ODBIERZ TWÓJ BONUS :: »

Recenzje

Calder. Narodziny odwagi

Mia Sheridan jest amerykańską pisarką romansów, bestsellerową autorką „New York Timesa”. Mieszka w Cincinnati, w Ohio z mężem i czwórką dzieci. To właśnie w tym mieście rozegra się finał dwutomowej historii, którą rozpoczyna książką „Calder. Narodziny odwagi”.
Akadia to posiadłość zamieszkana przez członków autorytatywnej sekty, której liderem jest niejaki Hector, uważany przez całą społeczność za duchowego przewodnika i doskonałego przywódcę.
Pewnego dnia mężczyzna przyprowadza do świątyni małą dziewczynkę i oznajmia wszystkim zgromadzonym członkom sekty, że gdy skończy ona osiemnaście lat, zostanie jego żoną, a przepowiadana od dawna apokalipsa wreszcie się ziści. Wśród zebranych jest też Calder - chłopiec, który nie może spuścić wzroku z przepięknej wybranki Hectora, której na imię Eden. Od tego momentu między tą dwójką bohaterów rodzi się pewna więź, która z biegiem lat przerodzi się w prawdziwe uczucie. Oboje walczą o swoją miłość, próbując przechytrzyć lidera zbiorowości i jego sojuszników. Mimo wszystko nad Eden wciąż wisi małżeństwo z mężczyzną o wiele od siebie starszym, do którego czuje pewnie tylko obrzydzenie. Związek ten położyłby kres jej marzeniom o trwaniu przy boku Caldera. Co zrobi dwójka młodych ludzi, aby już na zawsze być ze sobą razem? Czy uda im się opuścić Akadię i rozpocząć nowe, zupełnie inne niż dotychczas, życie?
Społeczność zamieszkująca Akadię przypomina wywodzącą się ze Szwajcarii chrześcijańską wspólnotę protestancką amiszów, którzy żyją w odizolowanych wspólnotach i kierują się niepisanymi nakazami ze zbioru zasad zwanego „Ordnung”, regulującego wszystkie aspekty codzienności. Mia Sheridan stworzyła w swojej powieści „Świętą Księgę” Hectora, w której spisane zostały wszelkie prawa, reguły postępowania zbiorowości. Jej członkowie najczęściej pracują przy uprawie ziemi, tylko nieliczni należą do Rady, co daje im takie przywileje, jak możliwość opuszczenia granic Akadii i zatrudnienia w innych obszarach niż rolnictwo. Dzieci nie dotyczy obowiązek edukacji, nie ma szkoły. Nie wiedzą też co to komputer, kino czy telefon komórkowy, tylko nieliczni mają szansę poznać smak słodyczy. Nikt nie może rozwijać swoich pasji. W robotniczych domkach, które są naprawdę małe, a w których zamieszkują całe rodziny, panują fatalne warunki, nie ma chociażby bieżącej wody. Taka rzeczywistość otacza właśnie Caldera. Eden jako wybranka Hectora ma nieco wygodniejsze życie w Głównej Siedzibie, niestety kosztem wolności, która została jej mocno ograniczona. Dziewczyna jednak znajduje sposób, aby kontaktować się ze swoim ukochanym.
Zarówno Eden jak i Calder są bohaterami, którzy wzbudzili we mnie sympatię. Z zapartym tchem śledziłam ich losy. Nie lubię romansów, ale historia miłości tej dwójki przypadła mi do gustu. Calder jest inteligentnym, niezwykle opiekuńczym chłopakiem, typem buntownika, który ma odwagę przeciwstawić się reżimowi panującemu w społeczności, w której przyszło mu żyć. Eden to spokojna dziewczyna, która doświadcza wewnętrznego rozdarcia, pragnie, by jej jedyne marzenie się ziściło, choć wie, że jest to niemożliwe. Ciągle ma jednak nadzieję. Hector jest mężczyzną o silnej osobowości, przywódcą, który skrywa wiele tajemnic. Pod pretekstem niesienia pomocy ludziom, którzy pobłądzili w życiu, czyni sobie z nich armię niewolników. Ma niesamowity dar przekonywania i świetnie dokonuje „prania mózgu”. Im bliżej go poznajemy, tym więcej widzimy w nim szaleństwa. Zapomniałam wcześniej wspomnieć o Xanderze, który jest przyjacielem Caldera od najmłodszych lat. To niezwykle pozytywna postać.
Akcja toczy się powoli, przez co fabuła nie zainteresowała mnie od samego początku. Przyznam, że pierwsze kilkadziesiąt stron czytało mi się dość ciężko, na szczęście akcja nabrała nieco więcej tempa i dalsza lektura była już samą przyjemnością. A końcówka okazała się niezwykle emocjonująca. Język autorki jest prosty, a książka łatwa w odbiorze, narracja pierwszoosobowa zarówno z perspektywy Caldera, jak i Eden.
„Calder. Narodziny odwagi” to powieść z nurtu New Adult, dedykowana młodzieży, lecz poruszająca niezwykle dojrzałe tematy. Lektura nawiązuje do mitu o Wodniku. Jest to niesamowicie zajmująca książka, która skłania do licznych refleksji. 
tamczytam.blogspot.com Freya; 2016-09-10

