ODBIERZ TWÓJ BONUS :: »

Recenzje

Dręczyciel

Wspomnienia ze szkoły średniej bywają różnie. Bywały lepsze dni i gorsze, podobnie jak i między znajomymi byli przyjaciele i wrogowie. Trudno, wyobrazić sobie sytuację, gdy osoba, która wie o nas wszystko i zna każdy słaby punkt, zaczyna nas nienawidzić, bo przecież nikt nie potrafi zranić tak mocno, jak przyjaciel który stał się najgorszym wrogiem.
 
„Byłeś moją burzą, moją chmurą gradową, moim drzewem w ulewie. Kochałam te wszystkie rzeczy i kochałam ciebie. Ale teraz? Jesteś jak pieprzona susza. Myślałam, że palanci jeżdżą tylko niemieckimi samochodami, ale okazało się, że dupki w Mustangach też mogą zostawić blizny.”
 
Peneloope Douglas mieszka w Las Vegas, jest pisarką i nauczycielką. Zrobiła licencjat z administracji publicznej, bo ojciec kazał jej „po prostu skończyć jakieś cholerne studia.” Później obroniła magisterium z edukacji, bo nie cierpiała administracji. Któregoś wieczoru upiła się w barze, w którym pracowała i powiedziała ochroniarzowi, że jego syn jest bardzo przystojny. Trzy lata później wzięli ślub i mają razem dziecko, a ochroniarz został dziadkiem. Penelope uwielbia słodycze, serial „Synowie anarchii” i zakupy w Target.
 
„Dręczyciel” jest pierwszym tomem serii „Fall away”, która liczy sobie pięć tomów. Do tej książki przyciągnął mnie tytuł. Okładka jednoznacznie kojarząca się z romansem niesamowicie kłóciła się z tytułem, który niewiele z miłością ma wspólnego. Intuicja mnie nie zawiodła, „Dręczyciel” przykuwa uwagę nie tylko tytułem, przenosi nas do liceum, gdzie plotka potrafi zniszczyć, a bycie niewidzialną jest najlepszym, co może nas spotkać.
 
Poznajemy Tate i Jareda. Ona jest zgnębiona i zastraszona, rzadko udziela się towarzysko i nigdy nie zapomina o swoich „kołach ratunkowych”, na wypadek, gdyby sprawy potoczyły się źle. On jest lubiany i popularny i nie wiedzieć czemu czerpie dziką satysfakcję z rujnowania życia swojej byłej przyjaciółki.
 
Tate po rocznym pobycie we Francji wraca odmieniona. Przestaje być popychałem, przestaje płakać i użalać się nad sobą. Uzbrojona w pewność siebie, staje do walki przeciwko swojemu najgorszemu wrogowi, swojemu przyjacielowi. Jak Jared zareaguje na jej nową postawę? Czy odpuści? A może podwoi swoje starania?
 
"Czy nie nadeszła pora, byś zaczeła walczyć?"
 
Emocje w powieści Douglas zalewają czytelnika niczym wodospad, przechodzą od nienawiści po lęk, od irytacji po nienasycone pragnienie, od smutku do wściekłości. Nie ma chwili na zaczerpnięcie oddechu, brak też chwili na przemyślenia, w tej książce ciągle coś się dzieje, jest to jej zarówno wada, jak i ogromna zaleta. Przez to tempo, czyta się ją niespodziewanie szybko, nie zważając na upływający czas, a po zakończeniu czujemy wielki niedosyt oraz zawód, że to już koniec tej opowieści.
 
Wydarzenia poznajemy z perspektywy Tatum, która jest jednocześnie narratorem i główną bohaterką powieści. To jej przemyślenia uświadamiają nam, że ten okropny i bezwzględny osobnik, był najważniejszą osobą w życiu młodej dziewczyny, która nie mogła pozbierać się po śmierci matki. Z ulgą przyjęłam zmianę, jaka w niej zaszła, wojownicza Tate wywołała u mnie przebiegły uśmiech, oraz ironiczne „i tu cię mam robaczku!” podczas czytania.
 
Nieco rozczarowało mnie rozwiązanie tajemnicy Jareda. Sam sekret był jak najbardziej poruszający i godny uwagi, ale niestety nijak nie uzasadniał tak nagłej i drastycznej zmiany postępowania chłopaka w stosunku do Tate. Ten zgrzyt w fabule nie odbiera jednak przyjemności, z jaką czyta się dzieło Douglas.
 
