Recenzje
Aced. Uwikłani. Seria Driven
Driven, Fueled, Crashed, Raced. Rylee i Colton żyją długo i szczęśliwie… Stop. Życie to nie bajka. Zawsze przynosi jakieś niespodzianki.
Minęło sześć lat. Pora na zmianę w odwiecznym cyklu życia. Kruche szczęście może roztrzaskać się na zawsze. Przez jedno wydarzenie.
Odkryj najbardziej mroczne zakątki duszy Rylee i Coltona. Wkrocz w świat, w którym będziesz śmiać się i płakać razem z nimi, w którym doświadczysz rozpaczy i odrzucenia, ale też poznasz siłę prawdziwej miłości. Takiej, która potrafi przetrwać wszystkie klęski i niepowodzenia. I wyjść z nich zwycięsko.
Aced. Uwikłani to kolejna książka K. Bromberg, która wgniata czytelnika w fotel. Naładowana przeróżnymi emocjami sprawia, że nie sposób się od niej oderwać, a lektura wydaje się zbyt krótka…
Ostatnio częściej miałam do czynienia z powieściami, które potrzebowały czadu na „rozkręcenie się”, jednak Aced. Uwikłani wciąga od pierwszych stron… Wciąga na tyle mocno, by nie móc się od niej oderwać, póki nie dotrzemy do „KONIEC”, a i to nie gwarantuje, że będzie to koniec… na długo zapadnie Wam ta historia w pamięci.
Ry i Coltona czytelnicy poznali i pokochali przy okazji lektury pierwszych trzech tomów serii. Jednak ten tom utwierdza, że ich odczucia względem nich były słuszne – nie sposób ich nie kochać i nie podziwiać. Prawdziwi, co do najmniejszego detalu, ludzcy. Bardzo rzeczywiści. Bliscy, bo mający problemy jak każdy. Jak każdy mierzą się z życiem… dzień po dniu.
Autorka w tomie porusza problem depresji poporodowej. Problemu, który odbiera kobiecie radość z macierzyństwa. Który wpycha ją w ciemność, sprawiając, że oddala się nie tylko od dziecka, ale i od siebie. Autorka w piękny sposób pokazuje, jak ważna jest wówczas pomoc rodziny i przyjaciół, wsparcie partnera i terapia, bez której nie da rady ruszyć do przodu.
To, co urzeka w równym stopniu to sposób, w jaki autorka pokazuje funkcjonowanie ich małżeństwa. Kochają się w dobrych momentach, ale to te złe decydują o tym, jakim małżeństwem są tak naprawdę. Kłócić się też trzeba umieć… ale przede wszystkim umiejętność niesienia pomocy drugiej połówce w chwili, w której spada ona w przepaść, świadczy o sile związku, o sile i mocy miłości.
Podsumowując: Jeśli jesteście gotowi na odkrycie zakończenia historii Rylee i Coltona, na ten rollercoaster emocjonalny. Chcecie jeszcze bliżej postać tę dwójkę i ich świat, a przy tym jesteście gotowi na ekstremalnie szybką lekturę, która rozpali serce i na długo w nim pozostanie… wówczas koniecznie sięgnijcie po Aced. Uwikłani. Zakochacie się w tej historii na nowo!
Papierowybluszcz.wordpress.com Michalina Foremska; 2017-04-11
Księga hygge. Jak zwolnić, kochać i żyć szczęśliwie
Przewodzą mu trzy motywy tematyczne: wewnętrzność, kontrast i nastrój. Są one od siebie w pełni zależne i wpierając się nawzajem, poszerzają swoje znaczenie. Hygge, bo o nim mowa, to duński sposób odczuwania szczęścia, z kolei Louisa Thomssen Brits (pół Angielka, pół Dunka) to ekspertka, która pokazuje, jak wpleść hygge do codziennego życia.
