Recenzje
Przychodzi Budda do baru. Pokoleniowy przewodnik życiowy
Ostatni miesiąc był dla mnie niezwykle trudny. Wyczerpujące projekty w pracy, które musiałam kończyć po godzinach, dodatkowe zlecenia, które musiałam zmieścić w 24 godzinach doby, rezygnując ze snu. Pięknie się to zakończyło chorobą, mam wrażenie, że mój organizm po prostu na siłę wyłącza mnie z obiegu. Może to i dobrze? Nadaję więc z łóżka, gdzie nadrabiam zaległości. Bo najstraszniejsze w tym ostatnim miesiącu było to, że nie czytałam dla przyjemności. W ogóle, nawet kilku stron przed snem. Zły to był czas, oby już nie wrócił.
Przedstawiam więc książkę, którą wreszcie skończyłam czytać. Trochę ponad 280 stron. Na niezwykle interesujący mnie temat, bo o buddyzmie. Kiedy patrzę na ostatnie tygodnie z dystansu, to zupełnie rozumiem, dlaczego uporanie się z nią zajęło mi aż tyle czasu, bo ponad miesiąc. W środku jednak boli mnie, że na rzecz pracy zupełnie odtrąciłam to, co sprawia mi największą przyjemność. To chyba kwestia do przemyślenia.
Przychodzi Budda do baru. Pokoleniowy przewodnik życiowy to książka niesamowicie ciekawa przez swoją formułę. Otóż autor, Lodro Rinzler, postanawia przekazać swoją wiedzę na temat buddyzmu Szambali tak, by była ona zrozumiała dla odbiorcy z zachodniego kręgu kulturowego. Szczególnie nacisk położony został na osoby młode, które nie stronią od uciech życiowych – i przed nimi nie zamykają się wrota do podstawowej dobroci. Mamy tu trochę teorii wyłożonej naprawdę przystępnym językiem oraz ćwiczenia do zastosowania, przy czym nie wszystkie wydają mi się być do końca czytelne – przy niektórych bardzo chętnie poprosiłabym o dodatkowe wyjaśnienie (chociażby kwestie dotyczące medytacji są opisane dość powierzchownie, ale to pewnie przez założenie, że skoro już po tę książkę sięgniemy, to mamy coś z medytacją wspólnego). Wszystko jednak zarysowane jest w taki sposób, że osoby, które nie miały nigdy do czynienia z książkami o buddyzmie, bez problemu powinny sobie poradzić i czerpać z lektury przyjemność.
Przychodzi Budda do baru. Pokoleniowy przewodnik życiowy to książka niesamowicie ciekawa przez swoją formułę. Otóż autor, Lodro Rinzler, postanawia przekazać swoją wiedzę na temat buddyzmu Szambali tak, by była ona zrozumiała dla odbiorcy z zachodniego kręgu kulturowego. Szczególnie nacisk położony został na osoby młode, które nie stronią od uciech życiowych – i przed nimi nie zamykają się wrota do podstawowej dobroci. Mamy tu trochę teorii wyłożonej naprawdę przystępnym językiem oraz ćwiczenia do zastosowania, przy czym nie wszystkie wydają mi się być do końca czytelne – przy niektórych bardzo chętnie poprosiłabym o dodatkowe wyjaśnienie (chociażby kwestie dotyczące medytacji są opisane dość powierzchownie, ale to pewnie przez założenie, że skoro już po tę książkę sięgniemy, to mamy coś z medytacją wspólnego). Wszystko jednak zarysowane jest w taki sposób, że osoby, które nie miały nigdy do czynienia z książkami o buddyzmie, bez problemu powinny sobie poradzić i czerpać z lektury przyjemność.
Co w tej książce jest dla mnie ważne?
