Recenzje
Pod samym niebem
Po dramatycznych wydarzeniach z poprzedniego tomu Bianca nie może odzyskać równowagi. Czas uleczył jej ciało, ale nigdy nie ukoi rozedrganej duszy pięknej stewardesy. James nie jest kimś, kto pozwala się odrzucić. Bianca nie jest w stanie wyzwolić się z tęsknoty i pożądania. Wie, że w głębi duszy należy do tego pięknego mężczyzny o turkusowych oczach, zniewalającym głosie i wspaniałym ciele. I że nie będzie mogła oprzeć się Jamesowi - wystarczy, że na nią spojrzy.
Bianca od poprzedniej części niezbyt się zmieniła. Wciąż ukrywa swoje emocje pod maską, której nie da się przełamać. Myśli jedno, a robi coś całkiem innego. Przeraża ją to, jak bardzo zakochana jest w Jamesie. Jak tylko może ucieka od tego, aby nie związać się uczuciowo. Jednakże James to nie jest mężczyzna, którego łatwo można się pozbyć. Wie, że to co czuje do Bianci jest prawdziwe. Dlatego chciałby spędzić z nią resztę swojego życia. I zrobi wszystko co w jego mocy, aby ją do tego przekonać.
Relacja głównych bohaterów jest praktycznie taka sama jak w pierwszym tomie. W dalszym ciągu James chce od Bianci więcej, niż ona chce mu dać. Czasami miałam wrażenie, że mimo tego, iż dostrzega ona jego zalety, to jest z nim tylko dlatego, że uwielbia chodzić z nim do łózka. W dalszym ciągu uważam, że BDSM nie jest dla tej autorki. Wszystkie takie sceny wydają się bardzo płytkie i okrojone. Widać jednak postęp w porównaniu do poprzedniej części.
Pani Lilley wie jak podgrzać atmosferę i za to wielki ukłon w jej stronę. Kiedy wydaje się, że wszystko już będzie dobrze, to nagle dzieję się coś, co obraca wszystko do góry nogami. Ma ona talent do pisania, jednakże musi go jeszcze trochę podszlifować. Czekam oczywiście na następną część tej powieści, gdyż jestem ciekawa jak się to wszystko skończy. Oczywiście jeżeli ktoś przeczytał pierwszą część, to zachęcam i do tej, gdyż na pewno jest lepsza od poprzedniej.
Bianca od poprzedniej części niezbyt się zmieniła. Wciąż ukrywa swoje emocje pod maską, której nie da się przełamać. Myśli jedno, a robi coś całkiem innego. Przeraża ją to, jak bardzo zakochana jest w Jamesie. Jak tylko może ucieka od tego, aby nie związać się uczuciowo. Jednakże James to nie jest mężczyzna, którego łatwo można się pozbyć. Wie, że to co czuje do Bianci jest prawdziwe. Dlatego chciałby spędzić z nią resztę swojego życia. I zrobi wszystko co w jego mocy, aby ją do tego przekonać.
Relacja głównych bohaterów jest praktycznie taka sama jak w pierwszym tomie. W dalszym ciągu James chce od Bianci więcej, niż ona chce mu dać. Czasami miałam wrażenie, że mimo tego, iż dostrzega ona jego zalety, to jest z nim tylko dlatego, że uwielbia chodzić z nim do łózka. W dalszym ciągu uważam, że BDSM nie jest dla tej autorki. Wszystkie takie sceny wydają się bardzo płytkie i okrojone. Widać jednak postęp w porównaniu do poprzedniej części.