Książkę Brits wyróżniają przytoczone w niej sentencje oraz charakterystyka duńskiego społeczeństwa - żyjącego bardziej jak plemię niż naród. Wyróżnia ich samokontrola i traktowanie drugiej osoby na równi z samym sobą. Dlatego w tym ujęciu hygge to bardziej kwestia postawy wobec siebie i świata, niż motyw zapalania świec oraz lokowania się pod kocem. Hygge traktowane jest tu jako zjawisko społeczne i psychologiczne o konkretnych podłożach w społeczeństwie i zwyczajach postępowania.
Schronienie traktowane, jako obecność drugiego człowieka a nie dom, jako podstawowa potrzeba, a nie wystrój wnętrza. Jako umiejętność wyznaczani granic, cechy architektury, komfort płynący z tego, co znane. Odwołania do zmysłów, pielęgnacja niedoskonałości...
Aby nauczyć się biegle władać językiem hygge, zaczynamy od poznania koncepcji, która mówi, że wszyscy jesteśmy ze sobą powiązani i mamy pełne prawo do dobrego samopoczucia. Następnie staramy się o równowagę we wszystkich obszarach życia i sprawdzamy czy to na nas działa.
Księga hygge to dokumentacja zjawiska, które szturmem wdarło się pod polskie strzechy. Podoba mi się z uwagi na ujęcie genezy i nowe podejście do tematu.
Od-deski-do-deski.blogspot.com VARIA CZYTA; 2017-04-11
Koszmar Morfeusza
Miłość i namiętność nie zawsze idą ze sobą w parze. Ale kiedy tak się dzieje, powstaje wyjątkowo ognisty związek. Taki, który nie tylko rozpala wszystkie zmysły, ale grozi... poparzeniem. W takim starciu rozum nie ma szans. Nie pozostaje nic innego, jak otworzyć szeroko ramiona i oddać się... zatraceniu.
Cassandra nie prosiła się o związek z Adamem. Na dobrą sprawę miał to być tylko niezobowiązujący seks. Przygoda na jedną. Okazało się, że mężczyzna nie tylko zdominował jej ciało, ale też serce. I nie byłoby w tym nic złego, gdy nie to, że Adam ma wiele sekretów i tajemnic. A część z nich... zagraża jej życiu. Na dobrą sprawę powinna wyjechać, dociąć się, zerwać wszelkie kontakty. Zamiast tego coraz bardziej brnie w świat, który wcale nie chciałaby poznać. Coraz bardziej zbliża się do rzeczywistości Adama. Ale czy jest to warte swojej ceny?
Wiele razy czytałam erotyki reklamujące się hasłem „zakazana przyjemność”, zapewniające, jak niesamowicie są niegrzeczne czy jak wyuzdane sceny opisują. Z uwielbieniem wyłapywałam wszelkie hasła nawiązujące do sado-maso czy przemocy. To jest obecnie modne, wręcz nie wypada opisywać seksu bez kilku klapsów. I wiele razy czyniłam te same zarzuty. Gdzie ta brutalność? Gdzie ta bezwstydność? Albo nic nie można zrozumieć, albo gasną światła. Bo przecież kilka klapsów to żadna rozpusta, o co więc chodzi z całą tą otoczką? Jedno jest pewne. Wszystko, co czytałam do tej pory, to mały pikuś przy Koszmarze Morfeusza. Ta książka zdecydowane powinna być oznaczona jako 18+. Bezwstydna, brutalna, wyuzdana i erotyczna do granic możliwości. Autorka nie straszy nas groźnymi panami, ona pokazuje nam ich w pełnej krasie. To już nie tylko seks namiętny do granic możliwości, to również najdziksze fantazje i najbardziej okrutne wynaturzenia. Przywykliśmy już od opisów brutalnych morderstw w kryminałach, ale do agresywnego seksu... jeszcze nie. Dlatego od razu uprzedzam, otwieracie tę książkę na własne ryzyko :)
Jeśli jednak to zrobicie, to poza niepohamowaną namiętnością, czeka Was też sporo zwrotów wydarzeń. Początkowo akcja nie prowadzi nas w żadnym konkretnym kierunku. Jednak pod sam koniec raptownie przyspiesza, a jej zakończenie jest równie nieprzewidywalne, co zaskakujące. I nie mam bladego pojęcia, co wydarzy się w następnym tomie. Gdybym nie wiedziała, że jest w planach, nawet nie przypuszczałabym, że ta historia jeszcze się nie zakończyła. A tak? Wciąż zastanawiam się co będzie dalej.
