Recenzje
Wybraniec. Życie po śmierci na Evereście
„Wybraniec. Życie po śmierci na Evereście” to opowieść o wspinaczce, pokonywaniu trudności i dążeniu do realizacji marzeń, lecz także drugiej szansie, zarówno na zdobycie szczytu, jak i na nowe życie. Są tu zarówno chwile chwały, jak i momenty zwątpienia. Jest radość zwycięstwa i rozpacz nadchodzącej tragedii. Jest wielkie szczęście i niewiarygodny pech. Jest tęsknota za bliskimi i ich oczekiwanie na himalaistę. Słowem wszystko, co może zdarzyć i zwykle zdarza się w górach wysokich. To książka, którą z wypiekami będą czytać zarówno młodzi miłośnicy literatury górskiej, jak i starzy wyjadacze wysokościowi, znający arenę himalajskich zmagań z autopsji.
Lincoln Hall przekroczył granicę życia i śmierci. Opuszczony przez współtowarzyszy wspinaczki, pozbawiony tlenu, rażony chorobą wysokościową, oślepiony, niezdolny do samodzielnego zejścia ze szczytu przeżył niezwykle długą noc zaledwie 300 metrów poniżej wierzchołka najwyższej góry świata. Znaleziony przez członków innej wyprawy został szczęśliwie sprowadzony do bazy. Wrócił z bardzo dalekiej podróży, która dla większości ludzi w jego sytuacji jest podróżą w jednym kierunku. Uznany za zmarłego „ożył”, żeby zdać relację z „drugiej strony”. Relację, którą trzymacie teraz w rękach.
"Niesamowita historia. Książka i dla tych którzy myślą o wejściu na Górę Gór i dla tych którzy myślą, że obecnie wspinaczka po trasie przygotowanej przez Szerpów to nic trudnego."
Leszek Cichy, himalaista
"Historia opisana w tej książce przez Lincolna Halla jest niezwykła i poruszająca. Niezwykła, gdyż przetrwanie nocy pod wierzchołkiem Everestu przez skrajnie wycieńczonego alpinistę i późniejszy jego szczęśliwy powrót do bazy, zdarza się niezmiernie rzadko. Poruszająca, gdyż swe przeżycia potrafił Lincoln – „Nieboszczyk Szczęściarz” – detalicznie i sugestywnie opisać.
Komercja wkroczyła na dobre w góry najwyższe w latach dziewięćdziesiątych XX wieku i od tamtej pory panoszy się bez umiaru, przybierając coraz to bardziej karykaturalne formy. Jak w soczewce widać to szczególnie wyraźnie na Mount Evereście: każdego roku kilkadziesiąt wypraw tę górę szturmuje, kilka tysięcy osób próbuje wejść na jej wierzchołek, dziesiątkom lub nawet setkom z nich się to udaje, ale kilkanaście zostaje na stokach góry na zawsze, co zresztą nie powstrzymuje innych przed podejmowaniem kolejnych prób.
Obecna komercyjna rzeczywistość najwyższej góry świata niesłychanie oddaliła się od sportowych i heroicznych realiów wspinaczkowych drugiej połowy minionego wieku. Liny poręczowe ubezpieczają teraz szlaki aż do szczytu, hektolitry tlenu z niezliczonych butli płyną do płuc „dzielnych alpinistów”, a setki szerpów pracują dla nich przy budowie i zaopatrzeniu obozów wysokościowych oraz przy wprowadzaniu na górę lub sprowadzaniu z niej klientów do bazy. Rozwój technologii cyfrowej i internetu sprawił, że „zwycięstwa” i tragedie na Evereście rozgrywają się teraz nieomal na oczach świata, na żywo, „online”. Przez telefon satelitarny rozmawia się z najbliższymi ze szczytu, nierzadko też żegna z nimi na chwilę przed odejściem poza „cienką czerwoną linię”, gdyż granica pomiędzy życiem a śmiercią jest na wysokości powyżej 8000 metrów bardzo wąska i łatwo można znaleźć się po jej drugiej stronie. Informacje dobre i złe, prawdziwe i zmyślone, zdjęcia i filmiki – wszystko to niemal natychmiast trafia na internetowe strony WWW i jest dostępne na całym świecie.
Uznany za zmarłego Lincoln Hall miał szczęście; przeżył dzięki innym ludziom, szerpom i alpinistom. To bardzo ważne, gdyż historia kilku ostatnich dekad zdobywania Everestu obfituje w drastyczne przykłady ludzkiej znieczulicy i obojętności – nie tylko na samą śmierć, ale również na umieranie wciąż jeszcze żywych wspinaczy. Ta książka doskonale obrazuje aktualną komercyjną rzeczywistość Everestu, lecz nie odpowiada na cisnące się pod wpływem jej lektury pytanie: co sprawia, że na wielkich wysokościach zanika elementarna solidarność międzyludzka i dlaczego żądza zdobycia szczytu jest silniejsza, niż imperatyw niesienia pomocy wyczerpanemu alpiniście w każdej sytuacji. Najwyraźniej odpowiedzi na to pytanie nie ma.
