Recenzje
TukTukCinema. Czyli rzecz o Indiach, Gangesie, radości życia, wiecznie psującym się skuterze i Bolku i Lolku
Za oknami nadal zima. Każdy z nas czeka już na pierwsze wiosenne promienie słońca i świergot ptaków. W oczekiwaniu na te miłe chwile warto przenieść się może (przynajmniej myślami) w egzotyczne miejsca.Dzisiaj zapraszam Was w podróż do kolorowych Indii, wraz z Robertem Maciągiem, autorem książki "Tuk tuk Cinema".
Robert "Robb" Maciąg to zapalony podróżnik, ale również totalny rowerowy freak. Gdy nie podróżuje, prowadzi bloga oraz zajęcia etnograficzne dla najmłodszych. Razem z żoną w pierwszą podróż po Indiach wybrali się samodzielnie złożonymi rowerami. To jednak nie o tej podróży jest dzisiejsza książka. Robb zdecydował się bowiem odwiedzić Indie ponownie, tym razem z bardzo szlachetnym i mądrym celem. Postanowił wyświetlać polskie bajki (Reksio, Bolek i Lolek) w swoim obwoźnym kinie. Uważacie pomysł za szalony? Być może, ale czy nie ma w tym czegoś pięknego?
Liczy się pomysł. Ten okazał się trafiony w dziesiątkę. Kaprys młodego podróżnika, by przejechać Indie tuk tukiem pokazując ludziom polskie bajki przerodził się w przygodę życia. Maciąg wyświetlał swoje filmy tam, gdzie byli chętni do oglądania. W domach dziecka, w szkołach. Bawili się przy nich świetnie również dorośli. Ach skąd to znamy? Każdy z nas nie raz śmieje się pod nosem oglądając bajkę z własnym szkrabem..
Zazwyczaj, gdy wyjeżdżamy w dalekie podróże jesteśmy nastawieni na czerpanie przyjemności. Chcemy jak najwięcej zobaczyć, dotknąć, poczuć. Maciąg pokazuje nam, że przy okazji możemy również dać coś namacalnego i niezapomnianego ludziom, w kraju gdzie przebywamy. Indyjskie dzieci rzadko kiedy posiadają telewizor, frajda z oglądanych bajek była więc ogromna.
Podróżnik opisuje nam swoją podróż krok po kroku. Od przygotowań, przez zakup tuk tuka(co wcale nie jest sprawą łatwą, prostą i przyjemną) w Indiach, aż po opisanie kolejnych etapów swojego projektu. To, co trzeba szczególnie docenić w książce, to niezwykle obrazowy styl pisania. Zapewniam Was, że podczas lektury, w waszej głowie zawitają kolorowe Indie.
"Z podróży można przywieźć prawie wszystko. Wspomnienia, gigabajty zdjęć, filmy, smakołyki, nagrania z dyktafonu i tym podobne. Na szczęście nie można jeszcze przywieźć zapachów."
W książce poznajemy różne oblicza Indii. Mamy Indie biedne i bogate, piękne i mniej urodziwe. Ta niejednoznaczność świetnie oddaje złożoność tego kraju. Kilka rzeczy się jednak nie zmienia. Śmiech dzieci z zabawnych scen Bolka i Lolka, ludzie tam mają podobne do naszych zmartwienia i radości. Wszystko to poznajemy dzięki wnikliwemu reportażowi Maciąga.
Często jest tak, że książki podróżnicze po jakimś czasie nudzą czytelnika. Siedzimy w fotelu, jest niby fajnie, ale obraz za oknem się nie zmienia. Maciąg oprócz tego, że w barwny i wyostrzający zmysły sposób próbuje zabrać nas w swą podróż ze sobą, na dodatek jest mega zabawnym człowiekiem. Nie raz zdarzało mi się zaśmiewać z jego komentarzy różnych zastanych sytuacji. Tym więc, którzy obawiają się nudy, mówię, że z Robertem nudzić się nie da.
Muszę Wam również podpowiedzieć, że książka jest cudownie wydana. Już sama okładka kusi oko. W środku jest tylko lepiej. Książka zawiera bardzo dużo zdjęć z indyjskiej podróży autora oraz cudowne ornamenty ozdobne. Całość wydana jest na śliskim, kredowym papierze. Jakość pierwsza klasa. Podsumowując, jeśli masz dość zimy, chcesz pobiec myślami gdzieś daleko, a nie bardzo możesz wziąć urlop i uciec na Malediwy, wybierz się z Robertem Maciągiem na szaloną wyprawę tuk tukiem po cudownych Indiach. To jak wskakujesz?
Robert "Robb" Maciąg to zapalony podróżnik, ale również totalny rowerowy freak. Gdy nie podróżuje, prowadzi bloga oraz zajęcia etnograficzne dla najmłodszych. Razem z żoną w pierwszą podróż po Indiach wybrali się samodzielnie złożonymi rowerami. To jednak nie o tej podróży jest dzisiejsza książka. Robb zdecydował się bowiem odwiedzić Indie ponownie, tym razem z bardzo szlachetnym i mądrym celem. Postanowił wyświetlać polskie bajki (Reksio, Bolek i Lolek) w swoim obwoźnym kinie. Uważacie pomysł za szalony? Być może, ale czy nie ma w tym czegoś pięknego?
Liczy się pomysł. Ten okazał się trafiony w dziesiątkę. Kaprys młodego podróżnika, by przejechać Indie tuk tukiem pokazując ludziom polskie bajki przerodził się w przygodę życia. Maciąg wyświetlał swoje filmy tam, gdzie byli chętni do oglądania. W domach dziecka, w szkołach. Bawili się przy nich świetnie również dorośli. Ach skąd to znamy? Każdy z nas nie raz śmieje się pod nosem oglądając bajkę z własnym szkrabem..
Zazwyczaj, gdy wyjeżdżamy w dalekie podróże jesteśmy nastawieni na czerpanie przyjemności. Chcemy jak najwięcej zobaczyć, dotknąć, poczuć. Maciąg pokazuje nam, że przy okazji możemy również dać coś namacalnego i niezapomnianego ludziom, w kraju gdzie przebywamy. Indyjskie dzieci rzadko kiedy posiadają telewizor, frajda z oglądanych bajek była więc ogromna.
Podróżnik opisuje nam swoją podróż krok po kroku. Od przygotowań, przez zakup tuk tuka(co wcale nie jest sprawą łatwą, prostą i przyjemną) w Indiach, aż po opisanie kolejnych etapów swojego projektu. To, co trzeba szczególnie docenić w książce, to niezwykle obrazowy styl pisania. Zapewniam Was, że podczas lektury, w waszej głowie zawitają kolorowe Indie.
"Z podróży można przywieźć prawie wszystko. Wspomnienia, gigabajty zdjęć, filmy, smakołyki, nagrania z dyktafonu i tym podobne. Na szczęście nie można jeszcze przywieźć zapachów."
W książce poznajemy różne oblicza Indii. Mamy Indie biedne i bogate, piękne i mniej urodziwe. Ta niejednoznaczność świetnie oddaje złożoność tego kraju. Kilka rzeczy się jednak nie zmienia. Śmiech dzieci z zabawnych scen Bolka i Lolka, ludzie tam mają podobne do naszych zmartwienia i radości. Wszystko to poznajemy dzięki wnikliwemu reportażowi Maciąga.
