na niego odpowiedź. A tu niespodzianka, bo tak się nie stało. A jak było? Musicie sami przeczytać!
Książka wciąga i niesamowicie interesuje. Nie dość, że nie możemy się od niej oderwać, to jeszcze tak zagłębiamy się w historię Eden i Caldera, że cały czas myślimy tylko o nich. Ale nie bójcie się, to zaledwie pierwsza część przygód tych dwojga. W przygotowaniu właśnie jest druga część, która jak się spodziewam, będzie równie dobra jak pierwsza, a może nawet lepsza, bo sprawy się trochę pokomplikowały w życiu bohaterów.
Miłość ponad wszystko, to właśnie ten typ książki lubię najbardziej!
DobreRecenzje.pl Edyta; 2016-06-06
Koty dziwaki. Kolorowanka
Kolorowanki dla dorosłych zdaniem psychiatrów i psychologów pobudzają kreatywność człowieka, sprawiają, że do głowy napływają nowe pomysły a także obniżają stres. Jest to prosta metoda na odstresowanie się i ciekawe spędzenie czasu dla całej rodziny.
Kolorowanka "Koty dziwaki" to zabawna książeczka do kolorowania autorstwa Joanny Star Czupryniak.Wewnątrz książeczki znajdziemy wiele obrazków przedstawiających koty, małe, duże, czarne i białe ? różnego rodzaju i wielkości koty, którym musimy nadać życie - czyli je pokolorować. Dla rodziców będzie to ciekawy pomysł na odstresowanie się, a dla dzieci ciekawa zabawa.
Kolorowanka "Koty dziwaki" to zabawna książeczka do kolorowania autorstwa Joanny Star Czupryniak.Wewnątrz książeczki znajdziemy wiele obrazków przedstawiających koty, małe, duże, czarne i białe ? różnego rodzaju i wielkości koty, którym musimy nadać życie - czyli je pokolorować. Dla rodziców będzie to ciekawy pomysł na odstresowanie się, a dla dzieci ciekawa zabawa.
Evv-vie.blogspot.com EVV VIE
Myślę, więc jestem. 50 łamigłówek wspomagających szybkie myślenie
Przed nami ostatnia już część z cykluMyślę, więc jestem, którą postanowiłam zrecenzować. Recenzje poprzednich tomów znajdziecie tutaj::50 łamigłówek wspomagających myślenie wizualne, 50 łamigłówek wspomagających myślenie taktyczne oraz 50 łamigłówek wspomagających myślenie obiektywne. Zapraszam do lektury, na pewno zachęcą Was do sięgnięcia po książkę ;-)
A przed nami „Myślę, więc jestem. 50 łamigłówek wspomagających szybkie myślenie”. Każdemu z nas zdarzają się sytuacje, w których musimy podjąć decyzję natychmiast. Niekiedy w ułamku sekundy decydujemy czy możemy komuś zaufać, czy nie. Przyjaciółka opowiadała mi ostatnio, że zagubiona musiała podjąć szybką decyzję, czy zaufać nieznanemu Gwatemalczykowi na tyle, żeby pozwolić mu się zaprowadzić na przystanek autobusowy położony na samym końcu małej miejscowości, do którego prowadzą liczne, wąskie zaułki, w których można łatwo się zagubić. Koleżanka musiała błyskawicznie zanalizować czy sytuacja, w której się znalazła, jest bezpieczna i czy może zaufać obcemu mężczyźnie na tyle, żeby z nim pójść. Jest to przykład sytuacji, w jakiej może przydać nam się wykształcone szybie myślenie. Potrzebne jest nam ono nie tylko w czasie odległej podróży do Ameryki Środkowej, ale też w codziennym życiu. Książka Charlesa Phillipsa uczy nas, jak myśleć produktywnie i rodzić sobie pod presją czasu. Znajdujemy w niej również wskazówki, jak pogodzić przytłaczające wymagania lub obowiązki. Wszyscy potrafimy myśleć, ale ważne jest, abyśmy doskonalili tę sztukę. Nie tylko szybkie myślenie jest ważne, ale taktyczne, logiczne czy twórcze również. Pamiętajmy, że nasz mózg ma ogromny potencjał, musimy go tylko odpowiednio pobudzić i zmotywować do działania.