Przede wszystkim wnikliwy opis kontemplacji miłującej dobroci. Poznałam ją na kursie uważności i dosłownie otworzyła mi kilka zaśniedziałych klapek w głowie. Tu mogę do niej wrócić, co z chęcią uczynię i każdemu polecam. Poza tym – to, że „została napisana dla Ciebie, nie dla Twojej babci”. Istotny jest tu brak zadęcia i wprowadzania milionów terminów, które niewiele dają człowiekowi spoza wschodniego kręgu. Owszem, terminologii się tu używa, ale jest ona wprowadzana sensownie, bez mnożenia bytów, po to, by podkreślić pewne sprawy lub je wyjaśnić. Cieszy mnie to, bo miarą dobrych tekstów jest język dostosowany do odbiorcy. A tu odbiorcą są osoby z Zachodu, które zainteresowały się tym, jak pogłębić relacje z ludźmi czy jak poradzić sobie w świecie, jeśli "rozczarował Cię świat i otaczająca Cię rzeczywistość".
Założenie książki jest niezwykle proste – skup się na tym, co w Tobie, uporządkuj to, a jak już Ci się to uda, to przestań o sobie myśleć, bo prawdziwe szczęście da Ci myślenie i działanie dla dobra innych. Przejście drogi od „ja” do „reszta świata” może trwać bardzo długo, nawet całe życie, ale dowiedziono na wielu przypadkach, że to działa. Tylko najpierw warto zrobić porządek z samym sobą. Spokojnie można rozpocząć od takiej własnie lektury i nie trzeba od razy przechodzić na buddyzm, a już tym bardziej zostawać mnichem. We wstępie autor zaznacza: „[...] Czy musisz przejść na buddyzm, aby czerpać przyjemność z lektury tej książki? Jasne, że nie. Wszelka mądrość zawarta w tym tekście stanowi owco nauk odebranych od moich nauczycieli oraz moich własnych prób i błędów. Buddyjska dharma, czyli nauczanie, nie powstała po to, abyśmy wszyscy wczytywali się dzisiaj w opasłe tomy trudnych do przyswojenia mądrości. Dharma powstała po to, abyśmy nią żyli. [...]”.
Przychodzi Budda... to książka warta przeczytania – choć przyznam, że nie wiem, jak się kończy – mój egzemplarz ma dwie niezadrukowane rozkładówki w ostatnim rozdziale. Fantastyczne ćwiczenie cierpliwości i cnotliwej dyscypliny, gdy miałam ochotę wyrywać kartki i rzucać się po łóżku – teoria do zastosowania w praktyce od zaraz.
wblogunadzieja.blogspot.com Sil
Koszmar Morfeusza
„Moje serce należy wyłącznie do niego… tyle że on tego serca nie chce.”
K.N. Haner pisze odważnie, czasami wulgarnie i bez ogródek. „Sny Morfeusza”, książka, która otworzyła mi oczy na jej twórczość, zaskoczyła mnie pod wieloma względami przypominając nieco powieści zagranicznych autorek. Historia nadająca naszej polskiej literaturze erotycznej właściwy tor zainteresowała mnie, jednak nie obyło się bez wad. Byłam więc ogromnie ciekawa poziomu drugiej części. Czego można oczekiwać po Koszmarze Morfeusza? Jak tym razem prezentują się losy jednej z najbardziej kontrowersyjnych par?
ZARYS FABUŁY
Oszołomiona, gotowa do poświęceń, chociaż nieświadoma nadchodzących mroków i prawdziwego niebezpieczeństwa. Cassandra krok po kroku odkrywa następne elementy układanki świata swojego partnera, a wraz z każdym kolejnym sytuacja okazuje się coraz groźniejsza. Rzeczywistość mafii, która nie odpuszcza, zakazane uczucie, którego nie w sposób ugasić. Namiętność, która może zniszczyć i on – Adam McKey tkwiący w szeregach toksycznego stowarzyszenia mogąc je opuścić dopiero z chwilą śmierci.
