Recenzje
Zeszyt łobuza i jego kumpli
Ostatnio przeżywamy prawdziwy wysyp książek kreatywnych w księgarniach. Pierwszym wielkim bestsellerem była pozycja „Zniszcz ten dziennik” zagranicznej autorki Keri Smith. Cały fun tego rodzaju „książek” polega na ich interaktywności. Książkę nie tylko się czyta, ale również maluje, wycina i niszczy na 100 i 1 sposobów. Wszystko w imię podyktowanej przez autorów „kreatywności”. Ostatnio wydawnictwo Septem wydało własną serię kreatywnych książek, a tytuł ostatniej z nich brzmi „Zeszyt Łobuza i jego kumpli”.
Pozycja ta przeznaczona jest dla chłopców w wieku od 7–11. Autorzy jasno narzucili tematykę ich zainteresowań tworząc zadania krążące wokół gier komputerowych, „Gwiezdnych wojen”, „Władcy pierścieni”, potworów, robotów, wojska, piłki nożnej i chemicznych eksperymentów.
Książka podzielona jest na dwie części – jasną i ciemną stronę mocy co zaznaczone jest poprzez dwie okładki – białą i czarną. Jak z jednej strony zadania wymyślone przez autorów mają głównie uczyć, bawić, tak z drugiej strony ich podpowiedzi mogą zakończyć się zdemolowanym mieszkaniem, znikającym papierem toaletowym, skargami sąsiadów, bądź próbą oszustwa finansowego.
Cała pozycja jest dość zgrabną próbą oderwania dzieci od komputera i smartfonów. Zachęca chłopców do wspólnej zabawy poza wirtualnym światem proponując im grę w statki, wisielca, czy państwa i miasta. Oczywiście, jeśli zasady tak starych i chyba już niemodnych gier są im dobrze znane. Niestety niektóre polecenia autorów, nawet dla mnie, nie do końca są zrozumiałe. Sama nie wiem co właściwie miałabym zrobić, gdzie, co i po co wyciąć, poukładać i przykleić.
Bardzo fajnym pomysłem za to są wszelkie proponowane przez autorów eksperymenty chemiczne, które w szkole mają za zadanie przybliżyć dzieciakom niektóre zjawiska chemiczne. I tak chłopcy mogą wyhodować sobie rzeżuchę bądź pleśń w słoiku, zrobić wulkan z sody oczyszczonej lub fontannę z coca-coli.
Autorzy „Zeszytu Łobuza” mieli dość ambitny plan, aby edukować przez psoty. Jeśli jednak chłopiec i jego kolega roztopią skorupkę jajka w occie, czy będą właściwie wiedzieli co się stało? Czy zmusi ich to do zadania pytań? Szczerze wątpię. Najlepszym rozwiązaniem dla dziecka i dobra całej rodziny, a także mieszkania byłoby psocić z jednym z rodziców. Najlepiej oczywiście z tatą, któremu tak jak innym chłopcom bliżej jest do łobuza. Dzięki temu rodzic będzie mógł wyjaśnić sprzedawcy w sklepie, że próba zapłaty za gumy do żucia stworzonym z kartki papieru banknotem jest jedynie głupim żartem, szybko zareagować, gdy wulkan z sody oczyszczonej zacznie wymykać się spod kontroli oraz wytłumaczyć niektóre zjawiska, aby nauka z psot nie poszła w las.
„Zeszyt Łobuza i jego kumpli” jest odpowiedzią autorów na dwie poprzednie pozycje czyli „Dziennik przyjaciółek 1 i 2”, które działały na podobnych zasadach. W tym wypadku podział publikacji na płeć odbiorców nie wydaje mi się dobrym pomysłem. Przecież nie każdy chłopiec musi interesować się wojskiem czy piłką nożną, a nie każda dziewczynka musi malować sobie paznokcie.
Z pewnością „Zeszyt Łobuza i jego kumpli” ma więcej walorów edukacyjnych, ale tym samym rozbudza mniej kreatywności przez jasno określone polecenia niż osławiony już „Zniszcz ten dziennik”, w którym chodziło tylko o zniszczenie książki. „Zeszyt…” jest próbą zorganizowania czasu dzieciaków poza wirtualnym światem oferowanym im przez komputery i tablety. Nie twierdzę że świat komputerów i gier komputerowych to zło wcielone, od którego należy za wszelką cenę odgradzać dzieciaki, ale każda próba pokazania im czegoś innego warta jest rozważenia.
