Recenzje
Przez polskie góry. Przewodnik biegacza. Wydanie 1
Jeśli szukasz aktywności, która pozwala poczuć prawdziwą wolność – wybiegnij w góry. Jeśli masz problem z wyborem odpowiedniej trasy sięgnij po nowość Wydawnictwa „Bezdroża” – „Przez Polskie góry.Przewodnik biegacza”
Przewodnik pełen pasji
Autorzy: Natalia Tomasiak i Marcin Świerc to doskonale znani w świecie biegowym doświadczeni już „górale”. Śledząc ich poczynania liczyłam, że swoją wiedzę i entuzjazm udostępnią kiedyś w formie bardziej trwałej i usystematyzowanej niż ulotne zapiski na facebookowych fanpejdżach. Ogromnie ucieszyłam się na wiadomość, że Wydawnictwo ‚Bezdroża” zdecydowało się wydać ich wspólną książkę.
Przewodnik składa się z dwóch części. W pierwszej zebrano odpowiedzi na większość pytań nurtujących początkujących biegaczy. Od czegoś trzeba zacząć: można oczywiście szukać informacji na forach, uczyć się na własnych błędach, lepiej jednak wkraczać na kolejne stopnie wtajemniczenia w towarzystwie Natalii i Marcina. Obydwoje, prowadząc warsztaty i organizując biegowe weekendy wreszcie pracując jako trenerzy doskonale wiedzą, czego najbardziej brakuje mniej doświadczonym kolegom.
Dlaczego warto biegać po górach? Jak przygotować się na trudne warunki? Jaki sprzęt skompletować? Jak postępować w przypadku nagłego urazu? Co pić i jeść w trakcie biegu? – w Przewodniku znajdziecie odpowiedź.
Zalety tej części? – cenne konkrety podane zwięźle i w przystępny sposób. Wady? – no, niech będzie, że się czepiam (może trochę) ale – zdjęcia…
Dla mnie, śledzącej ich poczynania, było jasne, że rozdziały takie jak „Kilka słów o technice…”, „Bieganie w trudnych warunkach”, „Obuwie do biegów górskich” zostaną zilustrowane zdjęciami z bogatych prywatnych archiwów Autorów. Tymczasem z rozczarowaniem kartkowałam tę część: Marcin pojawia się na zaledwie jednym zdjęciu. Natalii nie ma na żadnym (nie licząc okładki). Szkoda…na pocieszenie dostajemy kilka (mam wrażenie, że przypadkowych a na pewno opatrzonych już) banalnych obrazków z Schutterstocka. Nie rozumiem drogi, którą wybrał Wydawca (pewnie jest jakieś rozsądne wytłumaczenie) ale liczę, że w kolejnych wydaniach ten aspekt zostanie lepiej d/opracowany!
Zasadnicza treść „Przewodnika…” to jego druga część czyli TRASY.
Mamy tu wybór 69 jednodniowych wycieczek biegowych. Każda przedstawiona jest w ten sam sposób: po lewej stronie mapka, po prawej profil z zaznaczeniem powierzchni (asfalt, droga szutrowa, ścieżka, kamieniste chodniki) i wyszczególnieniem schronisk, punktów orientacyjnych czy widokowych, mijanych szczytów, ciekawszych elementów krajobrazu. Do tego zwięzły opis i legenda zawierająca: typ trasy, jej długość, przewyższenie, szacunkowy czas biegu, teren, zalecaną ilość napoju i stopień trudności.
No i jak tu nie biegać po górach?
Całość jest ładnie wydana. Dodatkowo – poręczny format i wygodne połączenie kartek zachęcają do częstego korzystania. „Przewodnik…” nie powinien zbyt długo leżeć nieużywany, zatem: w drogę!
Przewodnik pełen pasji
Autorzy: Natalia Tomasiak i Marcin Świerc to doskonale znani w świecie biegowym doświadczeni już „górale”. Śledząc ich poczynania liczyłam, że swoją wiedzę i entuzjazm udostępnią kiedyś w formie bardziej trwałej i usystematyzowanej niż ulotne zapiski na facebookowych fanpejdżach. Ogromnie ucieszyłam się na wiadomość, że Wydawnictwo ‚Bezdroża” zdecydowało się wydać ich wspólną książkę.