Hard Beat. Taniec nad otchłanią

Niewiele erotyków, czy romansów potrafi mnie zaskoczyć i wciągnąć na tyle, żebym czytała i czytała, aż do końca. Powodem tego jest to, że przeczytałam ich już sporą ilość. Książki z serii "Driven" należą jednak do tych, które pochłaniają mnie bez reszty, a autorka zasługuje na miano jednej z lepszych pisarek tego gatunku.
 
Ostatnia, jak na razie część serii "Driven" wbiła mnie w fotel tym, co w niej znalazłam. Trzeba przyznać, że K. Bromberg potrafi zaskakiwać, a takiej historii się nie spodziewałam. Mamy tu erotyk, a o co w tego rodzaju literaturze chodzi wszyscy wiemy, chociaż ja do końca nie jestem przekonana do tej klasyfikacji, bo znajdziemy tu nie tylko seks i płomienny romans, ale również życie, chwilami bardzo okrutne...
 
Ona - Beaux - piękna, twarda i cholernie seksowna. Pracuje jako partner naszego bohatera, czyli jest jego fotografem, pozornie. Od początku odnosi się wrażenie, że dziewczyna coś ukrywa...
 
"Wszystko było kłamstwem i nic nie było kłamstwem"
 
On - Tanner - to prawdziwy facet. Męski, odważny i z pasją. Jest reporterem wojennym, który niedawno stracił swoją długoletnią partnerkę zawodową i przyjaciółkę, a za jej śmierć wini siebie. Kiedy nowym fotografem okazuje się znów być kobieta, do tego "świeżynka", Tanner od razu jest do niej nastawiony nieprzychylnie. Problem w tym, że inne części jego ciała zdecydowanie są jej przychylne i na tym etapie nie chodzi tu bynajmniej o serce. Łączy ich więc płomienny romans, który z czasem przeradza się w coś więcej, tylko w co? Czy tajemnice Beaux nie przeszkodzą w rozwijaniu tego związku i nie ugaszą tlącego się płomyka uczucia? Jak wiele może znieść mężczyzna w imię miłości? czy zmarli mogą wstać z grobu? Tego wszystkiego dowiecie się, czytając historię brata Rylle i szwagra Coltona.
 
 "Nie powiedziałem jej , że ją kocham..."
 
Trzeba przyznać, że i rodzina, i przyjaciele Rylee i Coltona, to prawdziwa mieszanka wybuchowa, a każda historia o nich przyprawia o mocniejsze bicie serca. Niezła rodzinka co ? Najważniejsze jednak jest to, że każde z nich walczy i w efekcie końcowym dostaje przedmiot swojej walki, czyli miłość, tą jedną, jedyną.
 
Fabuła książki rozgrywa się na terenach wojennych, nie do końca wiemy gdzie, ani o jaki konflikt chodzi, bo głównym zamysłem jest tu historia naszej pary. Można się tylko domyśleć, że to Biski Wschód,  przy okazji opisów kobiet w burkach i krajobrazów. Mimo, że niewiele znajdziemy faktów o wojnie, to przez cały czas czujemy ten klimat i napięcie, które towarzyszy każdym działaniom wojennym. Adrenalina sączy się po prostu z każdej przeczytanej strony. 
 