Pozycja ta przeznaczona jest dla chłopców w wieku od 7–11. Autorzy jasno narzucili tematykę ich zainteresowań tworząc zadania krążące wokół gier komputerowych, „Gwiezdnych wojen”, „Władcy pierścieni”, potworów, robotów, wojska, piłki nożnej i chemicznych eksperymentów.
Książka podzielona jest na dwie części – jasną i ciemną stronę mocy co zaznaczone jest poprzez dwie okładki – białą i czarną. Jak z jednej strony zadania wymyślone przez autorów mają głównie uczyć, bawić, tak z drugiej strony ich podpowiedzi mogą zakończyć się zdemolowanym mieszkaniem, znikającym papierem toaletowym, skargami sąsiadów, bądź próbą oszustwa finansowego.
Cała pozycja jest dość zgrabną próbą oderwania dzieci od komputera i smartfonów. Zachęca chłopców do wspólnej zabawy poza wirtualnym światem proponując im grę w statki, wisielca, czy państwa i miasta. Oczywiście, jeśli zasady tak starych i chyba już niemodnych gier są im dobrze znane. Niestety niektóre polecenia autorów, nawet dla mnie, nie do końca są zrozumiałe. Sama nie wiem co właściwie miałabym zrobić, gdzie, co i po co wyciąć, poukładać i przykleić.
Bardzo fajnym pomysłem za to są wszelkie proponowane przez autorów eksperymenty chemiczne, które w szkole mają za zadanie przybliżyć dzieciakom niektóre zjawiska chemiczne. I tak chłopcy mogą wyhodować sobie rzeżuchę bądź pleśń w słoiku, zrobić wulkan z sody oczyszczonej lub fontannę z coca-coli.
Autorzy „Zeszytu Łobuza” mieli dość ambitny plan, aby edukować przez psoty. Jeśli jednak chłopiec i jego kolega roztopią skorupkę jajka w occie, czy będą właściwie wiedzieli co się stało? Czy zmusi ich to do zadania pytań? Szczerze wątpię. Najlepszym rozwiązaniem dla dziecka i dobra całej rodziny, a także mieszkania byłoby psocić z jednym z rodziców. Najlepiej oczywiście z tatą, któremu tak jak innym chłopcom bliżej jest do łobuza. Dzięki temu rodzic będzie mógł wyjaśnić sprzedawcy w sklepie, że próba zapłaty za gumy do żucia stworzonym z kartki papieru banknotem jest jedynie głupim żartem, szybko zareagować, gdy wulkan z sody oczyszczonej zacznie wymykać się spod kontroli oraz wytłumaczyć niektóre zjawiska, aby nauka z psot nie poszła w las.
„Zeszyt Łobuza i jego kumpli” jest odpowiedzią autorów na dwie poprzednie pozycje czyli „Dziennik przyjaciółek 1 i 2”, które działały na podobnych zasadach. W tym wypadku podział publikacji na płeć odbiorców nie wydaje mi się dobrym pomysłem. Przecież nie każdy chłopiec musi interesować się wojskiem czy piłką nożną, a nie każda dziewczynka musi malować sobie paznokcie.
Z pewnością „Zeszyt Łobuza i jego kumpli” ma więcej walorów edukacyjnych, ale tym samym rozbudza mniej kreatywności przez jasno określone polecenia niż osławiony już „Zniszcz ten dziennik”, w którym chodziło tylko o zniszczenie książki. „Zeszyt…” jest próbą zorganizowania czasu dzieciaków poza wirtualnym światem oferowanym im przez komputery i tablety. Nie twierdzę że świat komputerów i gier komputerowych to zło wcielone, od którego należy za wszelką cenę odgradzać dzieciaki, ale każda próba pokazania im czegoś innego warta jest rozważenia.
wywrota.pl Anna Bugajna
Oby w piekle podawali piwo
„Oby w piekle podawali piwo” autorstwa Tuckera Maxa opowiada historię pewnego mężczyzny, który jest zarazem alkoholikiem i seksoholikiem. Poznajemy Tuckera Maxa mężczyznę bez zahamowań, który żyje od imprezy do imprezy i łamie wszelkie utarte schematy dobrego smaku i dobrych obyczajów. Książka potrafi wzbudzać spore kontrowersje podczas czytania i sprawić, że nie raz setnie się uśmiejemy podczas lektury.
