Recenzje
Hard Beat. Taniec nad otchłanią
Czytanie gorących romansów nie jest moim ulubionym zajęciem, w które mogę wliczyć udział książek. Niestety. I nie chodzi o moje uprzedzenia co do źle napisanych scen erotycznych czy innych skrzywień, za które odpowiedzialna jest Michalak. Curse you woman. Ale tak poważnie, to zwykle książki z przeważającą tematyką erotyczną są poważnie krzywdzące dla zamysłu fabularnego, który mógłby naprawdę dać wiele dobrego książce. Po Amber czy innych bezeceństwach pokroju przesadzonych seksualnie książek, trochę się bałam sięgać po tę serię, która zwyczajnie mnie nie porywała. Bo czym? Seksem, który jest poganiany przez więcej seksu, a nawet też więcej seksu?
Nie mówię, że takie książki są złe, bo nie są. Naprawdę, jeśli lubicie książki, które autentycznie sprawią, że będziecie się rumienić przy scenach, kiedy to młody Adonis ( których pełno w tych książkach) traci głowę dla równie pięknej kobiety ( tych też nie brakuje, meh ) to zadecydowanie jest to seria dla was. Jednak poza tymi nierealnymi obrazami bohaterów, którzy najczęściej są doświadczeni przez życie aż za bardzo i nie tracą przy tym popędu seksualnego godnego Randalla z serii Outlander, to jednak chcąc nie chcąc, serie czytało mi się naprawdę przyjemnie.
Jako zwierze leśne, pozbawione szczególnie potrzebnego w takich sytuacjach zmysłu empatii, powiem szczerze – sceny łóżkowe, których było od groma, mogłyby być lepiej napisane i lepiej przedstawione. Niestety nie ma co się czarować. Jaki bestseller taka erotyczność w tym bestellerze. Dlatego pozwolę sobie to przemilczeć i przejść do szczątkowej oceny fabuły, bo chyba tego najbardziej oczekujecie.
(...)Dalej mamy Hard beat – niby kontynuacja historii, ale nie do końca. Dostajemy bowiem historię doświadczonego przez życie korespondenta wojennego Tannera Thomasa, który podczas jednego ze zleceń, stracił wieloletnią współpracowniczkę i jednocześnie swoją narzeczoną Stellę. Chcąc sobie z tym poradzić, albo raczej zapomnieć o bólu, który rozdziera jego skołataną duszę, rzuca się w wir pracy. I wtedy poznaje Beaux Croslyn ( słowo daję, te imiona doprowadzą mnie kiedyś do ataku epilepsji…), dla której – i to ze wzajemnością – traci głowę. Problem pojawia się w momencie, kiedy wychodzi na jaw, że B nie jest taką typową rozgadaną kobietą. Nie mówi o sobie, o swojej przeszłości i o swoich sekretach. Do momentu aż nie zaczną one zagrażać ich życiu. Wtedy kobieta będzie musiała stanąć do walki ze swoją przeszłością, tak jak Tanner będzie musiał przemyśleć jak chce ułożyć swoje życie.
Tutaj dostajemy romans z typowym motywem „ONA NIE CHCE, ALE BĘDĘ DRĄŻYŁ”. Nie wiem czy facetowi nikt nigdy nie powiedział, że było minęło, na cholerę drąży temat? Chętnie bym mu to wyperswadowała. Jednak czego się spodziewać po książce, która już od pierwszych stron wali spoilerem, który mówi o zakończeniu. Too complicated for bad ending. Taka jest prawda. Niestety. Przewidywalne, ale nie nudne. Powiem szczerze, że spodziewałam się czegoś gorszego, co oczywiście działa na plus. Ale nie wiem czy nie wolałabym czegoś z mniejszą ilością seksu, a większą ilością krwi i flaków – taki tam ze mnie drastyczny hasacz. Jednak książkę jak najbardziej polecam, szczególnie jeśli jesteście fanami książek erotycznych? Chyba mogę to tak nazwać.
(...) Cała seria nie jest szczególnie ambitna czy jakoś ma zmieniać życie czytelnika, ale powiem szczerze, że czytało się dobrze, nerwy były i wcale nie dlatego, że autorka ma jakiś zły styl. Wszytko było w porządku, chociaż przyznaję, że szału nie było. Ale wiadomo, w takich romansach z ogromem erotyczności nie można oczekiwać poetyckich opisów, mało hydraulicznych opisów i tak dalej – na szczęście nikt tu nikogo brzoskwinką podczas seksu nie nazywał, ani grupowego nie było, za co szanuję autorkę #HasaczJustGaveYouRespect .
Finalnie bardzo polecam serię, ale tylko jeśli jesteście gotowi na miłość i większą ilość seksu niż w przeciętnych książkach obyczajowych.
