Recenzje
Końca świata nie było
Poza strefą komfortu
Takich relacji mamy tysiące. Niezmierzona blogosfera i w niektórych przypadkach, gdy autor potrafi, drukowane w prasie lub w książkach reportaże. Przypadek niniejszy mieści się w ostatniej kategorii. Szukająca adrenaliny trzydziestolatka opuszcza kraj i męża na kilka miesięcy i udaje się w samotną podróż do... Gwatemali. Mogłaby gdzie indziej, ale leci do Gwatemali, tam uczy się hiszpańskiego i opisuje nieznany sobie kraj. Wspomnienia z tej podróży są niewątpliwie typowym sprawozdaniem z drogi, choć niewiele mówią o ludziach i kraju, gdzie autorka przebywała. Owszem, poznajemy towarzyszy podróży, znamy nawet niektóre imiona tubylców, ale bohaterem tej książki nie jest Gwatemala, tym bardziej Gwatemalczycy, lecz autorka jako taka. Jeśli kogoś to zainteresuje, pozna rzeczywiście niespokojnego ducha, naiwnie szukającego nowych emocji, których dać już nie może dotychczasowe życie ani podróże z mężem. Pretekstem (zarazem tytułem relacji) jest hałaśliwie zapowiadany kilka lat temu koniec świata, który - według prastarego kalendarza Majów - miał nastąpić. Aby poznać świat, każdy powód jest dobry, tym bardziej prowadzący w tak atrakcyjne i uzależniające klimaty jak Ameryka Środkowa. Poza naturalną urodą Gwatemala i zaliczony też przez autorkę Honduras są krajami podwyższonego ryzyka, co autorka zdaje się lekceważyć, a czego na pewno nie należy naśladować. Cennym walorem dla Czytelnika mogą być natomiast fotografie mówiące o kulturze, obyczajach, ludziach więcej, niż zrozumiała i opisała autorka. To one ukazują latynoski wdzięk, umiłowanie koloru, pogodę ducha, szacunek dla tradycji, tolerancję i rzadko gdzie indziej spotykaną otwartość na innych ludzi, bo Ameryka Łacińska, także Środkowa, to najlepsza lekcja dla każdego wędrowca, także dla takiego, dla którego głównie liczy się droga, a dopiero potem cała reszta. Ł. Azik ANITA DEMIANOWICZ. KOŃCA ŚWIATA NIEBYŁO. Wydawnictwo BEZDROŻA/HELION, Gliwice 2016, s. 312. Cena 39,90 zł.
Takich relacji mamy tysiące. Niezmierzona blogosfera i w niektórych przypadkach, gdy autor potrafi, drukowane w prasie lub w książkach reportaże. Przypadek niniejszy mieści się w ostatniej kategorii. Szukająca adrenaliny trzydziestolatka opuszcza kraj i męża na kilka miesięcy i udaje się w samotną podróż do... Gwatemali. Mogłaby gdzie indziej, ale leci do Gwatemali, tam uczy się hiszpańskiego i opisuje nieznany sobie kraj. Wspomnienia z tej podróży są niewątpliwie typowym sprawozdaniem z drogi, choć niewiele mówią o ludziach i kraju, gdzie autorka przebywała. Owszem, poznajemy towarzyszy podróży, znamy nawet niektóre imiona tubylców, ale bohaterem tej książki nie jest Gwatemala, tym bardziej Gwatemalczycy, lecz autorka jako taka. Jeśli kogoś to zainteresuje, pozna rzeczywiście niespokojnego ducha, naiwnie szukającego nowych emocji, których dać już nie może dotychczasowe życie ani podróże z mężem. Pretekstem (zarazem tytułem relacji) jest hałaśliwie zapowiadany kilka lat temu koniec świata, który - według prastarego kalendarza Majów - miał nastąpić. Aby poznać świat, każdy powód jest dobry, tym bardziej prowadzący w tak atrakcyjne i uzależniające klimaty jak Ameryka Środkowa. Poza naturalną urodą Gwatemala i zaliczony też przez autorkę Honduras są krajami podwyższonego ryzyka, co autorka zdaje się lekceważyć, a czego na pewno nie należy naśladować. Cennym walorem dla Czytelnika mogą być natomiast fotografie mówiące o kulturze, obyczajach, ludziach więcej, niż zrozumiała i opisała autorka. To one ukazują latynoski wdzięk, umiłowanie koloru, pogodę ducha, szacunek dla tradycji, tolerancję i rzadko gdzie indziej spotykaną otwartość na innych ludzi, bo Ameryka Łacińska, także Środkowa, to najlepsza lekcja dla każdego wędrowca, także dla takiego, dla którego głównie liczy się droga, a dopiero potem cała reszta. Ł. Azik ANITA DEMIANOWICZ. KOŃCA ŚWIATA NIEBYŁO. Wydawnictwo BEZDROŻA/HELION, Gliwice 2016, s. 312. Cena 39,90 zł.
