Recenzje
Calder. Narodziny odwagi
Eden miała zaledwie osiem lat, gdy wyjawiono jej, że jest wybranką bogów. Postanowiono, że po uzyskaniu pełnoletności zostanie żoną charyzmatycznego Hectora, przywódcy społeczności, którą ocali przed nadchodzącą zagładą i zgodnie z proroctwem poprowadzi do rajskiego Elizjum. Dziewczyna dorasta w poczuciu nieuchronności losu, dzień po dniu dążąc do narzuconego jej celu. Pojawia się jednak ktoś, dla kogo podejmuje walkę z własnym przeznaczeniem.
Tym kimś jest inteligentny i piękny młody mężczyzna, jednak uczucie rodzące się między nimi jest czymś zakazanym. Obowiązujące w ich społeczności prawo jest surowe i nienaruszalne. Wiedząc, do czego została powołana i jak wiele istnień zostało uzależnionych od tego, czy spełni powierzone jej zadanie, dziewczyna się waha, bo czy rzeczywiście można wpłynąć na swój los? A czy moralne jest dla własnego szczęścia zaryzykować los innych?
"Calder. Narodziny odwagi” Mii Sheridan to opowieść o wielkiej miłości, ogromnym poświęceniu, poszukiwaniu własnego miejsca na ziemi i szalenie trudnej walce o życie w zgodzie z własnymi ideałami. To dramatyczna historia przeciwstawiania się złu i ograniczeniom, do których zmusza jednostkę społeczeństwo w imię chorej wizji jednego człowieka.
Hector to fanatyk, który stworzył odizolowaną od świata wspólnotę wiernych, zaszczepiając w nich poczucie lojalności wynikające ze strachu przed odrzuceniem, poczucia wdzięczności za wskazanie celu oraz za pozorną akceptację, którą zyskać można jedynie bezwarunkowym posłuszeństwem. Typowy schemat działania sekty, bo niczym innym akadyjska społeczność nie jest. W takim otoczeniu żyją bohaterowie powieści, Eden i Calder, i to właśnie ich oczami poznajemy organizację, gdy na przemian stają się narratorami tej historii. Dzięki temu narracyjnemu zabiegowi widzimy całą konstrukcję od wewnątrz, a ich (a więc i nasza) nieświadomość tego, jak wygląda rzeczywistość poza obrębem utopijnej Akadii, uzmysławia nam, w jakiej pułapce tkwią osoby zmanipulowane przez sekty. Widzimy jak trudno jest stawiać pytania o to, co nieznane, nawet wtedy, kiedy rodzą się wątpliwości i jak łatwo jest zjednoczyć ludzi, gdy stworzy im się wspólny front przeciwko rzekomemu zagrożeniu ze strony „tych drugich”.
Pod wieloma względami książka daje do myślenia. Ukazuje między innymi jak zaborczy pierwiastek tkwi w miłości, gdy pragniemy mieć drugą osobę dla siebie i jaką cenę przychodzi nam zapłacić za desperackie pragnienie zaspokojenia potrzeby przynależności i uzyskania akceptacji ze strony innych, jak ważna jest w życiu możliwość samostanowienia i jak ograniczające potrafią być więzy narzucane przez innych.
Eden i Calder pragną jednak zaznać wolności i gotowi są poświęcić wszystko, aby móc decydować o sobie zgodnie z własną wolą. Zaczyna się walka z czasem, każdy ruch śledzą czujne oczy, każde spojrzenie na drugą osobę staje się ryzykowne. Autorka ogranicza wiedzę czytelnika jedynie do doświadczeń i myśli tych dwojga. Jesteśmy z nimi tu i teraz, uczestnicząc we wszystkich wydarzeniach przez pryzmat ich osobistych odczuć, co potęguje emocjonalne zaangażowanie i sprawia, że tak samo jak oni, nie jesteśmy przygotowani na to, co się stanie…
Powieść kipi od więzionych emocji i bolesnej tęsknoty rozdzielonych kochanków, eksploduje pożądaniem w świetnie dopracowanych scenach erotycznych, zalewa strony falą czułości i udręki, słodkich westchnień i żalu rozstania.
Historia ta wynosi miłość i wolność ponad inne wartości, zmuszając bohaterów do walki ze wszystkim, co stoi na przeszkodzie dążeniu do świętej jedności dwojga kochających się ludzi.
Książkę zamyka się z poczuciem odnalezienia prawdziwej miłości.
Tym kimś jest inteligentny i piękny młody mężczyzna, jednak uczucie rodzące się między nimi jest czymś zakazanym. Obowiązujące w ich społeczności prawo jest surowe i nienaruszalne. Wiedząc, do czego została powołana i jak wiele istnień zostało uzależnionych od tego, czy spełni powierzone jej zadanie, dziewczyna się waha, bo czy rzeczywiście można wpłynąć na swój los? A czy moralne jest dla własnego szczęścia zaryzykować los innych?