Przewodnik składa się z dwóch części. W pierwszej zebrano odpowiedzi na większość pytań nurtujących początkujących biegaczy. Od czegoś trzeba zacząć: można oczywiście szukać informacji na forach, uczyć się na własnych błędach, lepiej jednak wkraczać na kolejne stopnie wtajemniczenia w towarzystwie Natalii i Marcina. Obydwoje, prowadząc warsztaty i organizując biegowe weekendy wreszcie pracując jako trenerzy doskonale wiedzą, czego najbardziej brakuje mniej doświadczonym kolegom.
Dlaczego warto biegać po górach? Jak przygotować się na trudne warunki? Jaki sprzęt skompletować? Jak postępować w przypadku nagłego urazu? Co pić i jeść w trakcie biegu? – w Przewodniku znajdziecie odpowiedź.
Zalety tej części? – cenne konkrety podane zwięźle i w przystępny sposób. Wady? – no, niech będzie, że się czepiam (może trochę) ale – zdjęcia…
Za mało Marcina! Natalii zresztą też…
Dla mnie, śledzącej ich poczynania, było jasne, że rozdziały takie jak „Kilka słów o technice…”, „Bieganie w trudnych warunkach”, „Obuwie do biegów górskich” zostaną zilustrowane zdjęciami z bogatych prywatnych archiwów Autorów. Tymczasem z rozczarowaniem kartkowałam tę część: Marcin pojawia się na zaledwie jednym zdjęciu. Natalii nie ma na żadnym (nie licząc okładki). Szkoda…na pocieszenie dostajemy kilka (mam wrażenie, że przypadkowych a na pewno opatrzonych już) banalnych obrazków z Schutterstocka. Nie rozumiem drogi, którą wybrał Wydawca (pewnie jest jakieś rozsądne wytłumaczenie) ale liczę, że w kolejnych wydaniach ten aspekt zostanie lepiej d/opracowany!
Zasadnicza treść „Przewodnika…” to jego druga część czyli TRASY.
Mamy tu wybór 69 jednodniowych wycieczek biegowych. Każda przedstawiona jest w ten sam sposób: po lewej stronie mapka, po prawej profil z zaznaczeniem powierzchni (asfalt, droga szutrowa, ścieżka, kamieniste chodniki) i wyszczególnieniem schronisk, punktów orientacyjnych czy widokowych, mijanych szczytów, ciekawszych elementów krajobrazu. Do tego zwięzły opis i legenda zawierająca: typ trasy, jej długość, przewyższenie, szacunkowy czas biegu, teren, zalecaną ilość napoju i stopień trudności.
Przejrzysty, schematyczny układ ułatwia wybór trasy.
A żeby było jeszcze wygodniej, każde pasmo górskie dostało „własny kolor”No i jak tu nie biegać po górach?
Całość jest ładnie wydana. Dodatkowo – poręczny format i wygodne połączenie kartek zachęcają do częstego korzystania. „Przewodnik…” nie powinien zbyt długo leżeć nieużywany, zatem: w drogę!
twojezwyciestwo.wordpress.com Agnieszka; 2016-07-29
Eden. Nowy początek
W czerwcu miałam okazję przeczytać powieść Mii Sheridan Calder. Narodziny odwagi. Książka skończyła się w takim momencie, że moja ciekawość co do tego, jak dalej potoczą się losy Caldera i Eden, była przeogromna. Nie mogłam doczekać się, by poznać zakończenie tej opowieści. Niedawno w moje ręce trafiła kontynuacja tej historii – Eden. Nowy początek. Czy spełniła moje oczekiwania?
Mijają trzy lata od tragicznych wydarzeń w Akadii. Zarówno Eden, jak i Calder, przekonani są, że to drugie nie żyje. Obydwoje starają się żyć bez miłości swojego życia, jednak to życie nie należy do łatwych. Obydwoje czują się tak, jakby tamtego feralnego dnia ktoś wyrwał im kawałek serca.
Eden stanęła na nogi dzięki dobroci Felixa, zupełnie obcego jej człowieka, który potraktował ją jak własną córkę. Mieszkała u niego i pracowała, udzielając lekcji gry na fortepianie. Dzięki niemu poznała swoją przeszłość i odnalazła także rodzinę.
Calder nie przeżyłby, gdyby nie Xander. Zawsze mógł liczyć na pomoc przyjaciela, który wspierał go w najtrudniejszych chwilach. Ukojenie odnalazł w malarstwie, a inspiracją dla niego zawsze była ukochana.
Wkrótce ścieżki tych dwojga ponownie się przecinają. Czy uda im się na nowo odnaleźć utraconą miłość?