Alek Lwow, himalaista"
Lincoln Hall przekroczył granicę życia i śmierci. Opuszczony przez współtowarzyszy wspinaczki, pozbawiony tlenu, rażony chorobą wysokościową, oślepiony, niezdolny do samodzielnego zejścia ze szczytu przeżył niezwykle długą noc zaledwie 300 metrów poniżej wierzchołka najwyższej góry świata. Znaleziony przez członków innej wyprawy został szczęśliwie sprowadzony do bazy. Wrócił z bardzo dalekiej podróży, która dla większości ludzi w jego sytuacji jest podróżą w jednym kierunku. Uznany za zmarłego „ożył”, żeby zdać relację z „drugiej strony”. Relację, którą trzymacie teraz w rękach.
"Niesamowita historia. Książka i dla tych którzy myślą o wejściu na Górę Gór i dla tych którzy myślą, że obecnie wspinaczka po trasie przygotowanej przez Szerpów to nic trudnego."
Leszek Cichy, himalaista
"Historia opisana w tej książce przez Lincolna Halla jest niezwykła i poruszająca. Niezwykła, gdyż przetrwanie nocy pod wierzchołkiem Everestu przez skrajnie wycieńczonego alpinistę i późniejszy jego szczęśliwy powrót do bazy, zdarza się niezmiernie rzadko. Poruszająca, gdyż swe przeżycia potrafił Lincoln – „Nieboszczyk Szczęściarz” – detalicznie i sugestywnie opisać.
Komercja wkroczyła na dobre w góry najwyższe w latach dziewięćdziesiątych XX wieku i od tamtej pory panoszy się bez umiaru, przybierając coraz to bardziej karykaturalne formy. Jak w soczewce widać to szczególnie wyraźnie na Mount Evereście: każdego roku kilkadziesiąt wypraw tę górę szturmuje, kilka tysięcy osób próbuje wejść na jej wierzchołek, dziesiątkom lub nawet setkom z nich się to udaje, ale kilkanaście zostaje na stokach góry na zawsze, co zresztą nie powstrzymuje innych przed podejmowaniem kolejnych prób.
Obecna komercyjna rzeczywistość najwyższej góry świata niesłychanie oddaliła się od sportowych i heroicznych realiów wspinaczkowych drugiej połowy minionego wieku. Liny poręczowe ubezpieczają teraz szlaki aż do szczytu, hektolitry tlenu z niezliczonych butli płyną do płuc „dzielnych alpinistów”, a setki szerpów pracują dla nich przy budowie i zaopatrzeniu obozów wysokościowych oraz przy wprowadzaniu na górę lub sprowadzaniu z niej klientów do bazy. Rozwój technologii cyfrowej i internetu sprawił, że „zwycięstwa” i tragedie na Evereście rozgrywają się teraz nieomal na oczach świata, na żywo, „online”. Przez telefon satelitarny rozmawia się z najbliższymi ze szczytu, nierzadko też żegna z nimi na chwilę przed odejściem poza „cienką czerwoną linię”, gdyż granica pomiędzy życiem a śmiercią jest na wysokości powyżej 8000 metrów bardzo wąska i łatwo można znaleźć się po jej drugiej stronie. Informacje dobre i złe, prawdziwe i zmyślone, zdjęcia i filmiki – wszystko to niemal natychmiast trafia na internetowe strony WWW i jest dostępne na całym świecie.
Uznany za zmarłego Lincoln Hall miał szczęście; przeżył dzięki innym ludziom, szerpom i alpinistom. To bardzo ważne, gdyż historia kilku ostatnich dekad zdobywania Everestu obfituje w drastyczne przykłady ludzkiej znieczulicy i obojętności – nie tylko na samą śmierć, ale również na umieranie wciąż jeszcze żywych wspinaczy. Ta książka doskonale obrazuje aktualną komercyjną rzeczywistość Everestu, lecz nie odpowiada na cisnące się pod wpływem jej lektury pytanie: co sprawia, że na wielkich wysokościach zanika elementarna solidarność międzyludzka i dlaczego żądza zdobycia szczytu jest silniejsza, niż imperatyw niesienia pomocy wyczerpanemu alpiniście w każdej sytuacji. Najwyraźniej odpowiedzi na to pytanie nie ma.
Alek Lwow, himalaista"
e-gory.pl Paweł Brzozowski; 2016-06-24
Kotlet na wynos, czyli autostopem za równik
Lubicie książki podróżnicze? Lubicie adrenalinę? Jeśli odpowiedzieliście dwa razy TAK to ta pozycja wydawnicza jest dla Was!