Pani Lilley wie jak podgrzać atmosferę i za to wielki ukłon w jej stronę. Kiedy wydaje się, że wszystko już będzie dobrze, to nagle dzieję się coś, co obraca wszystko do góry nogami. Ma ona talent do pisania, jednakże musi go jeszcze trochę podszlifować. Czekam oczywiście na następną część tej powieści, gdyż jestem ciekawa jak się to wszystko skończy. Oczywiście jeżeli ktoś przeczytał pierwszą część, to zachęcam i do tej, gdyż na pewno jest lepsza od poprzedniej.
http://swiat-pelen-liter.blogspot.com/ Desari; 2016-09-13
Pod samym niebem
Pierwsza część serii W przestworzach kończy się pobiciem Bianki i jej rozstaniem z Jamesem. Jak wiadomo czas leczy rany, więc nasza bohaterka przez około 4 - 6 tygodni odmawiała spotkania z panem Przystojnym, jednak w końcu uległa. I jak można było się spodziewać od razu poszła z nim do łóżka (no może nie do końca, bo najpierw uprawiali seks w aucie, potem pod prysznicem, na koniu, dopiero potem, w łóżku). Pan Cavendish jest nieprzytomnie zakochany w stewardessie, ogłasza całemu światu, że to jego nowa dziewczyna, proponuje Biance, by zamieszkali razem i ogólnie rzeczy biorąc spełnia każdą jej zachciankę (nawet te, o których dziewczyna nie zdążyła jeszcze pomyśleć).
Co na to panna Karlsson? Cóż... nie możne uwierzyć, ze ktoś taki jak James mógł się w niej zakochać i cały czas zastanawia się, kiedy pan Cudowny znowu złamie jej serce.
Poza tym w książce mamy seks, dużo seksu i... uwaga! morderstwo!
"Pod samym niebem" można podsumować tylko w jeden sposób - wypisz, wymaluj "Ciemniejsza strona Greya" z innymi bohaterami w rolach głównych.
Dlaczego ten tom oceniłam gorzej niż poprzedni? Dlatego, że od kontynuacji zawsze wymagam więcej. W przypadku serii w pierwszym tomie poznajemy bohaterów, fabułę - wszystko jest nowe. W kolejnych częściach wiemy już, z kim się spotkamy i mniej więcej o co w tym wszystkim chodzi. Aby było ciekawiej i lepiej potrzebny jest jakiś element zaskoczenia. A tu nic... Ci sami bohaterowie, samoloty, seks, zero innowacji.
Myślę, że osoby zafascynowane książkami E.L. James mogą bez obaw zapoznać się i z tą serią - słyszałam na własne uszy, że jest o niebo lepsza od Greya ;)
Co na to panna Karlsson? Cóż... nie możne uwierzyć, ze ktoś taki jak James mógł się w niej zakochać i cały czas zastanawia się, kiedy pan Cudowny znowu złamie jej serce.
Poza tym w książce mamy seks, dużo seksu i... uwaga! morderstwo!
"Pod samym niebem" można podsumować tylko w jeden sposób - wypisz, wymaluj "Ciemniejsza strona Greya" z innymi bohaterami w rolach głównych.
Dlaczego ten tom oceniłam gorzej niż poprzedni? Dlatego, że od kontynuacji zawsze wymagam więcej. W przypadku serii w pierwszym tomie poznajemy bohaterów, fabułę - wszystko jest nowe. W kolejnych częściach wiemy już, z kim się spotkamy i mniej więcej o co w tym wszystkim chodzi. Aby było ciekawiej i lepiej potrzebny jest jakiś element zaskoczenia. A tu nic... Ci sami bohaterowie, samoloty, seks, zero innowacji.
Myślę, że osoby zafascynowane książkami E.L. James mogą bez obaw zapoznać się i z tą serią - słyszałam na własne uszy, że jest o niebo lepsza od Greya ;)
Subiektywnie o książkach Daria Pawlicka; 2016-08-22
Prawo Mojżesza
Chyba każdy wam to powie, a może nawet i wy jesteście zaintrygowani tą książką z jednego powodu: napis na okładce, który sugeruje nam, że nie będzie tu happy endu. Mnie ten napis aż zelektryzował i wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Kto z nas nie lubi sobie popłakać? Czy ostatecznie zgadzam się z tym napisem? Szczerze trochę bym na ten temat polemizowała.
