ODBIERZ TWÓJ BONUS :: »

Recenzje

Tajemnica wyspy Flatey

Każdy, kto zna mnie nieco bliżej dobrze wie jak bardzo marzy mi się zwiedzenie Skandynawii i Wysp Brytyjskich. Już od jakiegoś czasu coraz częściej sięgam myślą, gdzie bym najpierw pojechał i co zwiedził, jeśli tylko czas i fundusze by na to pozwoliły. Niestety, na tą chwilę przyjdzie mi jeszcze trochę poczekać, ale nie mam najmniejszych wątpliwości, że do tego rzeczywiście dojdzie, bo te marzenie na pewno zrealizuję i zagoszczę w tych północnych rejonach. Do tego czasu pozostaje mi na razie przebywać w tamtych miejscach tylko za sprawą książek, na które zawsze można liczyć. I nawet w ciągu jednego miesiąca można odbyć kilka takich darmowych podróży w różne zakątki północy. Niedawno dzięki Remigiuszowi Mrozowi byłem na Vestmannie na Wyspach Owczych, natomiast w zeszłym tygodniu wylądowałem na Flatey w Islandii, dzięki nieznanemu mi dotąd autorowi. Flatey to wyspa leżąca w zatoce Breiðafjord, daleko w północno-zachodniej części Islandii, gdzie mimo XXI wieku dalej znajdują się utrzymane w kolorowych barwach i w starym stylu domy, sklepy i budynki charakteryzujące okres 1900 roku. Kiedyś była to wyspa ważna pod względem połowów i uznana za centrum życia gospodarczego obszaru Breiðafjord. Teraz jednak niewiele się tam dzieje, połowów jest znacznie mniej i więcej odwiedza ją turystów niż kupców. W lecie kursuje prom od Stykkishólmur do Brjánslækur, gdzie pomiędzy nimi znajduje się wyspa, na którą można się dostać i pozwiedzać. Flatey ma dwa kilometry długości i około jednego kilometra szerokości, a gęstość ludności jest niewielka, bo licząca raptem kilkudziesięciu mieszkańców. Krajobraz jednak jest bajkowy i filmowy, dlatego kręcono na niej kilka filmów i chętnie pojawiają się tam turyści. Umieszczenie akcji książki kryminalnej na tej wyspie wydawałoby się zabiegiem nieco ryzykownym, bo przecież na tak niewielkiej powierzchni i wśród małej liczby ludności, gdzie każdy każdego zna i istnieje niewiele atrakcji, przestępca zostanie szybko wychwycony. Jednak autor mimo to zdecydował się na taki krok i umieścił zagadkę kryminalną właśnie w tym miejscu, w swojej książce "Tajemnica wyspy Flatey". Pewnego dnia w 1960 roku, na morskim wybrzeżu Flatey zostają znalezione zwłoki. Wieść szybko się roznosi i jest szokująca dla mieszkańców, którzy zamieszkują niewielką osadę na swojej małej wyspie, żyjąc od dawna w ciszy i spokoju, z dala o zgiełku cywilizacji i zgodnie z rytmem natury. Zaraz po odnalezieniu zwłok pojawia się przedstawiciel prefekta, który ma za zadanie zbadać ten przypadek i wyjaśnić przyczynę śmierci ofiary. Kjartan w niedługim czasie odkrywa, że zmarły to Gaston Lund, profesor z Kopenhagi, który dużo czasu spędził na zgłębianiu słynnego islandzkiego manuskryptu Flateyjarbok i przez to też przywędrował na Flatey. Średniowieczna księga to zbiór sag i eposów o starożytnych Wikingach skrywający pewną tajemnicę, po rozwiązaniu której czeka na szczęśliwca nagroda. Zagadka nie jest jednak łatwa do rozwiązania i nikomu do tej pory nie udało się jej rozwiązać. Jednak profesor był bardzo bliski sukcesu zanim umarł. Czy tajemnicza księga i jej zagadka mają jakiś związek z jego śmiercią? Czy profesor zginął z rąk któregoś z mieszkańców Flatey, który chciał zdobyć nagrodę? Czy pojawi się więcej ofiar? Kjartan ma za zadanie uzyskać odpowiedzi na te pytania, a podczas rozwiązywania tej sprawy dojdzie też do skrywanych tajemnic z przeszłości mieszkańców wyspy i otrze się o świat starożytnych władców Wikingów, którzy wywarli duży wpływ na przyszłość Flatey. Viktor Arnan Ingólfsson to islandzki autor, którego książka