Tucker Max to mężczyzna bez zahamowań, dla którego najbardziej liczy się dobra zabawa, szybkie kobiety i mocny alkohol. Jest egoistą, który potrafi myśleć tylko i wyłącznie o sobie, owładnięty wieloma nałogami stacza się na samo dno i co najlepsze jest mu z tym bardzo dobrze. Max nie ma zamiaru niczego zmieniać w swoim życiu, które definiuje ilość zaciągniętych do łóżka kobiet i litry wypitego alkoholu. Tucker Max nie ma żadnych wyrzutów sumienia i nawet mógłby trafić do piekła, pod warunkiem, że podawaliby tam piwo.
Lektura niekoniecznie musi przypaść każdemu do gustu, osobom o nieco konserwatywnych poglądach może wydać się nazbyt wulgarna i obcesowa. Historia wypełniona wieloma scenami pijaństwa i przypadkowego seksu wypełnia karty książki, sprawiając, że nie znajdziemy miejsca na nudę. Tucker Max nie wzbudza sympatii i jest postacią dość kontrowersyjną. Co nie znaczy, że o jego losach czyta się nie ciekawie. Co to, to nie. Książkę przeczytałem z dużą ciekawością i poniekąd można zrozumieć postępowanie głównego bohatera. Całość napisana jest dosadnym i wulgarnym językiem, dodatkowo podkreślającym rozrywkowy walor książki. Jest to naganna rozrywka, która pomimo braku celowości i jakichkolwiek zasad potrafi dostarczyć sporo dobrej zabawy.
„Oby w piekle podawali piwo” jest książką, przy której naprawdę się świetnie bawiłem. Podczas czytania nie raz można się wzdrygnąć dzięki sugestywnym opisom i zwrotom akcji, co dodatkowo dodaje tej pozycji niepowtarzalnego smaczku. Miejscami obrzydliwa i obsceniczna przyciąga do lektury i sprawia, że nie możemy się od niej oderwać. Z pewnością sięgnę jeszcze nie raz po książki tego typu, gdyż są świetną metodą na odreagowanie i miło spędzony czas. Polecam.
Tucker Max to mężczyzna bez zahamowań, dla którego najbardziej liczy się dobra zabawa, szybkie kobiety i mocny alkohol. Jest egoistą, który potrafi myśleć tylko i wyłącznie o sobie, owładnięty wieloma nałogami stacza się na samo dno i co najlepsze jest mu z tym bardzo dobrze. Max nie ma zamiaru niczego zmieniać w swoim życiu, które definiuje ilość zaciągniętych do łóżka kobiet i litry wypitego alkoholu. Tucker Max nie ma żadnych wyrzutów sumienia i nawet mógłby trafić do piekła, pod warunkiem, że podawaliby tam piwo.
Lektura niekoniecznie musi przypaść każdemu do gustu, osobom o nieco konserwatywnych poglądach może wydać się nazbyt wulgarna i obcesowa. Historia wypełniona wieloma scenami pijaństwa i przypadkowego seksu wypełnia karty książki, sprawiając, że nie znajdziemy miejsca na nudę. Tucker Max nie wzbudza sympatii i jest postacią dość kontrowersyjną. Co nie znaczy, że o jego losach czyta się nie ciekawie. Co to, to nie. Książkę przeczytałem z dużą ciekawością i poniekąd można zrozumieć postępowanie głównego bohatera. Całość napisana jest dosadnym i wulgarnym językiem, dodatkowo podkreślającym rozrywkowy walor książki. Jest to naganna rozrywka, która pomimo braku celowości i jakichkolwiek zasad potrafi dostarczyć sporo dobrej zabawy.
„Oby w piekle podawali piwo” jest książką, przy której naprawdę się świetnie bawiłem. Podczas czytania nie raz można się wzdrygnąć dzięki sugestywnym opisom i zwrotom akcji, co dodatkowo dodaje tej pozycji niepowtarzalnego smaczku. Miejscami obrzydliwa i obsceniczna przyciąga do lektury i sprawia, że nie możemy się od niej oderwać. Z pewnością sięgnę jeszcze nie raz po książki tego typu, gdyż są świetną metodą na odreagowanie i miło spędzony czas. Polecam.