Znaleziono go w koszu na pranie w pralni Quick Wash. Miał zaledwie kilka godzin i był bliski śmierci. Jego matka, młoda narkomanka, porzuciła go zaraz po narodzinach. Zmarła zresztą kilka dni później. Mojżesz przeżył — dziecko z problemami, z którego wyrósł chłopak z problemami. Był urodziwy i egzotyczny, niespokojny, mroczny i milczący. Samotny. Budził lęk i ciekawość.
I oto któregoś lipcowego dnia osiemnastoletni Mojżesz zjawił się na farmie rodziców niespełna siedemnastoletniej Georgii. Miał pomagać w codziennych zajęciach. Był pracowity i energiczny, ale też oschły i nieprzenikniony. Fascynujący i przerażający. Georgia, wbrew ostrzeżeniom i zakazom, zbliżyła się do niego... I zaczęła tonąć.*
Trzeba zastanowić się nad moim głównym zarzutem, a więc konstrukcją stwierdzenia: happy end. Każdy kto chociaż trochę umie angielski, wie, że te dwa słowa dotyczą końca. Albo jest szczęśliwy albo nie. Tutaj nie tylko za sprawą okładki, ale również przedmowy autorki, już przygotowujemy chusteczki i staramy się zbić w sobie, tylko, by nie być zaskoczonym nagłym wybuchem płaczu. Chusteczki u mnie leżały, leżały i nawet ich opakowania nie otwarłam. Nie powiem, są momenty melancholijne, jest w niej wiele o stracie, niezrozumieniu i bólu, ale to wszystko znajduje się w drugiej części powieści, a nie w samym zakończeniu. Dlatego chyba jestem trochę zawiedziona, może właśnie dlatego, że gdy ktoś wam mówi: będziesz płakać, będzie smutno, wręcz nie przeżyjesz rozrywających cię na kawałki momentom, ty chyba się na to uodparniasz i wychodzi klops.
Nie martwcie się, to naprawdę nie jest zła książka. Ja tylko wyrażam swoje niezadowolenie na temat tego, jak dana książka jest reklamowana. Chyba zawsze mam z tym największy problem. Polecenia, słowa na okładce, często mogą być mylące. Te nie są w stu procentach kłamliwe, ale nie są też prawdziwe.
Co tyczy się samej historii... była dość ciekawa i nie spodziewałam się w nim wątku paranormalnego. Widać autorzy nie starają się robić książek paranormalnych, jak powiedzmy dziesięć lat temu, teraz wplatają malutki wątek w dość realistyczną historię, zazwyczaj miłosną. W przypadku Prawa Mojżesza wydaje się to być strzałem w dziesiątkę. Trochę tu duchów, nieznanych mocy, może nawet chorób psychicznych? Dzięki temu zagraniu, wkrada się nam tu wątek kryminalny. Czyli tak naprawdę Prawo Mojżesza jest połączeniem wielu gatunków, ale w tej historii wydaje się to ciekawym i dość dopracowanym motywem.
Książka jest podzielona na dwa etapy. Pierwszy etap dotyczy poznania całej historii, podchodów nastoletnich bohaterów, z ciekawymi rozwiązaniami. I jest też historia przedstawiona kilka lat później i dopiero wtedy wnikamy w historię w pełni. Tylko wydaje się, że to dwie odrębne historie, gdzie cechą wspólną są bohaterowie. I dlatego pierwsza część jest taka typowo dla nastolatek, a druga dla tej starszej młodzieży. Kiedy bohaterowie są starsi, dopiero są odkrywane karty przepełnione bólem i stratą, a przede wszystkim dostrzegamy wewnętrzną walkę z samym sobą. Pod koniec również powoli czeka na nas finał historii kryminalnej i ten wątek, również wnosi coś do treści.