Kolejny raz K. Bromberg spowodowała u mnie ogrom emocji i zachwyciła mnie swoimi opisami uczuć. Opisuje wszystko z ogromnym wdziękiem i niesamowicie obrazowo. Każdą scenę, czy to seks, czy spacer w parku, pisarka potrafi opisać niezwykle emocjonalnie i pięknymi słowami. Dialogi za to są krótkie i jak to mówią "krótko, zwięźle i na temat". Osobiście taka forma mi bardzo odpowiada. Idealnie połączony jest też humor z powagą. Zdziwił mnie fakt, że mamy tu tylko jednego narratora w postaci Tannera. W poprzednich częściach mieliśmy rozdziały pisane na przemian z punktu widzenia bohatera i bohaterki. Tutaj fabuła wymagała jednak takiej formy, żeby utrzymać tajemniczość Beaux. Na pocieszenie dodam, że autorka na samym końcu książki zrobiła nam niespodziankę, załączając jeden rozdział, w którym to dziewczyna odkrywa swoje myśli...
 
"Hard beat..." to nie tylko zwykły erotyk. Ta książka pokazuje nam również ludzkie słabości, wewnętrzną walkę z poczuciem winy, tęsknotę i zawiłe stosunki międzyludzkie. Dodatkowo widzimy okrucieństwo wojny i związane z nią ryzyko, bo każda wojna to ryzyko i okrucieństwo. Mimo tak poważnego tła, powieść daje nam odprężenie i wciąga bezlitośnie, aż do ostatniej strony. Autorka umieściła też w "Herd Beat" dużo większą liczbę mądrości życiowych, niż w poprzednich częściach, mądrości, które są do bólu prawdziwe i na długo zapadają w serce i duszę.

Żal się rozstawać z serią "Driven" i mam cichą nadzieję, że to jednak nie jest ostatnia jej część, a K. Bromberg jeszcze mnie zaskoczy.
http://czasemtakjestczasemtakjest.blogspot.com/

Pod samym niebem

W lipcu na blogu pisałam o pierwszym tomie serii W przestworzach R.K. Lilley, czyli Podniebnym locie. Powieść erotyczna, której bohaterami są piękna stewardesa i miliarder branży hotelarskiej niespecjalnie mnie zachwyciła. Ot, historia, jakich na rynku wiele. Mimo wszystko jej zakończenie było na tyle ciekawe, iż postanowiłam dać tej serii jeszcze jedną szansą. Tym sposobem w moje ręce trafiła jej kontynuacja – Pod samym niebem. O tym, co zaliczył drugi tom serii – wzlot czy upadek, opowiem Wam dzisiaj.
Pierwszy tom zakończył się dosyć dramatycznie. Po niespodziewanej i bolesnej (w każdym tego słowa znaczeniu) wizycie ojca i nagonce medialnej, jaka się wokół niej rozpętała, Bianca chce dać sobie trochę przestrzeni od Jamesa. Potrzebuje dystansu, bo ich przedziwny związek rozwija się zbyt szybko i zbyt intensywnie. Trudno jednak wytrzymać z dala od tak zniewalającego mężczyzny. Wystarczy jedno spotkanie, by wszystkie uczucia powróciły z siłą huraganu. James chce udowodnić jej, że jest dla niej w stanie zmienić wszystko i zostawić niechlubną przeszłość za sobą. Bianca jest rozdarta – z jednej strony jest w nim szaleńczo zakochana, z drugiej jednak boi się, że kiedyś w końcu James się nią znudzi. On ma wszystko i może mieć każdą, dlaczego więc zawraca sobie głowę nią? Czy Bianca wreszcie mu zaufa?
 
Mam za sobą niejedną powieść erotyczną i z przykrością muszę stwierdzić, że ta seria należy do najsłabszych, jakie czytałam. W Pod samym niebem dzieje się naprawdę niewiele. Autorka skupia się na tylko na wzajemnej relacji Bianki i Jamesa, reszta stanowi jedynie bardzo rozmyte tło. Sam związek bohaterów także prezentuje się bez większych rewelacji. W pierwszym tomie Bianca pracowała, spędzała czas wolny ze Stephanem, przeżywała swoją przeszłość, która cieniem kładła się na teraźniejszość. W drugim tomie jest po prostu z Jamesem. Przez prawie cały czas. I tyle. 
 
Związek bohaterów mogłabym streścić w kilku zwrotach: dużo seksu, "Bianco, zamieszkaj ze mną!" i "spałeś z nią?". Tak, dokładnie w tych trzech zwrotach. James wywraca swoje życie do góry nogami – zamyka za sobą przeszłość, w której bawił się kobietami, zmienia swoje domy dla Bianki, obsypuje ją  i jej znajomych prezentami, chce się nią opiekować, mówi jej, że dla żadnej czegoś takiego nie zrobił – to wszystko najwidoczniej jednak ciągle za mało, by uwierzyć, że mu na niej zależy. Mało tego – każda kobieta z życia Jamesa, jaka pojawia się na horyzoncie, wywołuje lawinę pytań o to, czy ten z nią spał. Dawno żadna bohaterka mnie tak nie zirytowała, jak Bianca.
 