fantasy-bestiarium.blogspot.com
Prawo Mojżesza
Nigdy bym nie pomyślała, że książka o tytule religijnym poruszy moje serce do głębi. Na początku było mi bardzo trudno przełamać się do tej historii. Nie czułam żadnych emocji, które przy innych porywały mnie już od pierwszej strony. W tej książce było inaczej i to całkowicie. Emocje odkryły się dopiero w połowie, a dokładnie w momencie, w którym wszystko się nagle urwało. Od razu pomyślałam "jak tak można?!" i czułam wewnętrzny gniew i smutek, który utwierdzał mnie, że ta historia pozostanie już do końca taka. Jednak doznałam wielkiego ździwienia, gdyż wszystko ruszyło dalej i to w zwolnionym tempie. Ale najbardziej poruszyło wszystko wewnątrz mnie. Cały ból i smutek, który czułam w środku doprowadziło do uzewnętrznienia wszystkich emocji poprzez łzy. I wiecie co? Nie żałuję żadnej łzy wylanej aż do ostatniej strony, bo tylko w taki sposób w małym stopniu oczyściłam swoją duszę, która przeżywała silne katusze. A poza tym nie można żałować ani jednej łzy w naszym życiu, bo łzy to nie oznaka słabości, ale oznaka naszej silnej woli i tego, że potrafimy znieść wiele. Dlatego nigdy nie powinniśmy się ich wstydzić.
Według mnie ta historia nie zakończyła się ani happy endem ani sad endem tylko pokazała jak kończyć się może prawdziwe życie, bo każde życie jest inne i dlatego każde kończy się inaczej i postrzegane jest na wiele sposobów. Tak samo jest z przeżywaniem tragedii i emocji, dlatego też każdy z nas może być taki jak Mojżesz lub Georgia, którzy pomimo wszystko potrafili dostrzec siebie i swoje uczucia.
Według mnie ta historia nie zakończyła się ani happy endem ani sad endem tylko pokazała jak kończyć się może prawdziwe życie, bo każde życie jest inne i dlatego każde kończy się inaczej i postrzegane jest na wiele sposobów. Tak samo jest z przeżywaniem tragedii i emocji, dlatego też każdy z nas może być taki jak Mojżesz lub Georgia, którzy pomimo wszystko potrafili dostrzec siebie i swoje uczucia.
rudablondynkarecenzuje.blogspot.com Andżelika A; 2016-11-06
Insight. Droga do mentalnej dojrzałości
Najlepsze rozwiązania często pojawiają się wtedy, gdy najmniej się tego spodziewamy - pod prysznicem, w trakcie biegania, na basenie, czy słuchając muzyki. Nie jest to w żadnym wypadku zasługa nadnaturalnych właściwości ciepłej wody czy pracy mięśni. Michał Pasterski w jednym z rozdziałów książki „Insight. Droga do mentalnej dojrzałości” pisze, że to za sprawą tego, co dzieje się w ludzkim umyśle.
Opisuje sytuację z własnego doświadczenia. Przed treningiem medytacyjnym intensywnie myślał o pewnym problemie nie do rozwiązania. Bez skutku. Gdy medytował, wyciszał się i koncentrował. Wtedy do głowy wpadło mu rozwiązanie tamtej skomplikowanej kwestii:
"Nie zadawałem sobie żadnych pytań, nie tworzyłem żadnych wyobrażeń. Po prostu w pewnym momencie w mojej świadomości pojawiła się myśl, która była strzałem w dziesiątkę. Byłem zszokowany.
Jasne, działo się to już wcześniej, ale po raz pierwszy doświadczyłem tego w tak wyraźny i świadomy sposób. Zawsze myślałem, że pojawienie się takiego rozwiązania jest związane z procesem racjonalnego myślenia, który do danego objawienia doprowadza.
Teraz zrozumiałem, że wcale tak nie jest. W jednej sekundzie była cisza, zero myśli. W drugiej był już pomysł, który „wykluł się z mojej nieświadomości. Jedyne, co musiałem zrobić, aby znaleźć rozwiązanie, to oczyścić umysł i przygotować przestrzeń dla mojego nieświadomego umysłu."
Nieważne więc, czy będzie to medytacja, gotowanie czy bieg po lesie - kluczem do kreatywnego rozwiązywania problemów jest czystość umysłu. Pasterski zwraca uwagę, że to zjawisko zostało już dawno opisane w psychologii pod pojęciem „wglądu”:
"To mimowolny, spontaniczny, nagły i niespodziewany moment, w którym rozwiązanie problemu „wpada” nam do głowy. To pewna forma myślenia intuicyjnego."
Gdy świadomie przestajemy o czymś myśleć, by zająć się zupełnie innymi czynnościami, nieświadomy umysł wcale się nie wyłącza:
"On nadal przetwarza informacje związane z tym problemem. Zupełnie jakbyś uruchomił na komputerze jakieś skomplikowane wyliczenia, a sam poszedł sobie zaparzyć herbatę. To nieświadome „mielenie” informacji nazywa się okresem inkubacji.