po raz pierwszy zagościła na naszym rynku. Uznany za jednego z najbardziej poczytnych islandzkich pisarzy ukończył studia z zakresu komunikacji wydawniczej i grafiki komputerowej. Jest też inżynierem budownictwa lądowego i wodnego, i wraz z rodziną mieszka w Reykjaviku. Jego książka o Flatey to kryminał, który utrzymany jest w ramach klasyki. Akcja na niewielkim obszarze, wśród określonej grupy społecznej w specyficznym małomiasteczkowym klimacie, tutaj jeszcze dodatkowo skandynawskim. Wiadomo, gdzie szukać i wśród jakiej grupy osób, tylko trzeba wszcząć śledztwo i krok po kroku dojść do schwytania sprawcy. Nie jest to jednak porywający tempem kryminał. Akcja jest bardzo powolna, bez szybkich, nieoczekiwanych zwrotów, pozbawiona mocniejszego napięcia i brutalnych scen. Społeczność wyspy żyje w latach 60. XX wieku i prowadzi nieciekawy, monotonny tryb życia. Niewiele się dzieje i na wyspie po prostu wieje nudą. Książka przez to nie zaskakuje za bardzo i wydawać by się mogło, że przez to jest nużąca i nieciekawa. I pewnie taka by była, gdyby dołożyć jej więcej stron i gdyby zagadka kryminalna nie była oparta o starożytne legendy i podania o wikingach, co wzbudziło we mnie zainteresowanie od pierwszych stron, bo o tym wojowniczym ludzie z północy zawsze bardzo chętnie czytam. Każdy rozdział dotyczy kryminalnej intrygi skupionej wokół ofiary profesora i każdorazowo zwieńczony jest podaniem informacji o wikińskiej księdze Flateyjarbok. To powoduje, że główny bohater ma do rozwiązania równolegle dwie zagadki, ale jak się z czasem okazuje to ta o manuskrypcie jest wiodąca, bo spowodowała całe zamieszanie i wywołała śmierć. Wraz z kolejnymi rozdziałami poznajemy odpowiedzi dotyczące zagadki Aenigma Flateyensis i zbliżamy się do rozwiązania tajemnicy manuskryptu i morderstwa. Taki kryminał z dodatkowym wątkiem dotyczącym zagadki z zamierzchłych czasów trochę kojarzy mi się z sensacyjnymi książkami Dana Browna, tylko że nie ma tu takiego szybkiego tempa i oczywiście treść jest zdecydowanie mniej obszerna. To, co jednak raziło mnie w powieści Islandczyka to bardzo słabo zarysowane sylwetki postaci. Faktem jest, że w powieściach sensacyjnych i kryminałach mniej zależy mi na na dobrych kreacjach bohaterów, a bardziej na klimacie, intrydze i napięciu, ale jakiś nieco wyraźniejszy obraz postaci powinien być, chociażby ten dotyczący głównego bohatera. Tymczasem tutaj mamy same karykatury pozbawione głębi, bez żadnych portretów psychologicznych. Wydawać by się mogło, że jedyne co różni mieszkańców to wiek, płeć i zajęcie, jakie wykonują. Wygląda to jakbyśmy mieli zwykłe worki mięsa pozbawione uczuć i myśli, zupełnie jak ten trup, od którego zaczęła się zagadka kryminalna. Niestety jest to bardzo znaczący minus i liczę, że autor w kolejnych swoich książkach podszlifował bardziej ten element. Na szczęście jednak książka jest na tyle króciutka i szybko się ją czyta, że nie pozostaje nam za wiele czasu, aby o tym niedociągnięciu dłużej myśleć, bo skupiamy się bardziej na nordyckiej księdze i kolejnych elementach zagadki, które zostają powoli odkrywane. "Tajemnica wyspy Flatey" to nie jest spektakularna powieść kryminalna dla osób, które szukają zawrotnego tempa, brutalnych scen, przelewu krwi i nieoczekiwanych zwrotów akcji. Książka przypadnie do gustu raczej czytelnikom, którzy poszukują kryminału bardziej wyważonego i realistycznego, niespiesznego, spokojnego, z ciekawym tłem historycznym dotyczącym świata wikińskich legend i mitów, małomiasteczkowym klimatem i tą surową skandynawską atmosferą, która jest tak specyficzna i pociągająca.
BiblioNETka.pl Ciachoo; 2017-07-17