Czy wspominałam już, że przeczytam w ciemno wszystko pióra Mii Sheridan, co tylko pojawi się na polskim rynku? Owszem, wspominałam, a ta powieść po raz kolejny utwierdza mnie w tym przekonaniu. Za sprawą swoich powieści Sheridan każdorazowo potrafi zabrać mnie w emocjonalną podróż. Rozrywa moje serce na kawałki przez ból, który rozdziera bohaterów, zalewa mnie falami uczuć i namiętności, jakie wybuchają między bohaterami, rozpala iskierkę nadziei na to, że miłość i przyjaźń potrafią przetrwać wszystko.
Eden i Calder dojrzewają. Ich życie naznaczone jest bólem i stratą, a jednak obydwoje wytrwale starają się stawiać czoła codzienności. Ponowne spotkanie sprawia, że świat na nowo nabiera kolorów, a każde z nich, po latach duszenia się w żalu, wreszcie może z ulgą odetchnąć. Mia Sheridan świetnie oddała uczucia i rozterki, jakie towarzyszą tej dwójce zarówno podczas lat rozłąki, jak i już po niej. Zdawać by się mogło, że skoro bohaterowie odnajdą się, zrobi się słodko, cukierkowo i nic, tylko wyczekiwać oblanego lukrem finału. Otóż nie. Mia Sheridan nigdy nie idzie na łatwiznę i nie stawia na proste rozwiązania. Jej bohaterowie będą musieli jeszcze zmierzyć się z pewnymi problemami.
Akcję pierwszej części tej dylogii autorka osadziła wewnątrz sekty. Nieczęsto zdarza się, by romanse rozgrywały się w takich okolicznościach. Bohaterowie, choć sekta przestała istnieć, dalej odczuwają jej wpływ. Obydwoje dojrzewają, jednak zanim na dobre rozpoczną nowe życie, muszą rozliczyć się z trudną przeszłością, uporządkować wszystkie sprawy i zamknąć ten rozdział za sobą. To właśnie na tym przede wszystkim skupia się książka, wyłączając wątek romantyczny. W poprzedniej części Sheridan pokazała życie w sekcie. W tej ujawnia konsekwencje takiego życia i powrót po nim do normalności. Dobrze, że pojawiają się powieści, które poruszają takie tematy. Pewnie wiele osób na co dzień nie zastanawia się nad podobnymi sprawami, a taka książka potrafi jednak skłonić do pewnych refleksji.
To stało się już pewnego rodzaju znakiem rozpoznawczym Mii Sheridan, iż autorka w narracji swoich powieści oddaje głos obojgu ze swoich bohaterów. Ich losy śledzimy zarówno z punktu widzenia Caldera, jak i Eden. To zdecydowanie mój ulubiony rodzaj narracji, gdyż daje szersze spojrzenie na całą opowieść i ujawnia najskrytsze myśli każdego z nich. Styl autorki, jak zawsze, jest całkiem lekki. Jej książek się nie czyta. Je się po prostu pochłania i nie inaczej było w tym przypadku.
Eden. Nowy początek to naprawdę dobre zakończenie historii Caldera i Eden. To powieść o życiu po stracie, o sile miłości i przyjaźni, o nadziei, której nigdy nie należy tracić. Jestem zadowolona z tego, jak autorka poprowadziła tę opowieść do końca. Moje oczekiwania zostały spełnione w zupełności.
zaczytana-dolina.blogspot.com Marta Tadych; 2016-07-18
Eden. Nowy początek
Wyobraź sobie, że Twoje życie to niekończące się pasmo trudności. Że kiedy tylko wydaje się, że idzie ku lepszemu, nagle dzieje się coś, co obraca wszystko w gruzy. Że kochasz kogoś tak, że to aż boli, a ten ktoś nagle ginie, a Ty zostajesz sam...
Eden i Calder zostają rozdzieleni. On myśli, że Eden utonęła w powodzi wywołanej przez psychopatycznego przywódcę apokaliptycznej sekty, ona zaś jest przekonana, że to Calder nie przeżył. Oboje próbują odnaleźć się w nowej dla nich rzeczywistości, w świecie, którego wcześniej nie znali, ponieważ całe swoje dzieciństwo i lata nastoletnie spędzili w odgrodzonej od współczesności sekcie. Oboje mają też złamane serca, lecz każde z nich, na swój własny sposób próbuje na nowo ułożyć sobie życie.