ANGORA; Polsat News Ł. Azik; 2016-11-06
Gruzja. Magiczne Zakaukazie. Wydanie 1
Przewodnik z serii Bezdroża classic jest niewielkich rozmiarów, dlatego sprawdzi się praktycznie w podróży po Gruzji. Dla mnie jego małe wymiary były tym bardziej przydatne, gdyż po Gruzji podróżowałam tylko z bagażem podręcznym. W prawie 300 stronach zawarto podstawowe informacje na temat kraju i miejsc, które warto zwiedzić.
Zawsze przed każdą podróżą w miejsce, którego jeszcze nie znam czuję pewien rodzaj niepewności i zastanawiam się co warto zwiedzić, co powinnam pominąć, a gdzie muszę koniecznie jechać. Nie da się nigdy zrobić idealnego planu, ale zawsze warto skorzystać z różnych źródeł wiedzy i zrobić coś po swojemu. Przy planowaniu Gruzji, a także podczas podróży po kraju pomógł mi ten przewodnik.
Podstawowe informacje o Gruzji
Nie spodziewajcie się cudów, że będzie w tym przewodniku kopalnia wiedzy o Gruzji. Znajdziecie tu jednak podstawowe informacje związane z kulturą, religią, kuchnią czy obyczajami. Pojęcie jakieś tam o Gruzji miałam, ale przyznaję się – jak usiadłam do planu, to zaczynałam od „białej kartki”. W tym przewodniku pomocnie zostały zebrane wszystkie najważniejsze informacje. Moją wiedzę poszerzałam w Internecie, ale dowodem na to, że przewodnik jest ciekawy były komentarze mojej towarzyszki w podróży Natalii. Głównie wieczorami lub w marszrutkach Natala studiowała wnikliwie przewodnik i komentowała „Kasia, a ja nie wiedziałam, że ..”, ” oo popatrz, a Ty chyba nam to zaplanowałaś, wiedziałaś, że tam …” i tak dalej. Natalii entuzjazm wyrażał wszystko, chłonęła każdą stronę z ogromną ciekawością. Ja przeżyłam dokładnie to samo podczas planowania naszej wycieczki.
Pomysł na Gruzję
Nasz plan był inwencją twórczą mej osoby, gdzie z doświadczonymi już bardziej ode mnie konsultowałam miejsca, które warto odwiedzić. Nie mniej jednak, jak macie „dziurę w głowie” i brak pomysłu na Gruzję, to w przewodniku na samym początku znajdziecie kilka przykładowych planów podróży. Dla mnie to rozwiązanie nie miało sensu, bo o niczym nie miałam pojęcia i chciałam doświadczyć tego, co sama sobie wymyśliłam. Teraz już mam inny pogląd na zaproponowane trasy i mogłabym w ich sprawie podjąć dyskusję i na jakąś się zdecydować.
Mapki, ciekawostki, pomocne informacje
Plusem przewodnika są liczne mapki i wiele ciekawostek. Dowiadujesz się pewnych rzeczy, o których nie wyczytasz na blogach albo może i wyczytasz ale zajmie ci to więcej czasu. Tu masz wszystko zebrane w mini wiedzę w jednym miejscu. Przewodnik zawierał dla nas wiele cennych informacji związanych z kosztami przejazdów, przystankami a także podpowiedziami – co jeść, gdzie się zatrzymać, skąd odjeżdża się w dane miejsce albo gdzie się udać aby dostać się do określonego punktu.
Mało, mało mi mało
Chyba jestem zachłanna. Po prostu o niektórych regionach jak np. o Swanetii chciałabym więcej przeczytać, a było zaledwie na stronę – wprowadzenie i koniec. Czego jednak oczekiwać od zbioru informacji zawartych w 300 stronach. To nie kompendium wiedzy a przewodnik. Chociaż i tak niektóre opisy po prostu bym poszerzyła.
