Recenzje
CO-DZIENNIK
Codzienność potrafi przytłoczyć? Bywa nieprzyjemna, monotonna, zabiegana? Ile w Twoim życiu jest miejsca na refleksję, zaskoczenie, wzruszenie i okazywanie ciepłych uczuć? Chcesz oderwać się na chwilę od własnych problemów, zmienić perspektywę, a w konsekwencji poczuć się lepiej?
Co-dziennik Lucyny Klimczak to kolejna książka z wskazówkami na każdy dzień roku. Nie ma na całe szczęście jeszcze mowy o wysypie, ale rynek wydawniczy otworzył się na kreatywną rozrywkę dla dorosłych: połącz linie, kolorowanki, a teraz nadszedł czas na rozrywkę... zabawę... przygodę... w jednym.
Po tę publikację powinnam sięgnąć z początkiem roku, ale przecież mogę zacząć teraz siedemdziesiątego czwartego dnia roku. Co oferuje nam dziennik? Lepsze zrozumienie siebie, wysłuchanie, stwierdzenie własnych zdolności. Poza tym przypomina i uczy jak być.
Oprócz tego, że można w nim pisać odpowiadając na zadane pytania, czy wykonywać z góry ustalone zadania, notować ważne dla nas daty i sprawy, a także szkicować, lub po prostu gryzmolić.
Książka bardziej przypomina połączenie terminarza z notatnikiem i prawdę mówiąc spełnia po części taka rolę. Jest jednak czymś więcej. Wykracza poza obie nazwy. Pytania w niej zawarte potrafią wkraść się w najgłębsze zakamarki naszych serc i zakorzenić się tam. Rozwaliło mnie pytanie z numerem czternastym Po co jesteś tu, skoro możesz być wszędzie? I co mądrego tutaj napisać? Chyba będę musiała się trochę wysilić. „Pogrzebać” sobie w głowie i wyciągnąć jakąś błyskotliwą odpowiedź.
Na wykonanie każdego z zadań autorka daje nam dwadzieścia cztery godziny, ale nic na siłę. Jak sobie nie poradzisz, to przecież nic się nie stanie. W końcu rozliczasz się sam ze sobą. Na zaliczenie „misji” przewidziana jest jedna strona, a wykorzystać ją można w dowolny sposób: pisać, rysować, wyklejać – jak chcemy i jak nam się w danym momencie podoba. Zadania można wykonywać w kolejności, w jakiej zostały ustalone lub po prostu drogą losowania. I ja chyba właśnie tę drugą metodę będę preferować.
Niespodzianką są zadania, które nie mają określonego tematu. Są to autozadania, gdzie sami ustalamy na jakie pytanie będziemy odpowiadać. Możemy sami sobie rzucić wyzwanie lub... nie robić nic. Druga niespodzianka to wyobraź sobie. I tu mamy naprawdę pole do popisu, bo puszczamy wodze fantazji.
Należy pamiętać, że nie ma dobrych, ani złych odpowiedzi. Przecież każdy inaczej odpowie na pytanie czy wykona zadanie. Wszystkie odpowiedzi są najlepsze, bo są Twoje. Co-dziennik można przeżywać na wiele sposobów i niejednokrotnie, gdyż możemy wracać do zadań ponownie i sprawdzać czy nasze poglądy się zmieniają.
Co zrobić, gdy już wykonasz wszystko, co ma do zaproponowania dziennik? No cóż, można rozpocząć przygodę z nim jeszcze raz. Można też, jak sugeruje autorka dać komuś w prezencie, opublikować, wykonać rytualne spalenie, ale również możesz przechować jak cenną pamiątkę i za kilka lat przeczytać swoim dzieciom lub wnukom. Decyzja należy do ciebie.
Co-dziennik Lucyny Klimczak jest dla każdego, więc polecam go wszystkim bez wyjątku i bez względu na wiek. Przeżyjcie swoją własną przygodę z dziennikiem i poznajcie siebie.
Dziękuję
Sztukater.pl Monweg
CO-DZIENNIK
Codzienność potrafi przytłoczyć? Bywa nieprzyjemna, monotonna, zabiegana? Ile w Twoim życiu jest miejsca na refleksję, zaskoczenie, wzruszenie i okazywanie ciepłych uczuć? Chcesz oderwać się na chwilę od własnych problemów, zmienić perspektywę, a w konsekwencji poczuć się lepiej?