Tylko że wiecie, Eden i Calder są sobie przeznaczeni. Wiadomym jest, że prędzej czy później znowu na siebie trafią, a to jest jedna z tych książek, która po prostu muszą skończyć się szczęśliwie, bo czytelnik tego właśnie chce.
Eden. Nowy początek to powieść, w której pokładałam duże nadzieje. Po całkiem niezłej pierwszej części tej historii (Calder. Narodziny odwagi) podejrzewałam, że w historii Eden i Caldera stanie się coś, co mnie zdziwi, poruszy lub zwyczajnie bardzo mile zaskoczy. Tymczasem zabrakło mi tu elementu wow, takiego, którego zupełnie bym się nie spodziewała. Właśnie na tę nieprzewidywalność bardzo mocno liczyłam, bo nawet jeżeli całą sobą czułam, jak skończy się ta historia, ciekawie byłoby, gdyby po drodze stało się coś, co wytrąciłoby mnie z równowagi i zaskoczyło. Ja natomiast dostałam do ręki powieść, która jest taka, jak można się było po niej spodziewać. Jest pięknie, ładnie i kolorowo, miło aż do przesady, co przecież nie stanowi wady, w końcu wszyscy lubimy, gdy amor vincit omnia. Ale czy na pewno nie można było trochę inaczej?
Eden i Calder zostają rozdzieleni. On myśli, że Eden utonęła w powodzi wywołanej przez psychopatycznego przywódcę apokaliptycznej sekty, ona zaś jest przekonana, że to Calder nie przeżył. Oboje próbują odnaleźć się w nowej dla nich rzeczywistości, w świecie, którego wcześniej nie znali, ponieważ całe swoje dzieciństwo i lata nastoletnie spędzili w odgrodzonej od współczesności sekcie. Oboje mają też złamane serca, lecz każde z nich, na swój własny sposób próbuje na nowo ułożyć sobie życie.
Tylko że wiecie, Eden i Calder są sobie przeznaczeni. Wiadomym jest, że prędzej czy później znowu na siebie trafią, a to jest jedna z tych książek, która po prostu muszą skończyć się szczęśliwie, bo czytelnik tego właśnie chce.
Eden. Nowy początek to powieść, w której pokładałam duże nadzieje. Po całkiem niezłej pierwszej części tej historii (Calder. Narodziny odwagi) podejrzewałam, że w historii Eden i Caldera stanie się coś, co mnie zdziwi, poruszy lub zwyczajnie bardzo mile zaskoczy. Tymczasem zabrakło mi tu elementu wow, takiego, którego zupełnie bym się nie spodziewała. Właśnie na tę nieprzewidywalność bardzo mocno liczyłam, bo nawet jeżeli całą sobą czułam, jak skończy się ta historia, ciekawie byłoby, gdyby po drodze stało się coś, co wytrąciłoby mnie z równowagi i zaskoczyło. Ja natomiast dostałam do ręki powieść, która jest taka, jak można się było po niej spodziewać. Jest pięknie, ładnie i kolorowo, miło aż do przesady, co przecież nie stanowi wady, w końcu wszyscy lubimy, gdy amor vincit omnia. Ale czy na pewno nie można było trochę inaczej?
zielona-cytryna.pl Agnieszka Baran
Język C. Szkoła programowania. Wydanie VI
Jedną z pierwszych książek o programowaniu, które miałem okazję studiować, była klasyczna pozycja: Język ANSI C autorstwa Brian'a W. Kernighan'a oraz Dennis'a M. Ritchiego. Podejrzewam, że książka ta ukształtowała charakter niejednego programisty i przez wiele lat służyła wielu autorom podręczników programowania jako wzór do naśladowania. Dziś, 38 lat po opublikowaniu pierwszego wydania tej książki, C nadal pozostaje jednym z najpopularniejszych języków programowania (świadczy o tym chociażby zajmowane przez niego od ponad dziesięciu lat drugie miejsce w rankingu TIOBE). Język C - przez wielu postrzegany jako nowoczesna forma asemblera - czy wart jest tego, aby dziś, tu i teraz inwestować czas w jego naukę?
Szukając odpowiedzi na to pytanie, moje myśli skierowały się ku dwóm ponadczasowym esejom:\
Naucz się programować w 10 lat (ang. Teach Yourself Program-ming in Ten Years), autorstwa Peter'a Norvig'a (http://norvig. com/21-days.html)
Jak stać się hakerem (ang. How To BecomeA Hacker), autorstwa Eric'a Steven'a Raymond'a (http://www.catb.org/esr/faqs/ hacker-howto.html).