Podsumowanie
Przewodnik przydał się nam bardzo przed i w czasie podróży po Gruzji. Znajdziecie w nim wskazówki gdzie dobrze zjeść, gdzie można nocować i ceny nie są wygórowane. Bardzo pomocna była część z dojazdami, mapki a także informacje o godzinach zwiedzania czy cenach. No i co ważne, wszystko o czym czytałyśmy było aktualne. Ceny i miejsca się zgadzały, a to przecież bardzo ważne w przewodnikach!
Zawsze przed każdą podróżą w miejsce, którego jeszcze nie znam czuję pewien rodzaj niepewności i zastanawiam się co warto zwiedzić, co powinnam pominąć, a gdzie muszę koniecznie jechać. Nie da się nigdy zrobić idealnego planu, ale zawsze warto skorzystać z różnych źródeł wiedzy i zrobić coś po swojemu. Przy planowaniu Gruzji, a także podczas podróży po kraju pomógł mi ten przewodnik.
Podstawowe informacje o Gruzji
Nie spodziewajcie się cudów, że będzie w tym przewodniku kopalnia wiedzy o Gruzji. Znajdziecie tu jednak podstawowe informacje związane z kulturą, religią, kuchnią czy obyczajami. Pojęcie jakieś tam o Gruzji miałam, ale przyznaję się – jak usiadłam do planu, to zaczynałam od „białej kartki”. W tym przewodniku pomocnie zostały zebrane wszystkie najważniejsze informacje. Moją wiedzę poszerzałam w Internecie, ale dowodem na to, że przewodnik jest ciekawy były komentarze mojej towarzyszki w podróży Natalii. Głównie wieczorami lub w marszrutkach Natala studiowała wnikliwie przewodnik i komentowała „Kasia, a ja nie wiedziałam, że ..”, ” oo popatrz, a Ty chyba nam to zaplanowałaś, wiedziałaś, że tam …” i tak dalej. Natalii entuzjazm wyrażał wszystko, chłonęła każdą stronę z ogromną ciekawością. Ja przeżyłam dokładnie to samo podczas planowania naszej wycieczki.
Pomysł na Gruzję
Nasz plan był inwencją twórczą mej osoby, gdzie z doświadczonymi już bardziej ode mnie konsultowałam miejsca, które warto odwiedzić. Nie mniej jednak, jak macie „dziurę w głowie” i brak pomysłu na Gruzję, to w przewodniku na samym początku znajdziecie kilka przykładowych planów podróży. Dla mnie to rozwiązanie nie miało sensu, bo o niczym nie miałam pojęcia i chciałam doświadczyć tego, co sama sobie wymyśliłam. Teraz już mam inny pogląd na zaproponowane trasy i mogłabym w ich sprawie podjąć dyskusję i na jakąś się zdecydować.
Mapki, ciekawostki, pomocne informacje
Plusem przewodnika są liczne mapki i wiele ciekawostek. Dowiadujesz się pewnych rzeczy, o których nie wyczytasz na blogach albo może i wyczytasz ale zajmie ci to więcej czasu. Tu masz wszystko zebrane w mini wiedzę w jednym miejscu. Przewodnik zawierał dla nas wiele cennych informacji związanych z kosztami przejazdów, przystankami a także podpowiedziami – co jeść, gdzie się zatrzymać, skąd odjeżdża się w dane miejsce albo gdzie się udać aby dostać się do określonego punktu.
Mało, mało mi mało
Chyba jestem zachłanna. Po prostu o niektórych regionach jak np. o Swanetii chciałabym więcej przeczytać, a było zaledwie na stronę – wprowadzenie i koniec. Czego jednak oczekiwać od zbioru informacji zawartych w 300 stronach. To nie kompendium wiedzy a przewodnik. Chociaż i tak niektóre opisy po prostu bym poszerzyła.