Skoro postać Bianki tak mnie denerwowała, to może chociaż postać Jamesa ratuje tę powieść? Nic podobnego. Wydawać by się mogło, że facet, który ma za sobą niezliczoną ilość kobiet, któremu niczego nie brakuje, jest wręcz wzorem pewności siebie. Nie, James jest zaborczy i zazdrosny – nikt nie ma prawa nawet dotknąć Bianki, którą najchętniej zamknąłby w złotej klatce. Bianka w rękach Jamesa nieraz jawiła mi się jako naturalnych rozmiarów lalka. James kupuje jej ubrania, różne akcesoria, myje ją, czesze i zaplata jej warkocze, ubiera ją (tak, dosłownie zakłada jej ciuchy), a nawet i szczotkuje zęby. Koszmar!
 
W książce pełno jest scen erotycznych, które w dalszym ciągu napisane są bez polotu. Niby odważne, a jednak nie wzbudzają większych emocji. Zbliżenia między bohaterami są pozbawione finezji, mechaniczne i kończą się często absurdalnym poleceniem "teraz!". Serio? Kto kończy w ten sposób? Nie brakuje scen BDSM, które jednak wydają się być żywcem zaczerpnięte z powieści E.L. James. Ktoś na goodreads stwierdził, że Pod samym niebem to w zasadnie fanfiction Greya. Coś w tym jest. 
 
Kiedy kończyłam czytać Podniebny lot, zaciekawił mnie wątek przeszłości bohaterki i jej ojca. Liczyłam na to, że w drugim tomie jakoś ciekawie zostanie on pociągnięty. Autorka jednak tak skupiła się na relacji bohaterów, że jakby kompletnie zapomniała o tym, że coś Biance groziło i przypomniała sobie o tym dopiero pod koniec drugiego tomu. To zdecydowanie za mało.
 
Pod samym niebem mnie nie zachwyciło, a wręcz rozczarowało. Oczekiwałam po tej części czegoś więcej – jakiejś akcji, konfrontacji Bianki z przeszłością. Dostałam mocno przeciętny erotyk z dwójką totalnie zazdrosnych i niepewnych siebie bohaterów.
Czy sięgnę po kolejny tom? Nie wiem. Z jednej strony nie lubię porzucać rozpoczętych historii, ale z drugiej... zastanawiam się, czy warto.
zaczytana-dolina.blogspot.com Marta; 2016-09-03

Prawo Mojżesza

Ostatnio, zmęczona schematycznością i przewidywalnością książek z gatunku Young adult postanowiłam dać sobie z nimi spokój. Bo, powiedzcie mi, ileż można czytać o nieśmiałej dziewczynie, Bad boyu i ich traumatycznej przeszłości? Chyba już z tego wyrastam i szukam w literaturze czegoś więcej – uczuć, emocji, zaangażowania się, jakiegoś rodzaju katharsis. Na szczęście, nie całkiem przekreśliłam ten nurt literatury – bo, gdybym to zrobiła, nie poznałabym genialnego „Prawa Mojżesza”, książki Amy Harmon, która roztrzaskała moje serce na drobniutkie kawałeczki.
 
Trudno opowiadać o fabule tej książki, bo każdy opis, czy to ten z okładki, czy wymyślony przez najlepszego nawet recenzenta, a ja takim, w żadnym razie nie jestem, spłyca książkę i stawia w jednym szeregu ze zwykłymi młodzieżówkami. Bo niby jest typowo – on ma problemy, został porzucony przez matkę narkomankę, społeczeństwo go nie akceptuje. Ona natomiast jest lubianą, pełną pogody ducha dziewczyną, słoneczkiem lokalnej społeczności. Pomiędzy nimi rodzi się uczucie, które nie zważa na wszystkie różnice – charakteru, rasy, sposobu bycia. Jeśli po tych opisach  chcecie zapomnieć o tej książce, proszę, nie róbcie tego, bo dzieło Amy Harmon to coś zdecydowanie więcej, niż typowa opowieść dla nastolatków.
 