W eseju Raymond'a czytamy następujące słowa: Jeśli poważnie myślisz o programowaniu, będziesz musiał nauczyć się C:języka, na którym opiera się Unix. (...) Cjestjęzykiem bardzo efektywnym i oszczędnym w gospodarowaniu zasobami sprzętowymi. Niestety ceną za tę efektywność jest konieczność ręcznego zarządzania niskopoziomowymi zasobami (takimi jak pamięć). W związku z tym większość kodu pisanego w C jest złożona i łatwo podatna na błędy.
Z kolei Norvig w swoim eseju pisze:
Więc chcesz zostać programistą? (...) Naucz się co najmniej pół tuzina języków programowania!
Wniosek płynący z obydwu esejów (do których lektury serdecznie zapraszam) jest jasny: język C był, jest i pozostanie ważnym elementem współczesnej informatyki - na pewno warto się go uczyć, obok szeregu innych języków programowania. I tu dochodzimy do sedna niniejszego tekstu, którym jest próba znalezienia odpowiedzi na pytanie o to, jak na dzień dzisiejszy najlepiej rozpocząć naukę tego języka?
Moja odpowiedź na to pytanie brzmi: Język C. Szkoła programowania. Wydanie VI. Pierwszy rzut oka na tę książkę pozwala stwierdzić, iż jest to pozycja przeznaczona dla ambitnych czytelników: 1022 strony robi wrażenie. Na szczęście opracowanie autorstwa pana Praty napisane jest bardzo przystępnym (a jednocześnie konkretnym) językiem i studiuje się je z przyjemnością. Zawartość książki to 17 rozdziałów naładowanych wiedzą na temat C:
Zaczynamy (przegląd historii języka C, omówienie podstaw mechaniki programowania oraz organizacji książki),
Wstęp do C,
Dane w C,
Łańcuchy znakowe i formatowane wejście-wyjście,
Operatory, wyrażenia i instrukcje,
Instrukcje sterujące C. Pętle,
Instrukcje sterujące C. Rozgałęzienia i skoki,
Znakowe wejście-wyjście i przekierowywanie,
Funkcje,
Tablice i wskaźniki,
Łańcuchy znakowe i funkcje łańcuchowe,
Klasy zmiennej, łączność i zarządzanie pamięcią,
Obsługa plików,
Struktury i inne formy danych,
Manipulowanie bitami,
Preprocesor i biblioteka C,
Zaawansowana reprezentacja danych.
Język C to książka, którą w pierwszej kolejności poleciłbym studentom informatyki (szczególnie tym, którzy wybrali programowanie jako specjalizację) oraz osobom, które uczą się programować w związku z pracą zawodową. Opracowanie ma charakter podręcznika, przy czym autor zakłada, że czytelnik nie posiada zaawansowanej wiedzy związanej z programowaniem. Co istotne, Język C w najnowszym, szóstym wydaniu opisuje najnowszą wersję języka C - opartą na standardzie Cl 1 (ISO/IEC 9899:2011). Język C będzie też niewątpliwie przydatną lekturą dla programistów korzystających na co dzień z języków wyższego poziomu (np. Java, Python, C), a chcących rozszerzyć i ugruntować swoją wiedzę.
Podsumowując niniejszą recenzję, przytoczę zdanie jednego z moich znajomych: Jeśli nauczysz się jeździć Małym Fiatem, to pojedziesz każdym innym samochodem. Słowa te przyszły mi na myśl, kiedy przeczytałem hasło wypisane na okładce recenzowanej pozycji: Naucz się C, a zrozumiesz istotę programowania. Hasło to wydaje mi się troszeczkę przesadzone, aczkolwiek mogę z całą pewnością stwierdzić, iż znajomość języka C przybliża do poznania Istoty Programowania, zaś książka autorstwa Stephen'a Praty niewątpliwie pomoże czytelnikowi osiągnąć ten szczytny cel, dlatego też polecam ją z całego serca i życzę miłej lektury!
Szukając odpowiedzi na to pytanie, moje myśli skierowały się ku dwóm ponadczasowym esejom:\
Naucz się programować w 10 lat (ang. Teach Yourself Program-ming in Ten Years), autorstwa Peter'a Norvig'a (http://norvig. com/21-days.html)
Jak stać się hakerem (ang. How To BecomeA Hacker), autorstwa Eric'a Steven'a Raymond'a (http://www.catb.org/esr/faqs/ hacker-howto.html).
