ODBIERZ TWÓJ BONUS :: »

Recenzje

TukTukCinema. Czyli rzecz o Indiach, Gangesie, radości życia, wiecznie psującym się skuterze i Bolku i Lolku

Pierwszy komercyjny pokaz kinowy, zorganizowany przez braci Lumière, odbył się pod koniec 1895 r. w paryskiej kawiarni Grand Café. Właściciel lokalu nie wierzył, że taki wynalazek kogokolwiek zainteresuje, co więcej, sami bracia również nie przewidywali, że kinematograf zmieni historię ludzkości, a samo kino znacząco wpłynie na kształtowanie trendów, w tym na sposobów spędzania wolnego czasu. Kilkunastometrowa kolejka, która ustawiła się do kawiarni dzień po pierwszym pokazie była przełomowym momentem, a od tej chwili nic już nie było takie samo. Obecnie nie jesteśmy sobie nawet w stanie wyobrazić współczesnego świata bez kina dostępnego w każdym mieście, zarówno bez małych kin studyjnych dla koneserów, jak i bez ogromnych obiektów, w których każdy znajdzie coś dla siebie.
 
Są jednak takie rejony świata, do których nie dotarła nawet szeroko pojęta cywilizacja, a co dopiero kino. Tam, gdzie nie ma dróg, gdzie transport publiczny dociera rzadko, gdzie szkolnictwo ma przypadkowy charakter, a kino … to wrota to innego świata. Właśnie ten świat postanowił pokazać dzieciom ze szkół czy sierocińców pisarz i podróżnik, Robb Maciąg. Z tej wyprawy trasą prowadzącą wzdłuż świętej rzeki, Ganga Mai, powstała wspaniała książka, opublikowana nakładem wydawnictwa Bezdroża. „Tuk Tuk cinema”, to wspaniała opowieść pełna lokalnego kolorytu, ale też trudnej codzienności mieszkańców Indii. To również powrót do dzieciństwa, do czasów Bolka i Lolka, to dziecięca radość nieskażona jeszcze komercją, to wspaniały przykład tego, że chcieć, znaczy móc.
 
Jak pisze autor, pomysł na kino w tuk tuku zrodził się podczas festiwalu Trzy Żywioły w Krakowie, zaś środki finansowe na jego realizację, udało się zebrać za pośrednictwem portalu crowdfundingowego. Pomysł był genialny w swej prostocie, a przy tym iście dżugar, czyli opierający się na kreatywnej prowizorce. Co prawda przeszkody biurokratyczne sprawiły, że z tuk tuka autor musiał zrezygnować, ale za to, za środek lokomocji, a przy tym napęd dla projektowa, posłużył mu zakupiony na lokalnym targowisku, Karol Bagh, motor. Wysłużona honda activia okazała się być wiernym, choć kapryśnym towarzyszem podróży, ale to za jej pośrednictwem Robb Maciąg dostarczał dzieciom niezapomnianych wrażeń, wyświetlając wszędzie, gdzie tylko mógł, stare polskie bajki.
 
Nie jest to jednak reportaż z baśniowej wyprawy, bo choć autor na wiele kwestii patrzy z dystansem i poczuciem humoru, to jednak na stronach książki znajdziemy wiele bolączek, doskwierających Indiom. Maciąg pokazuje nam kraj, jakiego nie poznamy podczas zorganizowanych przez biura podróży wycieczek i nie zobaczymy w barwnych katalogach. Sam autor jednak przyznaje, że Indie go fascynują, a po lekturze książki być może pokochamy go i my – nie mając wobec niego żadnych oczekiwań i akceptując takim, jaki jest. Przy okazji nauczymy się cierpliwości i przekonamy się, jak wielkie znaczenie w Indiach odgrywają horoskopy. Doświadczymy niekonsekwencji, ale i niesłabnącej życzliwości mieszkańców. Poznamy fascynującą historię Abdula Malika i Wirendra Singha, a także problemy związane z uczęszczaniem do szkoły i wyrzeczenia z tym związane
 