Jak długo można ukrywać miłość? Czy wystawieni na najgorsze próby bohaterowie zdają test, od którego zależeć będzie ich życie? Jak daleko posunie się Cassandra by wyrwać ukochanego ze szponów mafii? Czy koszmar zniszczy to, co najpiękniejsze?
SŁABA BOHATERKA
Kontrowersyjna ta książkowa para, oj kontrowersyjna. Choć nieidealna. Adam McKey to enigmatyczny i nieprzewidywalny mężczyzna. Mroczny - nawet z podwojoną siłą, dokonujący nieszablonowych wyborów jakże dalekich od romantycznych uniesień (w dużej mierze niekoniecznie z własnej woli). Przekonujący, chociaż w tej części stanowiący tło dla próbującej walczyć ze złem Cassandry. Tym razem to kobieta wychodzi na pierwszy plan imponując odwagą, jednocześnie naprawdę irytując naiwnością i głupotą. Momentami trudno się z nią identyfikować i trudno zrozumieć. Nie polubiłam jej, czego nie mogę powiedzieć o Adamie. I choć bohaterowie nie są najmocniejszą stroną tej książki, jest nią bez wątpienia nieprzewidywalna akcja.
MOCNA AKCJA
Chylę czoła w stronę pomysłowości K.N. Haner. Środowisko mafii samo w sobie okazuje się wdzięcznym tematem, a włączając w to zakazaną miłość, przymusowe zdrady, przemoc, zagrożenie życia, poważną chorobę i ogromne pokłady namiętności jest naprawdę interesująco. Nie można się nudzić, pod warunkiem, że jest się otwartym na prowokacyjne sceny. Dynamiczne opisy, przeważająca ilość dialogów, mocny seks i cięty język z pewnością wykluczają szansę zyskania pozytywnej opinii u czytelniczek kochających raczej słodkie i romantyczne historie. Jest ostro pod wieloma względami i akceptując ten fakt pojawia się okazja do dobrej zabawy.
Nie obawia się autorka przekleństw, wkładając wulgarne słownictwo nawet w usta kobiet. Co prawda na wkładaniu samych słów nie poprzestaje, co już na pewno czyni z tej książki treść nieprzeznaczoną dla czytelników niepełnoletnich. Wielbicielki odważnych erotyków może zaskoczyć i ucieszyć fakt, że pojawia się tutaj sporo z powieści sensacyjnej. K.N. Haner nie uczepiła się jednego wątku, za co ode mnie dostaje naprawdę dużego plusa.
Ciekawy finał, mroczna atmosfera, ciemne interesy, a na ich tle jedno z najbardziej delikatnych uczuć, które tutaj wiele ma oblicz, także tych mało subtelnych. Wkraczając w kolejny etap staje się czymś więcej niż wzajemną fascynacją i nabiera głębi. Może nie jest to mistrzostwo gatunku, ale mam wrażenie że druga część przebiła pierwszą. I chociaż co nieco mam tej powieści do zarzucenia, jestem w stanie zaakceptować podaną przez autorkę propozycję zwieńczając ją ostatecznie pozytywną opinią.
PODSUMOWANIE
K.N. Haner pisze dla kobiet odważnych, lubiących naginać granice, pozwalających literaturze na angażujące odchylenia od norm. „Koszmar Morfeusza”, z niezbyt przypadającą mi do gustu główną bohaterką, to ostatecznie dobra, rzucająca nieprzewidywalnymi i niebezpiecznymi wydarzeniami powieść erotyczna, z pewnością nie dla marzycielek i romantyczek. Łącząc elementy namiętności oraz sensacji potrafi podtrzymywać uwagę na dłużej szokując, oburzając i rozpalając na przemian. Jeżeli przekonała Was pierwsza część, druga przypadnie Wam do gustu jeszcze bardziej. Jeżeli z pierwszą się męczyłyście – odpuście. Ja w to wchodzę i czekam na kontynuację.