"Calder. Narodziny odwagi” Mii Sheridan to opowieść o wielkiej miłości, ogromnym poświęceniu, poszukiwaniu własnego miejsca na ziemi i szalenie trudnej walce o życie w zgodzie z własnymi ideałami. To dramatyczna historia przeciwstawiania się złu i ograniczeniom, do których zmusza jednostkę społeczeństwo w imię chorej wizji jednego człowieka.
Hector to fanatyk, który stworzył odizolowaną od świata wspólnotę wiernych, zaszczepiając w nich poczucie lojalności wynikające ze strachu przed odrzuceniem, poczucia wdzięczności za wskazanie celu oraz za pozorną akceptację, którą zyskać można jedynie bezwarunkowym posłuszeństwem. Typowy schemat działania sekty, bo niczym innym akadyjska społeczność nie jest. W takim otoczeniu żyją bohaterowie powieści, Eden i Calder, i to właśnie ich oczami poznajemy organizację, gdy na przemian stają się narratorami tej historii. Dzięki temu narracyjnemu zabiegowi widzimy całą konstrukcję od wewnątrz, a ich (a więc i nasza) nieświadomość tego, jak wygląda rzeczywistość poza obrębem utopijnej Akadii, uzmysławia nam, w jakiej pułapce tkwią osoby zmanipulowane przez sekty. Widzimy jak trudno jest stawiać pytania o to, co nieznane, nawet wtedy, kiedy rodzą się wątpliwości i jak łatwo jest zjednoczyć ludzi, gdy stworzy im się wspólny front przeciwko rzekomemu zagrożeniu ze strony „tych drugich”.
Pod wieloma względami książka daje do myślenia. Ukazuje między innymi jak zaborczy pierwiastek tkwi w miłości, gdy pragniemy mieć drugą osobę dla siebie i jaką cenę przychodzi nam zapłacić za desperackie pragnienie zaspokojenia potrzeby przynależności i uzyskania akceptacji ze strony innych, jak ważna jest w życiu możliwość samostanowienia i jak ograniczające potrafią być więzy narzucane przez innych.
Eden i Calder pragną jednak zaznać wolności i gotowi są poświęcić wszystko, aby móc decydować o sobie zgodnie z własną wolą. Zaczyna się walka z czasem, każdy ruch śledzą czujne oczy, każde spojrzenie na drugą osobę staje się ryzykowne. Autorka ogranicza wiedzę czytelnika jedynie do doświadczeń i myśli tych dwojga. Jesteśmy z nimi tu i teraz, uczestnicząc we wszystkich wydarzeniach przez pryzmat ich osobistych odczuć, co potęguje emocjonalne zaangażowanie i sprawia, że tak samo jak oni, nie jesteśmy przygotowani na to, co się stanie…
Powieść kipi od więzionych emocji i bolesnej tęsknoty rozdzielonych kochanków, eksploduje pożądaniem w świetnie dopracowanych scenach erotycznych, zalewa strony falą czułości i udręki, słodkich westchnień i żalu rozstania.
Historia ta wynosi miłość i wolność ponad inne wartości, zmuszając bohaterów do walki ze wszystkim, co stoi na przeszkodzie dążeniu do świętej jedności dwojga kochających się ludzi.
Książkę zamyka się z poczuciem odnalezienia prawdziwej miłości.
urodaizdrowie.pl Iwona; 2016-07-13
Eden. Nowy początek
Czytanie Caldera Mii Sheridan, w momencie gdy nie ma się pod ręką drugiej części, jest dość ryzykowne. Autorka bowiem postanowiła zaserwować czytelnikowi prawdziwi cliffhanger i... chwała jej za to. Koniecznie poznajcie całą historię Eden i Caldera, ponieważ będzie to zapis jednego z najpiękniejszych książkowych romansów.
Tym razem nie piszczy nic! Pod żadnym pozorem nie czytajcie opisu fabuły (wydawca nie szczędzi spojlerów, czego nie znoszę...), nie zaglądajcie na tył okładki i pomijajcie akapit z opisem w recenzjach. Każde słowo bowiem może odebrać wam element zaskoczenia (których i tak w książce nie ma zbyt wiele). A szkoda by było, naprawdę :)
Charakterystyczny styl Mii Sheridan sprawia, że zasługuje ona na miano Sparksa w spódnicy. Jej nieco zbyt ckliwe, emocjonalnie nasycone i odrobinę przewidywalne historie chwytają za serce i poruszają najczulsze struny czytelniczej duszy. Autorka jest bez wątpienia ekspertem w kreowaniu romantycznych związków, potrafi też jak nikt inny zbudować perfekcyjnie doskonałe sylwetki bohaterów (przy czym nie chodzi tu o wygląd postaci, ale raczej o ich krystalicznie czysty charakter). U Mii ktoś jest albo z gruntu zły, albo dobry niczym anioł. Celem autorki może być tworzenie współczesnych bajek dla dorosłych, które mogą się wydawać nieprawdziwe, totalnie odrealnione, ale za to okazują się wyjątkowo budujące dla czytelnika.