Bohaterowie to dość inna bajka, bo ja osobiście Mojżesza polubiłam, ale Georgia to taka dziewczyna, która wydaje się być głupsza i bardziej egoistyczna niż na pierwszy rzut oka widać. Nie mniej jednak nie przeszkadza to na tyle, by rzucić książkę w kąt, bo naprawdę po pewnym czasie aż chcemy przewracać strony, by dotrwać do finału.
Piękna okładka nie zawsze zwiastuje ładną i przyjemną historię, początek może was zwieść na manowce, ale dopiero później wszystko się rozkręca. Czy będziecie płakać? Nie wiem, mi się to nie zdarzyło, ale kto wie...
Znaleziono go w koszu na pranie w pralni Quick Wash. Miał zaledwie kilka godzin i był bliski śmierci. Jego matka, młoda narkomanka, porzuciła go zaraz po narodzinach. Zmarła zresztą kilka dni później. Mojżesz przeżył — dziecko z problemami, z którego wyrósł chłopak z problemami. Był urodziwy i egzotyczny, niespokojny, mroczny i milczący. Samotny. Budził lęk i ciekawość.
I oto któregoś lipcowego dnia osiemnastoletni Mojżesz zjawił się na farmie rodziców niespełna siedemnastoletniej Georgii. Miał pomagać w codziennych zajęciach. Był pracowity i energiczny, ale też oschły i nieprzenikniony. Fascynujący i przerażający. Georgia, wbrew ostrzeżeniom i zakazom, zbliżyła się do niego... I zaczęła tonąć.*
Trzeba zastanowić się nad moim głównym zarzutem, a więc konstrukcją stwierdzenia: happy end. Każdy kto chociaż trochę umie angielski, wie, że te dwa słowa dotyczą końca. Albo jest szczęśliwy albo nie. Tutaj nie tylko za sprawą okładki, ale również przedmowy autorki, już przygotowujemy chusteczki i staramy się zbić w sobie, tylko, by nie być zaskoczonym nagłym wybuchem płaczu. Chusteczki u mnie leżały, leżały i nawet ich opakowania nie otwarłam. Nie powiem, są momenty melancholijne, jest w niej wiele o stracie, niezrozumieniu i bólu, ale to wszystko znajduje się w drugiej części powieści, a nie w samym zakończeniu. Dlatego chyba jestem trochę zawiedziona, może właśnie dlatego, że gdy ktoś wam mówi: będziesz płakać, będzie smutno, wręcz nie przeżyjesz rozrywających cię na kawałki momentom, ty chyba się na to uodparniasz i wychodzi klops.
Nie martwcie się, to naprawdę nie jest zła książka. Ja tylko wyrażam swoje niezadowolenie na temat tego, jak dana książka jest reklamowana. Chyba zawsze mam z tym największy problem. Polecenia, słowa na okładce, często mogą być mylące. Te nie są w stu procentach kłamliwe, ale nie są też prawdziwe.
Co tyczy się samej historii... była dość ciekawa i nie spodziewałam się w nim wątku paranormalnego. Widać autorzy nie starają się robić książek paranormalnych, jak powiedzmy dziesięć lat temu, teraz wplatają malutki wątek w dość realistyczną historię, zazwyczaj miłosną. W przypadku Prawa Mojżesza wydaje się to być strzałem w dziesiątkę. Trochę tu duchów, nieznanych mocy, może nawet chorób psychicznych? Dzięki temu zagraniu, wkrada się nam tu wątek kryminalny. Czyli tak naprawdę Prawo Mojżesza jest połączeniem wielu gatunków, ale w tej historii wydaje się to ciekawym i dość dopracowanym motywem.