Dlaczego Kotlet? Bo Mateusz Kotlarski. Częściej nazywany jest właśnie pseudonimem niż swoim własnym imieniem. Choć sam przyznaje, że bardzo lubi swoją ksywkę. Wyprawy, które organizuje i w których uczestniczy służą mu do spróbowania w życiu tego co najlepsze. Jest zakochany w górach, dlatego podróżując po świecie zawsze szuka krajobrazów piękniejszych niż te nasze rodzime. Ale do końca chyba sam nie wierzy w ich istnienie... Z wykształcenia jest inżynierem budownictwa!
Już sama okładka książki może sugerować, że będzie to pozycja bardzo luźna i chilloutowa. Bowiem widzimy na niej Kotleta, który zrobił sobie selfie podczas jednej z podróży. Nie jest to żadne ustawione zdjęcie, ani piękny pejzaż, za który zbiera się nagrody National Geographic. Za to jest to fotografia bliska sercu każdego z nas, bo któż z nas nie robi podobnych? Przy okazji wyjazdów na wakacje czy krótkich weekendowych wypadów zawsze uwieczniamy miłe chwile na fotografiach.
Dlaczego powstała ta książka? Sam autor zapewnia, że nie do końca wie jak to się stało. Po prostu pewnego dnia postanowił skręcić w innym kierunku. Spakował się, wystawił kciuk w górę i tak zaczęła się jego autostopowa podróż, która zakończyła się osiem miesięcy później na drugiej półkuli, czyli w Indonezji. Historia, która opisana jest na kartach książki to ponad 30 tysięcy kilometrów przemierzonych autostopem przez m.in.: Rosję, Mongolię, Chiny, Tajlandię czy Singapur. Autor raportuje, a w zasadzie zwierza się w publikacji z różnych napotkanych sytuacji. Możemy przeczytać jak pracował przy żniwach ryżu czy jak obozował na wulkanie, albo przedzierał się przez syberyjską tajgę. Na pewno nie brakuje w niej emocji, adrenaliny i żywych historii. Takich jakimi naprawdę są. Bez ubierania w piękne słowa. To zdecydowany atut "Kotleta na wynos, czyli autostopem za równik". Do tego przyjazny i przejrzysty język sprawi, że książka wyda Wam się naprawdę bliska duszy. Dodatkowym plusem publikacji są fotografie - możemy przez chwilę poczuć się jak obieżyświat, który przemierza półkule razem z Kotletem. Bardzo ładne wydanie, na błyszczącym papierze także podnosi wartość wydawniczą.
Warto ją zabrać ze sobą w podróż pociągiem czy na plażę podczas leżakowania. Was będzie ogrzewało przyjemne słońce i popadniecie w stan nic nie robienia, a na kartach wydawniczych przeczytacie w jaki inny sposób można spędzić miło czas. Pozycja na pewno godna polecenia! Warto zakupić i trzymać w swojej biblioteczce wracając do niej np. w długie, zimowe wieczory.
Dlaczego Kotlet? Bo Mateusz Kotlarski. Częściej nazywany jest właśnie pseudonimem niż swoim własnym imieniem. Choć sam przyznaje, że bardzo lubi swoją ksywkę. Wyprawy, które organizuje i w których uczestniczy służą mu do spróbowania w życiu tego co najlepsze. Jest zakochany w górach, dlatego podróżując po świecie zawsze szuka krajobrazów piękniejszych niż te nasze rodzime. Ale do końca chyba sam nie wierzy w ich istnienie... Z wykształcenia jest inżynierem budownictwa!
Już sama okładka książki może sugerować, że będzie to pozycja bardzo luźna i chilloutowa. Bowiem widzimy na niej Kotleta, który zrobił sobie selfie podczas jednej z podróży. Nie jest to żadne ustawione zdjęcie, ani piękny pejzaż, za który zbiera się nagrody National Geographic. Za to jest to fotografia bliska sercu każdego z nas, bo któż z nas nie robi podobnych? Przy okazji wyjazdów na wakacje czy krótkich weekendowych wypadów zawsze uwieczniamy miłe chwile na fotografiach.