Podsumowanie
Przewodnik przydał się nam bardzo przed i w czasie podróży po Gruzji. Znajdziecie w nim wskazówki gdzie dobrze zjeść, gdzie można nocować i ceny nie są wygórowane. Bardzo pomocna była część z dojazdami, mapki a także informacje o godzinach zwiedzania czy cenach. No i co ważne, wszystko o czym czytałyśmy było aktualne. Ceny i miejsca się zgadzały, a to przecież bardzo ważne w przewodnikach!
kirzenska.wordpress.com
TukTukCinema. Czyli rzecz o Indiach, Gangesie, radości życia, wiecznie psującym się skuterze i Bolku i Lolku
Jeżeli ktokolwiek z Was interesuje się Indiami, ich kulturą i mentalnością, to właśnie ta książka będzie dla Was wspaniała i niezapomniana.
Robb przedstawia tutaj Indie trochę inaczej niż zazwyczaj są one rysowane w mediach i w opinii publicznej. Niestety jest tak, co sam autor przyznaje, że większość z nas właśnie przez media sądzi, że przez to iż jest to tak odległa dla nas kultura, nie warto tam jechać, a jeżeli już się zdecydujemy, to powinniśmy się bać i cały czas oglądać się za siebie. To dotyczy choćby gwałtów, które opinia publiczna wysunęła na pierwsze pole, jakoby tam każdy mężczyzna nie myślał o niczym innym. Jak się dowiecie z tej książki – wcale tak to nie wygląda. Może jest im ciężko, może żyją spokojniej i nie muszą zrobić wszystkiego „na już”, czasem w biedzie, ale gospodarka mimo to i tak się rozwija, a szkoły walczą o każdą uczennicę.
Jednak motywem przewodnim, który pojawia się w książce, jest kino. Wyświetlane kreskówki z Bolkiem i Lolkiem oraz z Reksiem, z projektora, praktycznie gdzie tylko się da, ale i tak najbardziej podobały mi się opowieści ze szkół. To niesamowite jak bohaterzy którzy bawili i wychowywali nas i pokolenie naszych rodziców może tak samo bawić tamtejsze dzieci. Bo niby czym one różnią się od nas? Osobiście bardzo się cieszę i popieram ideę autora, który pokazywał polskie kreskówki.
Co pozostaje mi powiedzieć? Jeżeli chcecie wspólnie z autorem przeżyć niezwykłą przygodę, to zapraszam do lektury. Dajcie się wciągnąć w przygody ze skuterem, w ruch uliczny, w kulturę indyjską i odkryjcie sami jak dzieci, ale nie tylko, reagowały na bohaterów polskich bajek.
Książka napisana niezwykle przystępnie. Praktycznie powinien być z niej zadowolony każdy kto choć trochę interesuje się Indiami. Podziwiam ogromnie autora za jego pomysł, gdzie pomimo tego, że spędzał wakacje, to robił jeszcze coś co uszczęśliwiało nie tylko dzieci, ale i dorosłych.
Czyta się lekko, a gdy dacie się już wciągnąć, to z wielka ochotą będziecie chcieli poznawać dalsze rozdziały. Autor wręcz zaprzyjaźnia się z nami poprzez swój przekaz słowny.
Ogromnie polecam.
Robb przedstawia tutaj Indie trochę inaczej niż zazwyczaj są one rysowane w mediach i w opinii publicznej. Niestety jest tak, co sam autor przyznaje, że większość z nas właśnie przez media sądzi, że przez to iż jest to tak odległa dla nas kultura, nie warto tam jechać, a jeżeli już się zdecydujemy, to powinniśmy się bać i cały czas oglądać się za siebie. To dotyczy choćby gwałtów, które opinia publiczna wysunęła na pierwsze pole, jakoby tam każdy mężczyzna nie myślał o niczym innym. Jak się dowiecie z tej książki – wcale tak to nie wygląda. Może jest im ciężko, może żyją spokojniej i nie muszą zrobić wszystkiego „na już”, czasem w biedzie, ale gospodarka mimo to i tak się rozwija, a szkoły walczą o każdą uczennicę.
Jednak motywem przewodnim, który pojawia się w książce, jest kino. Wyświetlane kreskówki z Bolkiem i Lolkiem oraz z Reksiem, z projektora, praktycznie gdzie tylko się da, ale i tak najbardziej podobały mi się opowieści ze szkół. To niesamowite jak bohaterzy którzy bawili i wychowywali nas i pokolenie naszych rodziców może tak samo bawić tamtejsze dzieci. Bo niby czym one różnią się od nas? Osobiście bardzo się cieszę i popieram ideę autora, który pokazywał polskie kreskówki.