Tajemnica wyspy Flatey

Współczesne powieści z dreszczykiem przyzwyczaiły nas do szaleńczego tempa, nagłych zwrotów akcji, manipulowania czytelnikiem. A co jeśli chcemy rozkoszować się klasycznym kryminałem, w którym zamiast szybkiego rytmu autor położył nacisk na oryginalną i fascynującą zagadkę? Wtedy polecam sięgnąć po „Tajemnicę wyspy Flatey”. Czerwiec 1960r. Wyspa Flatey, jedyna zamieszkała pośród tysięcy innych w zatoce Breiðafjörður. Żyje tu kilka chłopskich rodzin. Mieszkańcy pracą własnych rąk muszą dbać o zabezpieczenie swoich podstawowych potrzeb. Łowią foki, oprawiają ich skóry, żywią się maskonurami itp. W prymitywnych warunkach odnajdują jednak spokój, a rytm ich pracy (zgodny z cyklem natury) zapewnia im poczucie bezpieczeństwa. Ten komfortowy stan burzy odnalezienie zwłok na pobliskiej wysepce. Kim jest nieboszczyk i w jaki sposób znalazł się na bezludnej Ketilsey? Od jak dawna musiało leżeć ciało, skoro identyfikacja jest niemożliwa? I dlaczego wszyscy twierdzą, że nie znają tożsamości denata, skoro rozpoznali jego rzeczy osobiste? Pytania się mnożną, a odpowiedzi są o wiele bardziej skomplikowane niż się może wydawać. Na wyspie znajdują się kościół i cmentarz, poczta i telefon, szkoła, dom lekarki, kooperatywa kupiecka i najstarsza w kraju biblioteka. Tam przechowywany jest największy skarb Islandczyków – najsłynniejsza księga w historii północy, Flateyjarbók, zbiór skandynawskich poematów i sag. Manuskrypt zawiera pewną zagadkę, Aenigma Flateysensis, której jak dotąd nikt nie rozszyfrował, choć wielu próbowało. Jeśli poszukujący nie zastosuje się do wskazówek sprowadzi na siebie klątwę. Szybko okazuje się, że znalezione zwłoki należały do duńskiego profesora, specjalisty od Flateyjarbók, przekonanego, że rozwiązał ukrytą w księdze zagadkę. Czy dlatego zginął? A może mieszkańcy wiedzą o wiele więcej niż mówią? Zainteresowany sprawą dziennikarz przybywa na wyspę, by wszcząć własne śledztwo. Jego odwiedziny wprawiają bohaterów w duże poruszenie, bo oto kilku z nich – rozpoznanych przez Bryngeira – przestaje być anonimowymi Flatejczykami. I okazuje się, że jednak ich sekrety wcale nie są bezpieczne. Nie wszystkim podoba się, że obcy węszy wśród miejscowych – czy dlatego spotkała go kara, a może poważył się zakpić z surowych zasad Księgi? Viktor Arnar Ingólfsson po mistrzowsku zbudował atmosferę „Tajemnicy…”. W tej niespiesznej narracji umieścił szereg znaczących detali, które pojedynczo są niezwykle ciekawe, a jako całość tworzą wyjątkowy nastrój powieści. Właściwie to wszystkie elementy są dopracowane do perfekcji, dlatego tę książkę czyta się tak dobrze. Wnikamy w świat hermetycznej społeczności, poznajemy jej nieco dziwacznych i skrytych członków. Jesteśmy intruzami, ale z pewnymi przywilejami – widzimy więcej niż mógł zobaczyć pomocnik prefekta, ale dużo jeszcze zostaje do odkrycia. Sekret wyspy, małe tajemnice niektórych mieszkańców oraz zagadka flatejska nie pozwalają odkryć się przed czasem. Autor zadbał, by ciekawość i satysfakcja czytelnika zostały zaspokajane stopniowo. Trudno mówić o głębokiej psychologii postaci Ingólfssona, bo konstrukcja bohaterów i zamysł powieści na to nie pozwalają. W tym właśnie tkwi sekret Flatejczyków – to bardzo zamknięta społeczność. Oni się nie otwierają przed sobą, nie zwierzają, uciekają od emocji. Życie w tak surowych warunkach, z dala od cywilizacji, w tych czasach w pełni to usprawiedliwia. Wyspiarze nie rozmawiają o swoich uczuciach, oni je okazują czynami – opiekując się niedołężnymi rodzicami, zabraniem dziecka na połów, zdobyciem dodatkowego pożywienia itd. Nawet otoczona estymą Księga jest dla nich ważna nie dlatego, że jest pięknie wykonana i kunsztownie napisana, ale z racji zawartych historii ich przodków. Warto zwrócić uwagę na warstwę językową – nastrojową narrację, zindywidualizowany styl wypowiedzi każdej postaci. Doskonałą pracę wykonał tłumacz, Jacek Godek. Słowa uznania za wyczucie i talent, bo wcale nie łatwo zachować ducha powieści w przekładzie. „Tajemnica…” zawiera także wyimki z Flateyjarbók oraz zagadkę czterdziestu pytań i odpowiedzi, jakie udało się uzyskać uczonym. Pisarz prowadzi interesującą grę z czytelnikiem – co rusz podsuwa jakieś tropy, symbole czy metafory ukryte w codzienności mieszkańców, w ich snach, przepowiedniach oraz – rzecz jasna – flatejskiej księdze. Bardzo polecam miłośnikom klimatycznych powieści z kilkoma niewiadomymi w tle.
http://dajprzeczytac.blogspot.com Kinga; 2017-07-19