Poznajemy świat po obu stronach Gangesu, Matki Gangi, czczonej, ale i bezmyślnie degradowanej. Jednak i to wpisuje się w obraz Indii pełnych kontrastów oraz absurdów. Indii fascynujących i rozbrzmiewających śmiechem setek dzieci, które z zapartym tchem śledziły przygód Bolka i Lolka czy Reksia. I tak, jak autor przekonał się zapewne, że te chwile radości były warte trudów podróży, tak mi my przekonujemy się, że lektura „Tuk Tuk cinema” jest warta odłożenia wszystkiego i skupienia się tylko na książce. Dajemy się ponieść słowom autora, wciąga nas niezwykła atmosfera amatorskiego kina, a serce wypełnia przekonanie, że wystarczy tak niewiele, by kogoś uszczęśliwić. Piękne zdjęcia stanowią tylko dodatek do tej książki, która zmienia nasz sposób patrzenia Indie, na świat i uczy doceniać to, co mamy!
QulturaSlowa Justyna Gul

Pieśń Dawida

Genialność Amy Harmon, cudowność jej stylu, oryginalność pomysłu, niesamowitość bohaterów przestawiałam już na przykładzie Prawa Mojżesza. Tym razem zaśpiewam wraz z kolejnym bohaterem jego pieśń, Pieśń Dawida. Chcecie posłuchać?
 
Dawida poznaliśmy już w poprzedniej książce autorki. Chłopak z problemami, obwiniający się o śmierć siostry, wielokrotnie próbujący popełnić samobójstwo. W zakładzie psychiatrycznym zaprzyjaźnił się z Mojżeszem, razem wiele podróżowali i sprzedawali obrazy, ponadto Dawid miał możliwość ciągłej walki, brania udziału w pojedynkach, co uwielbiał. Teraz, kiedy Mojżesz założył rodzinę i Dawid osiadł w jednym miejscu. Założył klub, walczył w walkach MMA, wciąż zmieniał partnerki i wciąż nie uporał się z demonami przeszłości. Zmianą w jego życiu staje się nowa tancerka, niewidoma tancerka, która całkowicie kocha, to co robi. Wraz ze swoim niecodziennym bratem szybką podbijają serce Dawida, który wciąż chce nieść komuś pomoc. Sielanka nie trwa jednak długo, Dawid odchodzi, pozostawiając po sobie jedynie kasety, które odsłuchujemy wraz z Millie i Mojżeszem.
 
Czytając Prawo Mojżesza, pierwsze co pokochałam, był styl autorki. Ma ona niecodzienny sposób na bardzo emocjonalne ukazywanie wszystkiego, naprawdę wszystkiego. Czytając chłoniemy jej tekst, nie możemy się oderwać... Raz chciałam się śmiać, raz płakać, to było trudne do opisania. Podobne uczucia miałam, co do tej powieści, ale nie od razu...
 
Na początku trudno było mi się przyzwyczaić do narracji, która, co tu dużo mówić, była dość niecodzienna. Zwykle bowiem rozkłada się pomiędzy główną parą, tym razem jednak głos zyskał również bohater poboczny, choć główny w poprzedniej książce. Mojżesz splatał i relacjonował zdarzenia dziejące się z Millie i innymi bohaterami w czasie słuchania nagrań Dawida i po ich wysłuchaniu, Powieść składa się bowiem z nagrań dla Millie oraz narracji Mojżesza.
 
Po około 50 stronach jednak z łatwością wczułam się w powieść i wtedy naprawdę w nią wsiąknęłam. Nie było mnie, droga pociągiem minęła mi błyskawicznie. Amy Harmon ma coś, co sprawia, że kocham jej powieści, kocham jej bohaterów, nie ważne jak porysowani by nie byli. Po prostu żyje się ich historią i trudno ją pozostawić. 
 
Po skończeniu każdej z powieści autorki pozostaje masa emocji, a także wrażenie, że ta opowieść to bajka. Piękne, baśniowe zdania, a jednocześnie do bólu realni i poranieni bohaterowie. Mimo wrażenia dysonansu, to wszystko się zgrywa i to doskonale. 
 