Nie mówię, że takie książki są złe, bo nie są. Naprawdę, jeśli lubicie książki, które autentycznie sprawią, że będziecie się rumienić przy scenach, kiedy to młody Adonis ( których pełno w tych książkach) traci głowę dla równie pięknej kobiety ( tych też nie brakuje, meh ) to zadecydowanie jest to seria dla was. Jednak poza tymi nierealnymi obrazami bohaterów, którzy najczęściej są doświadczeni przez życie aż za bardzo i nie tracą przy tym popędu seksualnego godnego Randalla z serii Outlander, to jednak chcąc nie chcąc, serie czytało mi się naprawdę przyjemnie.
Jako zwierze leśne, pozbawione szczególnie potrzebnego w takich sytuacjach zmysłu empatii, powiem szczerze – sceny łóżkowe, których było od groma, mogłyby być lepiej napisane i lepiej przedstawione. Niestety nie ma co się czarować. Jaki bestseller taka erotyczność w tym bestellerze. Dlatego pozwolę sobie to przemilczeć i przejść do szczątkowej oceny fabuły, bo chyba tego najbardziej oczekujecie.
(...)Dalej mamy Hard beat – niby kontynuacja historii, ale nie do końca. Dostajemy bowiem historię doświadczonego przez życie korespondenta wojennego Tannera Thomasa, który podczas jednego ze zleceń, stracił wieloletnią współpracowniczkę i jednocześnie swoją narzeczoną Stellę. Chcąc sobie z tym poradzić, albo raczej zapomnieć o bólu, który rozdziera jego skołataną duszę, rzuca się w wir pracy. I wtedy poznaje Beaux Croslyn ( słowo daję, te imiona doprowadzą mnie kiedyś do ataku epilepsji…), dla której – i to ze wzajemnością – traci głowę. Problem pojawia się w momencie, kiedy wychodzi na jaw, że B nie jest taką typową rozgadaną kobietą. Nie mówi o sobie, o swojej przeszłości i o swoich sekretach. Do momentu aż nie zaczną one zagrażać ich życiu. Wtedy kobieta będzie musiała stanąć do walki ze swoją przeszłością, tak jak Tanner będzie musiał przemyśleć jak chce ułożyć swoje życie.
Tutaj dostajemy romans z typowym motywem „ONA NIE CHCE, ALE BĘDĘ DRĄŻYŁ”. Nie wiem czy facetowi nikt nigdy nie powiedział, że było minęło, na cholerę drąży temat? Chętnie bym mu to wyperswadowała. Jednak czego się spodziewać po książce, która już od pierwszych stron wali spoilerem, który mówi o zakończeniu. Too complicated for bad ending. Taka jest prawda. Niestety. Przewidywalne, ale nie nudne. Powiem szczerze, że spodziewałam się czegoś gorszego, co oczywiście działa na plus. Ale nie wiem czy nie wolałabym czegoś z mniejszą ilością seksu, a większą ilością krwi i flaków – taki tam ze mnie drastyczny hasacz. Jednak książkę jak najbardziej polecam, szczególnie jeśli jesteście fanami książek erotycznych? Chyba mogę to tak nazwać.
(...) Cała seria nie jest szczególnie ambitna czy jakoś ma zmieniać życie czytelnika, ale powiem szczerze, że czytało się dobrze, nerwy były i wcale nie dlatego, że autorka ma jakiś zły styl. Wszytko było w porządku, chociaż przyznaję, że szału nie było. Ale wiadomo, w takich romansach z ogromem erotyczności nie można oczekiwać poetyckich opisów, mało hydraulicznych opisów i tak dalej – na szczęście nikt tu nikogo brzoskwinką podczas seksu nie nazywał, ani grupowego nie było, za co szanuję autorkę #HasaczJustGaveYouRespect .
Finalnie bardzo polecam serię, ale tylko jeśli jesteście gotowi na miłość i większą ilość seksu niż w przeciętnych książkach obyczajowych.
bigdwarf.wordpress.com Hasacz
Slow Burn. Kropla drąży skałę. Seria Driven
Historia Rylee i Coltona zyskała wielu sympatyków. Czy ich najlepsi przyjaciele – Haddie i Beckett – również skradną serca czytelników?
Fani książek K. Bromberg i serii „Driven” z pewnością z chęcią sięgną po kolejną powieść tej autorki. Czy się zawiodą? Mogę z niemal całkowitą pewnością stwierdzić, że nie. Sama z przyjemnością śledziłam losy szalonego rajdowca i kobiety, której udało się zawładnąć jego uczuciami, dlatego nie mogłam się powstrzymać, by nie poznać historii ich najlepszych przyjaciół, którzy w noc po weselu Rylee i Coltona rozpoczęli swoją przygodę miłosną od namiętnego seksu w pokoju hotelowym.