Co-dziennik Lucyny Klimczak to kolejna książka z wskazówkami na każdy dzień roku. Nie ma na całe szczęście jeszcze mowy o wysypie, ale rynek wydawniczy otworzył się na kreatywną rozrywkę dla dorosłych: połącz linie, kolorowanki, a teraz nadszedł czas na rozrywkę... zabawę... przygodę... w jednym.
Po tę publikację powinnam sięgnąć z początkiem roku, ale przecież mogę zacząć teraz siedemdziesiątego czwartego dnia roku. Co oferuje nam dziennik? Lepsze zrozumienie siebie, wysłuchanie, stwierdzenie własnych zdolności. Poza tym przypomina i uczy jak być.
Oprócz tego, że można w nim pisać odpowiadając na zadane pytania, czy wykonywać z góry ustalone zadania, notować ważne dla nas daty i sprawy, a także szkicować, lub po prostu gryzmolić.
Książka bardziej przypomina połączenie terminarza z notatnikiem i prawdę mówiąc spełnia po części taka rolę. Jest jednak czymś więcej. Wykracza poza obie nazwy. Pytania w niej zawarte potrafią wkraść się w najgłębsze zakamarki naszych serc i zakorzenić się tam. Rozwaliło mnie pytanie z numerem czternastym Po co jesteś tu, skoro możesz być wszędzie? I co mądrego tutaj napisać? Chyba będę musiała się trochę wysilić. „Pogrzebać” sobie w głowie i wyciągnąć jakąś błyskotliwą odpowiedź.
Na wykonanie każdego z zadań autorka daje nam dwadzieścia cztery godziny, ale nic na siłę. Jak sobie nie poradzisz, to przecież nic się nie stanie. W końcu rozliczasz się sam ze sobą. Na zaliczenie „misji” przewidziana jest jedna strona, a wykorzystać ją można w dowolny sposób: pisać, rysować, wyklejać – jak chcemy i jak nam się w danym momencie podoba. Zadania można wykonywać w kolejności, w jakiej zostały ustalone lub po prostu drogą losowania. I ja chyba właśnie tę drugą metodę będę preferować.
Niespodzianką są zadania, które nie mają określonego tematu. Są to autozadania, gdzie sami ustalamy na jakie pytanie będziemy odpowiadać. Możemy sami sobie rzucić wyzwanie lub... nie robić nic. Druga niespodzianka to wyobraź sobie. I tu mamy naprawdę pole do popisu, bo puszczamy wodze fantazji.
Należy pamiętać, że nie ma dobrych, ani złych odpowiedzi. Przecież każdy inaczej odpowie na pytanie czy wykona zadanie. Wszystkie odpowiedzi są najlepsze, bo są Twoje. Co-dziennik można przeżywać na wiele sposobów i niejednokrotnie, gdyż możemy wracać do zadań ponownie i sprawdzać czy nasze poglądy się zmieniają.
Co zrobić, gdy już wykonasz wszystko, co ma do zaproponowania dziennik? No cóż, można rozpocząć przygodę z nim jeszcze raz. Można też, jak sugeruje autorka dać komuś w prezencie, opublikować, wykonać rytualne spalenie, ale również możesz przechować jak cenną pamiątkę i za kilka lat przeczytać swoim dzieciom lub wnukom. Decyzja należy do ciebie.
Co-dziennik Lucyny Klimczak jest dla każdego, więc polecam go wszystkim bez wyjątku i bez względu na wiek. Przeżyjcie swoją własną przygodę z dziennikiem i poznajcie siebie.
Dziękuję
Sztukater.pl Monweg
Eden. Nowy początek
„Eden. Nowy początek” to kontynuacja powieści „Calder. Narodziny odwagi”, która przedstawia czytelnikowi życie bohaterów po upadku Akadii. Są oni bez tożsamości, przeświadczeni o tym, że zostali kompletnie sami, a odnalezienie się w nowej rzeczywistości jest nie lada wyzwaniem.