Nie spodziewałam się, że postać Dawida, wojownika, tak mnie uwiedzie. Nie spodziewałam się po nim tak wielkich pokładów uczuć, emocji. Tak samo po tej książce. Autorka powoli, powoli zdobywa moje serce. A jak będzie z Wami?
Ksiazkowyswiatpatrycji.blogspot.com Patrycja Waniek; 2016-10-18

TukTukCinema. Czyli rzecz o Indiach, Gangesie, radości życia, wiecznie psującym się skuterze i Bolku i Lolku

Oszołamiające piękno mauzoleum Tadż Mahal w Agrze. Pałac Wiatrów (Hawa Mahal) w Dżajpurze. Erotyczne rzeźby świątyń w Kadżuraho. Ghaty nad Gangesem w Waranasi (Benares), na których przez całą dobę płoną stosy pogrzebowe. Niezliczone perły architektury sakralnej buddyzmu, hinduizmu, islamu, a także pałace maharadżów w różnych zakątkach kraju. Plaże Goa i barwne święta religijne. To tylko przykładowe magnesy, które przyciągają do Indii miliony turystów z całego świata. Są jednak także inne Indie. Interioru z nędznymi wioskami i miasteczkami, a także przedmieścia w których jedynym celem mieszkańców jest przeżycie kolejnego dnia. Lokalnych wierzeń, obyczajów, przesądów, niewyobrażalnych warunków życia, z którymi cudzoziemcy prawie nigdy nie stykają się, nie mają o nich pojęcia. Taki kraj pokazuje czytelnikom znany globtroter i autor kilku wcześniej wydanych książek podróżniczych, który celem swojej szóstej wyprawy do Indii w 2015 roku zrobił przejechanie w ciągu kilku tygodni skuterem z Delhi i dalej wzdłuż Gangesu, przez położone nad nim święte miasta, aż do Kalkuty (Kolkaty). Aby po drodze pokazywać dzieciom w szkołach i domach dziecka polskie filmy animowane z Bolkiem, Lolkiem i Reksiem.
 
W zorganizowaniu tego wyjazdu nazwanego Tuk Tuk Cinema oraz zebraniu niezbędnych nań środków pomogło mu 130 osób poprzez portal Polak Potrafi. A Studio Filmów Rysunkowych w Bielsku Białej udostępniło filmy i promujące je gadżety.Nie zostały to pieniądze zmarnowane, czego najlepszym dowodem jest książka, będąca relacją z tej podróży. Pokazująca inne Indie: nieznane i niesamowite, chociaż fascynujące. Czytelnik który weźmie ją do ręki, niech nie oczekuje – uprzedzam z góry – opisów zachwycających zabytków i sławnych turystycznych miejsc. One, tym razem, zupełnie autora nie interesowały.

Chociaż był w New Delhi oraz w świętych miastach nad najważniejszą, najbardziej czczoną rzeką Gangesem. Riszkeś – centrum jogi. Agrze nad Jamuną, słynnej z Tadż Mahal, twierdzy – Czerwonego Fortu, meczetu piątkowego Dżama Masdźid i wielu innych zabytków. W przemysłowym Kanpurze oraz w Allahabadzie, do którego stale przybywają pielgrzymi, a co 12 lat na spotkanie z sadhu – mistrzami duchowymi podczas święta Maha Kumb Mela przybywa, aby wspólnie odbyć rytualną kąpiel w rzece, od 70 do 100 milionów (!) wiernych.

We wspomnianym Waranasi, ale również mało u nas znanym innym świętym mieście Munger, położonym w miejscu, w którym Ganges, na krótkim odcinku, płynie na północ. A także w dużym Bhagalapurze, w którym znajduje się jeden z najdłuższych, blisko 5-kilometrowy, most przez Ganges. No i w Bodh Gaji, świątyni Mahabodhi w Biharze – miejscu związanym z życiem i nauczaniem Buddy oraz w Kalkucie.

To co przyciąga do nich, nie wszystkich zresztą, zagranicznych turystów, autor potraktował marginesowo. Trochę szerzej pisząc o świętym drzewie Bodhi – 35 metrowym figowcu, pod którym medytował Budda. Zresztą nie tym samym, bo tamten został doszczętnie zniszczony w 600 r. p.n.e., na jego miejscu w 20 lat później posadzono nowe, a to zastąpiono w 1881 r. obecnym, które wyrosło z nasion poprzedniego. Więcej uwagi poświęcił też Waranasi, przede wszystkim nadbrzeżnym ghatom.