Często jest tak, że książki podróżnicze po jakimś czasie nudzą czytelnika. Siedzimy w fotelu, jest niby fajnie, ale obraz za oknem się nie zmienia. Maciąg oprócz tego, że w barwny i wyostrzający zmysły sposób próbuje zabrać nas w swą podróż ze sobą, na dodatek jest mega zabawnym człowiekiem. Nie raz zdarzało mi się zaśmiewać z jego komentarzy różnych zastanych sytuacji. Tym więc, którzy obawiają się nudy, mówię, że z Robertem nudzić się nie da.
Muszę Wam również podpowiedzieć, że książka jest cudownie wydana. Już sama okładka kusi oko. W środku jest tylko lepiej. Książka zawiera bardzo dużo zdjęć z indyjskiej podróży autora oraz cudowne ornamenty ozdobne. Całość wydana jest na śliskim, kredowym papierze. Jakość pierwsza klasa. Podsumowując, jeśli masz dość zimy, chcesz pobiec myślami gdzieś daleko, a nie bardzo możesz wziąć urlop i uciec na Malediwy, wybierz się z Robertem Maciągiem na szaloną wyprawę tuk tukiem po cudownych Indiach. To jak wskakujesz?
degustatorka.blogspot.com
Archipelag znikających wysp
Indonezja - 17 tysięcy wysp otoczonych błękitną wodą, które przyciągają turystów i pseudoeksplorerów z całego świata. Nawet nasza mała, dzielna reporterka Nela, swego czasu z pasją godną autorki kanonu lektur ósmoklasisty szukała na tamtejszej plaży "muszelek i zwierzątek".Po szybkim internetowym researchu pozostaje wrażenie, że Indonezja została stworzona przez Naturę, tylko po to, by dziesiątki tysięcy blogerów i vlogerów odnalazło sens życia w opisywaniu, jak cudowna jest Indonezja, jak mili są tamtejsi mieszkańcy i jak fajowsko być prawdziwym podróżnikiem, który z kilkoma banknotami w portfelu żyje niczym król, odkrywając jednocześnie mądrość Dalekiego Wschodu.
O wspaniałym życiu na archipelagu nie opowie nam blisko milion jego mieszkańców, podejrzewanych o lewicowe sympatie, którzy w 1965 zostali wybici w pień przez swoich przemiłych rodaków. Nie wchodźmy jednak w szczegóły, by dzięki wydawnictwu Bezdroża rozpocząć pełną wrażeń lekturę.
Archipelag znikających wysp to fascynująca podróż przez jeden kraj rozciągający się na przestrzeni rozległej niczym od Irlandii po Kaukaz. Nie sposób nie patrzeć na ten kraj, jak na ?zlepek kultur połączonych wspólną administracją i językiem indonezyjskim?. Mamy bowiem do czynienia z kilkoma setkami grup etnicznych. Dodajmy do tego holenderskie, chińskie, indyjskie i muzułmańskie wpływy, a otrzymamy niezwykle ciężko zrozumiałą dla przybysza z zewnątrz mieszankę kulturową. Wraz z autorami odwiedzamy m.in. ?Wyspę Duchów?? Bali, gdzie znajduje się około tysiąca hinduskich świątyń, Dajaków-łowców głów z Borneo, Celebes- raj dla nurków oraz poszukiwaczy złota z Lombok. Szczególnie cenne dla książki, odróżniające ją od innych pozycji tego gatunku są antropologiczne obserwacje dotyczące turystyki masowej, kultury podróży, różnicy między rzeczywistością, a jej reprezentacją.
Ma to jedną diabelną wadę. Przez takie podejście zaciera się granica między prawdziwym światem, a sztucznym. Już teraz przychodząc do wiosek Papuasów można zauważyć, jak kobiety zwinnie zdejmują ubrania i ściągają t-shirty, aby pokazać się w pełnej okazałości z nagimi piersiami. Dobrze wiedzą, że turyści oczekują nagich papuaskich sutków i wiedzą, co dostaną w zamian. Pieniądze. Magiczne papierki, dzięki którym mogą kupić sobie lepsze, szczęśliwsze życie.
Sergiusz Prokurat i Piotr Śmieszek to nietypowy pisarski duet. Solidnie wykształceni przez większość życia zarabiali na chleb zajmując się handlem pomiędzy Azją a Polską. Od ekonomii do literatury podróżniczej daleka jednak droga, dlatego szanse na to, że autorzy popełnią więcej niż "kolejną ciekawą książkę" były niewielkie. Tymczasem do rąk czytelników trafiła rzecz niebywała, pełna ciekawostek, absorbująca pozycja, wzbogacona ponadto o świetne zdjęcia ukazujące życie codzienne archipelagu. Momentami wykraczająca poza typową książkę podróżniczą, pełna refleksji na temat styku świata Zachodu ze Wschodem. Chapeaux bas dla autorów i wydawnictwa Bezdroża, które po raz kolejny udowadnia, że nie zawodzi.
O wspaniałym życiu na archipelagu nie opowie nam blisko milion jego mieszkańców, podejrzewanych o lewicowe sympatie, którzy w 1965 zostali wybici w pień przez swoich przemiłych rodaków. Nie wchodźmy jednak w szczegóły, by dzięki wydawnictwu Bezdroża rozpocząć pełną wrażeń lekturę.
Archipelag znikających wysp to fascynująca podróż przez jeden kraj rozciągający się na przestrzeni rozległej niczym od Irlandii po Kaukaz. Nie sposób nie patrzeć na ten kraj, jak na ?zlepek kultur połączonych wspólną administracją i językiem indonezyjskim?. Mamy bowiem do czynienia z kilkoma setkami grup etnicznych. Dodajmy do tego holenderskie, chińskie, indyjskie i muzułmańskie wpływy, a otrzymamy niezwykle ciężko zrozumiałą dla przybysza z zewnątrz mieszankę kulturową. Wraz z autorami odwiedzamy m.in. ?Wyspę Duchów?? Bali, gdzie znajduje się około tysiąca hinduskich świątyń, Dajaków-łowców głów z Borneo, Celebes- raj dla nurków oraz poszukiwaczy złota z Lombok. Szczególnie cenne dla książki, odróżniające ją od innych pozycji tego gatunku są antropologiczne obserwacje dotyczące turystyki masowej, kultury podróży, różnicy między rzeczywistością, a jej reprezentacją.
Ma to jedną diabelną wadę. Przez takie podejście zaciera się granica między prawdziwym światem, a sztucznym. Już teraz przychodząc do wiosek Papuasów można zauważyć, jak kobiety zwinnie zdejmują ubrania i ściągają t-shirty, aby pokazać się w pełnej okazałości z nagimi piersiami. Dobrze wiedzą, że turyści oczekują nagich papuaskich sutków i wiedzą, co dostaną w zamian. Pieniądze. Magiczne papierki, dzięki którym mogą kupić sobie lepsze, szczęśliwsze życie.
Sergiusz Prokurat i Piotr Śmieszek to nietypowy pisarski duet. Solidnie wykształceni przez większość życia zarabiali na chleb zajmując się handlem pomiędzy Azją a Polską. Od ekonomii do literatury podróżniczej daleka jednak droga, dlatego szanse na to, że autorzy popełnią więcej niż "kolejną ciekawą książkę" były niewielkie. Tymczasem do rąk czytelników trafiła rzecz niebywała, pełna ciekawostek, absorbująca pozycja, wzbogacona ponadto o świetne zdjęcia ukazujące życie codzienne archipelagu. Momentami wykraczająca poza typową książkę podróżniczą, pełna refleksji na temat styku świata Zachodu ze Wschodem. Chapeaux bas dla autorów i wydawnictwa Bezdroża, które po raz kolejny udowadnia, że nie zawodzi.