Eden po tragicznych wydarzeniach trafia do domu bogatego jubilera Felixa. Proponuje jej pracę u siebie jako nauczycielki gry na fortepianie dla swojej wnuczki. Dziewczyna znajduje tutaj kąt i ma możliwość zarobienia pieniędzy, co w jej sytuacji jest bardzo ważne. Mijają jednak lata i Felix umiera. Zostawia on jednak wiadomość dla Eden, która będzie mieć duży wpływ na jej obecne życie. Okazuje się, że mężczyzna jeszcze przed śmiercią odnalazł tożsamość dziewczyny, a także odkrył historię jej rodziny. Eden miała matkę i koniecznie chciała ją poznać, więc jak postanowiła, tak zrobiła. Po pierwszym, szokującym dla obydwu stron spotkaniu, Eden czuła się znów kochana, jednak nic nie było w stanie zastąpić jej miłości Caldera, którego utraciła. Dziewczyna zamieszkała z matką i ze swoją kuzynką. Molly, która była rówieśnicą Eden pewnego wieczoru postanowiła wyciągnąć dziewczynę na wystawę młodego, wybijającego się dopiero artysty. Mimo niechęci kobieta udała się wraz z kuzynką na wycieczkę i to był przełomowy moment w jej życiu – młodym artystą okazał się jej ukochany z Akadii Calder. Spotkanie wywołało lawinę uczuć w życiu pary i wywróciło ich życie do góry nogami. Czy uda im się zbudować wspólną przyszłość w cieniu rzucanym przez przeszłość?
Eden jak i Calder czuli pustkę i zagubienie mimo przyjaciół i rodziców, którzy byli wciąż obok. Dopiero gdy odnaleźli siebie, mogli zacząć uczyć się żyć w pełni. Ciągle jednak obawiali się, że ktoś może mścić się na nich za Akadię, jednak mimo tego lęku starali się żyć normalnie. Postanowili także odnaleźć korzenie Caldera, co przyniesie nieoczekiwane dla nich informacje.
Mia Sheridan to autorka, której powieści trafiają na listę bestsellerów. Nie zaskoczy nikogo fakt, że ta pozycja również tam trafiła. Napisana jest ona językiem zrozumiałym i przyjemnym dla czytelnika, pochłania do reszty i pomaga zapomnieć o tym, co dzieje się dookoła. Wątek miłosny jest mocno rozbudowany, co dla niektórych jest mocnym atutem. Autorka skupia także swoją uwagę na analizie psychologicznej bohaterów, co pomaga zrozumieć niektóre sytuacje.
Pierwsza cześć powieści wyzwala u czytelnika napięcie i nie pozwala o sobie zapomnieć. Mimo iż druga jest troszkę słabsza, różnica nie jest aż tak widoczna. Czytelnik może zatracić się bez reszty w powieści, w której miłość i przyjaźń odgrywają bardzo ważną rolę. To co w pierwszej części było zagadką, zostaje rozwiązane, a także niektóre rzeczy nabierają sensu. Książka ukazuje także, ile człowiek jest w stanie przeżyć oraz jak niektóre sytuacje budują w człowiek siłę, której sam nie jest w stanie w sobie odnaleźć. Można również dostrzec, że nawet w najgorszej sytuacji jesteśmy w stanie znaleźć jakiś pozytyw i sprawić, że on będzie naszym celem, do którego będziemy dążyć mimo wszystko. Polecam obie części wszystkim osobom, które poszukują powieści o tematyce dosyć trudnej jaką są sekty, ale także o tej przyjemnej, która opowiada o miłości pokonującej wszystkie przeciwności stające jej na drodze. Ciepłe wiosenne popołudnia są idealne, by oderwać się od szarej rzeczywistości i przenieść się w całkiem inny świat.
Sztukater.pl Kropka99
Opowiadania drewnianego stołu. 125 przepisów, jak sprawić przyjemność sobie i bliskim
Czy można zachwycić się książką kucharską? Zdecydowanie tak! Ogromnie lubię wszelkie takie książki z przepisami, które nie tylko kuszą smakami i aromatami, jakie za jej pomocą możemy stworzyć we własnej kuchni, ale pięknym, zachwycającym wydaniem. Tak właśnie jest w przypadku „Opowiadań drewnianego stołu. 125 przepisów, jak sprawić przyjemność sobie i bliskim” Moniki Waleckiej.