A jednak, pomimo braku opisów wspaniałości indyjskich zabytków i pięknych miejsc, jest to książka fascynująca, chociaż równocześnie wstrząsająca. Pokazuje bowiem nieznane szerzej oblicze tego kraju, chociaż tylko jedno z kilku. Życie zwykłych ludzi, w tym również najbiedniejszych. Wierzenia, zwyczaje, przesądy, mentalność. Z bardzo surowymi niekiedy ocenami, ale wynikającymi z jednej strony z fascynacji Indiami, z drugiej koniecznością pisania prawdy oraz operowania faktami.

Perypetie związane z samym przemieszczaniem się autora skuterem, od jego kupna, oczywiście używanego w Delhi, z problemami technicznymi oraz naprawami, postojami i noclegami w rożnych warunkach, stanowią tylko niewielką część narracji. Zajmującej chyba tylko tyle miejsca, ile okazało się niezbędne. Najbardziej wyraziste i utrwalające się w pamięci czytelnika, a przynajmniej mojej, są opisy dróg i ulic oraz sytuacji na nich. A także życia ludzi, w tym na głębokiej prowincji, z niezliczonymi, konkretnymi sytuacjami i przykładami.

Ruch drogowy w Indiach jest czymś niewyobrażalnym dla Europejczyka. Przejechałem niegdyś tamtymi drogami, chociaż tylko wyjątkowo objazdami w interiorze, przede wszystkim zaś głównymi, kilka tysięcy kilometrów i to jako pasażer niewielkiego autobusu. Wydawało mi się, że mam o nim jakie takie pojęcie. Autor, swoimi dynamicznymi opisami, wyprowadził mnie z błędu. To, że znając sytuację na indyjskich drogach z pięciu poprzednich pobytów w tym kraju zdecydował się na podróż nimi samotnie skuterem, graniczyło z szaleństwem, którego innym nie polecam. Ale fakt, że dojechał do celu o czasie cały bez wypadków, chociaż z paroma wspomnianymi „kaprysami” pojazdu, graniczy z cudem.

Opisy sytuacji na tamtych drogach są na wielu stronach tej książki. Cytować przykłady tego horroru można dowolnie, nawet na chybił trafił. Oto kilka próbek. „Jazda skuterem po Delhi to zupełnie nowe doświadczenie. To coś, co cię zmienia na zawsze. Wyostrzają ci się zmysły o których istnieniu nawet nie widziałeś”. I dalej następują opisy ptaków spadających w gąszcz jadących pojazdów jak błyskawice na zwłoki przejechanego psa, aby porwać coś do jedzenia.

Tymczasem kierowca podróżnik wie, że „W każdej chwili ktoś może nadjechać, i to z najmniej oczekiwanego kierunku”. Bo jazda na trzeciego i czwartego, pod prąd, Poboczem, nawet przydrożnymi rowami, to przecież tam norma. Przy czym obowiązuje zasada: „… na drodze duży może wszystko i nikt mu nic nie zrobi”. Z wieloma przykładami sytuacji kolizyjnych z ciężarówkami, a zwłaszcza traktorami ciągnącymi przeładowane przyczepy. „Tu wszystko dzieje się w ułamku sekund. Trwa od jednego mrugnięcia oczami do drugiego i polega na zawahaniu się. Kto pierwszy zawaha się, ten pierwszy hamuje” – to kolejny cytat.

I niezliczone soczyste opisy jazdy wśród wałęsających się świętych krów, bawołów, pojazdów w fatalnym stanie technicznym. Z obowiązującą zasadą: kto najechał, ten jest winien i płaci za ewentualne szkody. Nawet, jeżeli ktoś mu zajechał drogę, pcha się pod prąd, lub pieszy przeciska na drugą stronę jezdni. Czy, gdy po podniesieniu zapór na przejeździe kolejowym, z obu stron ruszają, na całą szerokość drogi, dwie kolumny prące do zderzenia czołowego.