"Płakałam przez ciebie już niezliczoną ilość razy - uniosłam ku niemu powoli środkowy palec i zapytałam.
- Wiesz co to jest?- poklepałam środkowym palcem kąt mego oka.
- To ja,ocierająca ostatnią łzę, jaką dostaniesz."
 
„Dręczyciel” jest niezwykle piękną i szalenie romantyczną opowieścią o tym, że najgorszymi wrogami stają się przyjaciele. Naładowana potężnym ładunkiem emocjonalnym książka, pochłania i sprawia, że zapominamy o mijających godzinach, zatracając się w jej lekturze. Ta historia niesie w sobie również lekcję, która mówi  że nawet najbardziej niewinne kłamstwo lub plotka potrafi zniszczyć komuś życie.
Posredniczkaa.pl Agnieszka Zabawa

Koszmar Morfeusza

Jego dotyk na twojej skórze wywołuje dreszcze. Nie możesz mu się oprzeć. Wiesz, że zawsze wygra. Choć próbujesz z całych sił, to i tak nie możesz powstrzymać pożądania. To tak, jakbyś miała zatrzymać bicie swojego serca. Zdajesz sobie sprawę z tego, że ta noc przyniesie tylko i wyłącznie ból. On opuści Cię wraz z blaskiem słońca. Zignoruje i pozostawi w rozsypce. Wiesz o tym doskonale. Nie chcesz czuć na sobie jego gorących pocałunków, nie chcesz trwać w jego objęciach, ale nie możesz mu się sprzeciwić. Nie chcesz tego, a zarazem pragniesz tego z całych sił. Tak jest zawsze. Nie potrafisz mu się oprzeć, a on nie umie pozostawić cię samej. Coś was do siebie ciągnie. Jakaś tajemnicza więź, która pcha was ku sobie. Myślicie o sobie w każdej chwili, pragniecie swojego dotyku. Wiecie, jakie jest ryzyko. Doskonale zdajecie sobie sprawę z tego, że to niepohamowane uczucie może was zniszczyć. Próbujecie to zakończyć, ale bezskutecznie. To pragnienie niszczy wasze mury, naraża na niebezpieczeństwo, sprawia, że nie możecie bez siebie żyć...
 
K. N. Haner powraca - i to w jeszcze bardziej odważnej odsłonie. Koszmar Morfeusza szokuje i wywołuje falę emocji. Niektórych może zrazić, innym - skradnie serce.  
 
Pokochałam mężczyznę, który jest dla mnie zgubą. To wiem na pewno. Adam McKey. Wybranek mojego serca to facet, którego właściwie nie znam, a który każdego dnia zaskakuje mnie czymś zupełnie innym. Raz jest zimny, brutalny i okrutny, by za chwilę stać się czułym i namiętnym kochankiem.
 
Wszystkie drogi Cassandry Givens prowadzą do Adama McKeya — tej prostej prawdzie nie da się zaprzeczyć. Od chwili przypadkowego spotkania w nocnym klubie namiętny i wybuchowy związek Cass i Adama przechodzi różne fazy, ale pozostaje nierozerwalny jak samo życie. Choć oboje są świadomi zagrożeń, jakie niosą potajemne spotkania, choć codziennie przekonują się, że niebezpieczeństwo czai się wszędzie, nie potrafią wyrzec się swoich uczuć. Słowa to za mało, nic nie może ukoić rozpalonych ciał.
 
McKey zaczyna naginać twarde zasady obowiązujące w jego świecie, a Cassandra coraz częściej myśli nad bardziej radykalnymi krokami w celu uwolnienia ukochanego z sideł złowrogiej organizacji. Jednak życie w ciągłym strachu odbija się na ich relacji i niemal ją niszczy. Namiętna miłość potrafi być naprawdę destrukcyjna...
 
 
-Zapomniałeś czegoś? - pytam.-Tak - odpowiada. - Tego... - dodaje i gwałtownie wchodzi do środka, chwytając mnie w ramiona, a nogą zatrzaskuje drzwi. Jego usta już są na moich, język wdziera się do środka. Nie protestuję, tylko jęczę głośno, bo moje ciało od razu jest gotowe na wszystko, czego zapomniał, ale wrócił po to.
 