Oczywiście, w książkach K. Bromberg duża część fabuły kręci się wokół namiętności, pożądania i seksu. Haddie i Beckett – jako stereotypowi bohaterowie tego typu powieści – są piękni, młodzi, zamożni i szalenie napaleni. Dzięki pierwszej wspólnej nocy osoby, które do tej pory raczej traktowały się z koleżeńskim dystansem, zaczynają spędzać coraz więcej czasu razem i odkrywać, jak wiele je łączy również poza łóżkiem. Niestety – jak przystało na klasyczny, najbardziej oklepany model fabularny – musi wydarzyć się coś złego, co wystawi rodzące się uczucie na poważną próbę. Tym razem jest to choroba Haddie. Dziewczyna, mając świadomość tego, jak tragicznie może zakończyć się jej pojedynek z nowotworem, odpycha coraz bardziej zakochanego w niej mężczyznę, wmawiając sobie, że w ten sposób chroni go przed konsekwencjami jej ewentualnej śmierci. Uwaga, spoiler! Na szczęście zgodnie z prawami gatunku wszystko ma swój happy end.
Dlaczego zatem mimo tego, że jest to absolutnie banalna i schematyczna historia, ma w sobie niezwykłą dawkę emocji, które sprawiają, że trudno oderwać się od tej powieści. Rzadko zdarzają się autorzy, którzy potrafią przestawiać myśli, rozterki i uczucia bohaterów w tak interesujący sposób, że nie można pozostać obojętny, nawet jeżeli kolejne monologi wewnętrzne Haddie i Becksa wciąż dotyczą tych samych tematów. Co więcej, fani serii „Driven” od razu zauważą wiele podobieństw w budowaniu narracji i postaci bohaterów, choć tym razem to mężczyzna musi drążyć serce ukochanej, by przekonać ją, że warto mu zaufać i go pokochać. Oczywiście, pojawiają się nadal szybkie samochody i szalone imprezy, dużo seksu i nieokiełznana namiętność, co tylko udowadnia, że K. Bromberg nie może rozstać się z tak dobrze przyjętą przez czytelników serią. Ale może to dobrze – dopóki taka formuła cieszy się zainteresowaniem czytelników, warto ją kontynuować. Szczególnie, że w zbliżające się jesienne i zimowe wieczory z pewnością wiele z Was będzie chciało sięgnąć po solidną dawkę emocji, miłości i wzruszeń.
Fani książek K. Bromberg i serii „Driven” z pewnością z chęcią sięgną po kolejną powieść tej autorki. Czy się zawiodą? Mogę z niemal całkowitą pewnością stwierdzić, że nie. Sama z przyjemnością śledziłam losy szalonego rajdowca i kobiety, której udało się zawładnąć jego uczuciami, dlatego nie mogłam się powstrzymać, by nie poznać historii ich najlepszych przyjaciół, którzy w noc po weselu Rylee i Coltona rozpoczęli swoją przygodę miłosną od namiętnego seksu w pokoju hotelowym.
Oczywiście, w książkach K. Bromberg duża część fabuły kręci się wokół namiętności, pożądania i seksu. Haddie i Beckett – jako stereotypowi bohaterowie tego typu powieści – są piękni, młodzi, zamożni i szalenie napaleni. Dzięki pierwszej wspólnej nocy osoby, które do tej pory raczej traktowały się z koleżeńskim dystansem, zaczynają spędzać coraz więcej czasu razem i odkrywać, jak wiele je łączy również poza łóżkiem. Niestety – jak przystało na klasyczny, najbardziej oklepany model fabularny – musi wydarzyć się coś złego, co wystawi rodzące się uczucie na poważną próbę. Tym razem jest to choroba Haddie. Dziewczyna, mając świadomość tego, jak tragicznie może zakończyć się jej pojedynek z nowotworem, odpycha coraz bardziej zakochanego w niej mężczyznę, wmawiając sobie, że w ten sposób chroni go przed konsekwencjami jej ewentualnej śmierci. Uwaga, spoiler! Na szczęście zgodnie z prawami gatunku wszystko ma swój happy end.
Dlaczego zatem mimo tego, że jest to absolutnie banalna i schematyczna historia, ma w sobie niezwykłą dawkę emocji, które sprawiają, że trudno oderwać się od tej powieści. Rzadko zdarzają się autorzy, którzy potrafią przestawiać myśli, rozterki i uczucia bohaterów w tak interesujący sposób, że nie można pozostać obojętny, nawet jeżeli kolejne monologi wewnętrzne Haddie i Becksa wciąż dotyczą tych samych tematów. Co więcej, fani serii „Driven” od razu zauważą wiele podobieństw w budowaniu narracji i postaci bohaterów, choć tym razem to mężczyzna musi drążyć serce ukochanej, by przekonać ją, że warto mu zaufać i go pokochać. Oczywiście, pojawiają się nadal szybkie samochody i szalone imprezy, dużo seksu i nieokiełznana namiętność, co tylko udowadnia, że K. Bromberg nie może rozstać się z tak dobrze przyjętą przez czytelników serią. Ale może to dobrze – dopóki taka formuła cieszy się zainteresowaniem czytelników, warto ją kontynuować. Szczególnie, że w zbliżające się jesienne i zimowe wieczory z pewnością wiele z Was będzie chciało sięgnąć po solidną dawkę emocji, miłości i wzruszeń.