Tak naprawę książka jest zbiorem ponad stu receptur, które wcześniej znalazły się na blogu autorki - Monika Walecka prowadzi bowiem stronę gotujebolubi.pl, gdzie inspiruje ciekawymi pomysłami na różnego rodzaju dania nieprzerwanie już kilka lat. Przez ten czas zbierała doświadczenie, rozwijała swoją pasję i uwiecznieniem tego są „Opowiadania drewnianego stołu”.
Tytułowy drewniany stół to miejsce spotkań z bliskimi, to symbol gościnności, domowego ciepła, do którego chce się ciągle wracać, celebrując codzienne posiłki, wyjątkowe uroczystości i chwile tylko dla siebie. Trudno nie przyznać racji autorce, gdy we wstępie do książki pisze, że każdy marzy o takim stole, „w którego bruzdach zapisała się historia posiłków biesiadujących przez pokolenia domowników.” Tą miłość do gotowania i do dzielenia się owocami swojej pracy z bliskimi widać w tej publikacji, jej przekaz jest jasny i czytelny – przygotowywanie posiłków jest ważne, ale ma sprawiać przyjemność, ma cieszyć nas i tych, dla których je przygotowujemy.
Może to zabrzmieć banalnie, ale wydanie jest naprawę świetne, w twardej oprawie, z czerwoną tasiemką w formie zakładki, sprawia, że książka jest bardzo praktyczna. Zdecydowaną ozdobą są tutaj zdjęcia potraw – co bardzo lubię, każdy przepis opatrzony jest zdjęciem – piękne, artystyczne zbliżenia apetycznych, kolorowych, małych dzieł sztuki kulinarnej. Doskonałym uzupełnieniem są ilustracje, akwarelowe rysunki, idealnie dopasowane kolorystycznie i stylistycznie do przedstawionego przepisu. Takie wydanie cieszy oko i zachęca do tego, by samemu chwycić za deskę do krojenia i rondel.
„Opowiadania...” podzielone są na kilka części, w których znajdziemy pomysły na dania odpowiednie na śniadanie, obiad, słodki deser, ale także rozdziały informacyjne – czym gotować i jak robić zakupy oraz co warto mieć w kuchni – przyznam szczerze, że te części mogłyby być dłuższe, bardziej szczegółowo omówione, po ich przeczytaniu miałam pewien niedosyt.
Najważniejsze są tutaj jednak przepisy, których różnorodność jest jedną z wielu zalet, są to bowiem pomysły na danie o każdej porze dnia, na każdą porę roku i sądzę, że zarówno miłośnik mięsa, wegetarianin czy osoba na diecie bezglutenowej znajdzie coś dla siebie. Wszystkie jednak są zdrowe, pełne smaku i, co najważniejsze, nie wydają się skomplikowane, wręcz przeciwnie, lista składników przy niektórych przepisach jest bardzo krótka, a wykonanie proste. Cieszy mnie to, że każdy wpis opatrzony jest krótka notatką od autorki, anegdotą, czy trickiem, by przedstawione danie w pewien sposób wykorzystać czy wzbogacić.
Między przepisami na pieczona ricottę z parmezanem, miodowy amarantus z jagodami goji czy brukselkę i tofu z makaronem sobą znajdziemy klasyczną, kremową pomidorówkę i domowy twaróg. Wszystko pięknie pokazane na zdjęciach, dokładnie opisane, przez co nawet taki laik kulinarny jak ja może sobie poradzić i wyczarować coś pysznego dla siebie czy bliskich. Jak przekonuje autorka - najważniejsze jest to, by gotowanie sprawiało nam radość, by cieszyć się tym procesem i włożyć do tego wykonania odrobinę serca.
Sztukater.pl Linda
Opowiadania drewnianego stołu. 125 przepisów, jak sprawić przyjemność sobie i bliskim
„Zapewne każdy, kto gotuje, marzy o wielkim stole. Starym drewnianym, solidnym stole, w którego bruzdach zapisała się historia posiłków biesiadujących przez pokolenia domowników. Ja swój wymarzony drewniany stół znalazłam na ulicy. Pewnie większość przeszłaby obok niego obojętnie, bo tak naprawdę mój stół nie do końca jest...stołem. To raczej stara, zużyta deska, nasiąknięta mglistą wilgocią miasta, pociemniała tu i ówdzie.”