Życie Cassandry odkąd poznała Adama McKeya, zmieniło się zupełnie. Nie może o nim zapomnieć, choć to byłoby najlepsze rozwiązanie. Na początku tej znajomości wszystko układało się w jak najlepszym porządku, ale kiedy do gry weszły uczucia, przestało być łatwo. Pożądanie dotyku tego chłodnego mężczyzny naraża Cassandrę na niebezpieczeństwo. Adam dwa razy w tygodniu przyjmuje oblicze Morfeusza i zmienia się nie do poznania. Młoda kobieta wie, że kochanek tylko udaje, ale kiedy jej życiu zaczyna zagrażać niebezpieczeństwo ze strony mafii, musi zdecydować, czy chce dalej brnąć w ten toksyczny związek. Potajemne spotkania niosą ryzyko, a kiedy o istnieniu Cassandry dowiaduje się jeden z przywódców podziemia, ból i cierpienie na dobre zaczynają towarzyszyć życiu dziewczyny. Adam jest zbyt cenny dla tej grupy, a kobieta staje się zagrożeniem, które należy zlikwidować. Życie Cassandry zmienia się w piekło...
 
Adam McKey nie potrafi odejść od temperamentnej blondynki. Wie, że może spotkać go za to kara, ale mimo to ryzykuje. Tylko przy niej może oddychać. Kobieta jest jedyną osobą, która zna jego prawdziwą twarz. Nie potrafi zrezygnować z potajemnych spotkań, ale kiedy życiu Cassandry zaczyna grozić niebezpieczeństwo, musi podjąć jedną z najtrudniejszych decyzji w swoim życiu...
 
Czy Cassandra będzie potrafiła oprzeć się dotykowi Adama? Czy McKey zapomni o oczach, które prześladują go w snach? Czy zaryzykują, by być razem? A może nadszedł czas, by zakończyć tę relację?
 
Znowu jest tak samo. Chwila zapomnienia, a po wszystkim od nowa będę musiała się pozbierać. Nic nie mogę jednak poradzić na to, że tak bardzo go kocham. Każdy ma chyba taką osobę, dla której traci głowę niezależnie od sytuacji. On jest moim zatraceniem.
 
Koszmar Morfeusza to pełna erotyki brutalna historia, która wstrząsa i szokuje, ale również rozpala zmysły i wciąga bez reszty. To mocna powieść, która część czytelników odrzuci i z pewnością wzbudzi wiele kontrowersji, ale wiele osób się w niej zatraci. Sama należę do tej drugiej grupy. Koszmar Morfeusza opowiada o miłości, która przynosi ból, o pożądaniu, którego nie można okiełznać, o brutalności, którą wypiera namiętność, o walce z przeciwnikami, którzy pragną zniszczyć człowieka i o odkrywaniu własnej siły, która pomaga przetrwać każdą stratę i przynosi ukojenie. Ta książka aż kipi seksem we wszystkich jego przejawach. Powieść niesie ogromną dawkę emocji, szokuje i wciąga. Uzależnia.
 
Czuję jego ciepło, jego przyśpieszony oddech i to, jak drży pode mną, więc nie przestaję. Dalej opadam na niego, ale już powoli, by mógł mnie czuć. Bym ja czuła jego. Jeśli to naprawdę nasza ostatnia to niech będzie niezapomniana. Skoro nigdy więcej mamy się nie spotkać, to chociaż zapamiętamy ją oboje do końca życia.
 
Cassandra podejmuje wiele głupich decyzji. Momentami jej zachowanie irytuje, ale nie da się odmówić jej odwagi, kobieta przyjmuje też konsekwencje swoich działań bez użalania się nad sobą. Cassandra stara się zapomnieć o uczuciu do Adama, a zarazem walczy o ten związek ze wszystkich sił. W tym tomie spotyka ją wiele złego, ale nie poddaje się i za każdym razem, kiedy upadnie, podejmuje walkę na nowo. Adam stał się jej całym światem. Cassandra czasami popada ze skrajności w skrajność. Wie, czego chce, a zarazem to odpycha. Wyzwolona, dzielna, uparta młoda kobieta wpadła w poważne kłopoty. W trzecim tomie zapewne przejdzie wielką przemianę.
 
Adam z jednej strony chce uchronić Cass przed niebezpieczeństwem i ją od siebie odpycha, a z drugiej - nie potrafi pozwolić jej odejść. Zdeterminowany, pewny siebie mężczyzna musi podjąć jedną z najtrudniejszych decyzji w swoim życiu. W tym tomie spotykamy jego drugie oblicze, Morfeusza. Ta twarz Adama szokuje. Czy je miłość do Cassandry ma szansę przetrwać?
 