moja ocena: 6+/10
http://ktoczytaksiazki-zyjepodwojnie.blogspot.com/ Weronika Tomala
Making Faces
Amy Harmon na dar. Jej powieści zawsze otwierają we mnie niezwykłe emocje... Czytając jej niebanalne i pełne uczuć opowieści czuję się jakbym była jedną z bohaterek i przeżywała to, co bohaterowie. Często się śmieję, płaczę, a lektury nie mogę skończyć bez przekręcenia ostatniej strony i dowiedzenia się, czy zakończenie będzie równie słodko-gorzkie jak cała powieść. Nie inaczej było z powieścią Making faces, czyli nowością na polskim rynku.
Małe miasteczko gdzieś w Pensylwanii, wszyscy się w nim znają, znają swoje tajemnice. W takim miejscu jak to niewiele da się ukryć. Młodzi ludzie chodzący tu do szkoły nie interesują się piłką nożna, czy footballem amerykańskim, tu sława zdobywa ten, kto jest najlepszy w zapasach, a w Hannah Lake najlepszy był w nich Ambrose Taylor. Chłopak tak idealny, że zakochana w nim Fern, uważała go za herosa... Kochała go jednak nie za wygląd, on tego jednak nie dostrzegał. A później nastała wojna, on wyjechał, ona została...
"Każdy jest dla kogoś głównym bohaterem..."
Spodziewacie się kolejnej banalnej historii o nastolatkach? A może liczycie na na siłę wymuszający łzy dramat wojenny? Spodziewacie mdłych, wyidealizowanych bohaterów? W powieściach Amy Harmon ich nie znajdziecie, a na pewno nie w tej... Nie spodziewałam się, że ta historia wywoła we mnie tak wiele emocji, ale właśnie tak się stało. Podczas jej lektury naprawdę płakałam, a rzadko mi się to zdarza.
Powieść Harmon podzielona jest na umowne dwie części. Pierwsza to czas młodości bohaterów, kiedy chodzą jeszcze do liceum, druga zaś opowiada o ich dorosłym życiu, kiedy trwa wojna w Wietnamie. Głównym wydarzeniem, na którym oparty był koncept był zamach na World Trade Center, co skłoniło część chłopców z miasteczka do zaciągnięcia się do armii. Miejscem akcji więc jak się pewnie domyślacie nie jest tylko Hannah Lake, ale również Irak.
Making faces to jednak nie tylko opowieść o wojnie, ale również o tym jak sobie z nią radzić, jak walczyć ze stratą, jak pogodzić się ze śmiercią, czy to spodziewaną, którą wywołuje choroba, czy to niespodziewaną. To historia o akceptacji samego siebie, zrozumieniu swoich mocnych i słabych stron, radzeniu sobie ze stratą... Jednak to też pełna blasku opowieść o miłości, która rodzi się z czasem, a także o prawdziwej przyjaźni i pasji.
"Gdy się komuś długo przyglądasz, przestajesz widzieć doskonały nos albo proste zęby. Przestajesz widzieć bliznę po trądziku i dołek na brodzie. Te cechy zaczynają się zamazywać, a ty nagle widzisz kolory i to, co kryje się w środku, a piękno nabiera zupełnie nowego znaczenia."
Choć większość poruszanych w powieści tematów jest ciężkich, to dzięki niezwykle mądrym, pozytywnym bohaterom powieść czyta się z lekkością i fascynacją, odczuwany smutek jest tylko dowodem tej sympatii. Dla mnie, choć naprawdę polubiłam głównych bohaterów, to Bailey był najjaśniejszym promykiem całej powieści. Jego wytrwałość, inteligencja, zdrowe podejście do życia i pozytywna energia sprawiały, że każda scena z nim była niezwykła. Ten człowiek był wielki! Akceptował swoją chorobę, wytrwale jednak się jej nie poddawał i właśnie za to najbardziej go cenię.