dlaLejdis.pl M.A.G.; 2016-09-15
Sweet Ache. Krew gęstsza od wody. Seria Driven
Czytanie gorących romansów nie jest moim ulubionym zajęciem, w które mogę wliczyć udział książek. Niestety. I nie chodzi o moje uprzedzenia co do źle napisanych scen erotycznych czy innych skrzywień, za które odpowiedzialna jest Michalak. Curse you woman. Ale tak poważnie, to zwykle książki z przeważającą tematyką erotyczną są poważnie krzywdzące dla zamysłu fabularnego, który mógłby naprawdę dać wiele dobrego książce. Po Amber czy innych bezeceństwach pokroju przesadzonych seksualnie książek, trochę się bałam sięgać po tę serię, która zwyczajnie mnie nie porywała. Bo czym? Seksem, który jest poganiany przez więcej seksu, a nawet też więcej seksu?
Nie mówię, że takie książki są złe, bo nie są. Naprawdę, jeśli lubicie książki, które autentycznie sprawią, że będziecie się rumienić przy scenach, kiedy to młody Adonis ( których pełno w tych książkach) traci głowę dla równie pięknej kobiety ( tych też nie brakuje, meh ) to zadecydowanie jest to seria dla was. Jednak poza tymi nierealnymi obrazami bohaterów, którzy najczęściej są doświadczeni przez życie aż za bardzo i nie tracą przy tym popędu seksualnego godnego Randalla z serii Outlander, to jednak chcąc nie chcąc, serie czytało mi się naprawdę przyjemnie.
Jako zwierze leśne, pozbawione szczególnie potrzebnego w takich sytuacjach zmysłu empatii, powiem szczerze – sceny łóżkowe, których było od groma, mogłyby być lepiej napisane i lepiej przedstawione. Niestety nie ma co się czarować. Jaki bestseller taka erotyczność w tym bestellerze. Dlatego pozwolę sobie to przemilczeć i przejść do szczątkowej oceny fabuły, bo chyba tego najbardziej oczekujecie.
(...) Na koniec zostało Sweet ache, gdzie zostaje przedstawiona historia powiązana w jakiś sposób z debiutancką trylogią autorki. Ponieważ poznajemy historię siostry Coltona, Quinlan Westin i Hawkina Playa ( borze tucholski, co jest nie tak z autorką?!). Hawkin to muzyk o dobrym sercu, który jak znowu musi brać odpowiedzialność za durne czyny swojego młodszego brata. Tyle tylko, że teraz grozi mu za to więzienie i żeby zapunktować u sędziego i wymigać się od wyroku skazującego, mężczyzna zgadza się na poprowadzenie serii wykładów na miejscowym uniwersytecie. To właśnie tam poznaje Quin, która szybko staje się obiektem paskudnego zakładu między kumplami. Jednak bardzo przewidywalnie dochodzi od zakochania i cały zakład biorą diabli. Hawkin zakochuje się w Quin, tyle tylko, że dziewczyna nie ma zamiaru zostać jego kolejną zdobyczą i uwiedzenie jej staje się naprawdę trudne. Im bardziej się stara, tym bardziej odsuwa się od niego dziewczyna, którą chce zdobyć. I uwaga – niespodzianka – „niespodziewanie” rodzi się między nimi uczucie, które jest silniejsze niż sądzili. Całość komplikuje Hunter, bo kiedy dociera do niego, ze jego starszy brat ma słaby punk, zrobi wszystko, żeby to wykorzystać.
Najobszerniejsza książka z tej trylogii i powiem szczerze, że najbardziej mnie potargała nerwowo. Dlaczego? Proste. Wkurzający Hunter, Hawkin taki przewidywalnie uroczo- naiwny i Quinlan ( nie mogę przeżyć tego nazewnictwa…), która ma typowy bunt w sercu i ogień w dupie. Tutaj niezależnie od tego jak urazić was moje słowo dupa, niestety inaczej nie da się tego określić. Niby twardo postanawia nie być nową zdobyczą gwiazdora, a jednak CAŁA jej majętność cielesna warczy, krzyczy i zgrzyta, bo dziewuszka potrzebuje faceta. Żeby nie napisać, że momentami zachowuje się jak suka w rui…Takie tam paradoksy młodej studentki. Mniej więcej od połowy książki całość robi się o wiele bardziej znośna i lepiej przyswajalna.