W eseju Raymond'a czytamy następujące słowa: Jeśli poważnie myślisz o programowaniu, będziesz musiał nauczyć się C:języka, na którym opiera się Unix. (...) Cjestjęzykiem bardzo efektywnym i oszczędnym w gospodarowaniu zasobami sprzętowymi. Niestety ceną za tę efektywność jest konieczność ręcznego zarządzania niskopoziomowymi zasobami (takimi jak pamięć). W związku z tym większość kodu pisanego w C jest złożona i łatwo podatna na błędy.
Z kolei Norvig w swoim eseju pisze:
Więc chcesz zostać programistą? (...) Naucz się co najmniej pół tuzina języków programowania!
Wniosek płynący z obydwu esejów (do których lektury serdecznie zapraszam) jest jasny: język C był, jest i pozostanie ważnym elementem współczesnej informatyki - na pewno warto się go uczyć, obok szeregu innych języków programowania. I tu dochodzimy do sedna niniejszego tekstu, którym jest próba znalezienia odpowiedzi na pytanie o to, jak na dzień dzisiejszy najlepiej rozpocząć naukę tego języka?
Moja odpowiedź na to pytanie brzmi: Język C. Szkoła programowania. Wydanie VI. Pierwszy rzut oka na tę książkę pozwala stwierdzić, iż jest to pozycja przeznaczona dla ambitnych czytelników: 1022 strony robi wrażenie. Na szczęście opracowanie autorstwa pana Praty napisane jest bardzo przystępnym (a jednocześnie konkretnym) językiem i studiuje się je z przyjemnością. Zawartość książki to 17 rozdziałów naładowanych wiedzą na temat C:
Zaczynamy (przegląd historii języka C, omówienie podstaw mechaniki programowania oraz organizacji książki),
Wstęp do C,
Dane w C,
Łańcuchy znakowe i formatowane wejście-wyjście,
Operatory, wyrażenia i instrukcje,
Instrukcje sterujące C. Pętle,
Instrukcje sterujące C. Rozgałęzienia i skoki,
Znakowe wejście-wyjście i przekierowywanie,
Funkcje,
Tablice i wskaźniki,
Łańcuchy znakowe i funkcje łańcuchowe,
Klasy zmiennej, łączność i zarządzanie pamięcią,
Obsługa plików,
Struktury i inne formy danych,
Manipulowanie bitami,
Preprocesor i biblioteka C,
Zaawansowana reprezentacja danych.
Język C to książka, którą w pierwszej kolejności poleciłbym studentom informatyki (szczególnie tym, którzy wybrali programowanie jako specjalizację) oraz osobom, które uczą się programować w związku z pracą zawodową. Opracowanie ma charakter podręcznika, przy czym autor zakłada, że czytelnik nie posiada zaawansowanej wiedzy związanej z programowaniem. Co istotne, Język C w najnowszym, szóstym wydaniu opisuje najnowszą wersję języka C - opartą na standardzie Cl 1 (ISO/IEC 9899:2011). Język C będzie też niewątpliwie przydatną lekturą dla programistów korzystających na co dzień z języków wyższego poziomu (np. Java, Python, C), a chcących rozszerzyć i ugruntować swoją wiedzę.
Podsumowując niniejszą recenzję, przytoczę zdanie jednego z moich znajomych: Jeśli nauczysz się jeździć Małym Fiatem, to pojedziesz każdym innym samochodem. Słowa te przyszły mi na myśl, kiedy przeczytałem hasło wypisane na okładce recenzowanej pozycji: Naucz się C, a zrozumiesz istotę programowania. Hasło to wydaje mi się troszeczkę przesadzone, aczkolwiek mogę z całą pewnością stwierdzić, iż znajomość języka C przybliża do poznania Istoty Programowania, zaś książka autorstwa Stephen'a Praty niewątpliwie pomoże czytelnikowi osiągnąć ten szczytny cel, dlatego też polecam ją z całego serca i życzę miłej lektury!
Programista Magazyn RAFAŁ KOCISZ; 2016-07-29
Płytki umysł. Jak internet wpływa na nasz mózg
„Potrzebna nam jest neurobiologia szkoły” napisał w swojej książce „Co z tą szkołą?” lekarz i neurobiolog Joachim Bauer. Czym jest owa „neurobiologia szkoły” i w czym może nam pomóc, w niezwykle interesujący sposób wyjaśnia Nicolas Carr, autor książki „Płytki umysł”.