Dlaczego powstała ta książka? Sam autor zapewnia, że nie do końca wie jak to się stało. Po prostu pewnego dnia postanowił skręcić w innym kierunku. Spakował się, wystawił kciuk w górę i tak zaczęła się jego autostopowa podróż, która zakończyła się osiem miesięcy później na drugiej półkuli, czyli w Indonezji. Historia, która opisana jest na kartach książki to ponad 30 tysięcy kilometrów przemierzonych autostopem przez m.in.: Rosję, Mongolię, Chiny, Tajlandię czy Singapur. Autor raportuje, a w zasadzie zwierza się w publikacji z różnych napotkanych sytuacji. Możemy przeczytać jak pracował przy żniwach ryżu czy jak obozował na wulkanie, albo przedzierał się przez syberyjską tajgę. Na pewno nie brakuje w niej emocji, adrenaliny i żywych historii. Takich jakimi naprawdę są. Bez ubierania w piękne słowa. To zdecydowany atut "Kotleta na wynos, czyli autostopem za równik". Do tego przyjazny i przejrzysty język sprawi, że książka wyda Wam się naprawdę bliska duszy. Dodatkowym plusem publikacji są fotografie - możemy przez chwilę poczuć się jak obieżyświat, który przemierza półkule razem z Kotletem. Bardzo ładne wydanie, na błyszczącym papierze także podnosi wartość wydawniczą.
Warto ją zabrać ze sobą w podróż pociągiem czy na plażę podczas leżakowania. Was będzie ogrzewało przyjemne słońce i popadniecie w stan nic nie robienia, a na kartach wydawniczych przeczytacie w jaki inny sposób można spędzić miło czas. Pozycja na pewno godna polecenia! Warto zakupić i trzymać w swojej biblioteczce wracając do niej np. w długie, zimowe wieczory.
dlaLejdis.pl Joanna Sieg; 2016-06-24
Sny Morfeusza
Stali czytelnicy tego bloga wiedzą, że lubię czytać książki, dużo książek. Nie o wszystkich tu piszę, ale i tak zorientowaliście się, że preferuję literaturę erotyczną(ale nie tylko). Kilka takich powieści już Wam tu opisałam. Dlaczego akurat ten rodzaj literatury obecnie jest moim ulubionym? Bo mogę :).
A tak na poważnie - kiedy byłam nastolatką czytałam Harleqiny z ciekawości, żeby wiedzieć nieco więcej niż nauczyli nas w szkole, a teraz czytam, bo dzięki temu znikają problemy dnia codziennego, bo szukam inspiracji, bo jestem już dorosła i ustabilizowana i mogę cieszyć się seksem na całego i tym czytanym, i tym w życiu. Ostatnio miałam okazję przedpremierowo przeczytać powieść polskiej autorki. Wiadomo, że po sukcesie Greya, literatura erotyczna wyrasta teraz jak grzyby po deszczu. Jedne z tych książek są wiernymi kopiami Greya, inne nieco się różnią. W każdym razie autorki takich powieści mają nie lada wyzwanie, żeby przebić się w erotyce i dodatkowo wnieść coś nowego do świata, w którym wszystko już przecież było. Czy polska autorka, której powieść czytałam, sprostała temu zadaniu? Czy mój cenny czas był wart poświęcenia temu, co napisała? O tym dowiecie się w dzisiejszym poście.
A tak na poważnie - kiedy byłam nastolatką czytałam Harleqiny z ciekawości, żeby wiedzieć nieco więcej niż nauczyli nas w szkole, a teraz czytam, bo dzięki temu znikają problemy dnia codziennego, bo szukam inspiracji, bo jestem już dorosła i ustabilizowana i mogę cieszyć się seksem na całego i tym czytanym, i tym w życiu. Ostatnio miałam okazję przedpremierowo przeczytać powieść polskiej autorki. Wiadomo, że po sukcesie Greya, literatura erotyczna wyrasta teraz jak grzyby po deszczu. Jedne z tych książek są wiernymi kopiami Greya, inne nieco się różnią. W każdym razie autorki takich powieści mają nie lada wyzwanie, żeby przebić się w erotyce i dodatkowo wnieść coś nowego do świata, w którym wszystko już przecież było. Czy polska autorka, której powieść czytałam, sprostała temu zadaniu? Czy mój cenny czas był wart poświęcenia temu, co napisała? O tym dowiecie się w dzisiejszym poście.
"SNY MORFEUSZA" to 416 stron powieści erotycznej. Skierowana jest do czytelników raczej 18+, chociaż wiem, że moja nastoletnia córka też czyta takie powieści w tajemnicy przede mną. Jak to zwykle bywa w takich powieściach, cała akcja toczy się wokół kobiety i mężczyzny.