Książka jest podzielona na dwa etapy. Pierwszy etap dotyczy poznania całej historii, podchodów nastoletnich bohaterów, z ciekawymi rozwiązaniami. I jest też historia przedstawiona kilka lat później i dopiero wtedy wnikamy w historię w pełni. Tylko wydaje się, że to dwie odrębne historie, gdzie cechą wspólną są bohaterowie. I dlatego pierwsza część jest taka typowo dla nastolatek, a druga dla tej starszej młodzieży. Kiedy bohaterowie są starsi, dopiero są odkrywane karty przepełnione bólem i stratą, a przede wszystkim dostrzegamy wewnętrzną walkę z samym sobą. Pod koniec również powoli czeka na nas finał historii kryminalnej i ten wątek, również wnosi coś do treści.
Bohaterowie to dość inna bajka, bo ja osobiście Mojżesza polubiłam, ale Georgia to taka dziewczyna, która wydaje się być głupsza i bardziej egoistyczna niż na pierwszy rzut oka widać. Nie mniej jednak nie przeszkadza to na tyle, by rzucić książkę w kąt, bo naprawdę po pewnym czasie aż chcemy przewracać strony, by dotrwać do finału.
Piękna okładka nie zawsze zwiastuje ładną i przyjemną historię, początek może was zwieść na manowce, ale dopiero później wszystko się rozkręca. Czy będziecie płakać? Nie wiem, mi się to nie zdarzyło, ale kto wie...
ujrzecslowa.pl Adriana Bączkiewicz
Prawo Mojżesza
„W każdej opowieści najtrudniejsze są pierwsze słowa. (…) Bo skoro już się coś zaczęło, to trzeba to skończyć.”
Z recenzjami jest podobnie. Ciężko jest zacząć, by następnie przelać wszystkie te kotłujące się w głowie myśli po lekturze powieści. Zwłaszcza takiej jak „Prawo Mojżesza” autorstwa Amy Harmon – książki dogłębnie wzruszającej, przepełnionej ogromem emocji i na zawsze zapisującej się w sercu i pamięci czytelnika. Bo jakich słów bym nie użyła i jak bardzo jej nie chwaliła, to i tak będzie za mało. Ta powieść jest po prostu piękna…
I nie dlatego, że opowiada jakąś ckliwą historię o dziewczynie, która pewnego dnia odnajduje swoją bratnią duszę, by żyć razem długo i szczęśliwie. Wręcz przeciwnie. To nie bajka. Nie jest tu ani ckliwie, ani różowo. I w najmniejszym też stopniu nie jest łatwo. Ta historia jest taka jak życie – pełna wzlotów i upadków, przebłysków szczęścia i ogromu cierpienia, smutku i niespełnionych obietnic, gdzie każdy kolejny dzień coraz bardziej doświadcza człowieka poddając próbie jego wytrzymałość na następujące po sobie ciosy i zdolność pozostania po nich przy zdrowych zmysłach. Czytając, dogłębnie przeżywałam wszystko to, co spotykało głównych bohaterów powieści. Emocjonalnej huśtawki, jaką zafundowała mi ta historia, w żadnym wypadku nie sposób oddać słowami.
Amy Harmon pisze bowiem w taki sposób, tak przekonująco, że co rusz zaznaczałam dłuższe fragmenty w książce i zapisywałam krótsze cytaty, by nie umknęły mej pamięci. Bije z nich bowiem nie tylko piękno, ale też wiele prawdy. O nas i o naszym życiu. Naszych marzeniach, a także lękach.
Powieść ta przepełniona jest miłością, w najróżniejszych jej odcieniach. Zapisaną za pomocą feerii barw i odpowiednio dobranych słów. Mamy tu m.in słoneczną, ciepłą miłość rodzica do swojego dziecka. Ognisto czerwoną, spalającą dwoje zakochanych. Ale też czarną, przepełnioną bólem i tęsknotą za tymi, którzy odeszli, a byli bliscy naszemu sercu.
A wszystko zaczyna się od dwojga młodych ludzi, których ścieżki, na przekór wszelkim przeciwnościom losu, pewnego dnia się przecięły.