Obecny system szkolny powstał w czasach, gdy nie mieliśmy żadnej wiedzy o neurobiologicznych mechanizmach procesu uczenia się. Dziś sporo już wiemy, choć do pełnego zrozumienia sposobu funkcjonowania mózgu droga jeszcze bardzo daleka. Wciąż pozostaje otwartym pytanie, czy nasz mózg potrafi zrozumieć sam siebie. A jednak znamy już podstawowe mechanizmy sterujące tym najbardziej złożonym z naszych organów.Najbardziej podstawowym mechanizmem leżącym u podstaw pracy mózgu jest neuroplastyczność. Najkrócej mówiąc, mózg dostosowuje strukturę sieci neuronalnej do potrzeb właściciela, rozbudowując te połączenia, które są używane. Oznacza to, że im bardziej jesteśmy aktywni, tym większe zmiany zachodzą w sieci neuronalnej mózgu. Znając mechanizm neuroplastyczności można przeanalizować, jak tradycyjna szkoła wpływa na rozwój mózgu dzieci i młodzieży, które części mózgu są aktywne, gdy dzieci siedzą w ławkach, słuchając nauczyciela czy wypełniając zeszyty ćwiczeń. Znajomość mechanizmu neuroplastyczności pozwala również na opracowanie mapy mózgu i wskazania struktur, które są aktywne, gdy uczniowie uczą się w sposób aktywny, np. przeprowadzając eksperymenty czy obserwacje w terenie. Inne grupy neuronów są aktywne, gdy kogoś słuchamy, a inne, gdy coś obserwujemy lub czymś manipulujemy.
Rozwój mózgu to nie tylko wzmacnianie synaps leżących na używanych szlakach czy rozbudowa wybranych struktur neuronalnych, ale również tworzenie połączeń między nimi. Te zaś tworzą się między grupami neuronów, które uaktywniają się w tym samym momencie. Mechanizm ten wyjaśnia, dlaczego tak ważne jest wielozmysłowe poznawanie świata i jakie są skutki wyeliminowania niektórych zmysłów z procesu uczenia się.
Mechanizm neuroplastyczności w niezmiernie ciekawy i obrazowy sposób wyjaśnia autor książki „Płytki umysł” Nicholas Carr (Wydawnictwo Helion). Wyjątkowość książki Carra polega na tym, że autor cofa się w czasie i w oparciu o dostępną dziś wiedzę wyjaśnia, jak zdobycze cywilizacji takie jak mapa, zegar, pismo, książki czy w końcu komputery i internet wpłynęły na strukturę naszych mózgów. Dla mnie bodaj najciekawszy jest rozdział poświęcony piśmienności. Wynalezienie pisma, a potem czytanie książek zmieniło strukturę sieci neuronalnej w naszych mózgach. Czytanie wpłynęło na kontrolę uwagi, utrzymanie koncentracji, skłonność do refleksji i zdolności intelektualne. Jednak Carr w niezwykle ciekawy sposób opisuje również kulturę oralną, która była płytsza od obecnej. „Słowo pisane wyzwoliło wiedzę z granic pamięci jednostki oraz pozwoliło językowi pozbyć się rytmicznych i schematycznych struktur wspierających zapamiętywanie oraz recytację. Otworzyło przed umysłem nowe, szerokie możliwości myślenia i wyrażania się. – Osiągnięcia świata zachodniego – pisał McLuhan – ‘świadczą niezbicie o ogromnym znaczeniu piśmienności’. Wiele informacji zawartych w książce Carra przynosi wiele niezwykle ciekawych czy wręcz zaskakujących informacji. Czy ktoś z czytelników zastanawiał się kiedyś, jak potwierdzano własność w czasach, gdy nie można było jeszcze sporządzić żadnych dokumentów. Zapewne myślicie, że pierwsze, podobnie jak dzisiejsze, książki czytano po cichu. Jednak kultura oralna była jeszcze na tyle silna, iż początkowo normą było głośne czytanie, a tych, którzy z czasem zaczęli czytać cicho, uznawano za dziwaków.
Pokazanie mechanizmu neuroplastyczności na przykładzie kolejnych zdobyczy cywilizacyjnych służy lepszemu wyjaśnieniu głównej tezy książki Carra, czyli zmianom, jakie niosą z sobą nowe technologie. Jeśli dziś poświęcamy średnio kilka godzin dziennie na kontakt z tzw. mediami ekranowymi, to nie może to pozostać bez wpływu na strukturę naszej sieci neuronalnej. Dzięki rozdziałom poświęconym wpływowi na strukturę naszych mózgów takich wynalazków jak zegar, mapa czy druk, lepiej rozumiemy, jak na strukturę sieci neuronalnej wpływa kontakt z internetem i ciągłe bycie online.