On - tajemniczy, mroczny, zmienny i mega przystojny biznesmen o imieniu Adam. Ona - piękna, początkująca pani architekt Cassandra. Poznają się dzięki wielu dziwnym zbiegom okoliczności i jak to zwykle bywa, od razu czują do siebie niesamowity pociąg fizyczny. Jest i klub od którego się zaczęło, najbardziej fascynujący i tajemniczy w całej książce. To w tym klubie Adam i Cassandra spotykają się pierwszy raz, ale czy na pewno pierwszy? Adam, przystojny jak młody bóg, z bogiem nie ma nic wspólnego, bo dusza jego szatańską jest, a przynajmniej chce za takiego uchodzić, mogę powiedzieć wręcz, że za takiego się uważa. Cassandra mimo wyglądu anioła, również potrafi pokazać różki, ale jej serce jest pełne miłości, której Adam nie chce jej dać. To ma być tylko seks, ale nie byłoby książki gdyby nie problemy. Jedni kochają, inni boją się kochać, a jeszcze inni zwyczajnie w miłość nie wierzą. Adam ma swój sposób na traktowanie kobiet - masz mnie słuchać, masz mi się oddawać i basta. Niestety nie przewidział jednego ( jak każdy facet) - kobiety potrafią owinąć mężczyznę wokół palca, czy on tego chce, czy nie, ale zanim do tego dojdzie, czeka ich długa droga... pełna nagłych zwrotów akcji, które jeszcze bardziej podsycają ciekawość.
Autorka stworzyła głównego bohatera na takiego mężczyznę, o jakim marzy większość kobiet. W jednej chwili czułego i otaczającego opieką, a w drugiej szorstkiego i brutalnego i... tajemniczego. Której kobiety nie pociągają tajemniczy, przystojni mężczyźni, którzy dodatkowo ofiarują nieziemski seks? Za to główna bohaterka... nie potrafię się z nią utożsamić. Jeżeli chodzi o miłość aż po grób owszem, w pozostałych "kategoriach" jednak nie. Nie rozumiem chwilami jej postępowania i może dlatego tak intryguje mnie to, co ona robi. Jest inna niż ja, więc przewidzieć kolejnego jej kroku nie mogę i to jest rewelacyjne, bo cóż to za przyjemność czytać i wiedzieć podświadomie co stanie się za moment?
"Sny Morfeusza" jest przesycona emocjami, dawkowanymi w bardzo wyrafinowany sposób. Nigdy nie wiemy co czeka nas na następnej stronie. Kochamy razem z Cassandrą, nienawidzimy z nią i razem z nią przeżywamy orgazmy. My kobiety jesteśmy Cassandrą. Cała fabuła jest tak wciągająca, że czujemy się jej częścią. Chociaż z wieloma decyzjami bohaterów się nie zgadzam i tak jestem z nimi duszą, ciałem i sercem.
On - tajemniczy, mroczny, zmienny i mega przystojny biznesmen o imieniu Adam. Ona - piękna, początkująca pani architekt Cassandra. Poznają się dzięki wielu dziwnym zbiegom okoliczności i jak to zwykle bywa, od razu czują do siebie niesamowity pociąg fizyczny. Jest i klub od którego się zaczęło, najbardziej fascynujący i tajemniczy w całej książce. To w tym klubie Adam i Cassandra spotykają się pierwszy raz, ale czy na pewno pierwszy? Adam, przystojny jak młody bóg, z bogiem nie ma nic wspólnego, bo dusza jego szatańską jest, a przynajmniej chce za takiego uchodzić, mogę powiedzieć wręcz, że za takiego się uważa. Cassandra mimo wyglądu anioła, również potrafi pokazać różki, ale jej serce jest pełne miłości, której Adam nie chce jej dać. To ma być tylko seks, ale nie byłoby książki gdyby nie problemy. Jedni kochają, inni boją się kochać, a jeszcze inni zwyczajnie w miłość nie wierzą. Adam ma swój sposób na traktowanie kobiet - masz mnie słuchać, masz mi się oddawać i basta. Niestety nie przewidział jednego ( jak każdy facet) - kobiety potrafią owinąć mężczyznę wokół palca, czy on tego chce, czy nie, ale zanim do tego dojdzie, czeka ich długa droga... pełna nagłych zwrotów akcji, które jeszcze bardziej podsycają ciekawość.
Autorka stworzyła głównego bohatera na takiego mężczyznę, o jakim marzy większość kobiet. W jednej chwili czułego i otaczającego opieką, a w drugiej szorstkiego i brutalnego i... tajemniczego. Której kobiety nie pociągają tajemniczy, przystojni mężczyźni, którzy dodatkowo ofiarują nieziemski seks? Za to główna bohaterka... nie potrafię się z nią utożsamić. Jeżeli chodzi o miłość aż po grób owszem, w pozostałych "kategoriach" jednak nie. Nie rozumiem chwilami jej postępowania i może dlatego tak intryguje mnie to, co ona robi. Jest inna niż ja, więc przewidzieć kolejnego jej kroku nie mogę i to jest rewelacyjne, bo cóż to za przyjemność czytać i wiedzieć podświadomie co stanie się za moment?