Wciąż nie mogę uwierzyć, że jedynie jedną, krótką powieścią autorka sprawiła, że tak zafascynowałam się bohaterami i czuję jakbym znała ich całe życie. Uwielbiam to w powieściach Harmon. Już nie mogę się doczekać kolejnych tak realnych historii...
Ocena: świetna [6/6]
Małe miasteczko gdzieś w Pensylwanii, wszyscy się w nim znają, znają swoje tajemnice. W takim miejscu jak to niewiele da się ukryć. Młodzi ludzie chodzący tu do szkoły nie interesują się piłką nożna, czy footballem amerykańskim, tu sława zdobywa ten, kto jest najlepszy w zapasach, a w Hannah Lake najlepszy był w nich Ambrose Taylor. Chłopak tak idealny, że zakochana w nim Fern, uważała go za herosa... Kochała go jednak nie za wygląd, on tego jednak nie dostrzegał. A później nastała wojna, on wyjechał, ona została...
"Każdy jest dla kogoś głównym bohaterem..."
Spodziewacie się kolejnej banalnej historii o nastolatkach? A może liczycie na na siłę wymuszający łzy dramat wojenny? Spodziewacie mdłych, wyidealizowanych bohaterów? W powieściach Amy Harmon ich nie znajdziecie, a na pewno nie w tej... Nie spodziewałam się, że ta historia wywoła we mnie tak wiele emocji, ale właśnie tak się stało. Podczas jej lektury naprawdę płakałam, a rzadko mi się to zdarza.
Powieść Harmon podzielona jest na umowne dwie części. Pierwsza to czas młodości bohaterów, kiedy chodzą jeszcze do liceum, druga zaś opowiada o ich dorosłym życiu, kiedy trwa wojna w Wietnamie. Głównym wydarzeniem, na którym oparty był koncept był zamach na World Trade Center, co skłoniło część chłopców z miasteczka do zaciągnięcia się do armii. Miejscem akcji więc jak się pewnie domyślacie nie jest tylko Hannah Lake, ale również Irak.
Making faces to jednak nie tylko opowieść o wojnie, ale również o tym jak sobie z nią radzić, jak walczyć ze stratą, jak pogodzić się ze śmiercią, czy to spodziewaną, którą wywołuje choroba, czy to niespodziewaną. To historia o akceptacji samego siebie, zrozumieniu swoich mocnych i słabych stron, radzeniu sobie ze stratą... Jednak to też pełna blasku opowieść o miłości, która rodzi się z czasem, a także o prawdziwej przyjaźni i pasji.
"Gdy się komuś długo przyglądasz, przestajesz widzieć doskonały nos albo proste zęby. Przestajesz widzieć bliznę po trądziku i dołek na brodzie. Te cechy zaczynają się zamazywać, a ty nagle widzisz kolory i to, co kryje się w środku, a piękno nabiera zupełnie nowego znaczenia."
Choć większość poruszanych w powieści tematów jest ciężkich, to dzięki niezwykle mądrym, pozytywnym bohaterom powieść czyta się z lekkością i fascynacją, odczuwany smutek jest tylko dowodem tej sympatii. Dla mnie, choć naprawdę polubiłam głównych bohaterów, to Bailey był najjaśniejszym promykiem całej powieści. Jego wytrwałość, inteligencja, zdrowe podejście do życia i pozytywna energia sprawiały, że każda scena z nim była niezwykła. Ten człowiek był wielki! Akceptował swoją chorobę, wytrwale jednak się jej nie poddawał i właśnie za to najbardziej go cenię.
Wciąż nie mogę uwierzyć, że jedynie jedną, krótką powieścią autorka sprawiła, że tak zafascynowałam się bohaterami i czuję jakbym znała ich całe życie. Uwielbiam to w powieściach Harmon. Już nie mogę się doczekać kolejnych tak realnych historii...