„Płytki umysł” powinni przeczytać nie tylko nauczyciele, ale również rodzice. Dzięki temu będą mogli inaczej spojrzeć na to, co kupują swoim dzieciom. Jak na strukturę mózgu dziecka wpłynie zakup piłki, hulajnogi, roweru, czy gry planszowej, w którą może grać cała rodzina, a jak zakup tabletu czy smartfona? Jeśli naprawdę zależy nam na wspieraniu rozwoju naszych dzieci, to powinniśmy sobie takie pytania zadawać.
To od nas dorosłych zależy, które grupy neuronów w mózgach naszych dzieci będą najczęściej używane, i co za tym idzie, rozbudowywane. Jeśli dziecko siedząc przed komputerem używa określonych zmysłów, to odpowiadające im struktury neuronalne są rozwijane, pozostałe już nie. A mózg jest tym lepszy, im więcej ma połączeń. Wiele problemów zarówno szkolnych jak i życiowych bierze się właśnie z braku owych połączeń. Ich skutkiem jest brak integracji.
Poniższy fragment z książki N. Carra „Płytki umysł” pokazuje dobre i negatywne konsekwencje neuroplastyczności. Poznanie i zrozumienie mechanizmu neuroplastyczności musi prowadzić do zmiany myślenia o szkole i w konsekwencji do zmiany obecnego modelu edukacji.
„Neuroplastyczność mózgu nie przynosi nam wyłącznie korzyści. Chociaż pozwala uciec od genetycznego determinizmu, otwierając furtkę dla swobodnych myśli i wolnej woli, nakłada na nasze zachowanie własną postać determinizmu: w miarę jak poszczególne obwody neuronalne mózgu wzmacniają się poprzez powtarzanie czynności fizycznych bądź psychicznych, zaczynają przekształcać daną aktywność w nawyk. Paradoks neuroplastyczności – jak zauważa Doidge – polega na tym, że przy całej elastyczności mentalnej, jaką nam daje, może nas uwięzić w ‘sztywnych zachowaniach’. Chemicznie pobudzane synapsy, które łączą neurony, programują nas bowiem tak, abyśmy chcieli używać już istniejące obwody. Gdy bowiem zainstalujemy w mózgu nowy obwód – pisze Doidge – ‘pragniemy jak najszybciej go uruchomić’. W ten właśnie sposób mózg doskonali się w operacjach, które przeprowadza: coraz szybciej i coraz skuteczniej wykonuje rutynowe czynności, nieużywane obwody zaś słabną. Innymi słowy: ’plastyczny’ to nie to samo co ‘elastyczny’. Obwody neuronalne nie odkształcają się, żeby wrócić do poprzedniej postaci, tak jak gumka recepturka, lecz trzymają się zmienionej formy. Przy czym nie oznacza to, że nowy stan jest stanem pożądanym. Złe nawyki zakorzeniają się w naszych neuronach równie łatwo jak te dobre. Pascual-Leone zauważa, że ‘zmiany neuroplastyczne niekoniecznie stanowią behawioralną korzyść dla danej jednostki’. Oprócz tego, że nauroplastyczność jest ‘mechanizmem rozwoju i uczenia się’, bywa jednocześnie ‘przyczyną patologii’. (…)
Ryzyko niepożądanych zmian neuroplastycznych dotyczy również normalnego, codziennego funkcjonowania naszego umysłu. Eksperymenty dowodzą, że poprzez aktywność fizyczną lub psychiczną mózg buduje nowe obwody neuronalne albo wzmacnia już istniejące, ale jednocześnie te, które nie są używane, mogą słabnąć lub zanikać. ‘Jeżeli przestaniemy ćwiczyć nasze zdolności psychiczne’ – pisze Doidge – ‘nie tylko po prostu je zapomnimy – na mapie mózgu przestrzeń przypisana tym zdolnościom zostanie oddana tym, które faktycznie wykorzystujemy’. Jeffrey Schwartz, profesor psychiatrii w szkole medycznej przy University of Califormia w Los Angeles, mówi o ‘zjawisku przetrwania najbardziej zajętych’.
eid.edu.pl Marzena Żylińska; 2016-07-29