ODBIERZ TWÓJ BONUS :: »

Recenzje

Włochy południowe i Rzym. Travelbook. Wydanie 2

Dzika Italia

Tytuł jest tylko nieco przesadny, bowiem kto trafił do Kalabrii, z trudem uwierzy, że to ciągle ten sam kraj, z jakim spotkał się w regionie Wenecji Euganejskiej, Lombardii czy Toskanii. Kalabria jest piękna, rzadko zaludniona i nie ma jeszcze znaczącej infrastruktury turystycznej. Rzadko można też rozmówić się tu po angielsku. Króluje dialekt kalabryjski, będący egzotyczną mieszanką włoskiego, greckiego, arabskiego, niemieckiego i francuskiego. Nikogo też nie zaskoczy usłyszany tu język grecki czy albański, ale akurat tu mniejszość albańska jest spora, więc łatwo zauważalna.
Międzynarodowa nowoczesność dopiero tu nadejdzie, dlatego warto już teraz poznać ten niezwykły, urokliwy region. Z atrakcjami dla niemal każdego. Jak zachwala autorka przewodnika, na terytorium Kalabrii można znaleźć trzy parki narodowe. Tym nie może pochwalić się żaden inny włoski region. To także region kontrastów. Znajdziemy tu tłoczne nadmorskie kurorty, ale w bezludnych i dzikich górach odważny piechur może natrafić na złowieszcze ruiny opuszczonych wiosek.
Najpiękniejszym miastem Kalabrii zgodnie pozostaje Tropea, popularny kurort z przepiękną starówką usytuowaną na wysokim klifie. Legenda głosi, że Tropea została założona przez Herkulesa. Dla wielu przyjeżdżających tu turystów Tropea pozostanie zapewne w pamięci jako miejsce, w którym jada się czerwone lody cebulowe. Ale niezapomniane pozostają również Santa Maria delTIsola, prastare benedyktyńskie sanktuarium, a także skała Scoglio San Leonardo, zamykająca z jednej strony słynną plażę Spiaggia Della Rotonda, leżąca u stóp wspomnianego klifu. Z Corso Vittorio Emanuele roztacza się niezwykły widok na turkusowe wody Morza Śródziemnego. Tropea ma wiele interesujących miejsc, które każdemu mogą na długo zapaść w pamięć, a tę wzmocnią zapachy lukrecji, fig i bergamotki, z których uprawy słynie Kalabria. Miejsce do odkrycia!
Tygodnik Angora AZIK Ł.; 2017-02-05

Dręczyciel

Czy oprawca może jednocześnie kochać i nienawidzić? A może ukrywa swoje uczucia, bo boi się pewnych konsekwencji? Ta książka pokazuje, jak łatwo można zniszczyć kogoś z zawiści i zazdrości, a jednocześnie, bać się siły wielkiej miłości.
Książka dedykowana jest przede wszystkim namiętnym i romantycznym kobietom. Motto, które otwiera powieść, głęboko nawiązuje do płomiennych uczuć.
Autorka powieści to Penelope Douglas. Z wykształcenia urzędniczka i nauczyciela. Mieszka w Las Vegas i nie cierpi administracji, pomimo ukończonych studiów. Widać, że napisanie powieści z serii Fall Away było strzałem w dziesiątkę. Według prestiżowego „New York Timesa”, należy do pisarek, najlepiej sprzedających się powieści.
Głównymi bohaterami są Tatum Brandt i Jared Trent, którzy znali się od dzieciństwa. Dawniej, łączyła ich przyjaźń na dobre i na złe. Wszystko, zmieniło się gdy oboje mieli 14 lat.
Tate wyjechała do Francji, a Jared borykał się z problemami dorosłości. Przed wyjazdem, zaczął dręczyć swoją przyjaciółkę, wyśmiewać i poniżać. Zastąpił go skwaszony i pełen nienawiści człowiek, który nie ma żadnych skrupułów. Ale dlaczego?
Francja zaś, odmieniła Tate, która stała się silna i zdecydowana. To co wydawało się przerażające, teraz stało się trywialne. Dziewczyna przyciąga uwagę chłopców, ma jasne włosy i ciemnoniebieskie oczy. A jak będzie wyglądało jej życie po powrocie? Przecież Jared, zna jej wszystkie sekrety, myśli i styl życia. Gdy oboje dorastają, dostrzegają pewne zmiany. On, stał się wysportowany i przystojny. Ona zaś rozważna i inna, od pustych dziewczyn.
Istnieją tylko pewne niedopowiedzenia, mroczna przeszłość i niezagojone rany. Jared dorastał bez ojca, z wiecznie nieobecną matką. Nie miał w życiu wzorców.
To idealna powieść, dla dojrzałego czytelnika, jak i ciekawego nastolatka. Wartka akcja, realistyczne dialogi i interesujący styl sprawiają, że książkę bardzo lekko się czyta. Bez cienia wątpliwości mogę stwierdzić, że to jedna z lepszych publikacji tego sezonu. Ja spędziłam z nią całą niedzielę i nie mogłam się oderwać. Czekam z wypiekami na twarzy, na kolejną część serii.
Gorąco polecam
http://redaktor21.bloog.pl/ Katarzyna Żarska