Tak mogłaby się zaczynać jakaś niesamowita, poetycka opowieść o osobliwych losach rodziny z pokolenia na pokolenie zasiadającej przy drewnianym stole, by wspólnie dzielić się posiłkiem, sobą i tym wszystkim co spotkało ich w świecie istniejącym poza kręgiem rzeczonego drewnianego, solidnego stołu, który, gdyby mógł, sam opowiedziałby nie jedną historię. W rzeczywistości mamy do czynienia ze wstępem do książki zawierającej 125 przepisów na bardziej, bądź mniej wyszukane potrawy, faktycznie jednak trudno nie potraktować tego wydawnictwa jako czegoś więcej, niż klasyczną książkę kucharską. Już samo fizyczne obcowanie z nią daje ogromną przyjemność. Wizualną przede wszystkim. Autorka to nie tylko wytrawna kucharka , ale także świetny fotografik, potrafiący za pomocą aparatu i światła dopowiedzieć historię zawartą w przepisie. Te przepisy to nie tylko suchy opis czynności na jakie składać się powinno przygotowanie konkretnego dania. To cała opowieść, poprzez którą dzieli się Walecka z nami, swoją fascynacją jedzeniem. I to nie tylko jedzeniem jako takim, ale wszystkim tym, co się z nim wiąże, czyli poszukiwaniami inspiracji, przygotowywaniem, dzieleniem się nim z bliskimi. Autorka zaprasza czytelnika w swoistą kulinarną podróż, zdradza sporo cennych wiadomości, począwszy od informacji dotyczących niezbędnych sprzętów, poprzez wskazówki jak robić zakupy i co warto mieć w lodówce i szafkach. Potwierdza, że najlepszym źródłem są przysłowiowe bazarki, które znaleźć możemy praktycznie w każdym zakątku świata. „Gdy mieszkałam w Warszawie, byłam stałym gościem pod Halą Mirowską, w Pradze chodziłam na lolany bazarek odbywający się dwa razy w tygodniu, w San Francisco odwiedzam okoliczne farmers’ markets.”
Monika Walecka to klasyczny niespokojny duch, którego nosi w praktyce i w przenośni. Swoje doświadczenia kulinarne też określa mianem podróży, która trwa już dobrych kilka lat i której końca, na całe szczęście nie widać. Jednym ze świadectw tych podróży jest właśnie niniejsza książką, wcześniej był blog: gotulebolubi.pl, który wciąż funkcjonuje i stale dostarcza nowego materiału do kulinarnych inspiracji. Tę potrzebę inspiracji podkreśla autorka bardzo często. Praktycznie każdy przepis zawiera wskazówki, jak można go zmodyfikować, jak dostosować do swoich potrzeb, jak na jego bazie osiągnąć zupełnie inny efekt do tego, jaki wydawałoby się zawiera nazwa danej potrawy.
To ewidentnie pozycja kierowana do osób, które nie muszą być obdarzone szczególnym talentem kucharskim, ale które nie boją się eksperymentować. Ktoś, kto kojarzony jest z tym, że przypala nawet herbatę, może nagle skomponować kapitalną sałatkę z jarmużu, suszonych pomidorów, parmezanu i prażonego słonecznika. Oczywiście nie wszystkie przepisy są wyszukane, autorka często pokazuje, że prostota też potrafi być wykwintna, ot, chociażby w przepisie, na umieszczenie którego niechętnie zgodził się jej mąż (któremu zresztą dedykowana jest ta książka).
„Gotowanie ma być przyjemnością, procesem twórczym, w którym ryzyko wliczone jest w zabawę. Nie bój się eksperymentować i naucz się cieszyć z porażek, bo one uczą nas najwięcej. Z takim podejściem i przepisami na start gwarantuję, że rozkochasz się w gotowaniu równie mocno jak ja.”
Sztukater.pl Bnioff
Księga hygge. Jak zwolnić, kochać i żyć szczęśliwie
Nazwanie tej broszurki „księgą” jest wielkim nadużyciem. Myślałem, że może to oczko puszczone w stronę odbiorcy, ale chyba jednak nie, bo jest to pozycja napisana z nadmierną powagą. Autorka podeszła do tematu akademicko, bez finezji i oddechu, który byłby wskazany przy opisie tej bardzo popularnej w ostatnich miesiącach filozofii istnienia.