"Sny Morfeusza" jest przesycona emocjami, dawkowanymi w bardzo wyrafinowany sposób. Nigdy nie wiemy co czeka nas na następnej stronie. Kochamy razem z Cassandrą, nienawidzimy z nią i razem z nią przeżywamy orgazmy. My kobiety jesteśmy Cassandrą. Cała fabuła jest tak wciągająca, że czujemy się jej częścią. Chociaż z wieloma decyzjami bohaterów się nie zgadzam i tak jestem z nimi duszą, ciałem i sercem.
Całość doprawiona jest sporą dawką seksu i tajemnicą w tle. Podoba mi się to, że sceny seksu są opisane niezwykle gustownie i ze smakiem. Każda z tych scen jest inna, co jest bardzo ważne, żeby się zwyczajnie nie znudzić. Pamiętacie jak pisałam Wam o Crossie? Tam seksu było tyle, że zaczęłam opuszczać te wątki, za dużo, o wiele za dużo takiego samego seksu. W Snach Morfeusza takiego problemu nie ma. Wszystko jest napisane poprawnym stylistycznie językiem, przejrzyście i ciekawie. nie ma zbędnych opisów ani przydługich monologów. Najważniejsza jednak jest akcja, a ta zaskoczyła mnie zupełnie. Sięgając po książkę myślałam, że będzie to kolejna "taka sama" książka i nawet nie wyobrażacie sobie jak się myliłam, bo tego, co w niej jest napisane po prostu nie da się przestać czytać. Dla powieści zarwałam całą noc i ani przez moment nie chciało mi się spać.
Moim zdaniem to bardzo dobra książka, jedna z lepszych z tego gatunku. Jest nieprzewidywalna i ani trochę monotonna. Jest seks, jest miłość, jest śmiertelna choroba, mafia, jest dreszczyk emocji i jest życie... nieco bajkowe i luksusowe ( bo to przecież fikcja) ale jednak życie. Zakończenie totalnie mnie zaskoczyło bo... nic nie wyjaśniło, a co za tym idzie? Muszę z niecierpliwością oczekiwać kolejnych części i wierzcie mi - to oczekiwanie jest dla mnie prawdziwą udręką...
Jeżeli lubicie literaturę erotyczną, to ta książka jest zdecydowanie dla Was, a jeżeli nie lubicie, to również jest książka dla Was, bo pozostałe wątki ( oprócz seksu) także mocno intrygują. Na koniec chcę jeszcze dodać, że autorka książki jest niesamowitą osobą, z wielką wyobraźnią i otwartością na świat i tak, jak ja kocha Szarego :), a dzięki Jej książkom udaje mi się oszukać złe myśli, które siedzą w mojej głowie od chwili, kiedy zachorował mój mąż. "SNY MORFEUSZA" są moja odskocznią i lekarstwem na całe zło...
P.S Pamiętajcie - kiedy sięgniecie po "SNY MORFEUSZA" musicie mieć dużo czasu, bo gwarantuję, że nie przestaniecie czytać dopóki nie osiągniecie 416 strony...
Moim zdaniem to bardzo dobra książka, jedna z lepszych z tego gatunku. Jest nieprzewidywalna i ani trochę monotonna. Jest seks, jest miłość, jest śmiertelna choroba, mafia, jest dreszczyk emocji i jest życie... nieco bajkowe i luksusowe ( bo to przecież fikcja) ale jednak życie. Zakończenie totalnie mnie zaskoczyło bo... nic nie wyjaśniło, a co za tym idzie? Muszę z niecierpliwością oczekiwać kolejnych części i wierzcie mi - to oczekiwanie jest dla mnie prawdziwą udręką...
Jeżeli lubicie literaturę erotyczną, to ta książka jest zdecydowanie dla Was, a jeżeli nie lubicie, to również jest książka dla Was, bo pozostałe wątki ( oprócz seksu) także mocno intrygują. Na koniec chcę jeszcze dodać, że autorka książki jest niesamowitą osobą, z wielką wyobraźnią i otwartością na świat i tak, jak ja kocha Szarego :), a dzięki Jej książkom udaje mi się oszukać złe myśli, które siedzą w mojej głowie od chwili, kiedy zachorował mój mąż. "SNY MORFEUSZA" są moja odskocznią i lekarstwem na całe zło...
P.S Pamiętajcie - kiedy sięgniecie po "SNY MORFEUSZA" musicie mieć dużo czasu, bo gwarantuję, że nie przestaniecie czytać dopóki nie osiągniecie 416 strony...
http://czasemtakjestczasemtakjest.blogspot.com/
Excel 2013 i programowanie VBA. Kurs video. Poziom pierwszy. Tworzenie makr dla arkusza kalkulacyjnego
VBA – poziom pierwszy i drugi
Te kursy będą do wygrania w kolejnym konkursie :) Pełne ich tytuły to Excel 2013 i programowanie VBA. Kurs video. Poziom pierwszy. Tworzenie makr dla arkusza kalkulacyjnego i Excel 2016 i programowanie VBA. Kurs video. Poziom drugi. Zaawansowane techniki tworzenia makr.