Emocjonalna. To chyba najlepsze słowo, jakim możemy określić książkę taką, jak „Prawo Mojżesza”.  Czytając ją, miałam w głowie cytat z „Gwiazd naszych wina” Johna Greena: „Ból domaga się, byśmy go odczuwali.” Bohaterowie są osobami zranionymi, pełnymi problemów, przez co nie możemy przejść przez tę książkę bez współodczuwania emocji wraz z nimi. Ich negatywne uczucia, ich obawy, lęki i niespełnione nadzieje dotykają również nas, prowokują płacz, wyzwalają nasze zranienia. W historii Georgii i Mojżesza odnajdujemy samych siebie, wciąż licząc na happy end, choć, jak zapowiada już okładka, tym razem szczęśliwego zakończenia nie będzie.
 
Dawno nie spotkałam tak wspaniale wykreowanych bohaterowie jak Georgia i Mojżesz. Oni w żadnym stopniu nie są wyidealizowani, wręcz przeciwnie, do bólu realni. Czytamy o nich jak o ludziach, którzy istnieją naprawdę, co sprawia, że cała historia jeszcze bardziej porusza. Georgia to dziewczyna, jaką każdy chciałby spotkać – otwarta, ciepła, pogodna, pomocna. Każdy chłopak powinien się za nią oglądać. Mojżesz jest jej kompletnym przeciwieństwem, a jednocześnie wszystkim, czego dziewczyna chce. Zamknięty w sobie, szkodliwy dla społeczeństwa artysta, który czasem intryguje, a innym razem wywołuje strach. Oprócz tej niezwykłej dwójki, na uwagę zasługuje Tag, przyjaciel Mojżesza, który boryka się z traumy, którą była tragiczna śmierć jego siostry. Jednocześnie, będąc zraniony, tak jak główny bohater, pozwala mu przejść do normalności i odnaleźć samego siebie.  Cieszę się, że już w październiku ukaże się książka „Pieśń Dawida”, opowiadajaca właśnie o jego losach.
 
Niezwykle podoba mi się wątek miłosny! Trochę przypominał mi ten w „Ugly Love”, choć miał zupełnie inne podstawy. Nie znajdziecie tu, jak w typowych NA/YA mnóstwa erotyki, dziwnego przyciągania i tajemniczych zbiegów okoliczności. To raczej historia o wielkiej miłości, skłonnej do ogromnych poświeceń. Miłości, która nie patrzy na siebie, tylko na dobro drugiej osoby. Miłości, która wybacza. Czytelnika boli serce, kiedy poznaje losy Georgii i Mojżesza, choć nie potrafi jednoznacznie wskazać, kto jest winny całej sytuacji. Trzyma kciuki za szczęśliwe zakończenie, choć wie, że jest ono niemożliwe.
 
„Prawo Mojżesza” to piękna, wzruszająca historia z gatunku New Adult innego niż wszystkie. Łączy najlepsze cechy wielu gatunków, takich jak paranormal romans, kryminał, młodzieżówka i romans, tworząc zachwycające dzieło o poznaniu samego siebie, akceptacji i miłości silniejszej niż wszystko. Polecam!
nieuleczalnyksiazkoholizm.blogspot.com OLA K.; 2016-09-05

Prawo Mojżesza

Niewielu z nas dostrzega, że świat wcale nie jest czarno-biały. Widzimy tylko chorą matkę, niezapłacone rachunki i drugą połówkę, która zdaje się nie zauważać dopasowania, które dla ciebie jest tak oczywiste. Ale kto by pomyślał, że twoja matka choruje po to, aby oszczędzić tobie gniewu Boga, brak pieniędzy w portfelu ma na celu zmotywowanie cię do jeszcze cięższej pracy, a twój wybranek zdradzałby cię przy każdej możliwej okazji. Mojżesz właśnie tak widział świat, choć jego umysł i myśli skąpane były w różnorakich barwach.
 
Tytułowy Mojżesz to wcale nie prorok, a książka nie opowiada o zagadnieniach religijnych. Mojżesz Wright to dziecko cracku. Matka zostawiła go, ledwo żywego, w koszu na pranie przy jednej z okolicznych pralni, a jej ciało martwe ciało, wyniszczone przez zbyt dużą ilość narkotyków, znaleziono po jakimś czasie. Chłopiec był trudnym dzieckiem, w którego wspomnieniach przewijały się martwe osoby, a upust swoim niespokojnym emocjom dawał za pomocą farb.
 