I jakoś przemieszczają się! Ale opisy tego horroru warte są lektury. Zwłaszcza przed podjęciem decyzji o podobnej podróży po Indiach. Problemy stwarzają tam nie tylko uczestnicy ruchu drogowego, ale i np. pasażerowie autobusów wyrzucający przez okna, wprost na lub pod inne pojazdy, śmieci, butelki po wodzie, śliskie skórki bananów.

„Gdy patrzy się na indyjską drogę – znowu zacytuję – widać rowery, autobusy, ciężarówki, traktory, skutery, motory, samochody i… całą resztę. Ta „cała reszta” to wszelkiej maści pojazdy, często samoróby. Kwiat garażowego dizajnu i bezgranicznej fantazji twórców. Pojazdy trój-, cztero- lub jeszcze więcej kołowe. Przyczepy z dospawanymi z przodu motocyklami. Pompy strażackie, odpalane korbą, napędzające mikrobusy i wszystko, co da radę pojechać, zahamować i przewieźć kogoś lub coś. A przewieźć można i trzeba wszystko…”

Najciekawsze są jednak, również niezliczone, opisy sytuacji, w których znajdował się podróżnik. Zwłaszcza życia, obyczajów i zwyczajów miejscowej ludności. Np. szkół i domów dziecka, w których usiłował, często ze skutkiem, wyświetlać, oczywiście bezpłatnie, polskie kreskówki. Przyjmowane zresztą, nie tylko przez młodzież, ale także np. robotników, fantastycznie.

Chociażby prowadzonej przez jakąś fundację szkoły „Pradada Pradadi” w której dziewczęta z biednych rodzin mają zagwarantowaną nie tylko naukę, ale także dwa posiłki dziennie, ubrania, zeszyty, książki, miejsce w szkolnym autobusie lub rower. Ich rodziców trzeba jednak przekupywać, aby zgodzili się wysyłać te dziewczęta do szkoły nawet w takich warunkach – bo każda jeszcze za przyjście otrzymuje 10 rupii dziennie. Sumę śmieszną, ale dla nędzarzy znaczącą.

Początkowo rodzice zgarniali po paru dniach to „kieszonkowe”, sprzedawali dane dziewczynom rowery i przestawały one przychodzić do szkoły. Zmieniono więc zasady. Pieniądze te wpłacane są obecnie na konto uczennic, ale otrzymują je dopiero po ukończeniu szkoły. I to już jest kwota znacząca dla biednych. Za każdy dzień nieobecności potrącane jest jednak 20 rupii. Pomogło, nie ma wagarów.

Sporo miejsca zajmują opisy wierzeń oraz zwyczajów religijnych – i nie tylko, bo również przesądów i zabobonów. W Indiach – pisze autor – wierzą w ponad 30 milionów bogów, chociaż w rzeczywistości są to kolejne inkarnacje tych samych kilku ze szczytu panteonu. I dalej: „Kto zauważa sklepikarza, który, gdy odbiera pieniądze od pierwszego tego dnia klienta, dotyka nimi czoła, serca i na koniec delikatnie je całuje. Kto zauważa kierowcę taksówki objeżdżającego buddyjski chorten, zawsze z ruchem wskazówek zegara, bo tak nakazuje tradycja. Kto zauważa muzułmanina porzucającego swój skromny stragan z warzywami, który liczy na ludzką uczciwość lub życzliwe oko sąsiada, biegnąc do meczetu na 15 minutową modlitwę”.

Szalenie ciekawe są opisy zwyczajów weselnych z kultem złota oraz przyczynami rozwodów. Jeżeli np. astrologom „wyszło z horoskopu” – a są one obowiązkowe, że w kobiecie są „złe moce”, to najpierw, z całym ceremoniałem, wychodzi ona za mąż za psa czy drzewo, aby na nie przeszły te złe moce. A po szybkim rozwodzie, możliwy jest już „bezpieczny ślub” z wybranym. Czy powód dla rozwodu: „Żona rozwodzi się z mężem, bo w jego domu za często wyłączają prąd.”