Tajemnica wyspy Flatey

"...przypomniało mu się przysłowie, że słońce na zewnątrz słabo służy tym, którzy nie mają słońca w duszy." Z przyjemnością zanurzałam się w wyspiarskim klimacie powieści, poznawałam nielicznych mieszkańców Flatey, długiej zaledwie na dwa i szerokiej na pół kilometra wyspy, społeczne realia życia w sześćdziesiątych latach ubiegłego wieku, barwne opisy codziennych czynności małej społeczności. Surowość wyspy, częsty dokuczliwy wiatr, poranne delikatne bryzy, mgliste wieczory, bogactwo siedlisk ptaków, fok i ryb. Przypływy i odpływy, sąsiedztwo tysiąca maleńkich nienadających się do zasiedlenia przez człowieka wysepek, małych i dużych skrawków skał, płytkich i głębokich mielizn. To także charakterystyczna izolacja od zewnętrznego świata, niespieszny tryb życia, podporządkowany naturze, samowystarczalność członków małej osady. Raz w tygodniu przypływający prom pocztowy czy słaba łączność radiowa w razie awaryjnych sytuacji. Jednocześnie wszystko oplecione niezwykłym klimatem islandzkich wierzeń, złowróżbnych klątw, średniowiecznych sag i mrocznych wikińskich mitów. Właśnie taką scenerię wybrał autor do zamieszczenia ciekawej i wciągającej intrygi kryminalnej, chętnie angażujemy się w rozwiązywanie złożonej detektywistycznej łamigłówki, próbujemy wyjaśnić osobliwą śmierć osoby, której ciało przypadkowo odnaleziono na bezludnej wyspie Ketilsey. Z każdym rozdziałam coraz intensywniej poddajemy się urokowi historii. Odkrywamy zapiski przybliżające tajemnice manuskryptu pochodzącego z połowy siedemnastego wieku, to w nim ukryto klucz do rozwiązania czterdziestu zagadek. Wielu naukowców się nad nimi głowiło, jednak nikomu nie udała się sztuka ich rozwiązania. Stara księga ma ogromne znaczenie dla mieszkańców Flatey, to wyjątkowo cenny artefakt, symboliczna więź z przeszłością, otoczona szacunkiem, chroniona z oddaniem i poświęceniem. Fabuła powieści wielokrotnie zaskakuje, nadaje inny kierunek biegowi zdarzeń niż przypuszczaliśmy, zmienia postrzeganie głównych postaci. Udana przygoda czytelnicza, trudno się od niej oderwać, trzyma w napięciu, choć niespiesznie odsłania sekrety. Uwodzi atrakcyjnym pomysłem na finalną odsłonę scenariusza zdarzeń. Przekonuje szeregiem elementów, warto uwzględnić ją w planach czytelniczych.
bookendorfina.pl Izabela Pycio; 2017-07-18