W tym tomie poznajemy wielu nowych bohaterów, dowiadujemy się też nieco więcej o tych, których znamy już z pierwszej części cyklu. Choćby Valery - to jedna z najbardziej pozytywnych, szalonych postaci w serii - nie sposób jej nie polubić. Potrafiąca dostrzec jasnej strony każdej sytuacji, choć zarazem twardo stąpająca po ziemi. Delikatna istota, która jednak nie boi się wyzwań. Bohaterowie pierwszego i drugiego planu przeżywają swoją rozterki, a czytelnicy mogą im towarzyszyć. 
 
— Skoro już tu jesteś, to zostań do rana… — ton mam błagalny. Widzę, że Adam się waha, walczy ze sobą. — Proszę… — dodaję, by go przekonać.— Cassandro, naprawdę nie mogę — odpowiada po chwili. Tembr jego głosu świadczy, że nie mam się co licytować. On już zadecydował i już. Wzdycham wymownie i zsuwam się z jego bioder.— Poczekasz chociaż, aż zasnę? — Podchodzę do komody, by wyjąć koszulkę nocną, i oglądam się na niego.— Tak, chwilę mogę zaczekać.
 
Koszmar Morfeusza to dzika, wyzwolona, gorąca powieść, która potrafi rozpalić zmysły i wzbudzi z pewnością wiele kontrowersji. Jedni czytelnicy ją pokochają, inni znienawidzą. K. N. Haner szokuje historią pełną brutalności i emocji. Jeszcze lepszą niż pierwszy tom cyklu. 
granice.pl IzaaK

Making Faces

Amy Harmon to autorka, która zyskała moją sympatię dzięki książkom Prawo Mojżesza i Pieśń Dawida. Poprzednie powieści autorki uderzyły w najczulsze struny mojej duszy i poruszyły wszystkie emocje. Jak było tym razem?

Fern kiedyś mało popularna, niejaka uczennica, córka lokalnego pastora, inteligentna i w pewnym sensie wyjątkowa. Dziś piękna, uczynna, dobra nieświadoma swojej zewnętrznej urody. Ambrose kiedyś młody bóg, sportowiec, zapaśnik, żołnierz. Dziś zniszczony przez wojnę, zagubiony, zraniony uszkodzony. Fern od zawsze jest zakochana w młodzieńcu, jednak dla niego jest tylko śmieszną, odrobinę szaloną.
Po tragicznych wydarzeniach z jedenastego września, o których słyszał cały świat boski Ambrose, postanawia się zaciągnąć do wojska a wraz z nim czwórka jego przyjaciół. Miasto żegna ich wielką paradą, ale czy huczne imprezy mogą, podnieś na duchu kogoś, kto idzie na wojnę, kto będzie walczył za ojczyznę? Nie od dziś wiadomo, że wojna zmienia na zawsze...
 
 
 
Narracja w książce jest trzecioosobowa, narrator wszechwiedzący oprowadza nas po przygodach głównych i pobocznych bohaterów. Całość jest spójna, każda z postaci ma swoje wady i zalety, zostali wykreowani na mocnych, realnych fundamentach. Bailey — odwieczny przyjaciel i kuzyn Fern, chłopak cierpiący na dystrofię mięśniową, chłopak słaby fizycznie, ale niezwykle silny umysłowo, zabawny i inteligentny z ogromnym dystansem do siebie i świata. Rita, szkolna piękność, odrobinę pusta, ale radosna — najlepsza przyjaciółka Fern. To tyle, jeżeli chodzi o postacie drugoplanowe. Pojawiają się również i osoby na trzecim i kolejnym planie. Całe tło zostało idealnie odrysowane, a pierwsze skrzypce w książce na zmianę grają bohaterowie pierwszo i drugoplanowi.

Amy Harmon w Making Faces chciała przede wszystkim pokazać, że wygląd zewnętrzny to coś kruchego i ulotnego, dziś jesteśmy piękni, młodzi, a za moment może się wydarzyć coś, co zmieni nasz wygląd do końca życia. Uroda odchodzi, zmienia się, dojrzewamy, a nasze wewnętrzne piękno zostaje z nami na zawsze. Dobroć, pogoda ducha i poczucie humoru to coś, co nigdy w nas się nie zatrze nawet po upływie lat.