Kurza twarz! Przeklinanka kolorowanka antystresowa

To, że kolorowanie działa antystresowo jest oczywiste. Dzisiaj pokażę Wam kolorowankę, która działa w ten sposób, ale podwójnie. Czemu? Bo to „Przeklinanka”, a co lepiej spuszcza z nas nerwy jak nie soczyste przekleństwo?
 
„Ja, pierdziu”, „jasny gwint”, „motyla noga” i wiele, wiele innych przeklinanek jest motywem przewodnim kolorowanek w tej książce. Oczywiście jest też sporo ostrzejszych przekleństw, ale nie będę ich tu wymieniać. To książka idealna na chwilę, gdy ktoś cię wkurzy i po prostu trzeba się wyładować.
 
INSTRUKCJA OBSŁUGI

Ta książka jest prosta w użyciu. Kolorujesz klnąc pod nosem, głośno lub w myślach. Możesz nie kolorować. Możesz nie klnąć. Możesz to robić - lub nie - sam albo w towarzystwie. Strony z zadaniami nie są obowiązkowe. Strony w części filmowej mogą Cię wkurzyć, jeżeli nie wiesz, z jakiego filmu pochodzi czytany tekst. Wtedy krzycz, wtedy klnij. Możesz również nie krzyczeć. Chyba tak. Kolorować jednak powinieneś. Lub nie.
 
Jeśli chodzi o rysunki to zdecydowana większość w kreatywny sposób ilustruje te wszystkie powiedzonka. Trzeba naprawdę pomysłowo podejść do sprawy, żeby pokazać za pomocą rysunku „Na psa urok” lub „Ch…… bombki strzelił”, prawda?
 
Autorka, Joanna Czupryniak nie skończyła wyłącznie na zwykłych kolorowankach. Przygotowała również dla nas  nas kilka osobliwych "zadanek". I tutaj na przykład musimy wkleić fotografię kogoś, kogo uważamy za starą świnię lub uzupełnić dane osobowe, osoby, którą uważamy za zboczeńca. A wszystko to, po co, by sobie zwyczajnie ulżyć:)
 
Na końcu kolorowanki autorka przygotowała również dodatek dla kinomanów, gdzie mamy rysunku z  kultowymi tekstami typu: "nasi tu byli" lub "nie chce mi się z tobą gadać".
 
Uważam, że fajnym pomysłem było również różnorodne tło. W połowie kolorowanek jest ono klasyczne, czyli białe, pozostałe zostały nadrukowane na czarnym tle, co może ciekawie wyglądać po ukończeniu, "naszego dzieła".
 
Podsumowując, czekają na Was 104 strony zabawy z przeklinaniem. Strony, które na pewno Wad odstresują. Nic tylko malować i przeklinać. Cudo!
 