Najlepszym elementem Eden bez wątpienia jest miłość bohaterów. Słodka, czysta i niewinna, zrodzona w nietypowych okolicznościach, która choć ewoluuje, nie traci nic ze swojej wyjątkowości. Bohaterowie nieskażeni zagrożeniami współczesnego świata darzą się nieprawdopodobnie silnym uczuciem, którego nikt, ani nic nie jest w stanie zniszczyć. Są połączeni na poziomie mentalnych i choć żyją w daleka od siebie, wciąż czują obecność drugiej osoby. Przyznajcie, kto z was nie chciałby choć raz poczuć czegoś takiego?
Niestety nie do końca było tak słodko... Eden jest dobrą kontynuacją Caldera, choć jest to powieść szalenie nierówna i niestety czasem nieco nudnawa. Największe zastrzeżenia mam do rozwleczonego do granic możliwości wątku związku bohaterów, gdyż autorka postawiła nasubtelną, choć ospałą grę emocji, z niekończącymi się wynurzeniami postaci. Postępowanie Eden i Caldera wystawia cierpliwość czytelnika na wielką próbę, ponieważ nasi zakochani non-stop przeżywają te same lęki i obawy. Autorka z sobie tylko znanego powodu postanowiła zakotwiczyć postaci w jednym miejscu i uniemożliwić im jakikolwiek rozwój, czy dojrzewanie. Być może był to zabieg mający na celu rozciągnięcie niezbyt obszernej książki? Na plus działa za to fakt, że niezbyt dopracowany wątek sekty został zmniejszony do niezbędnego minimum, a bohaterowie (zgodnie z tytułem książki) przeżywają dosłownie nowy początek.
Podsumowując: jeśli podobał wam się Calder, chcecie poznać dalsze losy bohaterów (niekoniecznie związanych z sektą), a do tego tak jak ja lubicie prozę autorki, bez obaw sięgajcie po kontynuację. Może czasem troszkę się ponudzicie, ale plusy powieści zrekompensują wam chwile monotonii. Autorka wprowadziła do historii ciekawe wątki (romantyczno-artystyczne oraz obyczajowe) i zadbała o to, by książka przyjemnie wypełniała czas. A poza tym popatrzcie na te okładki, potraficie się oprzeć?
lustrorzeczywistosci.pl
Eden. Nowy początek
„Eden. Nowy początek” to kontynuacja historii dwojga kochanków ocalałych z tragedii w Akadii. Wielka powódź, wypełniając przepowiednię, zakończyła działalność niebezpiecznej sekty akadyjczyków. Przeczytamy o niej w książce „Calder. Narodziny odwagi”, bez której w zasadzie nie powinno się sięgać po część kolejną, jako że wszystkie wydarzenia są w niej w jakiś sposób zakotwiczone.
Tym razem Mia Sheridan diametralnie zmienia okoliczności i tło wydarzeń, czyniąc oboje bohaterów ludźmi wolnymi i samodzielnymi, ale ani trochę nie studzi uczuć i w dalszym ciągu doprowadza do wrzenia emocje.
Eden i Calder zostali rozdzieleni i oboje żyją w przekonaniu, że drugie zginęło w powodzi. Mija kilka lat, nim natrafią na siebie i odkryją, że przez cały czas byli tak blisko…
Pozbawieni tożsamości, którą dawała przynależność do sekty, usiłują odnaleźć swoje prawdziwe korzenie. Wiedzą, że mają jakąś przeszłość, ponieważ zostali wcieleni do organizacji jako dzieci, ale czy jej odkrycie będzie dla nich bezpieczne? Czy zmieni ich życie na lepsze? Czy zaleczy głęboką ranę pozostawioną przez traumatyczne wydarzenia, w których uczestniczyli?
Jeśli czytelniczki szukają w tej książce akcji podobnie trzymającej w napięciu, co ucieczka Xandra, Caldera i Eden z części poprzedniej, to czegoś takiego nie znajdą, natomiast niewątpliwie w tym samym klimacie i na tym samym poziomie zostały utrzymane sceny zbliżeń pełne żaru i namiętności, potężnego nienasycenia i czułego zaspokojenia, gorejące od pożądania i opisane w sposób rozpalający wyobraźnię. Miłość dwojga tragicznie rozdzielonych kochanków przechodzi przez kolejne etapy, ale jej intensywność nie słabnie.