Opętani Czytaniem MACIEJ KUHNERT
Indonezja. Po drugiej stronie raju
Indonezja to największy wyspiarski kraj świata położony między oceanami: Indyjskim i Spokojnym. Ma ponad 1,9 mln km2 powierzchni i z górą 260 mln mieszkańców.Cztery największe wyspy: Sumatra, Jawa, Borneo (dzielone z Malezją) i Sulawesi (Celebes) oraz ponad 17 tysięcy innych wysp. Około 300 grup etnicznych nawet z kilkoma rdzennymi językami każda. W użyciu ponad 700 języków obok urzędowego indonezyjskiego, niektóre nawet w kilku różnych narzeczach. Oficjalnie tylko kilka religii. Islam z 87% wyznawców. Chrześcijaństwo, łącznie do 10% ludności, głównie zielonoświątkowcy oraz inne nurty protestantyzmu i katolicyzm. Buddyzm, hinduizm, konfucjanizm. W rzeczywistości setki systemów wierzeń, rozmaitość bogów i bóstw. Przez biura podróży reklamowany jest jako turystyczny raj. Atrakcji jest w nim rzeczywiście mnóstwo. Na popularniej wyspie Bali plaże, góry i świątynie, zwłaszcza Taman Ayun i Tanah Lot. Jawa oferuje aktywne wulkany, buddyjskie i hinduskie świątynie Borobudur i Prambanan, pałace: Sułtana i Mang Kunegaran oraz parki narodowe. Sulawesi malowidła ścienne w prehistorycznych jaskiniach. Wyspa Komodo warany ? ogromne jaszczury. Tawzangan bajkowe rafy koralowe na wyspie. Przykłady można mnożyć bez końca.
Ale na jakie takie poznanie tego kraju, nie mówiąc już o zrozumieniu jego różnorodności, nie starczyłoby życia jednego człowieka. Jest jednak również druga strona tego turystycznego raju. Miejsca przeważnie nieznane gościom, zwłaszcza zagranicznym. Indonezyjskie wioski i regiony oraz żyjące w nich grupy etniczne i ich niezwykłe wierzenia, tradycje, obyczaje kontynuowane od stuleci, a zdumiewające w XXI wieku. To o nich jest najnowsza książka podróżnicza Bezdroży. Jedna z najciekawszych, jakie czytałem w ostatnich latach. Niezwykła, fascynująca, pokazująca ludzi i ich życie, o którym przeważnie nie mamy pojęcia. Przy czym napisana pięknym językiem.
Często tak plastycznym, że czytając opisy przyrody, miejsc, ludzi i ich trudnego życia, a także przeżyć wśród nich autorki, widzi się je i niemal staje ich uczestnikiem. Co, dodam, pogłębia oglądanie zamieszczonych w książce, przeważnie świetnych zdjęć. Książka, której lekturę, z zapartym tchem, chociaż trochę znam i tamte strony, właśnie skończyłem, jest plonem ponad 9-miesięcznej podróży autorki po Indonezji, nie pierwszej zresztą. W tym przypadku tylko po różnych częściach wyspy Sulawesi ? Celebes i Wyspach Korzennych, czyli archipelagu Moluków, a dokładniej należącym do niego archipelagu wysp Banda.
Przy czym nie jest to, niestety często spotykana, relacja w rodzaju: ?byłam, widziałam, straszny upał, zachwycający krajobraz za oknem, niesympatyczny celnik, problemy z wymianą pieniędzy i dostępem do internetu?. Czy w przypadku podróżujących na kółkach: ?złapałem kolejną gumę, a tu leje; wjazd pod górę okazał się bardzo męczący; znowu zgasł silnik, a do najbliższego miasteczka jest kilka kilometrów; w sklepikach są tylko podstawowe artykuły??. Autorka poszukuje w trakcie tej podróży ? i znajduje, a następnie świetnie opisuje ? miejsca głównie poza turystycznymi szlakami. Nierzadko trudno dostępne, np. w jednym przypadku na możliwość dalszej jazdy przygodnym środkiem transportu, a innego nie było, czekała bezskutecznie przy drodze dwie doby.
Decydując się w końcu na jazdę, jako pasażerka, zdezelowanym motocyklem po trudnej do wyobrażenia sobie drodze. Ale równocześnie takie miejsca, w których żyją ciekawi ludzie, lub mają się odbyć jakieś warte zobaczenia lokalne uroczystości czy obrzędy. I to nie na zasadzie: ?dotarłam, zobaczyłam, sfotografowałam, pędzę dalej?. Ale powoli, bez pośpiechu, zatrzymując się na kilka dni, miesiąc, czy dłużej. Mieszkając, żyjąc i żywiąc się wśród tubylców, w ich domach i rodzinach. Nierzadko w warunkach nie do zaakceptowania, a nawet pomyślenia, przez ogromną większość turystów, nawet podróżujących samodzielnie, a nie z biurami podróży. Po prostu takich samych, w jakich żyli jej gospodarze. Adaptując się ? to jeden z przykładów ? np. do życia przez miesiąc bez sanitariatów.
Zgodnie z radą gospodyni: myj się w rzece w ubraniu w którym przyszłaś ? to równocześnie kąpiel i pranie. Potem owiń się sarongiem, a w czyste ubierz w domu. Toaleta? Kucasz, załatwiasz potrzebę, podmywasz się, prąd wody zabierze nieczystości. ?Jemy tylko dwa razy dziennie ? pisze np. autorka ? głównie ryż i duszone liście bez smaku?. Dodając: ?Czasem tylko dziadek z domu obok poczęstuje grillowanymi larwami (chrząszczy) zebranymi w lesie.? Lub w innym miejscu: ? ?woda i nieczystości przelatują przez szpary między deskami (w podłodze w starym domu) i wsiąkają w ziemię?. Żyjąc tak jak mieszkańcy, poznaje ich życie, zwyczaje, wierzenia, obyczaje.
A potem je opisuje, uzupełnia faktami zweryfikowanymi, chociażby na temat lokalnych obrzędów, w bogatej lekturze zamieszczonej w bibliografii do każdego z pięciu rozdziałów tej książki. Każdy z nich poświęcony jest jakiemuś niezwykłemu, przynajmniej z europejskiego punktu widzenia, miejscu, regionowi, obyczajowi, świętu. Opisanemu na dosyć szerokim tle, z prezentacją ludzi i wydarzeń, w których autorka uczestniczyła. I każdy z nich, to temat na osobne, obszerne, a niemożliwe w takim zakresie omówienie w recenzji. Zachęcam więc już w trakcie jej pisania ? lepiej przeczytać o nich samemu w książce. Bo fakty i przykłady z niej przytoczone przez recenzenta mogą tylko zasygnalizować coś szalenie ciekawego, niezwykłego, barwnie opisanego.