A jak Wam się podoba ta publikacja? Jesteście oburzeni czy może zachwyceni?
degustatorka.blogspot.com pożeramstrony; 2017-02-05

Making Faces

Kilka miesięcy temu miałam ogromną przyjemność poznać wydane na rynku polskim książki Amy Harmon: „Prawo Mojżesza” oraz „Pieśń Dawida”, które wywarły na mnie niesamowite wrażenie, a w trakcie lektury każdej z nich doświadczyłam przepięknych uczuć oraz niepowtarzalnych emocji, których chwilami nie potrafiłam nazwać, a tym bardziej ubrać w słowa. To powieści, które za pomocą ukazanych w nich historii, przekazują mnóstwo cennych wartości, wnoszą coś istotnego a zarazem cudownego do życia każdego z nas, niosą niejedno wartościowe przesłanie, a przede wszystkim zapadają w pamięć i sprawiają, że ma się ochotę jeszcze do nich wrócić i przeżyć jeszcze raz te wszystkie wspaniałe chwile (choć często smutne i poruszające). Gdy dowiedziałam się, że na początku 2017 w księgarniach pojawi się nowa książka autorki, to wiedziałam, że muszę po nią sięgnąć. Prawdę mówiąc, zdecydowałam się na jej zrecenzowanie w ciemno, nawet nie zapoznałam się z opisem. Byłam pewna, że się nie zawiodę.  I miałam rację. Zapraszam na moją opinię :)
 
  
Amy Harmon - mama, mówca motywacyjny, nauczycielka oraz autorka bestsellerowych powieści. Pochodzi z Levan, w stanie Utah. Zajmuje się dziećmi oraz pisze. Pisanie od zawsze sprawiało jej ogromną przyjemność i radość. Autorka napisała osiem powieści, które zostały opublikowane w siedmiu krajach. Zdobyły mnóstwo wyróżnień i nagród (Wall Street Journal Bestseller, New York Times Bestseller, Whitney Award, Swirl Award i inne). W wolnych chwilach Harmon śpiewa w chórze Saints Unified Voices. W Polsce dotychczas ukazały się: Prawo Mojżesza oraz Pieśń Dawida.

W jednym z małych miasteczek w Pensylwanii mieszka grupa przyjaciół. Jednak najbardziej lubianym i podziwianym jest chłopak o imieniu Ambrose - przystojny mistrz zapasów. Od kilku lat zakochana w nim jest Fern - miła, serdeczna i uprzejma, ale bardzo zakompleksiona dziewczyna (niska, ruda, w okularach), której tak naprawdę nikt nie zauważa. Poza jej kuzynem poruszającym się na wózku inwalidzkim i wymagającym opieki. Pewnego dnia świat obiega wiadomość o ataku na World Trade Center. Ambrose oraz jego kumple postanawiają zaciągnąć się do wojska, aby walczyć o sprawiedliwość i bronić kraju. Kiedy przebywają w Iraku dochodzi do dramatycznego wypadku, w wyniku którego ginie czterech młodych chłopaków. Brosey powraca ranny do rodzinnego miasteczka. Ukrywa się przed ludźmi, nie pokazuje twarzy, unika dziennych wędrówek po mieście. Tym zachowaniem wzbudza jednocześnie ciekawość i niezrozumienie, a wśród niektórych uznawany jest nawet za winnego tragedii. Chłopak tylko wieczorami i nocami opuszcza dom, wówczas pomaga ojcu w piekarni. Któregoś dnia przypadkiem spotyka Fern, której uczucie do niego nigdy nie wygasło. Dziewczyna pragnie mu pomóc i wpada na pewien pomysł...
 
„Making faces” pochłonęłam kilka dni temu i od tamtej pory próbowałam napisać o niej opinię i podzielić się wrażeniami po lekturze tejże powieści, ale niestety nie udawało mi się. Za każdym razem, gdy zasiadałam do laptopa i otwierałam dokument, wówczas okazywało się, że nie mogę złożyć jakiegokolwiek zdania. Ślepo patrzyłam przez kilka minut na migający kursor i tyle. A potem zamykałam plik i wracałam do domowych obowiązków. Dlaczego tak się działo? Otóż nie dlatego, że nie miałam weny czy nie wiedziałam, co miałabym napisać, bo akurat w przypadku książek Amy Harmon jest o czym mówić i pisać, to nie podlega dyskusji. Aczkolwiek obawiałam się, że nie będę potrafiła odzwierciedlić wszystkich targających mną uczuć, przelać na papier wszystkich kotłujących się w mojej głowie myśli. Pewnych rzeczy zwyczajnie nie da się przekazać za pomocą słów, choćbyśmy bardzo tego chcieli. Nie wszystkie emocje, uczucia można ubrać w słowa. Trzeba to po prostu przeżyć.