Co pozostaje mi powiedzieć? Jeżeli chcecie wspólnie z autorem przeżyć niezwykłą przygodę, to zapraszam do lektury. Dajcie się wciągnąć w przygody ze skuterem, w ruch uliczny, w kulturę indyjską i odkryjcie sami jak dzieci, ale nie tylko, reagowały na bohaterów polskich bajek.
Książka napisana niezwykle przystępnie. Praktycznie powinien być z niej zadowolony każdy kto choć trochę interesuje się Indiami. Podziwiam ogromnie autora za jego pomysł, gdzie pomimo tego, że spędzał wakacje, to robił jeszcze coś co uszczęśliwiało nie tylko dzieci, ale i dorosłych.
Czyta się lekko, a gdy dacie się już wciągnąć, to z wielka ochotą będziecie chcieli poznawać dalsze rozdziały. Autor wręcz zaprzyjaźnia się z nami poprzez swój przekaz słowny.
Ogromnie polecam.
DobreRecenzje.pl Edyta; 2016-11-04
Raced. Ścigany uczuciem
K. Bromberg przedstawiałam już w poprzednich recenzjach, więc tym razem sobie daruję. "Raced" jest uzupełnieniem serii "Driven", w której poznajemy losy Rylee Thomas oraz Coltona Donavana. Jak sama autorka twierdzi, ta połowiczna część była czystym szaleństwem, totalnym spontantem. Nie planowała tego, lecz to właśnie dla swoich czytelników weszła w rolę mężczyzny i uchyliła nam rąbek tajemnicy związany z jego postępowaniem. Od początku w zamiarze była tylko rola kobiety dominującej w tej serii, jednak autorka wykonała ruch w stronę swojej publiczności i tak oto czytamy tą krótką powiastkę.
Colton do tej pory był niedostępny, jego poczynania nie zawsze spotykały się z naszą aprobatą. Nieraz zastanawiałam się dlaczego w taki, a nie inny sposób się zachował, myślałam nad tym, co się dzieje w jego psychice oraz z jakimi demonami na co dzień walczy. Ta część pozwoliła mi uzupełnić wiedzę dotyczącą całej historii. I choć czytałam wiele opinii, że było to zupełnie niepotrzebne, to moim zdaniem autorka postąpiła bardzo mądrze, pozwalając nam wypełnić luki i nakreślić pełny obraz fabuły.
Colton do tej pory był niedostępny, jego poczynania nie zawsze spotykały się z naszą aprobatą. Nieraz zastanawiałam się dlaczego w taki, a nie inny sposób się zachował, myślałam nad tym, co się dzieje w jego psychice oraz z jakimi demonami na co dzień walczy. Ta część pozwoliła mi uzupełnić wiedzę dotyczącą całej historii. I choć czytałam wiele opinii, że było to zupełnie niepotrzebne, to moim zdaniem autorka postąpiła bardzo mądrze, pozwalając nam wypełnić luki i nakreślić pełny obraz fabuły.
Ponadto zastosowany został specyficzny pomysł na komentarze pod każdym rozdziałem. Ów komentarze to nic innego jak rzeczywisty kontakt autorki z czytelnikiem. W tej treści odpowiada na nasze pytania, na postawione zarzuty wobec Coltona. Tłumaczy dlaczego akurat tą scenę wybrała do tworzenia tej lektury.
Jak sama Bromberg pisze, nawet ona nie znała naszego głównego bohatera na tyle, żeby wiedzieć dlaczego tak postępuje! Odkrywała go razem z nami, kiedy to pisała wszystko z jego perspektywy. Jednak całość nie wypadła ani sztucznie, ani tym bardziej chaotycznie czy niespójnie, wręcz przeciwnie. Całość została doskonale zespojona, a wątki były poukładane zgodnie z poprzednimi częściami.
Na nowo przeżywamy ekscytację związaną z poznaniem głównych bohaterów, przeżywamy najważniejsze chwile oraz ponownie doświadczamy namiętnych scen.
Dodatkowym atutem jest fakt, że nie wracamy do wszystkich trzech części, do każdego momentu, odgrzewając historię. Autorka wybiera poszczególne etapy, które najbardziej nas ciekawiły i w których mieliśmy porządne braki, w których pojawiło się najwięcej pytań.