Chociażby w pierwszym rozdziale ?Piąta płeć?, o dzieleniu przez Bugijczyków żyjących na południu Sulawesi, ludzi na pięć płci. Poza zwykłymi, jak się mówi, ?normalnymi?, kobietą i mężczyzną, także calabei ? tych, którzy urodzili się kobietą, ale czują i żyją jak mężczyźni. I odwrotnie ? calati. Piąta płeć, bissu, to idealne połączenie w człowieku cech żeńskich i męskich w proporcjach pół na pół. To z nich wywodzą się kapłani i szamani. Bo tylko ci ? wierzą Bugijczycy, którzy posiadają cechy obu płci jednocześnie, mają szanse zrozumieć boga. Pełnią oni rolę pośredników między ludźmi i bogiem. Ciekawy jest opis autorki jak bissu stają się, etapami, z mamato ? niedojrzałych, do tanre ? wyższego bissu. Wymaga to kilkuletniego uczenia się od pojawiających się w ich snach nauczycieli, a w życiu doświadczonych szamanów.
Bissu, pisze autorka po rozmowach z wieloma z nich, musi być wzorem czystości, pomagać innym, obowiązuje ich celibat. Poza obowiązkami szamańskimi wykonują oni normalną pracę w różnych zawodach. Na co dzień są często przykładnymi muzułmanami, którzy modlą się do Allaha pięć razy na dobę i chodzą do meczetu. Ale są równocześnie szamanami. Łączą funkcję lekarza, spowiednika, przewodnika duchowego, uzdrowiciela, doradcy. Islam nakłada się bowiem tam często na dawne wierzenia. Część jego indonezyjskich wyznawców, pisze autorka, modli się w piątek w meczetach, ale na wszelki wypadek, gdyby Allah był w tym czasie zajęty prośbami innych, idzie później do szamana aby poznać swoją przyszłość i odczarować klątwy. Pomagają w tym starzy bogowie. Główny bugijski bóg Patok zamieniony został na Allaha, a dewate, pomniejsi bogowie, zostali zdegradowani, stając się tylko jego pomocnikami.
Religia muzułmańska, którą na tereny dzisiejszej Indonezji przynieśli kupcy arabscy 800 lat temu, nie wyparła całkowicie dawnych wierzeń. Chociaż są oczywiście islamscy ortodoksi, którzy, nawet krwawo, tępili od lat 50-tych XX w. bissu. Szamanów torturowano, poniżano, zabijano, palono ich rytualne stroje i przedmioty. Problemy mają również współcześnie. Także finansowe. Podobnie, jeżeli chodzi o nawiązywanie do dawnych miejscowych wierzeń, jest w przypadku chrześcijan. Holenderscy misjonarze katoliccy utożsamiali bowiem postacie biblijne z bogami religii Torajów aluk todolo. Nowa religia nałożyła się na stare wierzenia. Nadal więc na wielu grobach tubylców ? chrześcijan obok krzyża umieszcza się symbole dawnej religii.
W Genesis o początku świta Bugijczyków szczególną rolę odgrywa Święty pług, który ludziom ofiarował bóg. Podczas najważniejszego dorocznego święta Mappalili, na początku pory deszczowej, jest on budzony, aby zapewnił dobre plony. Odbywają się przy nim różne obrzędy, procesja z nim dookoła wioski i pól, ze składaniem ofiar z owoców i ryżu duchom przydrożnych drzew. Na koniec uroczystości Święty pług jest myty, nacierany wonnymi olejkami, owijany całunem aby mógł zapaść w sen na kolejny rok. Święto Mappalili, w którym uczestniczyła autorka, to także inne obrzędy. M.in. taniec szamanów z wachlarzami, później grzechotkami oraz niesamowity, w mistycznym transie, ze sztyletami. Barwnie opisany, zacytuję fragment: ?Wa Nani w tanecznym półobrocie przyciska ostrze noża do delikatnej skóry krtani, naciska na rękojeść, kręci nią, jakby chciał wwiercić sztylet w szyję. Na drugim końcu tarasu Wa Mata pada nagle na ziemię. Ze sztyletem przytkniętym do brzucha żylastymi rękami wije się po podłodze, przewraca na boki, przyklęka, napiera ciałem na ostrze. Oczy staruszka zapadłe w chudej twarzy, zdają się zupełnie nieobecne, a on sam nieświadomy tego, co się z nim dzieje. Juleha, tuż obok mnie, podskakuje, tupie, wykrzywia twarz w grymasie bólu. Przyciska nóż do wnętrza dłoni, wierci rękojeścią, a mimo to ostrze nie rani jego skóry??. Podczas tego tańca nie doszło do rozlewu krwi, nawet drobnych zadrapań. To znak, że przybyły opiekuńcze duchy, które teraz strzegą bissu, a potem będą chronić pola przed suszą, powodzią, plagami szkodników.
Innym punktem programu święta był ogólny ?Śmigus ? dyngus?, w którym najbardziej, chociaż życzliwie, oberwała autorka, jedyna Europejka. A mało brakowało, żeby goście, bo było ich kilkoro, nie mogli tego obrzędu obejrzeć. Nawet w tak odległe miejsce próbowała już bowiem wkroczyć komercja. Część szamanów usiłowała od obcych wymusić ?dar dla bissu i duchów? w absurdalnie wysokiej kwocie miliona rupii. Sprzeciwili się jednak inni. To nie są widowiska dla turystów, lecz prawdziwe, tradycyjne rytuały. Rozdział ?Morscy Cyganie? poświęcony jest relacji z miejsc zamieszkania i życia Bajów na wyspach Sampela, Hoga i innych ? w Morskim Parku Narodowym Wakatobi, w sercu Trójkąta Koralowego, drugiego pod względem wielkości skupiska raf koralowych na świecie.
Autorka uczestniczyła tam w łowieniu przez mężczyzn kałamarnic, ośmiornic i ryb. I sprzedawaniu ich przez kobiety z łodzi na targu w Ambea na sąsiedniej wyspie, a następnie kupowaniu za uzyskane pieniądze warzyw, owoców, cukru, ryżu i? wody pitnej. Bo w wiosce na palach na morzu jej nie ma. Dramatyczne są opisy łowienia ryb przy pomocy samodzielnie wykonanych bomb oraz cyjanku potasu. I konsekwencje tego dla środowiska naturalnego oraz samych rybaków. Jemu autorka poświęca w książce bardzo wiele uwagi. Pisząc m.in. o narastającym gigantycznym zaśmiecaniu morza i indonezyjskich plaż przez brudy, zwłaszcza plastikowe opakowania. Zabijaniu koralowców cyjankiem, przy okazji trucia cennych ryb, aby je łatwiej łowić. Z przykładem: ilość cyjanku potrzebna do złowienia jednej ryby zabija metr kwadratowy koralowca. A tylko w Hongkongu spożywa się rocznie około 20 ton takich ryb. I uwagą: ?Ludzie w restauracji za kilogram podtrutej ryby płacą (nawet) kilkaset dolarów?.
Kolejny, bogaty w opisy, informacje i ciekawostki rozdział ?Wyspy Korzenne?, to relacja z podróży na Moluki, a ściślej archipelag wysp Banda, kursującym co dwa tygodnie 7 ? pokładowym promem z Ambonu na wyspie o tej samej nazwie. Dostosowany do przewozu 3 tys. pasażerów, zabiera ich na dwudobowe rejsy dwa razy więcej. W klasie ekonomicznej dzielone, jak pisze autorka, ?ze szczurami i karaluchami, chemicznym zapachem chińskich zupek i smrodem zapchanych toalet?. Z walką pasażerów przy wsiadaniu o miejsce do spania. Na dolnych pokładach, podłodze w kantynie, schodach, nawet w szalupach ratunkowych. A także całodobowym handlu różnym badziewiem prowadzonym przez niektórych podróżnych. Co akapit, to coś interesującego.