Do lektury „Making faces” podchodziłam dwukrotnie. Za pierwszym razem, krótko mówiąc, przebrnęłam przez czterdzieści stron, nie wiedząc, o czym czytam. Kompletnie nie mogłam się skupić, a nawet zaangażować, bowiem doświadczyłam kaca książkowego po innej powieści - całkowicie odmiennej gatunkowo, która we mnie wsiąknęła, zawładnęła moim umysłem. Z tego też powodu przerwałam czytanie książki Amy Harmon i wróciłam do niej po paru dniach, zaczynając oczywiście od początku. I wtedy przepadłam. Nie mogłam i nie chciałam się oderwać. Chłonęłam każde słowo, zdanie, kartkę. Odnosiłam wrażenie, jakby opisana historia była rzeczywistością, jakby to działo się naprawdę. Wielokrotnie czułam, jakbym uczestniczyła w życiu bohaterów. Wraz z nimi się śmiałam, płakałam, przeżywałam zaistniałe sytuacje. W połowie książki moje oczy zaszły łzami, które następnie odnalazły ujście i spływały strumieniami po policzkach przez ostatnie sto stron. Nie potrafiłam nad nimi zapanować ani się uspokoić. Moje serce rozpadło się na milion cząsteczek, po czym powoli zaczęło się sklejać, aby wreszcie stworzyć dopasowaną całość. Powieść skończyłam czytać w nocy i po przewróceniu ostatniej strony, a potem zamknięciu książki, jeszcze przez kilkanaście minut nie mogłam się ruszyć, wykonać żadnego kroku czy gestu. Popadłam w zadumę. I długo nie mogłam zasnąć. Wtedy przypomniałam sobie chwilę sprzed kilku miesięcy, kiedy to poznałam historię Mojżesza ("Prawo Mojżesza") - dokładnie tak samo zareagowałam po lekturze tej publikacji autorki.

Niewątpliwie Amy Harmon posiada dar tworzenia ujmujących opowieści w pięknym stylu. Chwytają one bowiem za serce, skłaniają do refleksji, pozwalają otworzyć oczy na pewne kwestie, spojrzeć z ciekawością i wrażliwością na wiele ważnych spraw, zrozumieć uczucia ludzi doświadczonych przez życie, widzieć ich oczami otaczający ich świat, odczuwać i przeżywać wraz z nimi wszystkie momenty, które zaistniały w ich niełatwym życiu. To wielki talent i umiejętność przekazywania niesamowitych emocji za pomocą prostych słów i wyrażeń. W tejże powieści pisarka nawiązuje do tragicznych wydarzeń z jedenastego września 2001 roku, kiedy to miał miejsce atak terrorystyczny na World Trade Center. Pokazała reakcje ludzi na tę wiadomość, ich zachowania wobec tego, co wówczas się stało, ich uczucia, ból, rozpacz, strach, a także chęć walki o sprawiedliwość i bezpieczeństwo kraju, a poniekąd też pragnienie zemsty i służenie w obronie ojczyzny. Porusza też istotne problemy ludzi młodych, będących świadkami drastycznych zdarzeń, które zdecydowanie odcisnęły na nich piętno i którzy podjęli decyzję o zaciągnięciu się do wojska, tym samym wyjeździe do Iraku na wojnę, z której tylko jeden z grupy przyjaciół powrócił żywy, ale okaleczony (nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim emocjonalnie). Ponadto traktuje też o życiu nastoletniego człowieka, zmagającego się z dystrofią mięśniową Duchenne'a, mającego świadomość, że jego dni są policzone, zdającego sobie sprawę z tego, że nie uniknie śmierci, mimo, iż bardzo pragnie żyć i walczy o każdy kolejny dzień. Mimo, iż sam wymagał opieki i wsparcia, pomagał innym na tyle, na ile potrafił i na ile wystarczało mu sił. Jego podejście do świata wzbudza szacunek i podziw. Jego postawa i radość z każdej przeżytej chwili uświadamia, że należy docenić własne życie i czerpać przyjemność z każdego dnia, nie myśleć o przyszłości, na którą nie mamy wpływu, nie analizować, tylko żyć dniem dzisiejszym i w pełni korzystać z każdej danej nam chwili. 