I choć nic nowego nie odkrywamy w tej części serii, to jednak miło było ponownie do niej wrócić, dopełnić obraz poszczególnymi myślami Coltona, który od zawsze jawił się jako niedostępny emocjonalnie jak i również umysłowo.
zksiazkadolozka.blogspot.com MEA CULPA; 2016-11-04
Piekło - niebo. Zrozumieć Koreę
Na początek zagadka: w którym kraju dla upamiętnienia urodzin przywódcy (rocznik 1912) jeden z operatorów telefonii komórkowej wszystkie swe numery zaczyna od cyfr: 1-9-1-2?
I następna zagadka: Podczas czyich narodzin – dodajmy- w samym środku zimy (!) zakwitły kwiaty, a ptaki przemówiły ludzkim głosem???!!!
I ostatnia zagadka: Jaki to kraj, gdzie zanim wejdzie się na basenie do wody, trzeba pierwej złożyć głęboki ukłon…pomnikowi przywódcy kraju, zaś za zwinięcie w rulon gazety z jego (przywódcy) podobizną grozi surowa kara?
„Bohaterami” tych trzech zagadek są – kolejno – Kim-Ir-Sen(dziad), Kim-Dzong-Il(syn) i Kim-Dzong-Un(wnuk) reprezentujący trzy pokolenia rodziny, która twardą ręką rządzi jednym z najmniej znanych państw świata - Koreą Północną.
Reżim północnokoreański od dziesięcioleci konsekwentnie prowadzi politykę izolacji od reszty świata, kiedy więc ujrzałam książkę „Piekło-niebo. Zrozumieć Koreę” miałam nadzieję, że jej treść znacząco poszerzy moją wiedzę. Jej autor – Rafał Tomański, znawca Japonii, jak głosi tekst na okładce, opisuje 12 miesięcy z życia mieszkańców Półwyspu Koreańskiego z okresu pomiędzy czerwcem 2015 a 2016.
Niestety, książka Tomańskiego nie przyniosła znaczącej poprawy stanu mej wiedzy, ale chyba trudno oczekiwać, że szczelna kurtyna odgradzająca Koreę Północną od reszty świata opadnie na tyle, że zobaczymy prawdziwy obraz codzienności tego dwudziestoczteromilionowego kraju.
A teraz trzy kolejne zagadki:1) Jaki to kraj, gdzie jednym z oficjalnych świąt państwowych jest… Dzień Alfabetu?(Hangul). 2)Gdzie szefowie korporacji organizują dla swych pracowników…pozorowane pogrzeby, by w tak cokolwiek drastyczny sposób przypomnieć o sensie życia i o tym, że praca NIE JEST w nim najważniejsza!!! 3)I wreszcie trzecia zagadka: w stolicy którego kraju odbywają się zawody….w lenistwie?! Dodam, że pod hasłem: „Cieszmy się myśleniem o niczym”!!!
Spieszę z odpowiedzią! To też Korea, tyle że oddzielona od Północnej czterokilometrowym pasem ziemi – ponoć zdemilitaryzowanej, o której jednak mówi się, że jest największym polem minowym świata – Korea Południowa.
Oto tragiczny paradoks współczesności: jeden półwysep, jeden naród i dwa sztucznie utworzone kraje, które – jak pisze Autor – „pomimo wspólnej historii dzieli prawie wszystko”.
Gdy czytam wyrażenie: „krewetka między wielorybami” na myśl przychodzi mi trudne geopolityczne położenie Polski. Okazuje się jednak, że to samo dotyczy Korei. I tu, nad Wisłą, i tam, na Półwyspie Koreańskim zakończenie II wojny światowej nie tylko przyniosło pokój, ale przede wszystkim budowanie strefy wpływów przez Europę, Stany Zjednoczone, Chiny i Rosję. Dla Półwyspu koreańskiego odznaczało to rozpoczęcie siedemdziesięcioletniego okresu podziału obu państw – na zacofaną, rządzoną przez trzecie już pokolenie neurotycznych satrapów z rodu Kimów i nowoczesne południe, będące jednym z najszybciej rozwijających się państw świata. Ów podział w kontekście tragicznej spuścizny lat powojennych i skomplikowanej teraźniejszości wcale już nie wydaje się taki prosty, jednoznaczny i czytelny. Jak pisze Rafał Tomański – „Piekło może mieć rozmaite twarze”.