Jest wśród tych relacji opis Lotu Donikąd (Flight To Nowhere) – starego airbusa 300 bez skrzydeł i silników, w którym biedne dzieci za drobną kwotę mogą poczuć się jak w prawdziwej podróży lotniczej. Z biletami, miejscami, stewardesami i…awaryjnym lądowaniem z ewakuacją ślizgami. To pomysł byłego pilota Bahadara Gupty. Czy drogi przez góry wykutej w ciągu 22 lat przez Dasratha Mandźi młotkiem i przecinakiem. Bo jego ukochana żona zmarła w drodze do odległego o 70 km lekarza. A po przebiciu tej drogi głębokiej na 7,5, szerokiej 9 i długiej 100 m, trasa z wioski skróciła się do 15 km!

Jest relacja z innej wioski, w której zebrane zboże kładzie się na drodze, aby wymłóciły je przejeżdżające samochody, gdyż wymaga to mniej pracy, niż uderzanie snopkami o koło ustawione na krótkim palu. Wiele miejsca w książce zajmują opisy Gangesu w różnych miejscach oraz związanych z nim wierzeń, pielgrzymek i obrzędów, pełne poruszających faktów. W Kalkucie, pisze autor, woda jest ponad 100 razy brudniejsza niż zdatna do kąpieli. A ludzie piją ją… 118 miast wylewa do tej rzeki ponad 3,6 mln litrów ścieków dziennie, z czego dwie trzecie bez żadnego oczyszczenia. I opisy sytuacji w niektórych wioskach nad Gangesem.

Znowu zacytuję: „Po 200 czy 300 metrach byłem w Indiach sprzed kilkudziesięciu lat. Krowie zagrody otaczał płot z kaktusów, dzieciaki srały w polu i podcierały się ziemią, a droga była tylko swoim własnym wspomnieniem.” Jest opis wysypiska śmieci, na którym świnie, psy i krowy zajmują się ich segregacją na jadalne i niejadalne. Przy czym każde z tych zwierząt jada co innego. Jedzenia rękami, bo zdaniem wielu hinduskich duchownych, zbliża to człowieka do pokarmu. Czy życia w interiorze: „Nie ma czasu na nic więcej niż to, co potrzebne i ważne. Pielgrzymka, ślub, pogrzeb, choroba, wezwanie do sądu. Resztę czasu spędza się na pracy. Całodziennej i codziennej.”. Żeby przeżyć.

Czy można więc dziwić się, że, znowu oddam głos autorowi: „Hindusi mają inny pomysł na Piekło i Niebo. Nie wierzą, że dusza po śmierci idzie do jednego z tych miejsc. Wierzą, i to od tysięcy lat, że Piekłem jest nasze codzienne życie.” Mimo widocznej fascynacji tym krajem, autor nie szczędzi mu niekiedy szokujących ocen. Pozwolę sobie jeszcze na trzy cytaty. „Prawdziwe Indie to hałas, chaos, zapach szczyn, przypraw i ludzkich ciał oraz upału.”

„Trudno brać serio kraj, który reklamuje się jako coś wspaniałego, jako największą demokrację świata i jako piątą potęgę ekonomiczną na świecie, gdy czyta się o tym w gazecie, siedząc przy świeczkach, bo akurat znowu zabrakło prądu.” „W Indiach kto tylko może, ten się miga od pracy, tym bardziej, że praca fizyczna historycznie i kulturowo uwłacza godności człowieka i bycie kierownikiem jest jedynie słusznym zajęciem.” Książka świetnie napisana, ładnym językiem, nie jest lekturą łatwą. Ale trudno się od niej oderwać. Zawiera również sporo zdjęć autora.
GLOBTROTER INFO CEZARY RUDZIŃSKI; 2016-10-17

Hard Beat. Taniec nad otchłanią

Traumatyczne przeżycia odciskają piętno na człowieku i zmieniają jego postrzeganie świata. Ciężko pogodzić się z tragedią w życiu. Jak sobie z nią radzić? Jest jakiś magiczny sposób?