ON – młody mężczyzna, którego życie od chwili narodzin naznaczone było pasmem cierpień. Syn narkomanki, dziecko cracku, porzucone przez matkę w koszu na śmietniku. Z uwagi na swe dziwne, mocno odbiegające od normalności zachowanie, przerzucany od jednego krewnego do drugiego, by w końcu trafić do domu prababci w niewielkim miasteczku w stanie Utah. Owiany tajemnicą obiekt szerzących się plotek i domysłów. Człowiek kierujący się w życiu stworzonymi przez siebie prawami, które uchronić go miały przed kolejnym cierpieniem, bólem i rozczarowaniami.
ONA – trochę młodsza od niego, dziewczyna z prowincji. Kochająca konie, rodeo oraz powieści Deana Koontza i Louisa L’Amoura. Dziewczyna, która z uporem dąży do realizacji raz wyznaczonego sobie celu. A teraz obrała sobie za niego okiełznanie JEGO. Że przedrze się przez wszystkie jego pęknięcia, by móc go lepiej zrozumieć.
Żadne z nich nie spodziewało się jednak, jak wielkie konsekwencje to za sobą pociągnie…
Jak ogromne spustoszenie zapanuje w ich życiu…
To samo rzec mogę o sobie. Też nie spodziewałam się, że ta powieść wywrze na mnie tak wielkie wrażenie i że tak bardzo pokocham jej bohaterów. Zwłaszcza jednego, tego małego, o którym z wiadomych względów nic więcej powiedzieć wam nie mogę, by nie odebrać wam przyjemności z lektury, a który niezmiernie mnie wzruszył i sprawił, że odtąd inaczej spoglądać będę na te codzienne, wydawałoby się zupełnie błahe i nic nie znaczące, elementy naszego życia.
Przeczytajcie. Naprawdę warto
Z recenzjami jest podobnie. Ciężko jest zacząć, by następnie przelać wszystkie te kotłujące się w głowie myśli po lekturze powieści. Zwłaszcza takiej jak „Prawo Mojżesza” autorstwa Amy Harmon – książki dogłębnie wzruszającej, przepełnionej ogromem emocji i na zawsze zapisującej się w sercu i pamięci czytelnika. Bo jakich słów bym nie użyła i jak bardzo jej nie chwaliła, to i tak będzie za mało. Ta powieść jest po prostu piękna…
I nie dlatego, że opowiada jakąś ckliwą historię o dziewczynie, która pewnego dnia odnajduje swoją bratnią duszę, by żyć razem długo i szczęśliwie. Wręcz przeciwnie. To nie bajka. Nie jest tu ani ckliwie, ani różowo. I w najmniejszym też stopniu nie jest łatwo. Ta historia jest taka jak życie – pełna wzlotów i upadków, przebłysków szczęścia i ogromu cierpienia, smutku i niespełnionych obietnic, gdzie każdy kolejny dzień coraz bardziej doświadcza człowieka poddając próbie jego wytrzymałość na następujące po sobie ciosy i zdolność pozostania po nich przy zdrowych zmysłach. Czytając, dogłębnie przeżywałam wszystko to, co spotykało głównych bohaterów powieści. Emocjonalnej huśtawki, jaką zafundowała mi ta historia, w żadnym wypadku nie sposób oddać słowami.
Amy Harmon pisze bowiem w taki sposób, tak przekonująco, że co rusz zaznaczałam dłuższe fragmenty w książce i zapisywałam krótsze cytaty, by nie umknęły mej pamięci. Bije z nich bowiem nie tylko piękno, ale też wiele prawdy. O nas i o naszym życiu. Naszych marzeniach, a także lękach.
Powieść ta przepełniona jest miłością, w najróżniejszych jej odcieniach. Zapisaną za pomocą feerii barw i odpowiednio dobranych słów. Mamy tu m.in słoneczną, ciepłą miłość rodzica do swojego dziecka. Ognisto czerwoną, spalającą dwoje zakochanych. Ale też czarną, przepełnioną bólem i tęsknotą za tymi, którzy odeszli, a byli bliscy naszemu sercu.