Zachęcam do lektury książki, bo stanowi ona swoiste memento dla nas, Polaków tak drapieżnie i pospiesznie usiłujących nadrobić lata cywilizacyjnego zapóźnienia.
Korea Południowa imponuje wyrastając na kolejną azjatycką potęgę. „To jeden z najbardziej innowacyjnych krajów w każdej branży świata” – czytamy. Jednak cena postępu jest ogromna, a straty – wielkie! Zdawać by się mogło, że nie ma nic złego w tym, że „od najmłodszych lat życie Koreańczyków z Południa kształtuje duch rywalizacji”. Jak to jednak wygląda w praktyce? Oddajmy znów głos Autorowi: „Od najmłodszych lat uczniowie przechodzą cykliczne piekło egzaminów, po lekcjach posyła się ich na korepetycje i rozmaite zajęcia dodatkowe. Późniejsza praca rządzi się podobnymi prawami, dlatego coraz częściej młoda generacja nazywa swój kraj „piekielną Koreą” (!)
Z drugiej jednak strony nikt nie oponuje co więcej – robi się wszystko, by ten pęd ku lepszemu życiu wesprzeć. Trudno w to uwierzyć, ale kiedy ponad pół miliona uczniów zdawało testy na wyższe uczelnie, cała Korea rozpoczęła pracę o godzinę wcześniej, by dzieci nie utknęły w korkach! By nie zakłócać części egzaminu z języka angielskiego polegającej na rozumieniu ze słuchu, na 35 minut wstrzymano starty i lądowania samolotów!!!
Po latach morderczej nauki przychodzi czas na…morderczą pracę, a wraz z nią – na totalny brak czasu na relaks i odpoczynek. Dane są naprawdę alarmujące. Co siódmy Koreańczyk jest uzależniony od gier, lawinowo też rośnie liczba samobójstw. Władze dostrzegają problem, dlatego przepracowani i uzależnieni od elektroniki Koreańczycy zachęcani są do udziału w konkursie na….najdłuższe bezczynne siedzenie w parku! Słowem – zawody w lenistwie!!! „Dla narodu pracoholików to czynność równie trudna jak ping-pong czy pływanie synchroniczne” – dostrzega Autor.
Współczesne pokolenie młodych Koreańczyków z Południa charakteryzują 3 NIE: NIE angażują się w związki, NIE wiążą w małżeństwie, NIE decydują się na dzieci!
Malejący przyrost naturalny implikuje coraz widoczniejszą biedę emerytów, a brak czasu na rodzinę, znajomości, przyjaźnie i więzi –samotność. To ona każe ludziom szukać w internecie namiastki kontaktu z drugim człowiekiem. Rekordy popularności bije program czternastoletniego Kim Sung-jin`a, który siedzi przed ekranem monitora i…je!!! Oraz rozmawia w trakcie ze swymi widzami!!! Równie popularne są portale dla chcących WSPÓLNIE coś zjeść, wypić, odrobić lekcje (!), a nawet nakarmić kota! I jakby tego było mało, ostatnia sonda społeczna wykazała, że ludzie nie widzą nic złego w tym, że w niedalekiej przyszłości roboty mogą zastąpić ludzkich partnerów!!!
Brzmi niewiarygodnie i strasznie? A może dziwnie znajomo?! Zaiste, niebo i piekło wcale nie mają do siebie zbyt daleko!!! Wcale też nie liczą się z ustalonymi przez ludźmi granicami państw czy kontynentów.
Północny reżim Kimów –neurotyczny i nieprzewidywalny, jak pisze Autor, i uzbrojony po zęby straszy świat konfliktem jądrowym ( w styczniu 2016 roku Korea Północna przeprowadziła czwartą nielegalną prób jądrową) i choć ich rakiety kojarzą się bardziej z horrorem niż terrorem (!), bo przestarzały sprzęt co rusz zawodzi, „spada nie tam, gdzie trzeba, wybucha chwilę po starcie i przynosi wstyd ojczyźnie”, to przecież wciąż trzeba pamiętać, że północnokoreańska armia jest piątą militarną potęgą świata. ( dla porównania- za Autorem: Indie mają podobną armię, tyle że jest ich 50 razy więcej niż Koreańczyków!).