Tajemnica wyspy Flatey

Skandynawia to mój żywioł. Od muzyki, poprzez bajeczną przyrodę, na kulturze i języku norweskim kończąc. Tym razem mamy do czynienia z powieścią, w której główne skrzypce odgrywa islandzka kultura oraz średniowieczny manuskrypt – Flateyjarbók. Jest islandzka wiosna 1960 roku. Mieszkańcom wyspy Flatey, znajdującej się u wybrzeży zatoki Breiðafjörður towarzyszy zapach morza, odgłosy ptaków i nadmorska bryza. Wszyscy żyją spokojnie i w zgodzie z naturą. Niestety, wszystko zmienia się, gdy zostają znalezione zwłoki na jednej z pobliskich wysepek. Kjartan, zostaje wyznaczony do wyjaśnienia zagadki tajemniczej śmierci, a tym samym odkrywa, jak głębokie sekrety ukrywają przed światem mieszkańcy Flatey. Tylko co wspólnego ma ze wszystkim średniowieczny manuskrypt Flateyjarbók? „Gdy byłam dzieckiem, ojciec opowiadał mi sagi z tej księgi jak bajki. I ja sama zaczęłam opowiadać moje ulubione historie na swój sposób…” Zacznę od tego, iż literatura skandynawska nie należy do tej z gatunku łatwych i przyjemnych. Nie chodzi mi tutaj o fabułę czy powtarzalność, o której wspomina wielu czytelników, tylko o język, który wielu osobom może sprawiać trudność: idealnym tego przykładem są choćby nordyckie imiona lub nazwy miast, którymi posługuje się autor. Nie każdy wie i nie każdy musi wiedzieć, że Kjartan czytamy jak Śartan. Czy jest to utrudnieniem? Na pewno, dlatego też dużo osób z tego względu nie sięga po tę literaturę, a warto. „Powiadają, że kiedy Thorgeir zmarł, wyjęto jego serce, by zobaczyć, jak wygląda, bo tak był odważny. Mówią, że serce miał wyjątkowo małe, bo z dawien dawna mawiali niektórzy, że mniejsze jest serce nieustraszonych niźli niemyślących.” Nie spotkałam się jeszcze z żadną książką kryminalną, w której tak szczegółowo ukazana byłaby fauna i flora. Autor przedstawia ją na wielu kartach powieści, czym jeszcze bardziej ukazuje piękno tamtejszej surowej przyrody, a dołączając do tego kawałek historii Wikingów oraz sag nordyckich ukazanych we Flateyjarbók robi idealną mieszankę wybuchową i trafia prosto w serce czytelnika. Uważam, że takie połączenie naprawdę dodaje tej powieści sporo na wartości. Niestety „Tajemnica wyspy Flatey” nie zawiera tylko pozytywnych aspektów. Uważam, iż autor mógł nieco wzbogacić charakter poszczególnych postaci, gdyż dla mnie są oni pospolici i z pewnością nie pozostaną w mojej głowie na długo. Kryminał Viktora Arnara Ingólfssona nie zaskakuje tempem akcji: myślę, że jest to książka dobra dla osób, które lubią stare sagi nordyckie oraz brak dużego rozlewu krwi ukazanego w powieści. Jednak jak na kryminał przystało, zwłaszcza odnoszący się do staronordyckich tradycji, znajdziemy tutaj odwołania do licznych kar, którymi posługiwali się Wikingowie, a piszę to dlatego, iż nie są one ukazane w sposób łagodny. Nie przeszkadza to jednak w czytaniu tej powieści i nawet wrażliwe osoby powinny dać radę swobodnie przebrnąć przez treść.
marionetkaliteracka.wordpress.com/ Magdalena Krukowska; 2017-07-20