W już na miejscu, po opuszczeniu promu, przypomnienie dziejów handlu gałką muszkatołową i goździkami, które na tych wyspach uprawiano i, w mniejszym stopniu, trwa to nadal. Do Europy początkowo trafiały one przez Chiny Wielkim Jedwabnym Szlakiem, przynosząc kolejnym kupcom ogromne zyski. A gdy wielkie wówczas kraje morskie, Niderlandy i Anglia, zorientowały się, że wyeliminowanie pośredników ? kupców arabskich i weneckich daje nawet 1000-krotne przebicie ceny, zaczęły walki o te tereny. I o inne egzotyczne przyprawy oraz towary. Przy okazji dokonując wielkich odkryć geograficznych. Opisane jest to z mnóstwem ciekawych szczegółów. Np. o odebraniu Anglikom w 1664 r. obecnie indonezyjskich wysp Ai i Run w zemście Holendrów za zajęcie przez księcia Yorku ich wyspy Manhattan w Nowym Amsterdamie w Ameryce, którą kupili od Indian za 24 dolary.
Burzliwej historii bogatego rodu van den Broecke, jednego z największych posiadaczy ziemskich na Wyspach Banda, z rozmową z ich żyjącym, indonezyjskim potomkiem. A także poszukiwanie, z wieloma sukcesami, śladów pobytu Europejczyków na tych wyspach. Chyba najbardziej niezwykły, chociaż wszystkie są ciekawe, jest rozdział (?Śmierć w Tona Toraja?) o zwyczajach pogrzebowych na ziemiach Torajów na Sulawesi. To lud, który przed wiekami przybył na te tereny łodziami z południa wyspy i początkowo na nich mieszkał. A następnie budował ? i buduje nadal ? na lądzie domy na ich wzór, z dachami o kształcie rogów bawołów. Z symbolicznym znaczeniem w nich poszczególnych pomieszczeń. Dzięki przypadkowej znajomości autorka mogła uczestniczyć w pogrzebie zamożnego dziadka poznanego młodego Jawajczyka.
Krótkie streszczenia blisko 50 stron tych świetnych opisów, które naprawdę warto przeczytać, wydaje mi się niemożliwe. Wspomnę więc tylko, że pogrzeb Torajów jest najważniejszym wydarzeniem w ich życiu. Ważniejszym od ślubu. Organizowane są one nierzadko dopiero w kilka lat po śmierci, w momencie, na który zabalsamowane zwłoki czekają w domu zmarłego. A rodzina gotowa jest na taki, często rujnujący finansowo wydatek. Bo pogrzeb zgodny z obyczajem to przepustka do raju. A przychylność duchów przodków, to gwarant spokoju w życiu. Wystawny pogrzeb trwa nawet do 10 dni. Przybywają na niego niezliczeni goście z odległych nawet stron, z prezentami. Za które, szczegółowo spisane, w przyszłości trzeba się zrewanżować, gdy umrze ktoś z ich rodziny.
Na pogrzeb, w którym uczestniczyła i opisała autorka, nie największy, zaproszono tysiąc gości, dla których zbudowano specjalne pomieszczenia na okres ich wizyty. Przez dwa dni trwało ich witanie i odbieranie darów dla zmarłego oraz, oczywiście, goszczenie. Później były występy artystyczne, tańce wojowników, a przede wszystkim moment najważniejszy: zabijanie ofiarnych bawołów. Aby ich duchy mogły towarzyszyć duchowi zmarłemu w trudnej drodze przez góry i rzeki do krainy szczęśliwości. Przy czym bawół bawołowi nierówny. Najpospolitsze i najtańsze, tylko o równowartości kilku tysięcy złotych, są czarne i ciemne. Znacznie droższe albinosy. Najcenniejsze jednak są łaciate. Autorce proponowano kupno jednego, bagatela, za 280 mln rupii, czyli około 80 tys. zł. Równowartość 10 lat pracy indonezyjskiego nauczyciela. Ale na pogrzebie na tych zwierzętach oszczędzać nie wolno.
Tamtejsze bawoły żyją tylko po to, aby swoją śmiercią uświetnić czyjś pogrzeb. Tylko nieliczne pracują w polu ? są zbyt cenne. Gdy chowana jest osoba znacząca, zabija się nawet 100 bawołów i więcej. Nie mniej jednak niż 24. Najubożsi zabijają tylko kilka świń. W opisywanym pogrzebie zaszlachtowano 60, poczynając od najcenniejszych. Nie licząc, też ofiarnych, prosiaków, bo czymś przecież gości trzeba czymś karmić. Makabryczna, dokonywana na oczach widzów, w tym dzieci, rzeź, poprzedzana jest walką bawołów. Z zakładami, także najbliższej rodziny nieboszczyka, który zwycięży. Zwycięzcy tracą życie w drugiej kolejności. Później ich rogi zawieszane są na frontonie domu nieboszczyka. Opis autorki tego koszmarnego obrzędu wystarcza też za jej opinię o nim: ?? Powietrze wypełnia nieznośna woń padliny i kału zmieszanego z rozgrzaną krwią. Rante (plac, na któ rym odbywa się uroczystość) wygląda makabrycznie. Odrąbane głowy, skóry wywinięte na lewą stronę, żołądki z wpół przetrawioną zawartością. Gdzieś w kałuży zastygających wydzielin leżą porzucone klapki. Nieco dalej bosy mężczyzna umazany krwistym błotem ostrzy nóż. Krew. Brzęczenie much. Smród taki, że robi się niedobrze.? Ostatniego dnia pogrzebu pojawia się ksiądz. Bo Toraje to przecież chrześcijanie? Ostatni rozdział, ?Ludzie lasu?, zawiera opis miesięcznego życia autorki wśród biednego plemienia Wan. To tam adaptowała się, w cytowanym wyżej, fragmencie jej relacji z życia bez sanitariatów. Wśród ludzi początkowo nieufnych, nie uśmiechających się, ale gdy już ją przyjęli w swoje grono jako swoją, to z całym sercem i mimo biedy gościnnością.
A żegnali później bardzo serdecznie. Przez pewien czas nawet uczyła ona społecznie dzieci angielskiego. Te wręcz wymuszały przedłużanie lekcji, bo nauka jest jedną z niewielu zabaw, jakie znają. Niecodzienne są różne opisywane sceny tamtejszego życia. Porody na podłodze w domu, w obecności rodziców, sąsiadów i kuzynów, którzy przyszli sprawdzić, jak kobieta sobie radzi. Autorka pisze jednak również o problemie globalnym, jaki stanowi wycinanie i wypalanie w Indonezji lasów pod nowe, bardzo dochodowe uprawy palm olejowych. Z niszczeniem siedlisk zwierząt, ptaków i owadów, ginięciem wielu ich gatunków. Zatruwaniem atmosfery także u sąsiadów: Malezji i Singapuru. Z przykładem: w 2015 r. w czasie takich pożarów powstawało więcej gazów cieplarnianych, niż emituje cała gospodarka USA!