Szczerze przyznaję, że od początku obdarzyłam sympatią wszystkich bohaterów „Making faces” (może poza jednym wyjątkiem o imieniu Becker, który wzbudzał same negatywne uczucia). Polubiłam Fern - córkę pastora, dziewczynę zakompleksioną, nieśmiałą, opiekuńczą, niepewną siebie, zamkniętą w sobie, nieszczęśliwie zakochaną, wielbicielkę romansów, które też sama pisała, ale ukrywała je głęboko w szufladzie, poświęcającą każdą wolną chwilę choremu kuzynowi i będącą wspaniałą przyjaciółką. Również uwielbiałam Ambrose - uznawany za szkolną gwiazdę, czterokrotny mistrz w zapasach, wychowywany przez ojczyma, przystojny, cieszący się powodzeniem wśród dziewczyn, aczkolwiek małomówny, skryty, wrażliwy (choć tego nie okazywał), zdeterminowany, ambitny i oddany pasji. Podjął decyzję o wyjeździe do Iraku po tym, kiedy świat obiegła informacja o zamachu na WTC (w jednej z wież siedzibę miała firma, w której pracowała jego mama). Namówił swoich najlepszych przyjaciół, aby również zaciągnęli się do wojska, co uczynili. Niestety zginęli podczas powrotu do bazy, a zraniony Ambrose wrócił do rodzinnego miasta z poczuciem winy, lękiem przed odrzuceniem i brakiem akceptacji. Jednak najpiękniejsze uczucia wywołała we mnie postać Bailey'a - młodego mężczyzny poruszającego się na wózku inwalidzkim w wyniku ciężkiej i śmiertelnej choroby, cudownego człowieka wykazującego ogromną chęć życia, nastolatka pełnego empatii, miłości, niesienia pomocy innym, pasjonującego się historią, oddanego przyjaciela. Każda z tych (i wielu innych) osób została dokładnie wykreowana przez autorkę, ze wszelkimi wadami i zaletami, bez zbędnego idealizowania. Każdy z bohaterów zmagał się z problemami, walczył z kompleksami, wstydem i brakiem pewności siebie, ale też pragnął być kochanym i akceptowanym przez otaczające go środowisko. Wszyscy w pewnym sensie zostali doświadczeni przez życie i wielokrotnie musieli radzić sobie z przeciwnościami losu i przeszkodami napotykanymi na ich drodze.

Making faces to opowieść o przepięknej przyjaźni, prawdziwej miłości, niesprawiedliwej śmierci, utracie bliskich osób, spełnianiu marzeń, akceptowaniu siebie, odwadze, walce z chorobą, nadziei, a także o przemocy fizycznej. To pięknie napisana, urzekająca, nadzwyczajna, poruszająca i wzruszająca historia przyjaciół. To też niezwykle mądra, wartościowa, emocjonalna, pouczająca, uświadamiająca, zmuszająca do rozważań, życiowa powieść, która na długo zapada w pamięć, a przede wszystkim osadza się głęboko w sercu. To pozycja, która na pewno będzie widniała na mojej liście najlepszych książek przeczytanych przeze mnie w dotychczasowym życiu (zresztą jak wszystkie Amy Harmon). Gorąco polecam. Warto poznać tę porywającą historię i spróbować inaczej spojrzeć na życie, a może nawet coś w nim zmienić.
Wielbicielka-ksiazek.blogspot.com KASIA T-J/WIELBICIELKA; 2017-02-05

Making Faces

Twórczość Amy Harmon jeszcze do niedawna była dla mnie wielką niewiadomą. W zeszłym roku, w Polsce, ukazały się dwie bestsellerowe powieści autorki („Prawo Mojżesza” i „Pieśń Dawida”), które wywołały ogromne zamieszanie w blogosferze, a dodatkowo otrzymały bardzo wysokie oceny od czytelników. Pomimo wielu zachęt nie przeczytałam żadnej z wymienionych przeze mnie książek. Jednak, kiedy moich uszu doszła wiadomość, że wydawnictwo zamierza wydać już trzecią powieść Amy Harmon, postanowiłam dłużej nie zwlekać i w końcu po nią sięgnąć. I tak w moje ręce trafiła książka „Making faces”, która swoją premierę miała w styczniu.
 