Niestety, jest kilka wad w tej książce. Autorka tym razem poruszyła kilka tematów, skupiła się na aspekcie wojny, na chorobie Baileya, a momentami porusza nawet tematy przemocy domowej i... właśnie mam wrażenie, że Amy chciała złapać kilka srok za ogon i wiele potraktowała połowicznie. Jednak po kolei:

 
Miłość
 
To nie ukrywając główny motyw w książce, miłość bez wzajemności, krucha, łamliwa i niestabilna. Jednak gdzieś w tle buduje się na mocnych fundamentach również miłość prawdziwa i niepohamowana. Amy Harmon idealnie operuje czasami, w jednej chwili jesteśmy w liceum wśród młodzieńczych problemów i zauroczeń, a w kolejnej sekundzie jesteśmy już wśród dorosłych problemów, zmagań z szarą rzeczywistością i z ciężarem wojny. Głównym wątkiem miłosnym jest ten między Fern i Ambrose'em. Dwoje ludzi, którzy przez całe życie się mijają, czy w końcu znajdą ukojenie, radość z życia i prawdziwą miłość? Uważam, że ten wątek został poprowadzony bezbłędnie i tutaj nie mam się do czego przyczepić, były emocje, jakich można się spodziewać po Amy Harmon, były ujmujące chwile i uskrzydlające uczucia.
Wojna
 
Tutaj mam wiele zarzutów. Uważam, że autorka nie poradziła sobie z pociągnięciem tego wątku. Ambrose jako młody chłopak przeżył okropną traumę, jednak Amy Harmon nie odcisnęła na nim wyraźnego piętna. Mam wrażenie, że ten wątek został potraktowany odrobinę po macoszemu. Po tej autorce spodziewałam się skrajnych emocji i wyraźnych rys na psychice głównego bohatera, tym razem temat ten został tylko delikatnie liźnięty. Autorka nie postarała się o jakieś szczegóły, które uwiarygodniłyby Ambrose'a jako ofiarę wojennych działań, nie mówi o żadnych odciśniętych bliznach na psychice, nie mówi o zespole stresu pourazowego, mówi tylko o ranach, jakie dokonały się na ciele ofiary. Jednak o psychice i gonitwie myśli głównego bohatera jest mało... zbyt mało, aby ten wątek był wiarygodny.

 
Wszystko, a i tak mało

Autorka również w dość powierzchownych sposób potraktowała chorobę Baileya, ona po prostu jest, chłopak się z nią pogodził, wszyscy w koło są szczęśliwi, cieszą się każdym dniem i uczą się od Baileya żyć chwilą. Jednak tym razem czegoś w tym zabrakło, to było tylko powiedziane, ale w zbyt suchy sposób, bez zbędnych emocji, a można było z tego wyciągnąć wiele... albo zupełnie odpuścić sobie ten wątek i potraktować go osobno w innej książce, bo ma potencjał, ale nie zasłużył na potraktowanie go powierzchownie.
Również, jeżeli chodzi o przemoc w rodzinie, było emocjonująco, ale na szybko, na siłę, zupełnie nie w stylu Harmon. Można było to rozegrać inaczej, pokazać ten ból jednej z bohaterek w inny sposób, albo potraktować osobno, bo tutaj kolejny poboczny wątek z potencjałem, nie zasługiwał na zdawkowe potraktowanie.

 
Zbyt dużo, zbyt mało

Amy Harmon podniosła sobie poprzeczkę bardzo wysoko poprzez poprzednie książki. Tym razem nieco się zawiodłam, wiem, że dość dosadnie pokazałam wam, co mi w książce nie leżało, jednak nie jest tak, że książka była fatalna. Ona po prostu jest gorsza od poprzednich, inna, nie ma w niej wielkich emocji, ale nadal mamy świetny styl Harmon, który wiele mi rekompensował. Rozumiem przesłanie tej książki, cieszę się z tematów, jakie autorka poruszyła, ale nie jestem zachwycona sposobem, w jaki to zrobiła. Myślę, że wątek wojny i miłości wykorzystany w stu procentach, od A do Z ze wszystkimi wzlotami i upadkami, byłby świetny. Jadnak już tak wiele wątków w jednej książce sprawiło, że potencjał, z tych na pozór pełnych emocji tematów, nie został wykorzystany.
 