Fabuła
Tanner Thomas przeżył parę miesięcy temu traumę. Jego wieloletnia przyjaciółka zginęła na Bliskim Wschodzie. On i Stella byli nierozerwalnym zespołem dziennikarsko-fotograficznym. Dogadywali się jak nikt. Po żałobie, Tanner znowu wraca w tamte rejony. Musi poradzić sobie z poczuciem winy oraz demonami przeszłości. Wierzy, że ponowne rzucenie się w wir akcji, pomoże mu poradzić sobie z bólem. W ten sposób poznaje BJ, dla przyjaciół Beaux Croslyn, która ma być jego nowym fotografem. Świeżynka, która nie wie jak wygląda praca w tak ciężkich warunkach.

Wspólne pożądanie bierze górę nad rozsądkiem. Niestety przeszłość BJ ją dopada i zagraża obojgu. Czy przetrwają zamiecie i wichury? Czy szczęśliwe zakończenie jest im pisane?

Moim zdaniem
Kiedy myślę, że K. Bromberg nie może mnie już niczym zaskoczyć – pojawia się Hard Beat. Najnowszy tom serii Driven pisany jest z perspektywy męskiej. Cudowne odświeżenie po samych damskich spojrzeniach. Nie wliczam w to Raced, ponieważ historia została najpierw opowiedziana przez Rylee.

Hard Beat przenosi czytelnika na Bliski Wschód oraz niebezpiecznych rejonów. Kobiety bez prawa głosu, usłużne, poddane. Nie ma mowy, żeby niedoświadczona amerykanka przetrwała tam pięć minut bez ochrony. Dlatego też Tanner, nie ma ochoty bawić się w babysitter'kę. Nie wyobraża sobie straty kolejnej kobiety. Nie może sobie pozwolić na niedopilnowanie ochrony.

Bromberg przenosi czytelnika w świat zupełnie inny, ale styl pozostał niezmienny. Dwie osoby, o silnych charakterach, które ścierają się z siłą bomby nuklearnej. Docinki i przekomarzanie są na porządku dziennym. Taka zasłona dymna głębszych uczuć. Jak najlepiej ukryć pożądanie? Udawać, że się kogoś nie znosi. Czasem mam wrażenie, że autorka utarła swój schemat. Jednak po głębszym zastanowieniu dochodzę do wniosku, że jednak nie. Może i działania podobne, ale pojedyncze cechy charakteru są zupełnie inne. Tanner jest typem samca alfa, jednak ma wielkie serce. Taki duży miś z miodkiem w środku. Calton np. był kobieciarzem. Niby drobne cechy, ale pozawalają nie mieć uczucia deja vu na każdym kroku.

W przypadku Hard Beat, dużo robi sceneria. Przenosimy się do niebezpiecznych rejonów, a nie do dobrze nam znanej Ameryki. Jest to kolejna z odświeżających cech. Wybieramy się z żołnierzami na akcję, poznajemy tajemnicze tereny. Wiem, że Bliski Wschód jest niebezpieczny, ale za każdym razem na wzmianki o traktowaniu kobiet - wzdrygam się. Jednocześnie dziękuję, że żyję w Polsce. Główni bohaterowie są barwni i posiadają prawdziwe charaktery. Kolejny raz łapię się na tym, że szukam jakiejś wady w wyglądzie. Dlaczego oni zawsze muszą być przerażająco idealni? Jakby byli wyrzeźbieni z granitu. Daje to poczucie nierealności.

Jak zawsze, powieść czyta się bardzo szybko i za chwile jej nie ma. Po tej części został mi niedosyt oraz wrażenie przeciągania niektórych wątków. Nie napiszę których, ponieważ zdradziłabym ważną część fabuły. W pewnym momencie miałam ochotę przekartkować parę stron, bo już 20 raz czytałam o tym samym, tylko innymi słowami.

Wady nie odebrały mi jednak najważniejszego – ciekawego popołudnia z nową książką Bromberg. Jak zawsze był to czas mile spędzony. Styl pisania jest magiczny i pozwala wczuć się w sytuacje bohaterów. Jest to dla mnie ważny zabieg w literaturze. Lubię odkrywać łączące cechy z wcześniejszymi tomami. Tym razem, główny bohater Tanner, jest bratem, Rylle z pierwszych czterech tomów.