A wszystko zaczyna się od dwojga młodych ludzi, których ścieżki, na przekór wszelkim przeciwnościom losu, pewnego dnia się przecięły.
ON – młody mężczyzna, którego życie od chwili narodzin naznaczone było pasmem cierpień. Syn narkomanki, dziecko cracku, porzucone przez matkę w koszu na śmietniku. Z uwagi na swe dziwne, mocno odbiegające od normalności zachowanie, przerzucany od jednego krewnego do drugiego, by w końcu trafić do domu prababci w niewielkim miasteczku w stanie Utah. Owiany tajemnicą obiekt szerzących się plotek i domysłów. Człowiek kierujący się w życiu stworzonymi przez siebie prawami, które uchronić go miały przed kolejnym cierpieniem, bólem i rozczarowaniami.
ONA – trochę młodsza od niego, dziewczyna z prowincji. Kochająca konie, rodeo oraz powieści Deana Koontza i Louisa L’Amoura. Dziewczyna, która z uporem dąży do realizacji raz wyznaczonego sobie celu. A teraz obrała sobie za niego okiełznanie JEGO. Że przedrze się przez wszystkie jego pęknięcia, by móc go lepiej zrozumieć.
Żadne z nich nie spodziewało się jednak, jak wielkie konsekwencje to za sobą pociągnie…
Jak ogromne spustoszenie zapanuje w ich życiu…
To samo rzec mogę o sobie. Też nie spodziewałam się, że ta powieść wywrze na mnie tak wielkie wrażenie i że tak bardzo pokocham jej bohaterów. Zwłaszcza jednego, tego małego, o którym z wiadomych względów nic więcej powiedzieć wam nie mogę, by nie odebrać wam przyjemności z lektury, a który niezmiernie mnie wzruszył i sprawił, że odtąd inaczej spoglądać będę na te codzienne, wydawałoby się zupełnie błahe i nic nie znaczące, elementy naszego życia.
Przeczytajcie. Naprawdę warto
Magicznyswiatksiazki.pl Sylwia Węgielewska; 2016-09-06
Raced. Ścigany uczuciem
Krysty Bromberg dzięki Raced dopełniła brakujące puzle , których byłam bardzo ciekawa . W Raced odkrywa dla nas uczucia i plany skomplikowanego dość mężczyzny i jego tajemnice . Możemy poznać co działo się w jego głowie w naistotniejszych erotycznych scenach trylogii . Głównego bohatera poznaliśmy jako niezależnego , odważnego i aroganckiego. Tym razem poznajemy jego pwność siebie , obawy i lęki którym autorka pościęciła bardzo dużo uwagi z czego osobiście jestem zadowolona . Autorka stworzyła tym razem powieść skupiającą się na przemyśleniach Caltona .
Bardzo zaskoczyło mnie to że pomimo powielających się scen mamy w nich pewną świerzość a także nowe spojrzenie na nie .
Strzałem w dziesiątke uważam fakt iż autorka przedstawia wyryfkowe fragmenty z perspektywy Caltona .
Poznajemy sceny nie tylko oczami Rylee ale też z strony jej ukochanego .Raced wzbudził we mnie na nowo emocje i upewnił mnie że seria Driven jest bardzo dobrą erotyczną trylogią i takie trylogie chcę czytać
Bardzo zaskoczyło mnie to że pomimo powielających się scen mamy w nich pewną świerzość a także nowe spojrzenie na nie .
Strzałem w dziesiątke uważam fakt iż autorka przedstawia wyryfkowe fragmenty z perspektywy Caltona .
Poznajemy sceny nie tylko oczami Rylee ale też z strony jej ukochanego .Raced wzbudził we mnie na nowo emocje i upewnił mnie że seria Driven jest bardzo dobrą erotyczną trylogią i takie trylogie chcę czytać
zaczytanaksiazholiczka.blogspot.com