„Hygge” – to słowo zapewne kojarzone przez większość z nas, atakuje z wielu stron i jest wskazywane jako recepta na nasze obecnie rozpędzone do granic możliwości życie. W skrócie: zwolnij, odetchnij spokojnie, otocz się ciekawymi ludźmi, ciesz detalami. Nie trzeba tego rozwijać do formatu większego niż drobna publikacja, rozwlekanie i doktoryzowanie się nad tematem po prostu przytłacza czytelnika.
Już podczas lektury wstępu można zrozumieć, w czym tkwi sedno optymistycznego podejścia do życia Duńczyków (i chyba Skandynawów w ogóle); a jeśli nie zrozumieć, to przynajmniej poczuć, co jest dla nich ważne. Z racji chłodniejszego klimatu słowem-kluczem jest tam „ciepło”, ujmowane w wielu aspektach. Równie dobrze można użyć „spokój” czy „bliskość”, i już wiadomo o co chodzi. Oczywiście dla każdego przejawia się to w innych detalach czy rzeczach, więc nie ma co się silić na definicje. Tym bardziej męczy ciągłe podawanie przykładów „hygge to...” przez niemal 200 stron książki. Po pewnym czasie brzmi to niczym usypiająca mantra, nie wnosi nic nowego poza odczuciem strasznego deja vu.
Jeszcze gorzej sytuacja wygląda w przypadku cytatów. Są one upychane w zatrważającej ilości, praktycznie na każdej stronie. Mało tego, wydawca postanowił je wyróżnić powiększoną i pogrubioną czcionką, przez co wydają się ważniejsze od przemyśleń autorki. Są one fatalnie dobrane i przytłaczają, niczym pseudomądrości Paulo Coehlo. Znalazło się nawet miejsce na Fryderyka Nietzsche!!! Doprawdy, gdzie jak gdzie, ale w książce o hygge bym się tego nie spodziewał. Zapewne stwierdzono, że książkę trzeba na siłę wydłużyć, żeby nie skończyło się na 50 stronach tekstu, więc dodawano co się dało, brakowało mi jedynie wrzucenia kilku wierszy Wisławy Szymborskiej. Pomijając kwestię trafności i ilości tychże cytatów, należy zauważyć, że robią one niemałą krzywdę przemyśleniom pani ThomsenBrits. Odbiorca nie zdąży dobrze wejść w tok jej twierdzeń i zostaje wybity przez na siłę wrzucone przemyślenia kogoś innego, „znanego i mądrego”. Męczy to okropnie i nie pozwala się skupić na istocie książki. Złapałem się na tym, że zacząłem pomijać te „wrzutki” i wówczas czytanie przynosiło mi więcej przyjemności (no dobra, może to zbyt mocne słowo...).
Ogólne przesłanie i temat są jasne, tak samo jak zamysł na wizualne pogrubienie książki. Wykorzystano chyba wszystkie proste sztuczki – gruby papier wielkie marginesy, odstępy między wierszami, czcionka. Do tego duża ilość zdjęć (wiadome patenty – świeczki, kamyki, koce, drewno i tego typu wizualizacje) i jakoś udało się dobić do wspomnianych wcześniej 200 stron. Doceniam wizualne walory, gdyż całość wygląda naprawdę ślicznie i przykuwa oko, ale bardziej jako album, nie poważna publikacja (bo chyba tak trzeba traktować coś, co w tytule ma słowo „księga”?). Wiele osób docenia właśnie tę stronę książek o hygge, twierdząc, że tego typu pozycje mają służyć jako pomoc w złapaniu oddechu przy kubku ciepłej kawy, gdy pragniemy skryć się pod kocem. Paradoksalnie, dla tego celu chyba lepsze byłoby odwrócenie proporcji – skupienie się na obrazkach i zdjęciach. Gdyby przemyślenia stanowiły swoiste dopełnienie uczty dla oka (jako komentarze lub krótkie zdania), efekt na pewno byłby lepszy.
Całość czyta się błyskawicznie, książkę zamknąłem po ok. 2 godzinach. Nie był to czas do końca stracony, jednak podczas lektury (oraz po jej skończeniu) byłem daleki od poczucia styczności z sednemhygge...
Sztukater.pl Dyabeutor