Paradoksalnie w Koszmarze Morfeusza jest niewiele... Morfeusza. Tak jak i w poprzedniej części, tak i w tej zakończenie zwieńczone jest jego perspektywą. Uwielbiam narrację Adama i mam nadzieję, że kontynuacja będzie zawierać więcej jego partii. Te facet ma w sobie coś, co ułatwia wiele spraw. Podczas gdy Cassandra rozkłada wszystkie na czynniki pierwsze, on „mówi jak jest” i ma to swój niewątpliwy urok.
Muszę przyznać, że główna bohaterka czasami mnie irytowała. W pewnym momencie miarka się przebrała. Każdy normalny człowiek uciekłby z krzykiem. O ile w pierwszej części mogłam uwierzyć w toksyczną miłość, o tyle w drugiej miałam wrażenie, że gna ją do Adama już tylko zasada konwencji. Tam samo jak do seksu. Tak niesamowicie niewyżytej bohaterki ze świecą szukać. Cassandro! Uspokój się!
Wszystko to nieuchronnie prowadzi do dramatów. Tak, nie jednego, a kilku! Haner bez najmniejszych skrupułów szarpie emocjami czytelników. Raz łamie nam serce, innym razem bulwersuje, a potem nagle otula romantyzmem i czułością. Oj tak, ta powieść to zaprzeczenie nudy czy monotonii, a nawet harmonii. Wszystko, co dobre i złe jest w niej możliwe.
Koszmar Morfeusza nie jest książką dla każdego. Pomijając pełnoletność, o której już wspomniałam, wymaga od czytelnika stalowych nerwów i gotowości... na wszystko. Wyobraźnia Haner nie ma granic. Tak samo, jak koszmarny świat Morfeusza. Jeśli tylko masz odwagę... wejdź i przekonaj się... czy dasz radę z niego wyjść.
recenzjenawidelcu.pl Dominika Róg-Górecka
Pod samym niebem
Czasami sięgam po jakąś książkę i zastanawiam się, co właściwie skłoniło mnie do poznania tej historii. Tak właśnie miałam w tym przypadku. Zaczęłam czytać „Pod samym niebem” i zastanawiałam się, dlaczego sobie to robię i co sprawiło, że zapragnęłam przeczytać kontynuacje bohaterów poznanych w książce „Podniebny lot”
Bianca młoda dziewczyna pracująca jako stewardessa. W czasie jednego z lotów poznaje przystojnego i pewnie stąpającego po ziemi Jamesa. Już od pierwszych chwil napięcie seksualne wisi nad tą dwójką. Z każdym kolejnym spotkaniem, staje się pewne, że wszystko ich do siebie ciągnie. James jest dominującym mężczyzną, zarówno w życiu, jak i w sytuacjach łóżkowych. Do tego jest szalenie przystojny, okropnie bogaty i momentami zbyt pewny siebie. Czy charyzma dziewczyny i temperament Jamesa pozwolą na zbudowanie związku? Czy tych dwoje ma szansę na miłość?
„Pod samym niebem” to druga część serii „W przestworzach”. Z bohaterami mogliśmy się już poznać w pierwszej części „Podniebny lot” i to właśnie od tej książki należy zacząć swoją przygodę z Biancą i Jamesem. W czasie czytania pierwszej części już mogłam stwierdzić, że „Podniebny lot” to historia jakich wiele na rynku wydawniczym. Uznałam ją za przeciętniaka, może i mogłaby być dla mnie ciekawa, ale niestety na tle innych erotyków wypada blado, schematycznie i momentami nudno. Jednak pierwsza część, pomimo swoich wad, zakończeniem dała mi również nadzieję na lepszą kontynuację. Tak się jednak, niestety, nie stało. Kontynuacja wypadła jeszcze gorzej niż pierwszy tom.