Wydawać by się mogło, że to co najgorsze bohaterowie mają za sobą, jednak jak się okazuje, noszą w sobie piętno poprzednich wydarzeń, które niszczy ich każdego dnia. Podejmują więc kolejne wyzwanie na drodze do szczęścia, lecz nie będzie to już walka z Hectorem i jego ludźmi, ale z demonami, które zalęgły się w ich umysłach. Tak jak w życiu po wygranej walce przychodzi czas na gojenie się ran, tak i druga część powieści to opatrywanie ran wyniesionych z pierwszej. Niestety niektóre z nich rozstaną rozdrapane, a Calder otrzyma od losu kolejny silny cios.
Nietrudno zauważyć, że Mia Sheridan bardzo skupia się na relacjach międzyludzkich, ich skomplikowanej konstrukcji, przyczynach zachowań, mechanizmach, które prowadzą do zmian, zarówno dobrych, jak i złych. Zgłębiając przeszłość Hectora przedstawi klasyczny przykład człowieka skrzywdzonego, który z ofiary stał się oprawcą. Na kilku innych przykładach przeanalizuje przywiązanie, potrzebę pielęgnowania więzi rodzinnych, pragnienie uczestniczenia w życiu bliskich nam osób, granice ingerencji w życie prywatne, decyzje i wybory drugiej osoby, niezwykłą siłę przyjaźni i poczucia przynależności, szalenie trudny proces pogodzenia się ze stratą i wiele innych zagadnień, które dotykają delikatnej sfery kształtowania relacji pomiędzy bliskimi sobie ludźmi.
„Eden. Nowy początek” to książka o budowaniu życia od nowa, wykorzystaniu drugiej szansy i siłowaniu się z przeszłością, aby nie wnosiła w przyszłość tego, co w żaden sposób nie będzie już nikomu służyć. To próba rozliczenia się i zamykania pewnych zaległych spraw, a także szukania sprawiedliwości, rekompensaty za krzywdy i wybaczenia. Jednak przede wszystkim to historia, w której miłość przezwycięża strach.
Tym razem Mia Sheridan diametralnie zmienia okoliczności i tło wydarzeń, czyniąc oboje bohaterów ludźmi wolnymi i samodzielnymi, ale ani trochę nie studzi uczuć i w dalszym ciągu doprowadza do wrzenia emocje.
Eden i Calder zostali rozdzieleni i oboje żyją w przekonaniu, że drugie zginęło w powodzi. Mija kilka lat, nim natrafią na siebie i odkryją, że przez cały czas byli tak blisko…
Pozbawieni tożsamości, którą dawała przynależność do sekty, usiłują odnaleźć swoje prawdziwe korzenie. Wiedzą, że mają jakąś przeszłość, ponieważ zostali wcieleni do organizacji jako dzieci, ale czy jej odkrycie będzie dla nich bezpieczne? Czy zmieni ich życie na lepsze? Czy zaleczy głęboką ranę pozostawioną przez traumatyczne wydarzenia, w których uczestniczyli?
Jeśli czytelniczki szukają w tej książce akcji podobnie trzymającej w napięciu, co ucieczka Xandra, Caldera i Eden z części poprzedniej, to czegoś takiego nie znajdą, natomiast niewątpliwie w tym samym klimacie i na tym samym poziomie zostały utrzymane sceny zbliżeń pełne żaru i namiętności, potężnego nienasycenia i czułego zaspokojenia, gorejące od pożądania i opisane w sposób rozpalający wyobraźnię. Miłość dwojga tragicznie rozdzielonych kochanków przechodzi przez kolejne etapy, ale jej intensywność nie słabnie.
Wydawać by się mogło, że to co najgorsze bohaterowie mają za sobą, jednak jak się okazuje, noszą w sobie piętno poprzednich wydarzeń, które niszczy ich każdego dnia. Podejmują więc kolejne wyzwanie na drodze do szczęścia, lecz nie będzie to już walka z Hectorem i jego ludźmi, ale z demonami, które zalęgły się w ich umysłach. Tak jak w życiu po wygranej walce przychodzi czas na gojenie się ran, tak i druga część powieści to opatrywanie ran wyniesionych z pierwszej. Niestety niektóre z nich rozstaną rozdrapane, a Calder otrzyma od losu kolejny silny cios.
Nietrudno zauważyć, że Mia Sheridan bardzo skupia się na relacjach międzyludzkich, ich skomplikowanej konstrukcji, przyczynach zachowań, mechanizmach, które prowadzą do zmian, zarówno dobrych, jak i złych. Zgłębiając przeszłość Hectora przedstawi klasyczny przykład człowieka skrzywdzonego, który z ofiary stał się oprawcą. Na kilku innych przykładach przeanalizuje przywiązanie, potrzebę pielęgnowania więzi rodzinnych, pragnienie uczestniczenia w życiu bliskich nam osób, granice ingerencji w życie prywatne, decyzje i wybory drugiej osoby, niezwykłą siłę przyjaźni i poczucia przynależności, szalenie trudny proces pogodzenia się ze stratą i wiele innych zagadnień, które dotykają delikatnej sfery kształtowania relacji pomiędzy bliskimi sobie ludźmi.