Oba kursy prowadzi Jarosław Baca. Przyznam, że tego pana wcześniej nie znałam, ale prowadzony przez niego kurs też mi się podoba. Przyznam, że byłam bardzo ciekawa, jak zostanie poprowadzony kurs wideo o makrach, ponieważ VBA to, bądź co bądź, jest już programowanie, czyli trudniejsza sprawa… I przyznam, że się mile zaskoczyłam, bo kurs jest bardzo poukładany i przejrzysty. Najpierw omówione zostały zagadnienia podstawowe – wprowadzające takie jak pętle czy konstrukcje warunkowe. Później zagadnienia bardziej zaawansowane takie jak formularze (choć dorzuciłabym do zagadnień szczegółowe omówienie przekazywania zmiennych ByRef i ByVal i zdarzeń). Najbardziej podobało mi się, że wszystko zostało omówione po kolei, dzięki czemu w skomplikowaną tematykę programowania jesteśmy wprowadzani stopniowo, co ułatwia, a wręcz umożliwia zrozumienie.
Jeśli zaś chodzi o to, co mi się w tym kursie nie podobało, to na pewno sposób mówienia prowadzącego. Był jakiś taki sztuczny, często miałam wrażenie, że czyta. Nie wiem, czy tak było na prawdę, jednak po prostu czasem prowadzący zbyt szybko przeskakiwał z tematu na temat. Na szczęście jest to kurs wideo, więc można sobie z tym łatwo poradzić i po prostu cofając nagranie. No i chętnie zobaczyłabym na końcu jakiś duży przykład np. typowy scalacz, który by to wszystko poskładał razem. Myślę, że byłoby to dobre podsumowanie kursu.
Ogólnie oba te kursy o VBA określiłabym jako świetny wstęp do pisania makr. Ale pamiętajcie, że nawet najlepszy kurs nic nie da, jak nie będziecie ćwiczyć. W programowaniu można napotkać miliony haczyków i często jest tak, że teoria mówi swoje, a w praktyce wygląda to zupeeeełnie inaczej. Dlatego najważniejsza jest praktyka, praktyka i jeszcze raz praktyka.
Te kursy będą do wygrania w kolejnym konkursie :) Pełne ich tytuły to Excel 2013 i programowanie VBA. Kurs video. Poziom pierwszy. Tworzenie makr dla arkusza kalkulacyjnego i Excel 2016 i programowanie VBA. Kurs video. Poziom drugi. Zaawansowane techniki tworzenia makr.
Oba kursy prowadzi Jarosław Baca. Przyznam, że tego pana wcześniej nie znałam, ale prowadzony przez niego kurs też mi się podoba. Przyznam, że byłam bardzo ciekawa, jak zostanie poprowadzony kurs wideo o makrach, ponieważ VBA to, bądź co bądź, jest już programowanie, czyli trudniejsza sprawa… I przyznam, że się mile zaskoczyłam, bo kurs jest bardzo poukładany i przejrzysty. Najpierw omówione zostały zagadnienia podstawowe – wprowadzające takie jak pętle czy konstrukcje warunkowe. Później zagadnienia bardziej zaawansowane takie jak formularze (choć dorzuciłabym do zagadnień szczegółowe omówienie przekazywania zmiennych ByRef i ByVal i zdarzeń). Najbardziej podobało mi się, że wszystko zostało omówione po kolei, dzięki czemu w skomplikowaną tematykę programowania jesteśmy wprowadzani stopniowo, co ułatwia, a wręcz umożliwia zrozumienie.
Jeśli zaś chodzi o to, co mi się w tym kursie nie podobało, to na pewno sposób mówienia prowadzącego. Był jakiś taki sztuczny, często miałam wrażenie, że czyta. Nie wiem, czy tak było na prawdę, jednak po prostu czasem prowadzący zbyt szybko przeskakiwał z tematu na temat. Na szczęście jest to kurs wideo, więc można sobie z tym łatwo poradzić i po prostu cofając nagranie. No i chętnie zobaczyłabym na końcu jakiś duży przykład np. typowy scalacz, który by to wszystko poskładał razem. Myślę, że byłoby to dobre podsumowanie kursu.