Ocena: świetna [6/6]
Ksiazkowyswiatpatrycji.blogspot.com Patrycja Waniek
Opowiadania drewnianego stołu. 125 przepisów, jak sprawić przyjemność sobie i bliskim
Dlaczego to drewniany stół jest narratorem tej książki? Bo to miejsce spotkań, które oddaje ciepło domowego ogniska. To na nim stawia się dania przygotowane z miłością i wokół niego gromadzą się nasi bliscy.
Co roku robię listę najlepszych książek, jakie przeczytałam (tu moja lista z 2016). Wiem już, co na pewno znajdzie się na liście z 2017. Czytając książki kulinarne zaznaczam sobie przepisy, które chciałabym przetestować. W tej książce łatwiej by było zaznaczyć te, których nie będę gotować. Nawet jeśli sporo jest przepisów na trudniejsze wypieki, których raczej nie opłaca się piec w małym gospodarstwie domowym jak bajgle czy chałka. Albo przepisów gdzie używa się 3 rodzajów śmietany, których niuansów ja nie rozróżniam. Reszta wygląda bardzo ok.
Monika Walecka jest na bieżąco, z tym co należy jeść, nie wstydzi się swoich inspiracji innymi blogami, Monatową, Nigellą, daniami, które jadła w jakiejś restauracji, kolorowymi kompozycjami Brittany Wright, Sarabeth’s Kitchen czy obfitością Ottolengiego. Sporo jest inspiracji kuchniami krajów, gdzie mieszkała wcześniej. Czeski hermelin, wypieki jak San Francisco, ciasto z amerykańskimi batonikami, brownie z cukierków Michałków, arabska woda różana czy mieszanki przypraw robione od podstaw w domu.
Jej filozofia smaku zakłada, że warto stawiać na sezonowe smaki, bo sezonowe produkty naturalnie się komponują i zawsze pasują do siebie. W jej kuchni nie potrzeba skomplikowanych sprzętów, bo autorka często się przeprowadzała, więc wie, że często wystarczą 2 ręce, dobry nóż i keksówka. Rządzi tu minimalizm i mniej to często więcej. Monika jest piekarzem znanym ze swoich warsztatów pieczenia chleba na zakwasie, poszukiwaczką smaków i stylistką jedzenia. Nie boi się mięsa i glutenu, a przede wszystkim nie boi się eksperymentów. Jej eksperymenty budzą jednak zaufanie, bo skoro wychodzi jej chleb, gdzie trzeba bardzo pilnować proporcji i mieć dobry przepis czy know – how, to sałatka czy zupa też raczej się uda.
Książka jest pięknie wydana – w końcu autorka jest stylistką jedzenia. Szczególnie ładne są ilustracje, które przypominają nieco te z książki Wegan Nerd.
Co bym ugotowała z tej książki?
Właściwie mogłabym tu wkleić spis treści, ale tak żeby zorientować Was jakich przepisów można się spodziewać.
Z napojów ciekawie wygląda owsiane mango lassi z chią i owsiany koktajl z suszonych śliwek. Chętnie zjadłabym pikantną sałatkę z owoców w marynacie, pieczoną ricotte z pamezanem, pasztet z wątróbek, omlet biszkoptowy, sałatkę z fenkuła i truskawek, warzywne spaghetti z sosem cytrynowym, meksykański chłodnik, kalafiorową zupę z krewetkami, sałatkę z ziemniaków i kalafiora, ziemniaczane hasselbacki, pęczotto z burakami i malinami czy sałatkę z kiełków gryczanych A na deser? Brzoskwinie pieczone z granolą, sernik lawendowy, jaśminowe tiramisu z matchą czy nawet wytrawne muffinki z hummusem.