Interesujący jest też tamtejszy skład wyznań religijnych, a szokujący zwyczajowy kodeks karny. W jednej wsi Longkasa mieszkają, i to raczej zgodnie: muzułmanie, zielonoświątkowcy, katolicy, protestanci, buddyści, konfucjaniści, hinduiści. A także ludzie z wpisanym w dowodach ?bez wyznania?. Najcięższą tamtejszą zbrodnią jest przyczynienie się do czyjejś śmierci. Rozumiane bardzo szeroko. Równoznaczna z morderstwem i zabójstwem jest także czyjaś śmierć w rodzinie kobiety, np. dziecka siostry, w czasie gdy mężczyzna sypia z cudzą żoną. Wiadomo bowiem, że to wina? tego mężczyzny. Zgodnie z zasadą: postąpiłeś niemoralnie ? to musi się na kimś zemścić. Karę płaci się? w talerzach. Tak, w talerzach, porcelanowych, szklanych itp.
Można uiścić ją też w wartościowym przedmiocie: sarongu, metalowych narzędziach itp. W przeszłości, gdy ukarany był zbyt biedny aby zapłacić karę, stawał się niewolnikiem poszkodowanego i odpracowywał ją. Po zniesieniu niewolnictwa musi mu pomóc rodzina. Szokującym europejskie poczucie sprawiedliwości jest także pojęcie kradzieży. Gdyby np. syn ożenił się bez zgody ojca, to? osoby współodpowiedzialne za jego decyzję musiałyby ojcu chłopca wypłacić odszkodowanie. To tylko wybrane przykłady ciekawych faktów i sytuacji zawartych w tej książce. Są w niej również opisy m.in. "uzdrawiania" przez szamanów - i świetne obserwacje na temat stanu higieny we wsiach, jako źródła chorób, których praktycznie nikt nie leczy.
A także dziesiątki innych ważnych i ciekawych tematów. Autorka odkrywa przez czytelnikami świat ogromnej większości z nich zupełnie nieznany. Odległy od nas o tysiące kilometrów, ale przecież istniejący równolegle, w tym samym XXI wieku. Przy czym robi to w sposób znakomity! Warto więc, aby po książkę tę sięgnęli także ci, których niezbyt interesuje Indonezja, nie mówiąc już o tamtejszych pogrzebach, systemie kar, czy sposobach łowienia ryb, ośmiornic lub kałamarnic. Bo naprawdę dowiedzą się z niej mnóstwo nowego także o świecie.
Ale na jakie takie poznanie tego kraju, nie mówiąc już o zrozumieniu jego różnorodności, nie starczyłoby życia jednego człowieka. Jest jednak również druga strona tego turystycznego raju. Miejsca przeważnie nieznane gościom, zwłaszcza zagranicznym. Indonezyjskie wioski i regiony oraz żyjące w nich grupy etniczne i ich niezwykłe wierzenia, tradycje, obyczaje kontynuowane od stuleci, a zdumiewające w XXI wieku. To o nich jest najnowsza książka podróżnicza Bezdroży. Jedna z najciekawszych, jakie czytałem w ostatnich latach. Niezwykła, fascynująca, pokazująca ludzi i ich życie, o którym przeważnie nie mamy pojęcia. Przy czym napisana pięknym językiem.
Często tak plastycznym, że czytając opisy przyrody, miejsc, ludzi i ich trudnego życia, a także przeżyć wśród nich autorki, widzi się je i niemal staje ich uczestnikiem. Co, dodam, pogłębia oglądanie zamieszczonych w książce, przeważnie świetnych zdjęć. Książka, której lekturę, z zapartym tchem, chociaż trochę znam i tamte strony, właśnie skończyłem, jest plonem ponad 9-miesięcznej podróży autorki po Indonezji, nie pierwszej zresztą. W tym przypadku tylko po różnych częściach wyspy Sulawesi ? Celebes i Wyspach Korzennych, czyli archipelagu Moluków, a dokładniej należącym do niego archipelagu wysp Banda.
Przy czym nie jest to, niestety często spotykana, relacja w rodzaju: ?byłam, widziałam, straszny upał, zachwycający krajobraz za oknem, niesympatyczny celnik, problemy z wymianą pieniędzy i dostępem do internetu?. Czy w przypadku podróżujących na kółkach: ?złapałem kolejną gumę, a tu leje; wjazd pod górę okazał się bardzo męczący; znowu zgasł silnik, a do najbliższego miasteczka jest kilka kilometrów; w sklepikach są tylko podstawowe artykuły??. Autorka poszukuje w trakcie tej podróży ? i znajduje, a następnie świetnie opisuje ? miejsca głównie poza turystycznymi szlakami. Nierzadko trudno dostępne, np. w jednym przypadku na możliwość dalszej jazdy przygodnym środkiem transportu, a innego nie było, czekała bezskutecznie przy drodze dwie doby.
Decydując się w końcu na jazdę, jako pasażerka, zdezelowanym motocyklem po trudnej do wyobrażenia sobie drodze. Ale równocześnie takie miejsca, w których żyją ciekawi ludzie, lub mają się odbyć jakieś warte zobaczenia lokalne uroczystości czy obrzędy. I to nie na zasadzie: ?dotarłam, zobaczyłam, sfotografowałam, pędzę dalej?. Ale powoli, bez pośpiechu, zatrzymując się na kilka dni, miesiąc, czy dłużej. Mieszkając, żyjąc i żywiąc się wśród tubylców, w ich domach i rodzinach. Nierzadko w warunkach nie do zaakceptowania, a nawet pomyślenia, przez ogromną większość turystów, nawet podróżujących samodzielnie, a nie z biurami podróży. Po prostu takich samych, w jakich żyli jej gospodarze. Adaptując się ? to jeden z przykładów ? np. do życia przez miesiąc bez sanitariatów.
Zgodnie z radą gospodyni: myj się w rzece w ubraniu w którym przyszłaś ? to równocześnie kąpiel i pranie. Potem owiń się sarongiem, a w czyste ubierz w domu. Toaleta? Kucasz, załatwiasz potrzebę, podmywasz się, prąd wody zabierze nieczystości. ?Jemy tylko dwa razy dziennie ? pisze np. autorka ? głównie ryż i duszone liście bez smaku?. Dodając: ?Czasem tylko dziadek z domu obok poczęstuje grillowanymi larwami (chrząszczy) zebranymi w lesie.? Lub w innym miejscu: ? ?woda i nieczystości przelatują przez szpary między deskami (w podłodze w starym domu) i wsiąkają w ziemię?. Żyjąc tak jak mieszkańcy, poznaje ich życie, zwyczaje, wierzenia, obyczaje.
A potem je opisuje, uzupełnia faktami zweryfikowanymi, chociażby na temat lokalnych obrzędów, w bogatej lekturze zamieszczonej w bibliografii do każdego z pięciu rozdziałów tej książki. Każdy z nich poświęcony jest jakiemuś niezwykłemu, przynajmniej z europejskiego punktu widzenia, miejscu, regionowi, obyczajowi, świętu. Opisanemu na dosyć szerokim tle, z prezentacją ludzi i wydarzeń, w których autorka uczestniczyła. I każdy z nich, to temat na osobne, obszerne, a niemożliwe w takim zakresie omówienie w recenzji. Zachęcam więc już w trakcie jej pisania ? lepiej przeczytać o nich samemu w książce. Bo fakty i przykłady z niej przytoczone przez recenzenta mogą tylko zasygnalizować coś szalenie ciekawego, niezwykłego, barwnie opisanego.