„Eden. Nowy początek” to książka o budowaniu życia od nowa, wykorzystaniu drugiej szansy i siłowaniu się z przeszłością, aby nie wnosiła w przyszłość tego, co w żaden sposób nie będzie już nikomu służyć. To próba rozliczenia się i zamykania pewnych zaległych spraw, a także szukania sprawiedliwości, rekompensaty za krzywdy i wybaczenia. Jednak przede wszystkim to historia, w której miłość przezwycięża strach.
urodaizdrowie.pl Iwona;2016-07-13
Sny Morfeusza
Podekscytowanie, które ogarnęło mnie wraz z premierą Snów Morfeusza, pierwszej polskiej powieści erotycznej, było ogromne i raczej nie mogłabym tego racjonalnie wytłumaczyć. Pominęłam fakt, z jakim ostatnio przyszło mi się zmierzyć, czyli kiepskie powieści rodzimych pisarek i sięgnęłam po powieść Haner ze szczerą ciekawością, ale nie oczekiwałam cudów. Nie znałam stylu autorki, ponieważ nie złożyło się, żebym na swojej drodze spotkała się z jej debiutancką powieścią, dlatego potraktowałam Sny Morfeusza jako debiut.
Powieści erotyczne zawsze kręcą się w okół utartych schematów: on ma bolesną przeszłość, co przekłada się na jego życie seksualne i upodobania, a jednak kreacja głównej bohaterki, obiektu zainteresowania, może być dowolna i chociaż do tej pory spotkałam się tylko z jedną powieścią, która miała jakikolwiek związek z oddziaływaniem na ludzką psychikę, to z przykrością muszę stwierdzić, że pani Haner w ogóle pominęła ten istotny (przynajmniej dla mnie) szczegół. Co prawda, autorka niewiele zdradza, ale postępowanie bohaterów jest... bardzo szokujące i mało wytłumaczalne.
"[...] Czy to naiwne? Może. Nierealne? Zapewne tak, ale przecież warto walczyć o kogoś, na kim nam zależy. Nieważne czy to największy dupek na świecie, czy książę na białym rumaku. Jeśli się kogoś kocha, to widzi się w nim to, czego nie dostrzegają inni.[...]"
Być może nie będzie to dużym zaskoczeniem, kiedy napiszę, że nie polubiłam Cassandry. Jest ona bohaterką, którą ciężko przetrawić przez jej rozchwianie emocjonalne, absurdalne pomysły i krótkowzroczność. Ogromnym jak dla mnie błędem było obsadzenie jej w roli narratorki, ponieważ poznawanie jej myśli, tylko uwsteczniło jej charakter, pozwalało poznać jej irracjonalne powody postępowania. Przez większość powieści czułam się, jakbym miała do czynienia z rozpieszczoną jedenstolatką. Nie pomógł również fakt, że Cass nie umiała powiedzieć nie oraz postawić na swoim. Autorka usilnie próbowała wmówić czytelnikowi, że główna postać ma charakter: jest co prawda jędzowata, ale przy okazji pewna siebie, ale zagubiona. Owszem, zagubiona była, ale chyba nie w tym sensie, co powinna.
Co do Adama... Jest on niewątpliwie najbardziej przerażającą, odrażającą, aczkolwiek ciekawą postacią. Nie wypada zdradzać szczegółów jego brutalnego zachowania, ale nie można doszukać się również podłoża psychologicznego w jego zachowaniu. Niektóre momenty w powieści były tak zaskakująco przerażające i niesmaczne, że miałam ochotę przerzucić kilka kartek, żeby już nie musieć zagłębiać się w motywy. Mogłoby się wydawać, że jest, jaki jest - po prostu już tak ma i trzeba z tym żyć, ale myślę, że to tak nie działa. Co było dla mnie szokiem, nie przemówiła do mnie jego romantyczna, spokojna strona, nic a nic.
"Są takie miejsca, w których nigdy nie powinniśmy się znaleźć. Są tacy ludzie, których nigdy nie powinniśmy poznać. Są takie chwile, w których jest za późno na to, by się wycofać, i wtedy już nic nie zależy od nas samych. Tak naprawdę nic nie zależy ode mnie od chwili, w której go poznałam."