Cała seria nie jest szczególnie ambitna czy jakoś ma zmieniać życie czytelnika, ale powiem szczerze, że czytało się dobrze, nerwy były i wcale nie dlatego, że autorka ma jakiś zły styl. Wszytko było w porządku, chociaż przyznaję, że szału nie było. Ale wiadomo, w takich romansach z ogromem erotyczności nie można oczekiwać poetyckich opisów, mało hydraulicznych opisów i tak dalej – na szczęście nikt tu nikogo brzoskwinką podczas seksu nie nazywał, ani grupowego nie było, za co szanuję autorkę #HasaczJustGaveYouRespect .
Finalnie bardzo polecam serię, ale tylko jeśli jesteście gotowi na miłość i większą ilość seksu niż w przeciętnych książkach obyczajowych.
Nie mówię, że takie książki są złe, bo nie są. Naprawdę, jeśli lubicie książki, które autentycznie sprawią, że będziecie się rumienić przy scenach, kiedy to młody Adonis ( których pełno w tych książkach) traci głowę dla równie pięknej kobiety ( tych też nie brakuje, meh ) to zadecydowanie jest to seria dla was. Jednak poza tymi nierealnymi obrazami bohaterów, którzy najczęściej są doświadczeni przez życie aż za bardzo i nie tracą przy tym popędu seksualnego godnego Randalla z serii Outlander, to jednak chcąc nie chcąc, serie czytało mi się naprawdę przyjemnie.
Jako zwierze leśne, pozbawione szczególnie potrzebnego w takich sytuacjach zmysłu empatii, powiem szczerze – sceny łóżkowe, których było od groma, mogłyby być lepiej napisane i lepiej przedstawione. Niestety nie ma co się czarować. Jaki bestseller taka erotyczność w tym bestellerze. Dlatego pozwolę sobie to przemilczeć i przejść do szczątkowej oceny fabuły, bo chyba tego najbardziej oczekujecie.
(...) Na koniec zostało Sweet ache, gdzie zostaje przedstawiona historia powiązana w jakiś sposób z debiutancką trylogią autorki. Ponieważ poznajemy historię siostry Coltona, Quinlan Westin i Hawkina Playa ( borze tucholski, co jest nie tak z autorką?!). Hawkin to muzyk o dobrym sercu, który jak znowu musi brać odpowiedzialność za durne czyny swojego młodszego brata. Tyle tylko, że teraz grozi mu za to więzienie i żeby zapunktować u sędziego i wymigać się od wyroku skazującego, mężczyzna zgadza się na poprowadzenie serii wykładów na miejscowym uniwersytecie. To właśnie tam poznaje Quin, która szybko staje się obiektem paskudnego zakładu między kumplami. Jednak bardzo przewidywalnie dochodzi od zakochania i cały zakład biorą diabli. Hawkin zakochuje się w Quin, tyle tylko, że dziewczyna nie ma zamiaru zostać jego kolejną zdobyczą i uwiedzenie jej staje się naprawdę trudne. Im bardziej się stara, tym bardziej odsuwa się od niego dziewczyna, którą chce zdobyć. I uwaga – niespodzianka – „niespodziewanie” rodzi się między nimi uczucie, które jest silniejsze niż sądzili. Całość komplikuje Hunter, bo kiedy dociera do niego, ze jego starszy brat ma słaby punk, zrobi wszystko, żeby to wykorzystać.
Najobszerniejsza książka z tej trylogii i powiem szczerze, że najbardziej mnie potargała nerwowo. Dlaczego? Proste. Wkurzający Hunter, Hawkin taki przewidywalnie uroczo- naiwny i Quinlan ( nie mogę przeżyć tego nazewnictwa…), która ma typowy bunt w sercu i ogień w dupie. Tutaj niezależnie od tego jak urazić was moje słowo dupa, niestety inaczej nie da się tego określić. Niby twardo postanawia nie być nową zdobyczą gwiazdora, a jednak CAŁA jej majętność cielesna warczy, krzyczy i zgrzyta, bo dziewuszka potrzebuje faceta. Żeby nie napisać, że momentami zachowuje się jak suka w rui…Takie tam paradoksy młodej studentki. Mniej więcej od połowy książki całość robi się o wiele bardziej znośna i lepiej przyswajalna.
Cała seria nie jest szczególnie ambitna czy jakoś ma zmieniać życie czytelnika, ale powiem szczerze, że czytało się dobrze, nerwy były i wcale nie dlatego, że autorka ma jakiś zły styl. Wszytko było w porządku, chociaż przyznaję, że szału nie było. Ale wiadomo, w takich romansach z ogromem erotyczności nie można oczekiwać poetyckich opisów, mało hydraulicznych opisów i tak dalej – na szczęście nikt tu nikogo brzoskwinką podczas seksu nie nazywał, ani grupowego nie było, za co szanuję autorkę #HasaczJustGaveYouRespect .