Z definicji jest to proces nieświadomej reorganizacji myśli, które zostały pobudzone poprzez świadome myślenie. Efektem okresu inkubacji często jest wgląd - namacalny wytwór intuicyjnego myślenia."
A co, jeśli odłożony na półkę problem sam się nie rozwiąże? Pasterski przypomina, że powrócenie do sprawy ze świeżym umysłem i tak umożliwi szybsze znalezienie rozwiązania, niż praca nad nim bez chwili wytchnienia.
Autor twierdzi, że można pobudzić umysł do wejścia w stan inkubacji. Powołuje się na Herberta Simona, amerykańskiego psychologa, socjologa i ekonomistę, który uważał, że wgląd jest możliwy m.in. dzięki oswajaniu problemu, czyli zbierania na jego temat informacji lub obserwowania emocji towarzyszących myśleniu o problemie.
Rolę odgrywa nie tylko trening mentalny, ale i biochemia. Nie jest bowiem tajemnicą, że w trakcie wysiłku fizycznego, ale i robienia tego, co sprawia nam przyjemność (nawet jedzenia czekolady), w organizmie wydzielane są endorfiny, czyli tzw. hormony szczęścia. Jednym z nich jest dopamina - odpowiedzialna jest m.in. poczucie energii do działania, koncentrację i dobry nastrój.
"Nie zadawałem sobie żadnych pytań, nie tworzyłem żadnych wyobrażeń. Po prostu w pewnym momencie w mojej świadomości pojawiła się myśl, która była strzałem w dziesiątkę. Byłem zszokowany.
Jasne, działo się to już wcześniej, ale po raz pierwszy doświadczyłem tego w tak wyraźny i świadomy sposób. Zawsze myślałem, że pojawienie się takiego rozwiązania jest związane z procesem racjonalnego myślenia, który do danego objawienia doprowadza.
Teraz zrozumiałem, że wcale tak nie jest. W jednej sekundzie była cisza, zero myśli. W drugiej był już pomysł, który „wykluł się z mojej nieświadomości. Jedyne, co musiałem zrobić, aby znaleźć rozwiązanie, to oczyścić umysł i przygotować przestrzeń dla mojego nieświadomego umysłu."
Nieważne więc, czy będzie to medytacja, gotowanie czy bieg po lesie - kluczem do kreatywnego rozwiązywania problemów jest czystość umysłu. Pasterski zwraca uwagę, że to zjawisko zostało już dawno opisane w psychologii pod pojęciem „wglądu”:
"To mimowolny, spontaniczny, nagły i niespodziewany moment, w którym rozwiązanie problemu „wpada” nam do głowy. To pewna forma myślenia intuicyjnego."
Gdy świadomie przestajemy o czymś myśleć, by zająć się zupełnie innymi czynnościami, nieświadomy umysł wcale się nie wyłącza:
"On nadal przetwarza informacje związane z tym problemem. Zupełnie jakbyś uruchomił na komputerze jakieś skomplikowane wyliczenia, a sam poszedł sobie zaparzyć herbatę. To nieświadome „mielenie” informacji nazywa się okresem inkubacji.
Z definicji jest to proces nieświadomej reorganizacji myśli, które zostały pobudzone poprzez świadome myślenie. Efektem okresu inkubacji często jest wgląd - namacalny wytwór intuicyjnego myślenia."
A co, jeśli odłożony na półkę problem sam się nie rozwiąże? Pasterski przypomina, że powrócenie do sprawy ze świeżym umysłem i tak umożliwi szybsze znalezienie rozwiązania, niż praca nad nim bez chwili wytchnienia.
Autor twierdzi, że można pobudzić umysł do wejścia w stan inkubacji. Powołuje się na Herberta Simona, amerykańskiego psychologa, socjologa i ekonomistę, który uważał, że wgląd jest możliwy m.in. dzięki oswajaniu problemu, czyli zbierania na jego temat informacji lub obserwowania emocji towarzyszących myśleniu o problemie.