Co roku robię listę najlepszych książek, jakie przeczytałam (tu moja lista z 2016). Wiem już, co na pewno znajdzie się na liście z 2017. Czytając książki kulinarne zaznaczam sobie przepisy, które chciałabym przetestować. W tej książce łatwiej by było zaznaczyć te, których nie będę gotować. Nawet jeśli sporo jest przepisów na trudniejsze wypieki, których raczej nie opłaca się piec w małym gospodarstwie domowym jak bajgle czy chałka. Albo przepisów gdzie używa się 3 rodzajów śmietany, których niuansów ja nie rozróżniam. Reszta wygląda bardzo ok.
Monika Walecka jest na bieżąco, z tym co należy jeść, nie wstydzi się swoich inspiracji innymi blogami, Monatową, Nigellą, daniami, które jadła w jakiejś restauracji, kolorowymi kompozycjami Brittany Wright, Sarabeth’s Kitchen czy obfitością Ottolengiego. Sporo jest inspiracji kuchniami krajów, gdzie mieszkała wcześniej. Czeski hermelin, wypieki jak San Francisco, ciasto z amerykańskimi batonikami, brownie z cukierków Michałków, arabska woda różana czy mieszanki przypraw robione od podstaw w domu.
Jej filozofia smaku zakłada, że warto stawiać na sezonowe smaki, bo sezonowe produkty naturalnie się komponują i zawsze pasują do siebie. W jej kuchni nie potrzeba skomplikowanych sprzętów, bo autorka często się przeprowadzała, więc wie, że często wystarczą 2 ręce, dobry nóż i keksówka. Rządzi tu minimalizm i mniej to często więcej. Monika jest piekarzem znanym ze swoich warsztatów pieczenia chleba na zakwasie, poszukiwaczką smaków i stylistką jedzenia. Nie boi się mięsa i glutenu, a przede wszystkim nie boi się eksperymentów. Jej eksperymenty budzą jednak zaufanie, bo skoro wychodzi jej chleb, gdzie trzeba bardzo pilnować proporcji i mieć dobry przepis czy know – how, to sałatka czy zupa też raczej się uda.
Książka jest pięknie wydana – w końcu autorka jest stylistką jedzenia. Szczególnie ładne są ilustracje, które przypominają nieco te z książki Wegan Nerd.
Co bym ugotowała z tej książki?
Właściwie mogłabym tu wkleić spis treści, ale tak żeby zorientować Was jakich przepisów można się spodziewać.
Z napojów ciekawie wygląda owsiane mango lassi z chią i owsiany koktajl z suszonych śliwek. Chętnie zjadłabym pikantną sałatkę z owoców w marynacie, pieczoną ricotte z pamezanem, pasztet z wątróbek, omlet biszkoptowy, sałatkę z fenkuła i truskawek, warzywne spaghetti z sosem cytrynowym, meksykański chłodnik, kalafiorową zupę z krewetkami, sałatkę z ziemniaków i kalafiora, ziemniaczane hasselbacki, pęczotto z burakami i malinami czy sałatkę z kiełków gryczanych A na deser? Brzoskwinie pieczone z granolą, sernik lawendowy, jaśminowe tiramisu z matchą czy nawet wytrawne muffinki z hummusem.
Ugotowanepozamiatane.pl Kamila Tokarska
Sweet Ache. Krew gęstsza od wody. Seria Driven
Najlepsze zostawiłam sobie na koniec. Chociaż tym razem zupełnie nie celowo. Kiedy zabierałam się za serię "Driven" K. Bromberg, a właściwie za jej kontynuację, czyli trzy tomy romansów z wątkami erotycznymi, powiązane luźno z bohaterami serii, działałam zupełnie przypadkowo. Ponieważ były to części czwarta, piąta i szósta, które na szczęście można było czytać niezależnie od podstawowej trylogii, sugerowałam się tylko opisami okładkowymi i zabrałam się za nie zupełnie nie po kolei. Najpierw przeczytałam "Hard beat. Taniec nad otchłanią" – było średnio. Później za "Slow burn. Kropla drąży skałę" – było lepiej, ale nadal bez szału. Na koniec zostawiłam sobie "Krew gęstszą od wody" i to głównie za sprawą, że ten tom był najgrubszy, więc.... no właśnie. Nie pytajcie o logikę, bo jej tu nie ma...