Finalnie bardzo polecam serię, ale tylko jeśli jesteście gotowi na miłość i większą ilość seksu niż w przeciętnych książkach obyczajowych.
bigdwarf.wordpress.com Hasacz
Jesteś marką. Jak odnieść sukces i pozostać sobą
Zgodnie z zapowiedzią na FB blogu, co piątek będę dzielić się z Wami książkami, które przeczytałam i do jakich warto sięgnąć chcąc rozwijać się jako coach, trener i ludzki lider. Nie zawsze będą to obszerne recenzje, ale obok tej pozycji nie mogłam przejść obojętnie. To jedna z tych książek, która zmieniła mi perspektywę. Tym razem mowa o „Jesteś marką” autorstwa Joanny Malinowskiej-Parzydło.
„Jesteś marką” – to hasło jeszcze do niedawna wywoływało we mnie lekki grymas zniechęcenia. Jak można o Człowieku mówić, że jest marką?, Jak można tak uprzedmiotawiać Osobę?, Co to za kolejny nieludzki trend? – pytałam samą siebie, tak naprawdę nie szukając odpowiedzi. Postanowiłam więc pewnego dnia chwycić byka za rogi i sięgnąć po literaturę, która dotyka sedna tego tematu. Jakież było moje zaskoczenie. Definicja bycia marką jaką przyjmuje Pani Joanna i mi w duszy gra!
"Marka osobista to efekt poznania samego siebie oraz budowania reputacji i relacji opartych na zaufaniu, a nie lansowaniu się i udawaniu kogoś, kim się nie jest. To konkurowanie wartościowym wnętrzem, spójność pomiędzy podejmowanymi działaniami a komunikowanymi wartościami oraz osobista wiarygodność. Twoja marka to esencja tego, co jest w Tobie najbardziej wartościowe, unikalne, najlepsze i potrzebne innym."
Taką marką, to ja mogę być! Przecież dokładnie tym bardzo często zajmuję się pracując z Klienami podczas sesji coachingu. Dokładnie w takich budowach marek towarzyszę jako trener. Ba, takimi też widzę liderów, którzy realizują mój wymarzony „leadership po ludzku”, bo przecież zaufanie i autentyczność to jego główne filary. Książka więc idealnie przyda się i coachom i trenerom i ludzkim liderom. Mogą dzięki niej na chwilę zatrzymać się i poprzyglądać samemu sobie i swojej reputacji, którą autorka opisuje tak:
"Twoja reputacja to finalne wrażenie i zaufanie do Ciebie, które zostawiasz po sobie. To opinie, które wypełniają miejsce po Tobie, kiedy odchodzisz z pracy lub życia."
Ileż myśli ta definicja teraz przywołuje, ileż obrazów… Co po sobie zostawiłeś w pracy X, a co w Y? Co wypełniło po Tobie miejsce w relacji z osobą A, a co z osobą B? Co po sobie zostawisz, gdy odejdziesz na zawsze?
Liderzy znajdą w „Jesteś marką” inspirujące wskazówki do bycia skutecznymi szefami. Chociażby zasady wikinomii, czyli systemu wymiany informacji, wiedzy, spostrzeżeń między internautami opartego na partnerstwie i prowadzącego do nowych odkryć, podsuwają wiele cennych refleksji. Lider na pewno czerpie z tych zasad zachętę do bycia otwartym, a także do budowania swojego autorytetu nie na władzy, tylko na mądrym angażowaniu ludzi, dobrej komunikacji i oferowaniu korzyści oraz dzieleniu się wiedzą i doświadczeniem.
Książka poza samym podejściem, zawiera też liczne wartościowe pytania skłaniające do pogłębionej autorefleksji. Chociażby takie: Jaki jest Twój życiowy fundament? Czego ludzie mają oczekiwać po kontaktach z Tobą? Czego jesteś obietnicą? Przechodząc kolejne rozdziały i wypełniając zaproponowane ćwiczenia można dookreślić swoją „mantrę marki”, znaleźć co jest dla nas tak naprawdę ważne. Dostajesz i meteorytykę i narzędzia i przestrzeń na osobiste odkrycia. Warto więc po książkę sięgnąć, nawet bardzo warto!;) Niech te słowa Pani Joanny:
"Spotkałam w swoim życiu zbyt wielu ludzi, którzy mieli potencjał, a nie wykorzystali go, bo nigdy nie zadali sobie trudu, żeby „ogarnąć” siebie, poświęcić czas samemu sobie i zastanowić się, co chcą osiągnąć w życiu, czego w tym celu potrzebują, kiedy planują to zrobić i jak się upewnią, że osiągnęli sukces."
będą dla Ciebie takim pozytywnym kopniakiem do działania, bo Ty też masz potencjał, bo może to właśnie jest Twój czas żeby się „ogarnąć”. Nie lansuj się, tylko się poznaj. Nie udawaj, tylko poszukaj siebie.