Amy Harmon w swojej najnowszej powieści porusza tematy bardzo bliskie każdemu z nas. Przyjaźń, odrzucenie, miłość, strach, odwaga, śmierć to tylko kilka przykładów tego do czego książka nawiązuje. Tak naprawdę „Making faces” to opowieść o każdym z nas, o ludziach dalekich od ideału. Autorka nie idealizuje swoich bohaterów, nie przedstawia ich w jak najlepszym świetle, a wręcz przeciwnie, ukazuje ich wady, ograniczenia, problemy, z którymi muszą sobie radzić każdego dnia. Dzięki temu przekaz książki jest mocniejszy, a losy bohaterów i sami bohaterowie stają się nieco bardziej realistyczni. 

"Gdy się komuś długo przyglądasz, przestajesz widzieć doskonały nos albo proste zęby. Przestajesz widzieć bliznę po trądziku i dołek na brodzie. Te cechy zaczynają się zamazywać, a ty nagle widzisz kolory i to, co kryje się w środku, a piękno nabiera zupełnie nowego znaczenia."
 
Autorka przybliża nam losy trójki bohaterów – Fern, Baileya i Ambrose’a. Trzy zupełnie różne osoby, trzy odmienne historie, a tym co ich łączy jest… przyjaźń i jedno tragiczne wydarzenie. Zastosowana w powieści narracja trzecioosobowa oraz liczne retrospekcjeumożliwiają dokładne poznanie każdego z nich jak również rzucają nowe światło na wiele dotąd niejasnych wydarzeń.
 
Fern to typowa „szara myszka”, cicha, niewyróżniająca się z tłumu, ale za to posiadająca w sobie wielkie pokłady dobroci i empatii. Fern to marzycielka i romantyczka szaleńczo zakochana w kapitanie drużyny zapaśniczej, który jak możecie się spodziewać nie zwraca na nią najmniejszej uwagi. Na co dzień pomaga i dotrzymuje towarzystwa swojemu niepełnosprawnemu kuzynowi Baileyowi, z którym oprócz więzów krwi, łączy ją wielka przyjaźń. To właśnie relacja pomiędzy Baileyem a Fern podbiła moje serce i wiele razy podczas czytania doprowadzała mnie do łez wzruszenia. Autorka w piękny sposób przedstawiła postać samego Baileya, który pomimo swojej choroby pozostawał najbardziej pogodną i radosną postacią w książce. Był jak promyk słońca, nigdy nie narzekał, nigdy nikomu nie zazdrościł, zawsze chętnie pomagał. Miał czasami gorsze dni, każdy z nas je miewa, jednak często to właśnie on podnosił wszystkich wokół na duchu. Jego postać była spoiwem, które połączyło dwóch pozostałych bohaterów ze sobą. Ambrose to najprzystojniejszy chłopak w szkole oraz utalentowany sportowiec, inteligentny i błyskotliwy, jednym słowem - ideał. Będąc twardym na zewnątrz ukrywa głęboko bardziej wrażliwą stronę swojej osobowości.Czując presję otoczenia dotyczącą jego dalszej kariery sportowej podejmuje decyzję, która już na zawsze zmieni jego życie…
 
"- Dlaczego straszne rzeczy przytrafiają się tak dobrym ludziom? (..)- Bo straszne rzeczy przytrafiają się wszystkim. Tylko tak bardzo jesteśmy skupieni na sobie, że nie widzimy gówna, z którym się zmagają wszyscy inni."
 