Nie będę ukrywać, że powieść ma zbyt dużo wad, żeby uszło to mojej uwadze. Nie zaprzeczam, historia Cassandry i Adama jest pełna namiętności, dreszczy i nieprzewidywalności - co może działać na plus, a jednak sama kreacja bohaterów, brak opisów uczuć, ich rozwijania, celebrowania, brak logicznych argumentów ich zachowania, absurdalność zachowania i oczekiwań Cass, tylko spotęgowały moje niezdecydowanie końcowej oceny. A jednak jest coś takiego w Snach Morfeusza, że nie mogłam się oprzeć i czytałam ją z zapartym tchem. Wątek tajemniczego klubu, sytuacji i niepełnych, zdawkowych wyjaśnień Adama, rozsadzało mnie od środka, żeby tylko dowiedzieć się czegoś więcej.
Myślę, że dla mało wymagającego czytelnika, który szuka chwilowej ucieczki od zgiełku miasta, czy pragnie kilka godzin zapomnienia, to druga powieść Haner będzie wręcz idealnym rozwiązaniem. I mimo gorzkiego posmaku, jaki zostawiła po sobie historia Cass i Adama, nie mogę doczekać się kontynuacji.
Powieści erotyczne zawsze kręcą się w okół utartych schematów: on ma bolesną przeszłość, co przekłada się na jego życie seksualne i upodobania, a jednak kreacja głównej bohaterki, obiektu zainteresowania, może być dowolna i chociaż do tej pory spotkałam się tylko z jedną powieścią, która miała jakikolwiek związek z oddziaływaniem na ludzką psychikę, to z przykrością muszę stwierdzić, że pani Haner w ogóle pominęła ten istotny (przynajmniej dla mnie) szczegół. Co prawda, autorka niewiele zdradza, ale postępowanie bohaterów jest... bardzo szokujące i mało wytłumaczalne.
"[...] Czy to naiwne? Może. Nierealne? Zapewne tak, ale przecież warto walczyć o kogoś, na kim nam zależy. Nieważne czy to największy dupek na świecie, czy książę na białym rumaku. Jeśli się kogoś kocha, to widzi się w nim to, czego nie dostrzegają inni.[...]"
Być może nie będzie to dużym zaskoczeniem, kiedy napiszę, że nie polubiłam Cassandry. Jest ona bohaterką, którą ciężko przetrawić przez jej rozchwianie emocjonalne, absurdalne pomysły i krótkowzroczność. Ogromnym jak dla mnie błędem było obsadzenie jej w roli narratorki, ponieważ poznawanie jej myśli, tylko uwsteczniło jej charakter, pozwalało poznać jej irracjonalne powody postępowania. Przez większość powieści czułam się, jakbym miała do czynienia z rozpieszczoną jedenstolatką. Nie pomógł również fakt, że Cass nie umiała powiedzieć nie oraz postawić na swoim. Autorka usilnie próbowała wmówić czytelnikowi, że główna postać ma charakter: jest co prawda jędzowata, ale przy okazji pewna siebie, ale zagubiona. Owszem, zagubiona była, ale chyba nie w tym sensie, co powinna.
Co do Adama... Jest on niewątpliwie najbardziej przerażającą, odrażającą, aczkolwiek ciekawą postacią. Nie wypada zdradzać szczegółów jego brutalnego zachowania, ale nie można doszukać się również podłoża psychologicznego w jego zachowaniu. Niektóre momenty w powieści były tak zaskakująco przerażające i niesmaczne, że miałam ochotę przerzucić kilka kartek, żeby już nie musieć zagłębiać się w motywy. Mogłoby się wydawać, że jest, jaki jest - po prostu już tak ma i trzeba z tym żyć, ale myślę, że to tak nie działa. Co było dla mnie szokiem, nie przemówiła do mnie jego romantyczna, spokojna strona, nic a nic.
"Są takie miejsca, w których nigdy nie powinniśmy się znaleźć. Są tacy ludzie, których nigdy nie powinniśmy poznać. Są takie chwile, w których jest za późno na to, by się wycofać, i wtedy już nic nie zależy od nas samych. Tak naprawdę nic nie zależy ode mnie od chwili, w której go poznałam."
Nie będę ukrywać, że powieść ma zbyt dużo wad, żeby uszło to mojej uwadze. Nie zaprzeczam, historia Cassandry i Adama jest pełna namiętności, dreszczy i nieprzewidywalności - co może działać na plus, a jednak sama kreacja bohaterów, brak opisów uczuć, ich rozwijania, celebrowania, brak logicznych argumentów ich zachowania, absurdalność zachowania i oczekiwań Cass, tylko spotęgowały moje niezdecydowanie końcowej oceny. A jednak jest coś takiego w Snach Morfeusza, że nie mogłam się oprzeć i czytałam ją z zapartym tchem. Wątek tajemniczego klubu, sytuacji i niepełnych, zdawkowych wyjaśnień Adama, rozsadzało mnie od środka, żeby tylko dowiedzieć się czegoś więcej.