Jeśli interesuje Cię temat budowania osobistej marki, takiej właśnie opartej na wartościach, to warto zajrzeć jeszcze na blog Agnieszki Walczak-Skałeciej. Znajdziecie tam mnóstwo inspiracji i wartościowych treści w tym temacie. Agnieszka pięknie pisze o tym jak silne marki zmieniają świat. Na pewno Ty też możesz być właśnie taką marką!
„Jesteś marką” – to hasło jeszcze do niedawna wywoływało we mnie lekki grymas zniechęcenia. Jak można o Człowieku mówić, że jest marką?, Jak można tak uprzedmiotawiać Osobę?, Co to za kolejny nieludzki trend? – pytałam samą siebie, tak naprawdę nie szukając odpowiedzi. Postanowiłam więc pewnego dnia chwycić byka za rogi i sięgnąć po literaturę, która dotyka sedna tego tematu. Jakież było moje zaskoczenie. Definicja bycia marką jaką przyjmuje Pani Joanna i mi w duszy gra!
"Marka osobista to efekt poznania samego siebie oraz budowania reputacji i relacji opartych na zaufaniu, a nie lansowaniu się i udawaniu kogoś, kim się nie jest. To konkurowanie wartościowym wnętrzem, spójność pomiędzy podejmowanymi działaniami a komunikowanymi wartościami oraz osobista wiarygodność. Twoja marka to esencja tego, co jest w Tobie najbardziej wartościowe, unikalne, najlepsze i potrzebne innym."
Taką marką, to ja mogę być! Przecież dokładnie tym bardzo często zajmuję się pracując z Klienami podczas sesji coachingu. Dokładnie w takich budowach marek towarzyszę jako trener. Ba, takimi też widzę liderów, którzy realizują mój wymarzony „leadership po ludzku”, bo przecież zaufanie i autentyczność to jego główne filary. Książka więc idealnie przyda się i coachom i trenerom i ludzkim liderom. Mogą dzięki niej na chwilę zatrzymać się i poprzyglądać samemu sobie i swojej reputacji, którą autorka opisuje tak:
"Twoja reputacja to finalne wrażenie i zaufanie do Ciebie, które zostawiasz po sobie. To opinie, które wypełniają miejsce po Tobie, kiedy odchodzisz z pracy lub życia."
Ileż myśli ta definicja teraz przywołuje, ileż obrazów… Co po sobie zostawiłeś w pracy X, a co w Y? Co wypełniło po Tobie miejsce w relacji z osobą A, a co z osobą B? Co po sobie zostawisz, gdy odejdziesz na zawsze?
Liderzy znajdą w „Jesteś marką” inspirujące wskazówki do bycia skutecznymi szefami. Chociażby zasady wikinomii, czyli systemu wymiany informacji, wiedzy, spostrzeżeń między internautami opartego na partnerstwie i prowadzącego do nowych odkryć, podsuwają wiele cennych refleksji. Lider na pewno czerpie z tych zasad zachętę do bycia otwartym, a także do budowania swojego autorytetu nie na władzy, tylko na mądrym angażowaniu ludzi, dobrej komunikacji i oferowaniu korzyści oraz dzieleniu się wiedzą i doświadczeniem.
Książka poza samym podejściem, zawiera też liczne wartościowe pytania skłaniające do pogłębionej autorefleksji. Chociażby takie: Jaki jest Twój życiowy fundament? Czego ludzie mają oczekiwać po kontaktach z Tobą? Czego jesteś obietnicą? Przechodząc kolejne rozdziały i wypełniając zaproponowane ćwiczenia można dookreślić swoją „mantrę marki”, znaleźć co jest dla nas tak naprawdę ważne. Dostajesz i meteorytykę i narzędzia i przestrzeń na osobiste odkrycia. Warto więc po książkę sięgnąć, nawet bardzo warto!;) Niech te słowa Pani Joanny:
"Spotkałam w swoim życiu zbyt wielu ludzi, którzy mieli potencjał, a nie wykorzystali go, bo nigdy nie zadali sobie trudu, żeby „ogarnąć” siebie, poświęcić czas samemu sobie i zastanowić się, co chcą osiągnąć w życiu, czego w tym celu potrzebują, kiedy planują to zrobić i jak się upewnią, że osiągnęli sukces."
będą dla Ciebie takim pozytywnym kopniakiem do działania, bo Ty też masz potencjał, bo może to właśnie jest Twój czas żeby się „ogarnąć”. Nie lansuj się, tylko się poznaj. Nie udawaj, tylko poszukaj siebie.