Ogólnie oba te kursy o VBA określiłabym jako świetny wstęp do pisania makr. Ale pamiętajcie, że nawet najlepszy kurs nic nie da, jak nie będziecie ćwiczyć. W programowaniu można napotkać miliony haczyków i często jest tak, że teoria mówi swoje, a w praktyce wygląda to zupeeeełnie inaczej. Dlatego najważniejsza jest praktyka, praktyka i jeszcze raz praktyka.
malinowyexcel.pl
Excel - tabele przestawne. Kurs video. Raporty i analiza danych
Kurs wideo o tabelach przestawnych
Pełna nazwa kursu to Excel – tabele przestawne. Kurs video. Raporty i analiza danych, a stworzył go Adam Kopeć (pewnie znacie go z YouTube’a :)). Przyznam, że strasznie lubię oglądać filmy Adama, więc tym bardziej chętnie zajrzałam do kursu o tabelach przestawnych. Adam przedstawił temat tabel bardzo obszernie, zaczynając od prostych, aczkolwiek niezbędnych zagadnień, takich jak formatowanie czy układ tabeli, skończywszy na bardziej zaawansowanych tematach, takich jak model danych czy pola i elementy obliczeniowe. Poza tym omówione zostały nowe funkcjonalności tabel przestawnych, jak fragmentatory czy oś czasu.
Szczególnie podobało mi się to, że zaprezentowano również opcje, takie jak pokazywanie stron filtru raportu czy grupowanie dat. Są to funkcjonalności, które są wbudowane w Excela, dzięki czemu nie trzeba pisać do nich makr czy dodatkowych formuł. Użytkownicy często niestety ich nie znają i robią wszystko ręcznie, na piechotę, przez dodają sobie sporo niepotrzebnej pracy. Dodatkowo Adam pokazuje praktyczne triki, dzięki którym np. opiera tabelę przestawną na danych z internetu, albo w jednej tabeli przestawnej pewne dane ma zgrupowane, a w drugiej – te same dane są rozgrupowane. Z książki się tego nie dowiemy :)
Cały kurs prowadzony jest na zrozumiałych przykładach, dzięki czemu można się skupić na samym działaniu tabeli przestawnej, a nie na zrozumieniu skomplikowanego przykładu (tutaj ogromny plus!). I co najważniejsze: pliki te można pobrać (są one dostępne na stronie kursu pod linkiem przykłady na ftp). Uważam, że jest to must have, ponieważ aby porządnie nauczyć się prezentowanych zagadnień konieczne jest, aby podczas oglądania lekcji jednocześnie ćwiczyć.
A jeśli chodzi o to, co mi się nie podobało, to jest to tylko jedna rzecz: jakość dźwięku: podczas całego kursu da się słyszeć straszny pogłos, przez co niezbyt miło słuchało mi się kursu. Na szczęście ta niedogodność nie wpłynęła na zawartość merytoryczną :)
Pełna nazwa kursu to Excel – tabele przestawne. Kurs video. Raporty i analiza danych, a stworzył go Adam Kopeć (pewnie znacie go z YouTube’a :)). Przyznam, że strasznie lubię oglądać filmy Adama, więc tym bardziej chętnie zajrzałam do kursu o tabelach przestawnych. Adam przedstawił temat tabel bardzo obszernie, zaczynając od prostych, aczkolwiek niezbędnych zagadnień, takich jak formatowanie czy układ tabeli, skończywszy na bardziej zaawansowanych tematach, takich jak model danych czy pola i elementy obliczeniowe. Poza tym omówione zostały nowe funkcjonalności tabel przestawnych, jak fragmentatory czy oś czasu.
Szczególnie podobało mi się to, że zaprezentowano również opcje, takie jak pokazywanie stron filtru raportu czy grupowanie dat. Są to funkcjonalności, które są wbudowane w Excela, dzięki czemu nie trzeba pisać do nich makr czy dodatkowych formuł. Użytkownicy często niestety ich nie znają i robią wszystko ręcznie, na piechotę, przez dodają sobie sporo niepotrzebnej pracy. Dodatkowo Adam pokazuje praktyczne triki, dzięki którym np. opiera tabelę przestawną na danych z internetu, albo w jednej tabeli przestawnej pewne dane ma zgrupowane, a w drugiej – te same dane są rozgrupowane. Z książki się tego nie dowiemy :)
Cały kurs prowadzony jest na zrozumiałych przykładach, dzięki czemu można się skupić na samym działaniu tabeli przestawnej, a nie na zrozumieniu skomplikowanego przykładu (tutaj ogromny plus!). I co najważniejsze: pliki te można pobrać (są one dostępne na stronie kursu pod linkiem przykłady na ftp). Uważam, że jest to must have, ponieważ aby porządnie nauczyć się prezentowanych zagadnień konieczne jest, aby podczas oglądania lekcji jednocześnie ćwiczyć.
A jeśli chodzi o to, co mi się nie podobało, to jest to tylko jedna rzecz: jakość dźwięku: podczas całego kursu da się słyszeć straszny pogłos, przez co niezbyt miło słuchało mi się kursu. Na szczęście ta niedogodność nie wpłynęła na zawartość merytoryczną :)
malinowyexcel.pl