Rolę odgrywa nie tylko trening mentalny, ale i biochemia. Nie jest bowiem tajemnicą, że w trakcie wysiłku fizycznego, ale i robienia tego, co sprawia nam przyjemność (nawet jedzenia czekolady), w organizmie wydzielane są endorfiny, czyli tzw. hormony szczęścia. Jednym z nich jest dopamina - odpowiedzialna jest m.in. poczucie energii do działania, koncentrację i dobry nastrój.
businessinsider.com.pl Marcin Walków; 2016-11-18
Slow Burn. Kropla drąży skałę. Seria Driven
„Slow Burn. Kropla drąży skałę” jest piątym już z kolei tomem „Driven". K. Bromberg spisała się świetnie i oddała w ręce czytelników pozycję, która po prostu świetnie się czyta. Liczne emocje i pragnienia będą nam towarzyszyć podczas czytania, przyprawiając nie raz o mocniejsze bicie serca. Rylee Thomas i Colton Donovan sprawią, że od lektury wręcz nie będziemy mogli się oderwać. K. Bromberg zaserwuje swoim czytelnikom po raz kolejny historię pełną silnych emocji i niespodziewanych zwrotów fabularnych. Opowieść gdzie pożądanie i miłość przeplatają się wzajemnie.
Rylee Thomas jest prawdziwą kobietą sukcesu, która stara się czerpać z życia pełnymi garściami. Pewnego dnia poznaje Coltona Donovana, mężczyznę z problemami, który doskonale wpasowuje się w model niegrzecznego chłopca. Oboje chcą poznać się lepiej, jednak ich przeciwstawne charaktery wcale tego nie ułatwiają. Wciągają się coraz bardziej w wir namiętności, który nie raz jeszcze sprawi im wiele bólu. Uzależniające uczucie może doprowadzić ich do miejsca, w którym oboje nie spodziewali się znaleźć.
Książka napisana została lekko, lecz barwnie, sprawiając, że powieść czyta się szybko. Bohaterowie zostali wykreowani z krwi i kości, dzięki czemu lekturę odbiera się silniej. Akcja mknie w szybkim tempie, a liczne burzliwe uczucia i namiętności tylko sprawiają, że książkę się wręcz pochłania. Cykl „Driven” przypadł mi do gustu i sprawił, że wsiąknąłem w niego dogłębnie. Czytelnicy lubiący książki opowiadające o trudnej i płomiennej miłości nie powinni poczuć się rozczarowani. Powieść potrafi zaciekawić, a losy Rylee i Coltona potrafią na długo pozostać w pamięci po zakończeniu lektury.
K. Bromberg po raz kolejny zaserwowała nam lekturę, która budzi duże emocje i nie pozwala się nudzić. Książka dobrze oceniona przez New York Times czy USA Today jest pozycją, po którą jak najbardziej warto sięgnąć. Jest to kolejny bardzo udany tom cyklu, który powinien spodobać się fanom pisarstwa autorki. K. Bromberg ma w planach wydanie kolejnej książki, po którą z chęcią sięgnę, jak już się ukarze. Jak najbardziej polecam.
Rylee Thomas jest prawdziwą kobietą sukcesu, która stara się czerpać z życia pełnymi garściami. Pewnego dnia poznaje Coltona Donovana, mężczyznę z problemami, który doskonale wpasowuje się w model niegrzecznego chłopca. Oboje chcą poznać się lepiej, jednak ich przeciwstawne charaktery wcale tego nie ułatwiają. Wciągają się coraz bardziej w wir namiętności, który nie raz jeszcze sprawi im wiele bólu. Uzależniające uczucie może doprowadzić ich do miejsca, w którym oboje nie spodziewali się znaleźć.
Książka napisana została lekko, lecz barwnie, sprawiając, że powieść czyta się szybko. Bohaterowie zostali wykreowani z krwi i kości, dzięki czemu lekturę odbiera się silniej. Akcja mknie w szybkim tempie, a liczne burzliwe uczucia i namiętności tylko sprawiają, że książkę się wręcz pochłania. Cykl „Driven” przypadł mi do gustu i sprawił, że wsiąknąłem w niego dogłębnie. Czytelnicy lubiący książki opowiadające o trudnej i płomiennej miłości nie powinni poczuć się rozczarowani. Powieść potrafi zaciekawić, a losy Rylee i Coltona potrafią na długo pozostać w pamięci po zakończeniu lektury.
K. Bromberg po raz kolejny zaserwowała nam lekturę, która budzi duże emocje i nie pozwala się nudzić. Książka dobrze oceniona przez New York Times czy USA Today jest pozycją, po którą jak najbardziej warto sięgnąć. Jest to kolejny bardzo udany tom cyklu, który powinien spodobać się fanom pisarstwa autorki. K. Bromberg ma w planach wydanie kolejnej książki, po którą z chęcią sięgnę, jak już się ukarze. Jak najbardziej polecam.
fantasy-bestiarium.blogspot.com