Jeśli interesuje Cię temat budowania osobistej marki, takiej właśnie opartej na wartościach, to warto zajrzeć jeszcze na blog Agnieszki Walczak-Skałeciej. Znajdziecie tam mnóstwo inspiracji i wartościowych treści w tym temacie. Agnieszka pięknie pisze o tym jak silne marki zmieniają świat. Na pewno Ty też możesz być właśnie taką marką!
www.joannagrela.pl Joanna Grela; 2016-07-29
Prawo Mojżesza
Mojżesza znaleziono w koszu na pranie w pralni Quick Wash. Porzuciła go jego matka, młoda narkomanka, która zmarła kilka dni po tym incydencie. Mimo że chłopiec był bliski śmierci, udało się go uratować. Historią zainteresowały się media, w których głośno było o małym Mojżeszu. Wyrósł z niego chłopak z problemami.
W wieku osiemnastu lat Mojżesz zjawia się na farmie rodziców nastoletniej Georgii. Jest niezwykły - energiczny, ale też mroczny i nieprzenikniony. Dziewczyna szybko zaczyna się nim fascynować. Pomimo ostrzeżeń, zbliża się do niego. Połącza ich wyjątkowe uczucie
Amy Harmon jest autorką bestsellerów, żoną i mamą. Pochodzi z Levan w stanie Utah. Pisanie od zawsze ją uszczęśliwiało. Jej książki wydano w siedmiu krajach, zdobywając dużo ważnych nagród i wyróżnień.
Po tę powieść sięgnęłam z trzech powodów. Pierwszym z nich jest okładka, która choć wydaje się prosta, ma w sobie coś osobliwego i przyciągającego wzrok. Drugi to ciekawy opis, zapowiadający niecodzienną historię. I wreszcie trzeci - zapowiedź braku happy endu, tak często spotykanego w młodzieżówkach. Liczyłam na oryginalną lekturę, o której długo nie zapomnę. I wcale się nie przeliczyłam.
Jestem pod wrażeniem. Oczarowana opowieścią, którą przeczytałam. Dostałam bowiem naprawdę fantastyczną historię, wyróżniającą się na tle innych. Autorka miała na nią pomysł i w całości go wykorzystała. Bardzo mało książek takich jak ta dotychczas przeczytałam. Sądzę nawet, że brakuje ich na rynku wydawniczym. Prawo Mojżesza zachwyciła mnie i oczarowała.
Tytułowy bohater, Mojżesz, to bez wątpienia postać intrygująca. W swoim życiu przeszedł wiele, ale nie załamał się i nie stoczył na dno. Ma kilka sprzecznych cech, które jeszcze bardziej dodają mu charyzmy. Fascynował mnie praktycznie od samego początku. Potrafi także malować obrazy, a dzięki pięknym i barwnym opisom umieszczonym w tekście możemy wyobrazić sobie, jak duży talent do tworzenia niezwykłych dzieł posiada.
Głównym tematem tejże pozycji jest oczywiście relacja pomiędzy Georgią a Mojżeszem. To najważniejszy i urozmaicony motyw, wokół którego praktycznie skupiają się wszystkie wydarzenia. Zdecydowanie mogę powiedzieć, że ta para mi się spodobała. Bezustannie im kibicowałam.
W książce znajdziemy również pewny wątek paranormalny. Początkowo nie byłam co do niego przekonana, ale szybko zmieniłam zdanie. Okazało się, że idealnie pasuje do fabuły.
Zakochałam się w klimacie, który panuje w świecie Prawa Mojżesza.Większość akcji dzieje się na ranczu, w środowisku kowbojów. Mamy do czynienia z hodowlą koni i dzięki temu możemy dowiedzieć się interesujących rzeczy. Niektóre zdarzenia zostały owiane nutką tajemniczości, inne zaś wyjaśnione już za pierwszym razem.
Zakochałam się w klimacie, który panuje w świecie Prawa Mojżesza.Większość akcji dzieje się na ranczu, w środowisku kowbojów. Mamy do czynienia z hodowlą koni i dzięki temu możemy dowiedzieć się interesujących rzeczy. Niektóre zdarzenia zostały owiane nutką tajemniczości, inne zaś wyjaśnione już za pierwszym razem.
Prawo Mojżesza to słodko-gorzka historia, którą bez wahania polecam każdemu. Porusza różne tematy, takie jak życie i śmierć i emanuje gamą emocji, które odczułam podczas czytania. To nie kolejna opowiastka o złamanym sercu, tylko nietypowa powieść z ważnymi wartościami moralnymi, zmuszająca do refleksji. Ja osobiście wciąż trwam w zachwycie, który wywołany został u mnie przez losy Mojżesza i w uznaniu dla Amy Harmon za stworzenie czegoś tak... innego, ale wciąż poruszającego.
magicznerecenzje.blogspot.com Ola Z; 2016-08-25