Making Faces to książka, która nie zawróciła mi w głowie, może miałam wobec niej większe oczekiwania, może te wszystkie recenzje i zdania, że książka to emocjonalna bomba z rewelacyjnym stylem Harmon, sprawiło, że chciałam prawdziwej bomby, czegoś do płaczu, czegoś, co poruszy mnie do głębi i zostawi z pustką w głowie. Tak się jednak nie stało. Książkę czytałam na początku opornie, potem się wciągnęłam, jednak nie było łez, nie było wielu emocji, było tylko w miarę, a po tej autorce spodziewałam się czegoś powyżej moich oczekiwań. Jak bardzo nie kręciłabym nosem i nie narzekała, to i tak wam polecam tę książka, a dlaczego? Po pierwsze uważam, że powinniście na własnej skórze się przekonać czy przypadnie wam do gustu, a po drugie to w końcu Amy Harmon i nawet jak jest nieco gorzej niż poprzednim razem to i tak nie ma tragedii.
 
 
 
 
 
 
 
 
Ksiazkomiloscimoja.blogspot.com Justyna Leśniewicz

Sny Morfeusza

Z autorką miałam styczność tylko na wattpadzie, gdzie czytałam jej opowiadania. Nie wiedziałam, że ta Pani wydała również książki, ale po przeczytaniu „ Sny Morfeusza „ uważam, że jest to dużo lepszy poziom pisarski niż zapamiętałam. Cassandra Gives kobieta, która zna swoją wartość. Wie czego chce od życia i stara się spełniać swoje marzenia. Jednym z nich jest praca w jednej z najlepszych firm Art Design & Beauty. Jednak szef nie okazuje zainteresowania dziewczyną i na spotkaniu o pracę całkiem ją olewa. Morfeusz nie jest typem człowieka, który wiążę się z kobietami. On wie czego chce i do czego dąży. Łatwo go spotkać w ekskluzywnym klubie, do którego chodzi, aby znaleźć odpowiednią kandydatkę. Czy Cassandra znajdzie chłopaka swoich marzeń ? Czy mężczyzna z jej snów znajdzie swoje odwzorowanie w życiu prywatnym ? Kim tak naprawdę jest Morfeusz ? Autorka naprawdę świetnie poradziła sobie pisząc tę powieść. Uważam, że bohaterowie są naprawdę dobrze wykreowani. Ona odważna na gruncie zawodowym, dobra i serdeczna. Nie ma szczęścia tylko w życiu prywatnym. Jej ojciec nie jest zadowolony, że zamiast syna jest córka, która nie chce spełnić jego marzeń i prowadzić interesu wędkarskiego. On zły szuka kobiety na jedną noc, nie wiążę się z żadną na dłużej. Ma kochających rodziców oraz firmę, którą prowadzi z ojcem. Wie czego chce i na co może sobie pozwolić. Nie uznaje miłości ani związków. Polecam książkę każdemu kto lubi erotyki. Sceny seksu jednak nie są wyuzdane, a raczej napisane ze smakiem. Mam nadzieje, że kolejny tom również będzie trzymał poprzeczkę. Jestem ciekawa innych książek autorki, mam nadzieje, że będę miała okazję je przeczytać w najbliższym czasie.
Zaczytanamarzycielka8.blogspot.com Anna Tymińska

Calder. Narodziny odwagi

Dwójka głównych bohaterów, dwa światy, dwie narracje. Młodzieniec piękny jak greckie bóstwo i niebiańska dziewczyna nosząca biblijne imię, a między nimi zakazana, apokaliptyczna miłość.Sztuczna mitologiczna kraina opływająca mlekiem i miodem i namacalna rzeczywistość, pogrążona w żądzy pieniądza. Klasyczny scenariusz (nie)współczesnego mezaliansu.