W książce mamy narrację pierwszoosobowa, a głównych narratorem jest Bianca. Po części podobała mi się budowa tej bohaterki, ponieważ lubię postacie mocno naznaczone demonami przeszłości. Dziewczyna w swoim życiu przeżyła wiele zła i od dłuższego czasu jej ostoją jest przyjaciel, Stephan. W książce podobały mi się tylko właściwie dwie rzeczy związane z Biancą. Jej charyzma, postawa w kryzysowych sytuacjach i to, w jaki sposób usiłuje sobie radzić z bliznami na duszy zadanymi w przeszłości. Na pochwałę zasługuje również wątek przyjaźni między dziewczyną a Stephanem. Tych dwoje są niemal jak rodzeństwo niepołączone więzami krwi, potrafią się wspierać w najtrudniejszych sytuacjach, akceptują siebie takimi, jakimi są i nie starają się nic zmieniać w tym drugim. Lubię takie jasne i klarowne relacje i uważa, że za tę przyjaźń autorce należy się plus.
Jednak dwa plusy i to takie wyszukane na siłę nie stawiają książki w korzystnym świetle. Zazwyczaj unikam wszelkich porównań, nie skupiam się na szukaniu w książkach cech wspólnych, bo nie o to chodzi w czytaniu. Każda z lektur musi być przyjemnością i nie ma sensu szukać w nich na siłę podobieństw. Jednak tym razem nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że czytam książkę zbudowaną na innej powieści, mianowicie na Pięćdziesięciu twarzach Greya. Nawet nie o wątek BDMS chodzi, bo takowy w książkach akceptuje i nie tylko Grey jest o takim zabarwieniu. Tutaj relacja bohaterów była iście podobna. Niektóre dialogi były łudząco podobne do tych czytanych w Greyu. Nie ma tu mowy o plagiacie, co to to nie, ale mocna inspiracja jest widoczna. A nawet pokuszę się o stwierdzenie, że R.K Lilley przerosła E.L James w opisie scen erotycznych i ukazaniem związków opartych na seksie BDMS.
„Kochać się? Czy to, co robimy, nie nazywa się pieprzeniem?”
Tym płynnym ruchem przeszliśmy do scen erotycznych, które, choć były zbudowane dość dobrze, to jednak zabiły w książce jakąkolwiek fabułę. Autorka postanowiła nas seksem wręcz przytłoczyć. Uwielbiam czytać romanse, sięgam też często po erotyki, ale nikt jeszcze nigdy nie znudził mnie scenami zbliżeń. R.K Lilley opisuje seks z sensem, ale nie ma umiaru w umieszczaniu go w fabule. Uważam, że jeżeli ktoś przeczytałby dwa, trzy pierwsze rozdziały, a następnie dwa ostatnie to nie ominie go nic innego jak tylko seks. W relacji bohaterów nie zachodzą żadne emocje, nie mamy względu w ich, wydawałoby się, rodzącą się miłość. Brakowało mi więzi między mną, jako czytelnikiem, a postacią z kart powieści. Książka mnie przytłoczyła, choć czyta się ją naprawdę ekspresowo, to można przyznać, że jest nijaka. Może zbyt późno została wprowadzona na polski rynek wydawniczy. Może ja, jako osoba sięgająca często po tego typu literaturę, oczekuję już czegoś, co mnie naprawdę pochłonie, zaskoczy i uwolni moją wyobraźnię? Tutaj jednak tego nie dostałam. Mimo to, że książka nie do końca mi się spodobała, uważam, że może ona przypaść do gustu osobom lubiącym czytać erotyki, ale też takim, które tych erotyków przeczytało niewiele. Ja już wątpię, że trafię jeszcze na taką książkę erotyczną, która mnie zaskoczy i nie zanudzi.