Chociażby w pierwszym rozdziale ?Piąta płeć?, o dzieleniu przez Bugijczyków żyjących na południu Sulawesi, ludzi na pięć płci. Poza zwykłymi, jak się mówi, ?normalnymi?, kobietą i mężczyzną, także calabei ? tych, którzy urodzili się kobietą, ale czują i żyją jak mężczyźni. I odwrotnie ? calati. Piąta płeć, bissu, to idealne połączenie w człowieku cech żeńskich i męskich w proporcjach pół na pół. To z nich wywodzą się kapłani i szamani. Bo tylko ci ? wierzą Bugijczycy, którzy posiadają cechy obu płci jednocześnie, mają szanse zrozumieć boga. Pełnią oni rolę pośredników między ludźmi i bogiem. Ciekawy jest opis autorki jak bissu stają się, etapami, z mamato ? niedojrzałych, do tanre ? wyższego bissu. Wymaga to kilkuletniego uczenia się od pojawiających się w ich snach nauczycieli, a w życiu doświadczonych szamanów.
Bissu, pisze autorka po rozmowach z wieloma z nich, musi być wzorem czystości, pomagać innym, obowiązuje ich celibat. Poza obowiązkami szamańskimi wykonują oni normalną pracę w różnych zawodach. Na co dzień są często przykładnymi muzułmanami, którzy modlą się do Allaha pięć razy na dobę i chodzą do meczetu. Ale są równocześnie szamanami. Łączą funkcję lekarza, spowiednika, przewodnika duchowego, uzdrowiciela, doradcy. Islam nakłada się bowiem tam często na dawne wierzenia. Część jego indonezyjskich wyznawców, pisze autorka, modli się w piątek w meczetach, ale na wszelki wypadek, gdyby Allah był w tym czasie zajęty prośbami innych, idzie później do szamana aby poznać swoją przyszłość i odczarować klątwy. Pomagają w tym starzy bogowie. Główny bugijski bóg Patok zamieniony został na Allaha, a dewate, pomniejsi bogowie, zostali zdegradowani, stając się tylko jego pomocnikami.
Religia muzułmańska, którą na tereny dzisiejszej Indonezji przynieśli kupcy arabscy 800 lat temu, nie wyparła całkowicie dawnych wierzeń. Chociaż są oczywiście islamscy ortodoksi, którzy, nawet krwawo, tępili od lat 50-tych XX w. bissu. Szamanów torturowano, poniżano, zabijano, palono ich rytualne stroje i przedmioty. Problemy mają również współcześnie. Także finansowe. Podobnie, jeżeli chodzi o nawiązywanie do dawnych miejscowych wierzeń, jest w przypadku chrześcijan. Holenderscy misjonarze katoliccy utożsamiali bowiem postacie biblijne z bogami religii Torajów aluk todolo. Nowa religia nałożyła się na stare wierzenia. Nadal więc na wielu grobach tubylców ? chrześcijan obok krzyża umieszcza się symbole dawnej religii.
W Genesis o początku świta Bugijczyków szczególną rolę odgrywa Święty pług, który ludziom ofiarował bóg. Podczas najważniejszego dorocznego święta Mappalili, na początku pory deszczowej, jest on budzony, aby zapewnił dobre plony. Odbywają się przy nim różne obrzędy, procesja z nim dookoła wioski i pól, ze składaniem ofiar z owoców i ryżu duchom przydrożnych drzew. Na koniec uroczystości Święty pług jest myty, nacierany wonnymi olejkami, owijany całunem aby mógł zapaść w sen na kolejny rok. Święto Mappalili, w którym uczestniczyła autorka, to także inne obrzędy. M.in. taniec szamanów z wachlarzami, później grzechotkami oraz niesamowity, w mistycznym transie, ze sztyletami. Barwnie opisany, zacytuję fragment: ?Wa Nani w tanecznym półobrocie przyciska ostrze noża do delikatnej skóry krtani, naciska na rękojeść, kręci nią, jakby chciał wwiercić sztylet w szyję. Na drugim końcu tarasu Wa Mata pada nagle na ziemię. Ze sztyletem przytkniętym do brzucha żylastymi rękami wije się po podłodze, przewraca na boki, przyklęka, napiera ciałem na ostrze. Oczy staruszka zapadłe w chudej twarzy, zdają się zupełnie nieobecne, a on sam nieświadomy tego, co się z nim dzieje. Juleha, tuż obok mnie, podskakuje, tupie, wykrzywia twarz w grymasie bólu. Przyciska nóż do wnętrza dłoni, wierci rękojeścią, a mimo to ostrze nie rani jego skóry??. Podczas tego tańca nie doszło do rozlewu krwi, nawet drobnych zadrapań. To znak, że przybyły opiekuńcze duchy, które teraz strzegą bissu, a potem będą chronić pola przed suszą, powodzią, plagami szkodników.
Innym punktem programu święta był ogólny ?Śmigus ? dyngus?, w którym najbardziej, chociaż życzliwie, oberwała autorka, jedyna Europejka. A mało brakowało, żeby goście, bo było ich kilkoro, nie mogli tego obrzędu obejrzeć. Nawet w tak odległe miejsce próbowała już bowiem wkroczyć komercja. Część szamanów usiłowała od obcych wymusić ?dar dla bissu i duchów? w absurdalnie wysokiej kwocie miliona rupii. Sprzeciwili się jednak inni. To nie są widowiska dla turystów, lecz prawdziwe, tradycyjne rytuały. Rozdział ?Morscy Cyganie? poświęcony jest relacji z miejsc zamieszkania i życia Bajów na wyspach Sampela, Hoga i innych ? w Morskim Parku Narodowym Wakatobi, w sercu Trójkąta Koralowego, drugiego pod względem wielkości skupiska raf koralowych na świecie.
Autorka uczestniczyła tam w łowieniu przez mężczyzn kałamarnic, ośmiornic i ryb. I sprzedawaniu ich przez kobiety z łodzi na targu w Ambea na sąsiedniej wyspie, a następnie kupowaniu za uzyskane pieniądze warzyw, owoców, cukru, ryżu i? wody pitnej. Bo w wiosce na palach na morzu jej nie ma. Dramatyczne są opisy łowienia ryb przy pomocy samodzielnie wykonanych bomb oraz cyjanku potasu. I konsekwencje tego dla środowiska naturalnego oraz samych rybaków. Jemu autorka poświęca w książce bardzo wiele uwagi. Pisząc m.in. o narastającym gigantycznym zaśmiecaniu morza i indonezyjskich plaż przez brudy, zwłaszcza plastikowe opakowania. Zabijaniu koralowców cyjankiem, przy okazji trucia cennych ryb, aby je łatwiej łowić. Z przykładem: ilość cyjanku potrzebna do złowienia jednej ryby zabija metr kwadratowy koralowca. A tylko w Hongkongu spożywa się rocznie około 20 ton takich ryb. I uwagą: ?Ludzie w restauracji za kilogram podtrutej ryby płacą (nawet) kilkaset dolarów?.
Kolejny, bogaty w opisy, informacje i ciekawostki rozdział ?Wyspy Korzenne?, to relacja z podróży na Moluki, a ściślej archipelag wysp Banda, kursującym co dwa tygodnie 7 ? pokładowym promem z Ambonu na wyspie o tej samej nazwie. Dostosowany do przewozu 3 tys. pasażerów, zabiera ich na dwudobowe rejsy dwa razy więcej. W klasie ekonomicznej dzielone, jak pisze autorka, ?ze szczurami i karaluchami, chemicznym zapachem chińskich zupek i smrodem zapchanych toalet?. Z walką pasażerów przy wsiadaniu o miejsce do spania. Na dolnych pokładach, podłodze w kantynie, schodach, nawet w szalupach ratunkowych. A także całodobowym handlu różnym badziewiem prowadzonym przez niektórych podróżnych. Co akapit, to coś interesującego.