Historia stara jak świat. On chce, ale nie może, ona chce, ale nie potrafi. Połączył ich los, nie rozdzieli ich nawet śmierć. Nie potrzeba zerkać do środka. Na samej okładce wypisz, wymaluj cała treść i żadnych śladów czytelniczej niespodzianki. Finał tej opowieści, choć w tej części serii, jak wiadomo, jeszcze nie nastąpi, przewidujemy bez trudu i przy żadnym wysiłku intelektualnym. Choć każde z kochanków (pozornie) przynależy do innej grupy społecznej i pochodzi "nie z tego" świata, cała ich miłość (to, co dla nich wspólne i nierozerwalne) wydarza się w XVIII-wiecznej konwencji życia zgodnego z naturą i "skłonnością serca". On - wybrany na robotnika - jest wykształcony, ale, jak wszyscy mieszkańcy doliny, obywa się bez jakichkolwiek zdobyczy cywilizacji. Ona - wybrana na zbawicielkę ? pozbawiona dostępu do edukacji, całe dnie spędza samotnie w złotej klatce na wzgórzu. Jakaś niezwykła więź emocjonalna i pociąg seksualny (chuć jak na" dobrych dzikusów" przystało) sprowadzają ich do intymnego zakątka okolonego bujną roślinnością, którego centrum stanowi arkadyjskie źródło, czyste jak łza. W eterze unosi się słodkawa woń kwiatów powoju i ziemisty odór obłędu wypełniającego się proroctwa. Zapachy miłości i śmierci przenikają wzajemnie swoje serca i oplatają czytelnika mocnymi, odurzającymi sidłami - przynajmniej tak powinno być, jak sądzę.

Tymczasem, naszkicowany zaledwie przez autorkę zarys utopii w guście Jakuba Rousseau sypie się, tak po prostu. I to nie tylko na poziomie fabularnym, co jest zamierzone. Z kartki na kartkę kruszy się koncepcja paralelnych światów obrana przez pisarkę za oś konstrukcyjną książki. Równoległe rzeczywistości są wadliwie skonstruowane, przez co cała opowieść jest niesymetryczna i niespójna, rozwarstwia się, rozszczelnia, rozsypuje na kawałki. Można by powiedzieć, że jej szkielecik jest kruchy jak chińska porcelana. Z tą znamienną różnicą, że kruchość porcelany stanowi o jej osobliwym pięknie, wysublimowaniu i delikatności. Wątłość opowieści świadczy o jej niedopracowaniu, kanciastości i siermiężnej budowie. Ponadto porcelanowa kruchość, w kontekście miłości i to miłości pierwszej (!), kojarzy się z pewną nieporadnością, niezdarnością przez tę pierwszość właśnie fascynującą! Bohaterowie, którzy od pierwszych chwil potrafią nazywać doświadczenia nie z tego świata, a mówiąc dokładniej nie z ich świata ? nie są, nie mogą być w żaden sposób prawdziwi. Nastoletni kochankowie nazywający to, co najbardziej im bliskie a zarazem obce (bo pierwsze), cielesne, intymne od tak ? dosłownie, prostacko, językiem tabloidów ? nie mogą szczerze przeżywać zauroczenia. I nie chodzi tu o jakąś moją czytelniczą nadwrażliwość czy pruderię, a o delikatność, czar, magię i baśń. Skoro świat miał być utopijny czy też wymyślona przez pisarkę miłość miała być utopijna, baśniowa to trzeba było pójść za ciosem i siłą napędową tego świata uczynić magiczny, płynny, lejący się jak satyna język. Wówczas można by liczyć na efekt językowej kuli śniegowej, która zbierając w swe szeregi uczucia (których pełno), myśli (niedopracowane), wyobraźnię (bogatą), wiedzę (oszczędną) i słowa (proste) uderza w czytelnika z całym impetem. Jak bardzo brakuje mowy baśni, żargonu dziecka, języka pierwszego ? nieśmiało nadającego imiona poszczególnym elementom rzeczywistości!

Książka sypie się w rękach nie tylko za sprawą dość ubogiego (klejonego, wypchanego cienkimi rwącymi się kartkami) wydania. Liczni bohaterowie skonstruowani są typowo, charakterologicznie, jak w baśniach ? z podziałem na czarnych i białych. Ze świecą szukać jakiejkolwiek postaci będącej na granicy, jakiejkolwiek postaci żywej, takiej z krwi i kości! Przez to, że naprzemiennie śledzimy myśli i słowa Caldera i Eden i to z ich perspektywy poznajemy świat (w zamyśle autorki ? światy) poszczególnym bohaterom odebrana została tożsamość. Zły Hector jest zły z zasady. Nie wiadomo, w jaki sposób się porusza, z jakim akcentem mówi, jakie ma słabości i przyzwyczajenia.