Tak jak i poprzednie część ta również składa się z trzech głównych części: rozgrzewki, treningu i wysiłku oraz zakończona jest wyzwaniem. Autor w bardzo ciekawy sposób opisuje, co nas czeka w poszczególnych działach.
„Łamigłówki w pierwszej części zostały opracowane, by zapewnić Ci rozgrzewkę. Mają Cię nauczyć szybkiego dostrzegania związków i podobieństw, jak również dokonywania obliczeń w pamięci. Szybkie liczenie w pamięci sprzyja tworzeniu połączeń między neuronami i rozwija ogólną umiejętność myślenia, dzięki czemu jesteś w stanie reagować szybko i bez długiego namysłu.”
Ta partia jest bardzo łatwa i przyjemna. Za to:
„Druga część tej książki zawiera łamigłówki o średnim stopniu trudności, które powinny zmusić Cię do nieco większego wysiłku umysłowego. Prawdopodobnie nabrałeś nieco większej pewności siebie w szybkiej ocenie sytuacji i rozwiązywaniu problemów. Dzięki temu powinieneś być w stanie zachować spokój w obliczu wyzwań i pracując pod presją. Pamiętaj, że w szybkim myśleniu nie chodzi o to, by się spieszyć. Aby dobrze sobie poradzić, musisz zachować umiejętność dostrzegania szczegółów i utrzymywać wysoki poziom koncentracji.”
Tutaj jest już trochę ciężej, ale jeszcze daję radę. Jednak, gdy przejdziemy do ostatniej partii zagadek, czeka nas nie mały wysiłek.
„Będziesz musiał naprawdę ruszyć głową, by rozwiązać zagadki w ostatniej, zawierającej najbardziej wymagające łamigłówki, części tej książki. Te łamigłówki zostały opracowane w taki sposób, by zwiększać umiejętność koncentracji oraz dokonywania szybkiej i dokładnej oceny sytuacji. Dwie najbardziej typowe przyczyny błędów w szybkim myśleniu to pozwolenie sobie na panikę lub niewłaściwe odczytanie pytania lub sytuacji, co prowadzi do marnowania czasu na niewłaściwą odpowiedź.”
Mimo napotkanych trudności bardzo polubiłam serię Myślę, więc jestem. Cały czas pamiętam, że jest to zabawa, sposób na spędzenie czasu kreatywnie, a nawet zabawę ze znajomymi. Przyznam szczerze, że zdarzało mi się pominąć niektóre zagadki, jednak na koniec zgnębiona wyrzutami sumienia wracałam do nich.
Podsumowując wszystkie cztery części Myślę, wiec jestem z którymi, dzięki uprzejmości wydawnictwa Helion, miałam przyjemność się zetknąć, muszę powiedzieć, że najbardziej przypadła mi do gustu ta o szybkim myśleniu. Myślę, że to dzięki temu, że rozwiązując zagadki miałam już dużo ćwiczeń oraz treningu za sobą, dlatego też sprawiły mi najmniejszą trudność.
Nie pozostaje mi nic innego, jak zaprosić Was do zabawy. Dajcie znać w komentarzach, która część jest Waszą ulubioną.