Myślę, że dla mało wymagającego czytelnika, który szuka chwilowej ucieczki od zgiełku miasta, czy pragnie kilka godzin zapomnienia, to druga powieść Haner będzie wręcz idealnym rozwiązaniem. I mimo gorzkiego posmaku, jaki zostawiła po sobie historia Cass i Adama, nie mogę doczekać się kontynuacji.
wachajac-ksiazki.blogspot.com
Stinger. Żądło namiętności
Grace przyjeżdża do Las Vegas, by wziąć udział w Międzynarodowym Zjeździe Studentów Prawa, okazuje się, że w tym czasie odbywają się także Targi Erotyczne. Dziewczyna szybko ma okazję poznać jednego z uczestników Targów, bo wkrótce, wraz z przystojnym aktorem heteroseksualnym - Carsonem Stingerem ląduje w zepsutej windzie. Choć początkowo nic na to nie wskazuje zbliżają się do siebie i spędzają wspólnie weekend, ich drogi jednak się rozchodzą, ale... po wielu latach ponownie się spotykają...
"W życiu spotykamy ludzi, którzy nas ratują, zarówno na duże, jak i na małe sposoby. Czasem ratunek oznacza, że ktoś cię uwolni z ciemnego pokoju bez okien albo wyciągnie z płonącego budynku. Ale znacznie częściej oznacza ratunek od samego siebie, a także to, że warto otworzyć się na miłość, bo miłość wcale nie jest bajką."
Mia Sheridan niedawno zawładnęła moim sercem po przez "Bez słów", dlatego z ogromnym zaciekawieniem sięgnęłam po "Stinger". Pierwsze 100 stron kompletnie mnie nie wciągnęło i bałam się, że książka będzie dużo gorsza od powieści autorki, którą czytałam wcześniej. Odłożyłam i pomyślałam, że wrócę do niej za parę dni. W końcu nadszedł czas "Stinger" i och... jak bardzo pomyliłam się w stosunku do tej książki!!! Pierwsze kilkadziesiąt stron nie wciągnęło mnie wcale, za to resztę książki przeczytałam w ciągu jednego dnia. Nigdy jeszcze nie pomyliłam się AŻ TAK w stosunku do żadnej książki. Dlatego już na wstępie tej recenzji chciałabym Wam powiedzieć, że jeśli będziecie mieli podobnie odczucia, w żadnym wypadku się nie zrażajcie!
Po pierwszych stronach zapowiadało się na erotyk, no i na to, że przez następne kartki nic się w tej kwestii nie zmieni i co kilka stron będą się pojawiać bardzo namiętne sceny, dlatego też nieco się zraziłam. Nie przeszkadzają mi sceny seksu, ale jednak w zbyt dużym natężeniu zaczynają mnie nudzić i irytować. Na szczęście "Stinger" to nie typowy erotyk i po pewnym czasie tych scen jest coraz mniej, autorka stworzyła całą te otoczkę, by wnieść do treści coś więcej. To powieść o miłości, tej prawdziwej, która przetrwa lata. Wiem, brzmi banalnie, ale uwierzcie mi wcale takie nie jest, w połączeniu z dość nietypową fabułą i piórem Pani Sheridan.
Autorka zaskoczyła mnie też pewnym wątkiem, nie chcę zbyt wiele zdradzać, ale myślę, że również będziecie zaskoczeni. Włączyła też w fabułę dość poważny problem, o którym nie mówi się zbyt wiele.
"Miłość nie zawsze ma sens. I na tym polega jej piękno, jej tajemnica."
Grace żyje według misternego planu, Carson z kolei zupełnie odwrotnie. Dlatego kiedy ich ścieżki się splatają, różne charaktery początkowo dają się sobie we znaki, ale to wkrótce diametralnie się zmienia. Bohaterowie są wykreowani naprawdę interesująco, a pióro autorki jest naprawdę przyjemne. Gdy już przebrnęłam przez te pierwsze kilkadziesiąt stron, później naprawdę się wciągnęłam i żałowałam gdy powieść się skończyła, bo była dla mnie naprawdę sporą niespodzianką. Wszystkie te sceny erotyczne okazały się być tylko tłem dla fabuły, która choć może momentami wydaje się nieco nierealna porusza także poważny temat, pokazuje również historię pięknej miłości. Choć początkowo cała historia wydawała się banalna, ostatecznie mocno mnie zaskoczyła, bałam się, że moja ocena będzie niska, a tu proszę, po jej skończeniu stwierdzam, że jest naprawdę oryginalna i zaskakująca!