Przemienna narracja pierwszoosobowa (Calder/Eden), mówiąc o językowym poziomie powieści, jest w podwójnym stopniu skomplikowana i stanowi dla pisarki nie lada wyzwanie. Wydaje się, że autorka zapomniała, że o wydarzeniach śledzonych przez czytelnika opowiada kolejno dziecko, nastolatek, młody dorosły i oczywistym jest, że z czasem język człowieka ulega przeobrażeniu wraz z nieuchronną zmianą jego światopoglądu. Tu konstrukcje lingwistyczne są skostniałe, sztywne, od samego początku "dorosłe". W przytoczonym przeze mnie fragmencie piętnastoletnia Eden (niepotrafiąca ani czytać ani pisać, a więc nieznająca żadnych literackich opowieści o miłości) marzy o śmiechu Caldera, który "pieści jej skórę". Na dodatek, jakim cudem (skoro oba paralelne światy obywają się bez cudów!) młodzi bohaterowie posługują się językiem, który nie należy (już) do ich świata? Starszyznę Akadii stanowi grono amerykańskich degeneratów, którzy żyli w prawdziwym świecie, ale za sprawą miłosiernego ojca akadyjskiej sekty zostali ?uratowani? i przeniesieni do dzikiej krainy (s)pokoju, gdzie panuje zakaz rozmów o ?tamtej? krainie i jej "wynalazkach".

Bezzasadne wydaje się również usprawiedliwianie surrealistycznych wizji i wyobrażeniowych zmyśleń Mii Sheridan czerpaniem z śródziemnomorskich mitów i legend, które niepogłębione i niedoczytane tracą swój magiczny potencjał. Przejrzysta, źródlana woda, góry, wiejski prostaczy śpiew, leśna polana i światło księżyca - to wszystko doskonale znamy już z mitologicznej opowieści o kozłonogim bożku imieniem Pan. Legenda Wodnika czy opowieść o pięknym podczaszym greckich bogów również niczego ożywczego nie wnosi do historii Caldera i Eden. Oświeceniowa wizja utopijnej rzeczywistości oraz klasyczny, literacki model mezaliansu także zostają niefortunnie wplecione w nurt opowieści amerykańskiej pisarki. Ponadto stworzona przez nią hybrydyczna rzeczywistość jest światem niezwykle pretensjonalnym, grzecznym i poprawnym politycznie - liberalnym, patriarchalnym, europejskim, i wreszcie katolickim. Nieprzebrana liczba motywów, które nawet połączone ze sobą nie wnoszą do literatury niczego nowego, a co gorsza niczego godnego szczególnej uwagi. Opieranie opowieści na zasadzie krzywego zwierciadła równolegle istniejących, wypaczonych światów nie ma sensu, podobnie jak multiplikowanie papierowych bohaterów. Niestety, historia Caldera i Eden sprawia wrażenie nieuporządkowanego obrazu, sennego, choć wcale nie onirycznego, zlepionego, pozbawionym minimalnego rygoru, językiem wyobraźni. Jedynym klejem, który chwyciłby i tę układankę i serca czytelników jest (niewykorzystany) potencjał emocjonalny powieści. Parada lęków, śmiechu, podniecenia? Szept, w miejscu krzyku, niedopowiedzenie zamiast dosłowności. Porcelanowa kruchość i poetyckie, łagodne wyrafinowanie ? tego życzę sobie gorąco podczas lektury kolejnej części miłosnej opowieści. 
Karolina Tolak-Zasuń
Płatności obsługuje:
Ikona płatności Alior Bank Ikona płatności Apple Pay Ikona płatności Bank PEKAO S.A. Ikona płatności Bank Pocztowy Ikona płatności Banki Spółdzielcze Ikona płatności BLIK Ikona płatności Crédit Agricole e-przelew Ikona płatności dawny BNP Paribas Bank Ikona płatności Google Pay Ikona płatności ING Bank Śląski Ikona płatności Inteligo Ikona płatności iPKO Ikona płatności mBank Ikona płatności Millennium Ikona płatności Nest Bank Ikona płatności Paypal Ikona płatności PayPo | PayU Płacę później Ikona płatności PayU Płacę później Ikona płatności Plus Bank Ikona płatności Płacę z Citi Handlowy Ikona płatności Płacę z Getin Bank Ikona płatności Płać z BOŚ Ikona płatności Płatność online kartą płatniczą Ikona płatności Santander Ikona płatności Visa Mobile
Bezpieczne płatności szyfrowane SSL