Moim zdaniem „Pod samym niebem” to kontynuacja, która nie dorównała pierwszej części, to książka bardziej o seksie niż o miłości. Przynajmniej ja nie była w stanie wkręcić się w uczucie między bohaterami. Była przewidywalna, sztampowa i momentami wręcz nudna. Wątki z poprzedniego tomu nadal nie zostały zamknięte, nawet nie były one w żaden sposób przeanalizowane w tej części, nie zostały rozwinięte, a raczej tylko odrobinę poruszone. Nie dowiedziałam się nic, czego nie byłabym pewna po pierwszej części. Na zakończenie autorka usiłowała wzbudzić w czytelniku ciekawość i zachęcić do sięgnięcia po kontynuację. Ja już nie sięgnę, nie zostałam zaciekawiona tym zakończeniem i wiem, że to moja ostatnia przygoda z serią „W przestworzach”.
Sztukater.pl
Zranieni
Niedawno była premiera książki „Zranieni” H.M. Ward.
Miałam możliwość przeczytania przed premierą tej książki i jestem z niej zadowolona.
Powieść nie jest bardzo gruba i obszerna jednak naprawdę wciąga czytelnika w swój świat.
Sidney i Peter. Piękna dziewczyna i wyjątkowy mężczyzna. Oboje pełni temperamentu i wdzięku. Spotykają się przypadkowo, na randce w ciemno, która początkowo układa się jak zabawna komedia pomyłek z happy endem... który niestety nie następuje. Zamiast namiętnego finału Sidney otrzymuje kolejnego kopa w tyłek. Niestety, na tym rozczarowaniu sprawa się nie kończy. Już wkrótce okazuje się, że ten piękny facet, bosko zbudowany i silny, a przy tym inteligentny i wrażliwy, jest wykładowcą akademickim, a ona jego asystentką, a także — co gorsza — studentką.
Byłoby łatwiej, gdyby Sidney nie ścigały demony przeszłości, a także, gdyby Peter nie nosił w sobie bolesnych wspomnień o śmierci i rozstaniu. Oboje czują, że nie są sobie obojętni — łączy ich więź silniejsza od bólu i strachu. Miłość, którą przyjmują z niedowierzaniem, będzie jednak wymagać odwagi, woli i mocy. Najpierw trzeba stawić czoła przeszłości, aby móc rozpocząć budowę wspólnego szczęścia.
H.M. Ward porusza bardzo istotne rzeczy w tej książce. Takimi rzeczami są: znieczulica ludzi na wyrządzane komuś krzywdy, brak zrozumienia, strach oraz przemoc.
Podejrzewam, że wielu z nas miała w swoim życiu jakąś styczność z wyżej wymienionymi tematami.
„Przez większość czasu przeszłość prześladuje mnie niczym wielki, złowrogi cień bestii, kładący się na wszystkim, co robię.”
Autorka pokazuje nam jak znieczulica ze strony rodziny i przemoc zmieniły i zrujnowały życie Sydney.
Kiedy ją poznajemy jest kłębkiem nerwów i sprzecznych emocji. Jednak z biegiem czasu dostrzegamy w niej wiele pozytywnych cech oraz widzimy jaką wielką zmianę przeszła w ciągu ostatnich czterech lat. Co do postaci Sidney nie mam żadnych wielkich zastrzeżeń, ani nie widzę wielkich zalet. Jest ona typową dziewczyna która boryka się z problemami i strachem, że przeszłość do niej wróci.
Peter z kolei jest bardzo opanowany i skryty. Jednak ta jego skrytość mija i on sam zaczyna otwierać się na świat. To dzięki przypadkowemu spotkaniu się z Sydnay jego życie nabiera sensu. To przed nią zaczyna otwierać swoje serce i wylewać z niego ból który towarzyszył mu do tej pory.
Tak jak sam tytuł wskazuje „Zranieni” to powieść o dwojgu ludzi skrzywdzonych przez los. Dwojgu ludzi którzy w sobie widzą nadzieję i wiedzą, że nadchodzą lepsze dni.
Bez dwóch zdań książkę przeczyta się w jeden dzień. To jest zaledwie 208 stron wciągającej opowieści z życia wziętej przy której można się i popłakać i uśmiać.
Myślę, że ta książka zasługuje na uznanie wśród czytelników. Jednak największym minusem jest jej bardzo krótka treść i zakończenie w bardzo interesującym punkcie.
ksiazkowe-wyznania.blogspot.com Dominika Starzyk; 2017-04-15