Z kolei Korea Południowa – raj dosytu i postępu – w kontekście zmian społeczno – demograficznych wcale już tak jednoznacznie wspaniała nie jest. Jeden z 87 rozdziałów ( tak, tak, liczba ta może przerazić, ale spieszę donieść, że to rozdziały króciutkie i dzięki temu czyta się je szybko i sprawnie) opisuje ultranowoczesne miasto Songdo, w którym widać jedynie futurystyczne budowle. Ludzi brak. Autor naliczył zaledwie…. dwie babcie z wnukami na porannym spacerze…Gdzie reszta? Oczywiście w szkole i pracy! To wciąż jeszcze niebo czy już piekło?!
I jeszcze jeden wątek poruszony w książce, obok którego nie mogę przejść obojętnie. Wątek tyleż bolesny co wstydliwy, bo związany z Polską. Czy wiecie Państwo, że Polska obok Malty jest jedynym(!) europejskim krajem, w którym legalnie pracuje ok. 800 Koreańczyków z Północy. I co z tego? – zapyta ktoś. Ano – przytoczę za Autorem dane, bo one nie kłamią. Nasz „Kodeks pracy” przewiduje ( i gwarantuje) czterdziestogodzinny tydzień pracy. Tydzień pracy Koreańczyka to…72 godziny!!! Przeciętny zarobek Polaka waha się między 1080 a 1350 dolarów. Koreańczyk dostaje 280-350 dolarów. I żeby nie było cienia wątpliwości! – mowa cały czas o Polsce, która ma podpisaną z północnokoreańskim reżimem umowę na pracę jej obywateli. Polskie sady, stocznie, a przede wszystkim budowy wchłaniają cichych, pracowitych i nigdy nie buntujących się Koreańczyków, którzy dostają na rękę za miesiąc – trudno nie napisać: niewolniczej – pracy ok. 310 zł. na rękę! Reszta wędruje do kieszeni Kim Dzong Una i choć Autor podaje w dwóch miejscach dwie wysokości, to każda jest przerażająca! Na wyzysku przedstawicieli swego zniewolonego narodu reżim zarabia rocznie 100 mln dolarów ( w innym miejscu Autor przytacza 200-300 mln dolarów). Mam głęboką nadzieję, że władze Rzeczpospolitej za przykładem Czech i Słowacji wycofają się z tego hańbiącego układu.
Pomimo że obraz obu Korei nie jest ani-ani, tylko-tylko, pomimo że trudno je zrozumieć ( patrz: tytuł), oba narody zasługują na to, by dziedzictwo skomplikowanej i trudnej przeszłości zastąpiła nadzieja na lepszą i – wreszcie – wspólną przyszłość. Po stronie północnego reżimu nieśmiałe jaskółki już widać; Od 1981 roku w stolicy kraju-Pjongjangu odbywają się doroczne maratony dla upamiętnienia urodzin Kim-Ir-Sena, założyciela dynastii, państwa i dziadka obecnego przywódcy. Od 2000 roku w biegu mogą brać udział także cudzoziemcy. W obecnym – 2016 roku w maratonie pobiegło 1100 osób z 49 krajów, w tym pięciu z Polski.
W 2008 roku nowojorscy filharmonicy wystąpili z Narodową Orkiestrą Pjongjangu, a obecny szef FIFA nie ustaje w próbach zorganizowania meczu piłki nożnej z zawodnikami drużyn obu Korei. Trzymam kciuki za powodzenie tego i kolejnych przedsięwzięć.
Choć – cytuję za Autorem – hakerzy z Północy uchodzą za najlepszych na świecie, co przyznaje nawet amerykańska armia (!), to przecież korporacje takie jak Hyundai czy Samsung, znane z jakości na całym świecie, są dziełem ludzkiego geniuszu made in Korea Południowa. Telenowela „Cesarzowa Ki” na dobre zagościła w polskich domach za sprawą TVP, a koreańska kuchnia zaczyna górować nad japońską, uchodzącą przez lata za wzór doskonałości. Jak pisze Rafał Tomański „Korea z dumą pokazuje to, co może wnieść dobrego do międzynarodowej kultury”.
Jeśli chcecie Państwo sprawdzić, co łączy Kim Dzong Una, przywódcę północnokoreańskiego reżimu z celebrytką Kim Kardashian ( podpowiem: nie chodzi o imię! J ) i czy więcej w tym, o czym pisze Rafał Tomański jest nieba czy piekła – zachęcam do lektury.
http://mumagstravellers.blogspot.com/ majka em; 2016-11-03