Okładka pasuje do poprzednich dwóch tomów. Podoba mi się intensywność kolorystyczna, która od razu rzuca się w oczy. Żałuję jednak, że wszystkie tomy Driven nie są w jednej stylistyce.

Polecam, niezmiennie, fanom gatunku. Erotyk z fabułą na wysokim poziomie. Czuć pożądanie, napięcie, uczucia, ale bohaterowie nie muszą uprawiać seksu co parę stron, żeby było to wyczuwalne.
dlaLejdis.pl Katarzyna Gnacikowska; 2016-10-17

Brazylia. Zielony Przewodnik. Wydanie 1

Smutek tropików

Brazylia zawsze jest dobrym wyborem. Ogromny kraj, z czterema strefami czasowymi, magicznymi krainami (jak Ro-raima czy Amazonia), niezwykłą gościnnością mieszkańców, fantastyczną kuchnią i cudowną przyrodą zapewnia atrakcje o każdej porze roku. Kto kocha umiarkowane klimaty, może zwiedzić Rio de Janeiro i Sao Paulo, może pojechać do Porto Allegre albo Kurytyby, a potem oglądać fenomen wodospadów Iguasu. Może też oddać się kąpielom słonecznym i oceanicznym na niezmierzonych plażach Salvadoru czy Belem, a jeśli kusi go magiczna chandra deszczowych lasów i bezkresnej Amazonii, może udać się do Manaus i tam szukać bajecznych śladów kauczukowej gorączki... Manaus to prawie dwumilionowa stolica jednego - za to największego - z 27 stanów federacji Brazylii, Amazonii, której obszar jest niemal pięć razy większy niż terytorium Polski.
Manaus to baza wypadowa w głąb Amazonii, to także ważny port, który - choć oddalony od Atlantyku - przyjmuje jednostki oceaniczne. Miasto nazwane przez Indian "Matką bogów" nie leży nad Amazonką, ale nad Rio Negro, i jest ciągle żywym dowodem fortun, jakie rodziły się tu y schyłku XIX wieku, gdy zaczął się sprzedawać na świecie kauczuk, brazylijskie białe złoto. Centrum miasta, kojarzące się z paryskim stylem, urzeka pięknem architektury. Port natomiast jest bramą do zupełnie innego wymiaru czasu i przestrzeni. Stąd ruszają na Amazonkę turystyczne łodzie i luksusowe Cruisery, by podczas krótkich i dłuższych rejsów umożliwić miłośnikom dławiącego upałem i wilgocią (83 proc.) klimatu zrozumienie, co miał na myśli Levi-Strauss, pisząc swój znakomity, ciągle wywierający wrażenie, esej "Smutek tropików".
Przewodnik gwarantuje aktualną i zarazem najbogatszą dziś na polskim rynku wydawniczym informację na temat warunków podróżowania po Brazylii. Zawiera mapy, kontakty teleadresowe z niemal wszystkimi ośrodkami turystycznymi kraju.
ANGORA; Polsat News Ł. Azik; 2016-10-16
Płatności obsługuje:
Ikona płatności Alior Bank Ikona płatności Apple Pay Ikona płatności Bank PEKAO S.A. Ikona płatności Bank Pocztowy Ikona płatności Banki Spółdzielcze Ikona płatności BLIK Ikona płatności Crédit Agricole e-przelew Ikona płatności dawny BNP Paribas Bank Ikona płatności Google Pay Ikona płatności ING Bank Śląski Ikona płatności Inteligo Ikona płatności iPKO Ikona płatności Millennium Ikona płatności mTransfer Ikona płatności Nest Bank Ikona płatności Paypal Ikona płatności PayPo | PayU Płacę później Ikona płatności PayU Płacę później Ikona płatności Plus Bank Ikona płatności Płacę z Citi Handlowy Ikona płatności Płacę z Getin Bank Ikona płatności Płać z BOŚ Ikona płatności Płatność online kartą płatniczą Ikona płatności Santander Ikona płatności Visa Mobile
Bezpieczne płatności szyfrowane SSL