Powiem szczerze, że dwa tomy, które czytałam wcześniej średnio mi się podobały. Opowieści były raczej tendencyjne i nie wzbudziły we mnie jakiś większych emocji. Zresztą o moich wrażeniach możecie przeczytać, klikając w odpowiednie linki powyżej. Dlatego też trochę sceptycznie podchodziłam do tej części ostatniej. Na szczęście wyszło, jak wyszło. Najlepsze zostawiłam sobie na koniec!
"Krew..." łączy się z "Driven" postacią głównej bohaterki Quinlan Westin, która jest siostrą Clotona – przystojnego i niegrzecznego chłopaka z trylogii. Quinlan jest nieodrodną siostrą swego brata. Jest wygadana, pewna siebie, uparcie pracuje na swoje nazwisko próbując oddzielić od siebie łatkę córki znanego reżysera i siostry popularnego rajdowca. Nie ma jakoś szczęścia w miłości, mimo że jest piękną i seksowną kobietą, skupia się więc na pracy naukowej i doktoracie na lokalnym uniwersytecie.
I to właśnie praca stanie się przyczyną jej miłosnych kłopotów, bowiem któregoś dnia okazuje się, że ma asystować w cyklu wykładów nowemu prowadzącemu. Nie byłoby to dla niej niczym nowym, gdyby nie fakt, że wykładowcą jest Hawkin Play, słynny, nieziemsko przystojny rockman. Hawkin zostaje wmanewrowany w prowadzenie zajęć dla studentów, żeby uniknąć poważniejszej kary za swoje grzeszki, a ponieważ jest wielkim kobieciarzem, przekonanym o tym, że żadna dziewczyna się mu nie oprze, z pewnością siebie podrywa także Quinlan.
Zaskoczeniem dla niego będzie fakt, że kobieta nie od razu mu ulega. Do tego dochodzi jeszcze niefortunny początek ich znajomości. Zdobycie zaufania Quinlan i jej sympatii zajmie Hawkinowi trochę czasu, co jest dla niego swoista nowością. Kiedy relacja tych dwojga zacznie zmierzać w pozytywną stronę, dojdzie do pewnego zakładu, który może zniszczyć fajnie zapowiadający się związek.
Poza wątkiem miłosnym i erotycznym tych dwojga bohaterów, w całej tej historii dzieje się coś jeszcze. I to jest fajne, bo lubię kiedy erotyki czy romanse mają jeszcze jakąś fabułę. Hawkin ma trudną relację z bratem, który bezczelnie pozwala sobie na wtrącanie w jego życie. Ma to związek z dzieciństwem chłopaków i ich matką, która też odegra w tej opowieści ważna rolę. Hawkinowi zaczyna zależeć na Quinlan, ale czy na tyle, żeby zdradzić jej swój największy dramat? Czy wtajemniczy ją w swoje życie prywatne?
Czytając "Krew..." przychodziła mi na myśl seria "After". Obie historie nie są może do siebie jakoś super podobne fabularnie (oczywiście poza postacią głównego bohatera – boskiego i przystojnego, niegrzecznego chłopca, którego kochają wszystkie czytelniczki), ale wzbudzają podobne emocje. Jeżeli więc czytałyście "After" i się Wam podobało, lubicie historie, w których bohaterowie non stop przezywają jakieś wzloty i upadki, kłócą się, żeby potem pogodzić się w wiadomy sposób, emocje w nich buzują a końcówka książki przynosi nagły zwrot akcji, ta powieść będzie w sam raz dla Was.
ksiazki-sardegny.blogspot.com Sardegna