Trafia do małego miasteczka w Utah, do domu babci, którą pieszczotliwie nazywa Gigi. Załatwia mu ona pracę, która ma wyciszyć go na okres wakacji i zająć jego wolny czas. Tajemniczy chłopak, z pozoru nieśmiały, bardzo skryty, przyciąga uwagę Georgii, dziewczyny niezwykle pozytywnej, pełnej energii i miłości do koni. Wkrótce zagubiony Mojżesz będzie musiał przejrzeć na oczy, uporać się ze swoim "darem", który wcale za dar nie uważa, i zastanowić nad tym, czy własna satysfakcja kosztem innych ludzi na pewno popłaca.

Bardzo spodobał mi się zarys tej historii. Mimo że już co najmniej w kilkuset powieściach przerabialiśmy schemat "tajemniczy chłopak - dziewczyna, która chce go rozgryźć", tutaj przyciągało mnie tło całej powieści, psychologiczny podtekst, miłość do koni, a także sposób na radzenie sobie z problemami za pomocą barw. Wydawało mi się, że to może być na prawdę kawał dobrej literatury, która po przeczytaniu pozostawi po sobie posmak czegoś ciekawego, absorbującego i przede wszystkim emocjonującego. Niestety, bardzo się zawiodłam.
 
Jako największy mankament tej opowieści mogłabym przytoczyć styl pisania autorki. Na pierwszy rzut oka Amy Harmon piszę naprawdę fajnie, dużo epitetów, dobre opisy. Ale kiedy wgryziemy się w historię, nagle jak grom z jasnego nieba spada na nas przeczucie, że przecież te słowa powinny wywołać w nas już jakieś emocje. Ale gdzie są te emocje? Gdzie przeżywanie każdego zawodu i każdych uniesień, tak jak przeżywają to bohaterowie?
 
Książka była kompletnie wyprana z emocji. Wiem, co autorka chciała przekazać i bardzo to doceniam, ale niestety, po drodze chyba troszkę się zagubiła i opisy ich przeżyć, nad którymi powinniśmy się rozpływać, pisała bardzo rzeczowo i zawile. Urywała w pewnym momencie, a czytelnik zastanawiał się zdezorientowany, gdzie się teraz znajduje, co robi i co stało się z akcją, którą przed chwilą mu opisywano.
 
Co idzie za brakiem emocji? Oczywiście - brak jakiejkolwiek interakcji między bohaterem a osobą czytającą. No i niektóre ich decyzje, zupełnie zbędne i bez jakiegokolwiek sensu. To sprawiło, że nie utożsamiłam się z żadnym z charakterów, tym bardziej nie czułam do żadnego najmniejszej sympatii. A szkoda, bo gdyby lepiej narysować postać Mojżesza, byłby naprawdę fajnym, intrygującym bohaterem. Za to miałam wrażenie, że czytaniu towarzyszy jakaś dziwna, nie za bardzo przyjemna atmosfera, a to w gruncie rzeczy o to chodzi w czytaniu. Sprawa wygląda również tak, że bohaterowie (a także sytuacje, w których się znaleźli) zostali niesamowicie przerysowani. Ale zdecydowanie daję plus autorce za fajną fabułę, morał, który był bardzo pouczający i dobre rozwiązanie całej historii. Niestety, książki do grona moich ulubionych nie zaliczam, ale może komuś z wam się spodoba :)
http://coffeethebook.blogspot.com/ Julia K.; 2016-09-08
Płatności obsługuje:
Ikona płatności Alior Bank Ikona płatności Apple Pay Ikona płatności Bank PEKAO S.A. Ikona płatności Bank Pocztowy Ikona płatności Banki Spółdzielcze Ikona płatności BLIK Ikona płatności Crédit Agricole e-przelew Ikona płatności dawny BNP Paribas Bank Ikona płatności Google Pay Ikona płatności ING Bank Śląski Ikona płatności Inteligo Ikona płatności iPKO Ikona płatności mBank Ikona płatności Millennium Ikona płatności Nest Bank Ikona płatności Paypal Ikona płatności PayPo | PayU Płacę później Ikona płatności PayU Płacę później Ikona płatności Plus Bank Ikona płatności Płacę z Citi Handlowy Ikona płatności Płacę z Getin Bank Ikona płatności Płać z BOŚ Ikona płatności Płatność online kartą płatniczą Ikona płatności Santander Ikona płatności Visa Mobile
Bezpieczne płatności szyfrowane SSL