Tak sobie wyobrażałam śmierć

ŚMIERĆ PRZYJEŻDŻA METREM Sztokholmskie metro słynie z oryginalnego wystroju stacji pełnych kolorowych grafik, instalacji i rzeźb wykonanych przez utalentowanych twórców. Czy w artystycznym klimacie tej najdłuższej galerii sztuki na świecie może wydarzyć się coś złego? W powieści kryminalnej Johanny Mo „Tak sobie wyobrażałam śmierć” świadkami tragicznych wydarzeń stają się południowe, mniej reprezentacyjne stacje oddalone od centrum Sztokholmu: Sandsborg, Globen i Stureby. To tam dochodzi do morderstw, które musi wyjaśnić komisarz Helena Mobacke. Doświadczona policjantka dopiero co wróciła do pracy po długiej przerwie spowodowanej żałobą po śmierci syna. Jak poradzi sobie z niełatwym śledztwem i własnym nieustającym bólem? Mimo że akcja książki obejmuje zaledwie kilka sierpniowych dni, nie mamy wrażania, że toczy się w zawrotnym tempie. Spowalniają ją przemyślenia i wspomnienia głównej bohaterki, która cierpi po stracie syna. Helena Mobacke dołącza tym samym do niemałego grona literackich postaci śledczych, dla których praca jest lekarstwem na osobistą traumę. Wydaje się, że Johannie Mo udało się przedstawić realistyczny obraz kobiety pogrążonej w smutku, zadręczającej się myślami o nieżyjącym synu. Poza tym jednak wiemy o Helenie bardzo niewiele, a z samego cierpienia i matczynej miłości nie da się stworzyć w pełni wiarygodnej postaci. Mam nadzieję, że bardziej pogłębiony wizerunek głównej bohaterki przyniosą kolejne części cyklu (w Szwecji ukazały się łącznie już trzy). Życiowa sytuacja Heleny wpływa nie tylko na tempo, ale i klimat powieści, która jest naprawdę przygnębiająca. Typowy sposób prowadzenia dochodzenia, polegający na eliminowaniu kolejnych podejrzanych, śledzi się jednak z zainteresowaniem. Stopniowo dowiadujemy się o nowych szczegółach, które budują przyjemne napięcie. Miłymi odkryciami były też dla mnie pewne szwedzkie ciekawostki. Tytuł swojej książki Johanna Mo pożyczyła z wiersza „Döden tänkte jag mig så” pisarza i poety Bo Setterlinda. W toku poszukiwań „mordercy z metra” czy „mężczyzny w kapturze” wspomniany jest też „mężczyzna z laserem” (Lasermannen), o którym już pisałam oraz Hagamannen – seryjny gwałciciel dopuszczający się napaści seksualnych w latach 1998-2005 w dzielnicy Haga miasta Umeå. W książce pojawia się też wątek polski, w którym przedstawiciel naszego kraju jest niestety ukazany bardzo stereotypowo. Andrzej Szymanski to zakompleksiony homofob, który nie waha się wymierzyć ciosu każdemu, kto mu podpadnie. Mam nadzieję, że ta postać nie miała ilustrować sposobu postrzegania Polaków przez Szwedów… Pierwsza część serii o komisarz Helenie Mobacke to debiut kryminalny autorki dwóch powieści ciepło przyjętych przez szwedzką krytykę. Nie jest to książka na miarę kryminałów Mankella, w których znajdziemy dużo wątków pobocznych oraz odniesień do spraw politycznych i społecznych. U Johanny Mo akcja toczy się jednotorowo, ale w logiczny i przemyślany sposób, niczym pociąg metra, który zmierza od stacji do stacji według ustalonego planu. Autorka to bez wątpienia zdolna pisarka, co widać po stylu powieści, który pozostaje bez zarzutu. Wierzę, że „Tak sobie wyobrażałam śmierć” to dopiero początek kolejnej udanej serii kryminalnej.
szwedzkapolka.pl Marta Dudek
Płatności obsługuje:
Ikona płatności Alior Bank Ikona płatności Apple Pay Ikona płatności Bank PEKAO S.A. Ikona płatności Bank Pocztowy Ikona płatności BLIK Ikona płatności Crédit Agricole e-przelew Ikona płatności dawny BNP Paribas Bank Ikona płatności Google Pay Ikona płatności ING Bank Śląski Ikona płatności Inteligo Ikona płatności iPKO Ikona płatności mBank Ikona płatności Millennium Ikona płatności Nest Bank Ikona płatności Paypal Ikona płatności PayPo | PayU Płacę później Ikona płatności PayU Płacę później Ikona płatności Płacę z Citi Handlowy Ikona płatności Płacę z Getin Bank Ikona płatności Płać z BOŚ Ikona płatności Płatność online kartą płatniczą Ikona płatności Santander Ikona płatności Visa Mobile
Bezpieczne płatności szyfrowane SSL