"Stinger" to naprawdę dobra książka, przyznam jednak, że druga części tytułu "Żądło namiętności" jest według mnie kompletnie nietrafione i mówiąc szczerze kojarzy mi się raczej z ukąszeniem osy niż z interesującą historią miłosną. To opowieść, która poza wątkiem miłosnym porusza również inne tematy, przez co nie można się nudzić. Sama z bijącym sercem przewracałam strony powieści. Jeśli komuś z Was, tak jak mi pierwsze strony książki nie przypadną do gustu, nie zrażajcie się! Ta historia naprawdę ma potencjał, trzeba jednak na to kilkadziesiąt stron poczekać ;)
"W życiu spotykamy ludzi, którzy nas ratują, zarówno na duże, jak i na małe sposoby. Czasem ratunek oznacza, że ktoś cię uwolni z ciemnego pokoju bez okien albo wyciągnie z płonącego budynku. Ale znacznie częściej oznacza ratunek od samego siebie, a także to, że warto otworzyć się na miłość, bo miłość wcale nie jest bajką."
Mia Sheridan niedawno zawładnęła moim sercem po przez "Bez słów", dlatego z ogromnym zaciekawieniem sięgnęłam po "Stinger". Pierwsze 100 stron kompletnie mnie nie wciągnęło i bałam się, że książka będzie dużo gorsza od powieści autorki, którą czytałam wcześniej. Odłożyłam i pomyślałam, że wrócę do niej za parę dni. W końcu nadszedł czas "Stinger" i och... jak bardzo pomyliłam się w stosunku do tej książki!!! Pierwsze kilkadziesiąt stron nie wciągnęło mnie wcale, za to resztę książki przeczytałam w ciągu jednego dnia. Nigdy jeszcze nie pomyliłam się AŻ TAK w stosunku do żadnej książki. Dlatego już na wstępie tej recenzji chciałabym Wam powiedzieć, że jeśli będziecie mieli podobnie odczucia, w żadnym wypadku się nie zrażajcie!
Po pierwszych stronach zapowiadało się na erotyk, no i na to, że przez następne kartki nic się w tej kwestii nie zmieni i co kilka stron będą się pojawiać bardzo namiętne sceny, dlatego też nieco się zraziłam. Nie przeszkadzają mi sceny seksu, ale jednak w zbyt dużym natężeniu zaczynają mnie nudzić i irytować. Na szczęście "Stinger" to nie typowy erotyk i po pewnym czasie tych scen jest coraz mniej, autorka stworzyła całą te otoczkę, by wnieść do treści coś więcej. To powieść o miłości, tej prawdziwej, która przetrwa lata. Wiem, brzmi banalnie, ale uwierzcie mi wcale takie nie jest, w połączeniu z dość nietypową fabułą i piórem Pani Sheridan.
Autorka zaskoczyła mnie też pewnym wątkiem, nie chcę zbyt wiele zdradzać, ale myślę, że również będziecie zaskoczeni. Włączyła też w fabułę dość poważny problem, o którym nie mówi się zbyt wiele.
"Miłość nie zawsze ma sens. I na tym polega jej piękno, jej tajemnica."
Grace żyje według misternego planu, Carson z kolei zupełnie odwrotnie. Dlatego kiedy ich ścieżki się splatają, różne charaktery początkowo dają się sobie we znaki, ale to wkrótce diametralnie się zmienia. Bohaterowie są wykreowani naprawdę interesująco, a pióro autorki jest naprawdę przyjemne. Gdy już przebrnęłam przez te pierwsze kilkadziesiąt stron, później naprawdę się wciągnęłam i żałowałam gdy powieść się skończyła, bo była dla mnie naprawdę sporą niespodzianką. Wszystkie te sceny erotyczne okazały się być tylko tłem dla fabuły, która choć może momentami wydaje się nieco nierealna porusza także poważny temat, pokazuje również historię pięknej miłości. Choć początkowo cała historia wydawała się banalna, ostatecznie mocno mnie zaskoczyła, bałam się, że moja ocena będzie niska, a tu proszę, po jej skończeniu stwierdzam, że jest naprawdę oryginalna i zaskakująca!
"Stinger" to naprawdę dobra książka, przyznam jednak, że druga części tytułu "Żądło namiętności" jest według mnie kompletnie nietrafione i mówiąc szczerze kojarzy mi się raczej z ukąszeniem osy niż z interesującą historią miłosną. To opowieść, która poza wątkiem miłosnym porusza również inne tematy, przez co nie można się nudzić. Sama z bijącym sercem przewracałam strony powieści. Jeśli komuś z Was, tak jak mi pierwsze strony książki nie przypadną do gustu, nie zrażajcie się! Ta historia naprawdę ma potencjał, trzeba jednak na to kilkadziesiąt stron poczekać ;)
k-siazkowyswiat.blogspot.com MICHALINA MIŚKA; 2016-07-13