A przed nami „Myślę, więc jestem. 50 łamigłówek wspomagających szybkie myślenie”. Każdemu z nas zdarzają się sytuacje, w których musimy podjąć decyzję natychmiast. Niekiedy w ułamku sekundy decydujemy czy możemy komuś zaufać, czy nie. Przyjaciółka opowiadała mi ostatnio, że zagubiona musiała podjąć szybką decyzję, czy zaufać nieznanemu Gwatemalczykowi na tyle, żeby pozwolić mu się zaprowadzić na przystanek autobusowy położony na samym końcu małej miejscowości, do którego prowadzą liczne, wąskie zaułki, w których można łatwo się zagubić. Koleżanka musiała błyskawicznie zanalizować czy sytuacja, w której się znalazła, jest bezpieczna i czy może zaufać obcemu mężczyźnie na tyle, żeby z nim pójść. Jest to przykład sytuacji, w jakiej może przydać nam się wykształcone szybie myślenie. Potrzebne jest nam ono nie tylko w czasie odległej podróży do Ameryki Środkowej, ale też w codziennym życiu. Książka Charlesa Phillipsa uczy nas, jak myśleć produktywnie i rodzić sobie pod presją czasu. Znajdujemy w niej również wskazówki, jak pogodzić przytłaczające wymagania lub obowiązki. Wszyscy potrafimy myśleć, ale ważne jest, abyśmy doskonalili tę sztukę. Nie tylko szybkie myślenie jest ważne, ale taktyczne, logiczne czy twórcze również. Pamiętajmy, że nasz mózg ma ogromny potencjał, musimy go tylko odpowiednio pobudzić i zmotywować do działania.
Tak jak i poprzednie część ta również składa się z trzech głównych części: rozgrzewki, treningu i wysiłku oraz zakończona jest wyzwaniem. Autor w bardzo ciekawy sposób opisuje, co nas czeka w poszczególnych działach.
„Łamigłówki w pierwszej części zostały opracowane, by zapewnić Ci rozgrzewkę. Mają Cię nauczyć szybkiego dostrzegania związków i podobieństw, jak również dokonywania obliczeń w pamięci. Szybkie liczenie w pamięci sprzyja tworzeniu połączeń między neuronami i rozwija ogólną umiejętność myślenia, dzięki czemu jesteś w stanie reagować szybko i bez długiego namysłu.”
Ta partia jest bardzo łatwa i przyjemna. Za to:
„Druga część tej książki zawiera łamigłówki o średnim stopniu trudności, które powinny zmusić Cię do nieco większego wysiłku umysłowego. Prawdopodobnie nabrałeś nieco większej pewności siebie w szybkiej ocenie sytuacji i rozwiązywaniu problemów. Dzięki temu powinieneś być w stanie zachować spokój w obliczu wyzwań i pracując pod presją. Pamiętaj, że w szybkim myśleniu nie chodzi o to, by się spieszyć. Aby dobrze sobie poradzić, musisz zachować umiejętność dostrzegania szczegółów i utrzymywać wysoki poziom koncentracji.”
Tutaj jest już trochę ciężej, ale jeszcze daję radę. Jednak, gdy przejdziemy do ostatniej partii zagadek, czeka nas nie mały wysiłek.
„Będziesz musiał naprawdę ruszyć głową, by rozwiązać zagadki w ostatniej, zawierającej najbardziej wymagające łamigłówki, części tej książki. Te łamigłówki zostały opracowane w taki sposób, by zwiększać umiejętność koncentracji oraz dokonywania szybkiej i dokładnej oceny sytuacji. Dwie najbardziej typowe przyczyny błędów w szybkim myśleniu to pozwolenie sobie na panikę lub niewłaściwe odczytanie pytania lub sytuacji, co prowadzi do marnowania czasu na niewłaściwą odpowiedź.”
Mimo napotkanych trudności bardzo polubiłam serię Myślę, więc jestem. Cały czas pamiętam, że jest to zabawa, sposób na spędzenie czasu kreatywnie, a nawet zabawę ze znajomymi. Przyznam szczerze, że zdarzało mi się pominąć niektóre zagadki, jednak na koniec zgnębiona wyrzutami sumienia wracałam do nich.
Podsumowując wszystkie cztery części Myślę, wiec jestem z którymi, dzięki uprzejmości wydawnictwa Helion, miałam przyjemność się zetknąć, muszę powiedzieć, że najbardziej przypadła mi do gustu ta o szybkim myśleniu. Myślę, że to dzięki temu, że rozwiązując zagadki miałam już dużo ćwiczeń oraz treningu za sobą, dlatego też sprawiły mi najmniejszą trudność.
Nie pozostaje mi nic innego, jak zaprosić Was do zabawy. Dajcie znać w komentarzach, która część jest Waszą ulubioną.
moznaprzeczytac.pl Barszczyk; 2016-06-05