Brzmi trochę banalnie? Jednak uwierzcie mi w tej historii nie ma nic banalnego czy schematycznego. „Making faces” nie jest typową historią o miłości, a nawet więcej, myślę, że nazywanie tej książki romansem byłoby nieporozumieniem i trochę odbierałoby głębie jej przekazu. Tak naprawdę miłość, taka typowa miłość pomiędzy kochankami, nie gra tutaj pierwszych skrzypiec. Oczywiście możemy obserwować rodzące się uczucie pomiędzy Fern a Ambrosem, które jest subtelne, młodzieńcze i urzekające, jednak nie stanowi ono tutaj głównego motywu. „Making faces” to historia o tym, że życie jest nam dane tylko raz i musimy je wycisnąć jak cytrynę, do końca, by nie żałować ani chwili. Amy Harmon zwraca uwagę na to jak wiele osób nie docenia tego co posiada w swoim życiu. Pewne rzeczy bierzemy za pewnik, za coś co raz na zawsze jest nam dane. Dlatego narzekamy, kręcimy nosem a nawet zazdrościmy innym czegoś nie doceniając tego co sami już mamy i za co powinniśmy dziękować. W dzisiejszych czasach takie sprawy jak zdrowie, rodzina, miłość przestają mieć już jakiekolwiek znaczenie. Ludzie bardziej przywiązują się do spraw materialnych i to właśnie te rzeczy cenią bardziej.
 
Autorka ukazuje nam brutalną prawdę jaką niesie ze sobą…życie oraz to jak bardzo jest ono ulotne i kruche. Zwraca również uwagę na istotny banał, o którym wszyscy zapominamy – nie liczy się uroda a wnętrze. Nie liczy się to jak bardzo atrakcyjna/ atrakcyjny jesteś, bo uroda przemija, a to jakim jesteś człowiekiem i co sobą reprezentujesz pozostanie na zawsze. Jeżeli mam być szczera, to „Making faces” jest książką, która pomimo wielu łamiących serce momentów, leczy zranione dusze i podnosi czytelnika na duchu. Nie będę oryginalna jeżeli określę książkę Amy Harmon jednym słowem – piękna, ale taka właśnie ona jest, piękna, pouczająca, prawdziwa. Od bardzo dawna czekałam na historię, która mnie porwie bez reszty, a losy bohaterów będę przeżywać jak swoje własne.
 
 
Podsumowując, „Making faces” to książka, którą MUSICIE przeczytać! Obiecuje Wam, że ta historia zapisze się głęboko w waszej pamięci i w sercu. Polecam!
 
"Jeżeli Bóg wymyślił nam twarze, to czy się śmiał, gdy stworzył mnie?
Czy stworzył nogi, które nie chodzą, i oczy, które widzą źle?
Czy kręci loki na mojej głowie, tworząc z nich dziką burzę?
Czy zatyka uszy głuchemu, robiąc to wbrew ludzkiej naturze?
Czy mój wygląd to przypadek, czy okrutne zrządzenie losu?
Czy mogę obwiniać Go za to, czego u siebie nie znoszę?
Za wady, które mnie prześladują w najgorszych snach,
Za brzydotę, której nie znoszę, za nienawiść i za strach?
Czy czerpie z tego jakąś przyjemność, że wyglądam aż tak źle?
Jeżeli Bóg wymyślił nam twarze, to czy się śmiał, gdy stworzył mnie?"
 
Moja ocena: 6/6
zaczytanabloguje.blogspot.com Karolina Rybkowska
Płatności obsługuje:
Ikona płatności Alior Bank Ikona płatności Apple Pay Ikona płatności Bank PEKAO S.A. Ikona płatności Bank Pocztowy Ikona płatności Banki Spółdzielcze Ikona płatności BLIK Ikona płatności Crédit Agricole e-przelew Ikona płatności dawny BNP Paribas Bank Ikona płatności Google Pay Ikona płatności ING Bank Śląski Ikona płatności Inteligo Ikona płatności iPKO Ikona płatności mBank Ikona płatności Millennium Ikona płatności Nest Bank Ikona płatności Paypal Ikona płatności PayPo | PayU Płacę później Ikona płatności PayU Płacę później Ikona płatności Plus Bank Ikona płatności Płacę z Citi Handlowy Ikona płatności Płacę z Getin Bank Ikona płatności Płać z BOŚ Ikona płatności Płatność online kartą płatniczą Ikona płatności Santander Ikona płatności Visa Mobile
Bezpieczne płatności szyfrowane SSL