W już na miejscu, po opuszczeniu promu, przypomnienie dziejów handlu gałką muszkatołową i goździkami, które na tych wyspach uprawiano i, w mniejszym stopniu, trwa to nadal. Do Europy początkowo trafiały one przez Chiny Wielkim Jedwabnym Szlakiem, przynosząc kolejnym kupcom ogromne zyski. A gdy wielkie wówczas kraje morskie, Niderlandy i Anglia, zorientowały się, że wyeliminowanie pośredników ? kupców arabskich i weneckich daje nawet 1000-krotne przebicie ceny, zaczęły walki o te tereny. I o inne egzotyczne przyprawy oraz towary. Przy okazji dokonując wielkich odkryć geograficznych. Opisane jest to z mnóstwem ciekawych szczegółów. Np. o odebraniu Anglikom w 1664 r. obecnie indonezyjskich wysp Ai i Run w zemście Holendrów za zajęcie przez księcia Yorku ich wyspy Manhattan w Nowym Amsterdamie w Ameryce, którą kupili od Indian za 24 dolary.
Burzliwej historii bogatego rodu van den Broecke, jednego z największych posiadaczy ziemskich na Wyspach Banda, z rozmową z ich żyjącym, indonezyjskim potomkiem. A także poszukiwanie, z wieloma sukcesami, śladów pobytu Europejczyków na tych wyspach. Chyba najbardziej niezwykły, chociaż wszystkie są ciekawe, jest rozdział (?Śmierć w Tona Toraja?) o zwyczajach pogrzebowych na ziemiach Torajów na Sulawesi. To lud, który przed wiekami przybył na te tereny łodziami z południa wyspy i początkowo na nich mieszkał. A następnie budował ? i buduje nadal ? na lądzie domy na ich wzór, z dachami o kształcie rogów bawołów. Z symbolicznym znaczeniem w nich poszczególnych pomieszczeń. Dzięki przypadkowej znajomości autorka mogła uczestniczyć w pogrzebie zamożnego dziadka poznanego młodego Jawajczyka.
Krótkie streszczenia blisko 50 stron tych świetnych opisów, które naprawdę warto przeczytać, wydaje mi się niemożliwe. Wspomnę więc tylko, że pogrzeb Torajów jest najważniejszym wydarzeniem w ich życiu. Ważniejszym od ślubu. Organizowane są one nierzadko dopiero w kilka lat po śmierci, w momencie, na który zabalsamowane zwłoki czekają w domu zmarłego. A rodzina gotowa jest na taki, często rujnujący finansowo wydatek. Bo pogrzeb zgodny z obyczajem to przepustka do raju. A przychylność duchów przodków, to gwarant spokoju w życiu. Wystawny pogrzeb trwa nawet do 10 dni. Przybywają na niego niezliczeni goście z odległych nawet stron, z prezentami. Za które, szczegółowo spisane, w przyszłości trzeba się zrewanżować, gdy umrze ktoś z ich rodziny.
Na pogrzeb, w którym uczestniczyła i opisała autorka, nie największy, zaproszono tysiąc gości, dla których zbudowano specjalne pomieszczenia na okres ich wizyty. Przez dwa dni trwało ich witanie i odbieranie darów dla zmarłego oraz, oczywiście, goszczenie. Później były występy artystyczne, tańce wojowników, a przede wszystkim moment najważniejszy: zabijanie ofiarnych bawołów. Aby ich duchy mogły towarzyszyć duchowi zmarłemu w trudnej drodze przez góry i rzeki do krainy szczęśliwości. Przy czym bawół bawołowi nierówny. Najpospolitsze i najtańsze, tylko o równowartości kilku tysięcy złotych, są czarne i ciemne. Znacznie droższe albinosy. Najcenniejsze jednak są łaciate. Autorce proponowano kupno jednego, bagatela, za 280 mln rupii, czyli około 80 tys. zł. Równowartość 10 lat pracy indonezyjskiego nauczyciela. Ale na pogrzebie na tych zwierzętach oszczędzać nie wolno.
Tamtejsze bawoły żyją tylko po to, aby swoją śmiercią uświetnić czyjś pogrzeb. Tylko nieliczne pracują w polu ? są zbyt cenne. Gdy chowana jest osoba znacząca, zabija się nawet 100 bawołów i więcej. Nie mniej jednak niż 24. Najubożsi zabijają tylko kilka świń. W opisywanym pogrzebie zaszlachtowano 60, poczynając od najcenniejszych. Nie licząc, też ofiarnych, prosiaków, bo czymś przecież gości trzeba czymś karmić. Makabryczna, dokonywana na oczach widzów, w tym dzieci, rzeź, poprzedzana jest walką bawołów. Z zakładami, także najbliższej rodziny nieboszczyka, który zwycięży. Zwycięzcy tracą życie w drugiej kolejności. Później ich rogi zawieszane są na frontonie domu nieboszczyka. Opis autorki tego koszmarnego obrzędu wystarcza też za jej opinię o nim: ?? Powietrze wypełnia nieznośna woń padliny i kału zmieszanego z rozgrzaną krwią. Rante (plac, na któ rym odbywa się uroczystość) wygląda makabrycznie. Odrąbane głowy, skóry wywinięte na lewą stronę, żołądki z wpół przetrawioną zawartością. Gdzieś w kałuży zastygających wydzielin leżą porzucone klapki. Nieco dalej bosy mężczyzna umazany krwistym błotem ostrzy nóż. Krew. Brzęczenie much. Smród taki, że robi się niedobrze.? Ostatniego dnia pogrzebu pojawia się ksiądz. Bo Toraje to przecież chrześcijanie? Ostatni rozdział, ?Ludzie lasu?, zawiera opis miesięcznego życia autorki wśród biednego plemienia Wan. To tam adaptowała się, w cytowanym wyżej, fragmencie jej relacji z życia bez sanitariatów. Wśród ludzi początkowo nieufnych, nie uśmiechających się, ale gdy już ją przyjęli w swoje grono jako swoją, to z całym sercem i mimo biedy gościnnością.
A żegnali później bardzo serdecznie. Przez pewien czas nawet uczyła ona społecznie dzieci angielskiego. Te wręcz wymuszały przedłużanie lekcji, bo nauka jest jedną z niewielu zabaw, jakie znają. Niecodzienne są różne opisywane sceny tamtejszego życia. Porody na podłodze w domu, w obecności rodziców, sąsiadów i kuzynów, którzy przyszli sprawdzić, jak kobieta sobie radzi. Autorka pisze jednak również o problemie globalnym, jaki stanowi wycinanie i wypalanie w Indonezji lasów pod nowe, bardzo dochodowe uprawy palm olejowych. Z niszczeniem siedlisk zwierząt, ptaków i owadów, ginięciem wielu ich gatunków. Zatruwaniem atmosfery także u sąsiadów: Malezji i Singapuru. Z przykładem: w 2015 r. w czasie takich pożarów powstawało więcej gazów cieplarnianych, niż emituje cała gospodarka USA!
Interesujący jest też tamtejszy skład wyznań religijnych, a szokujący zwyczajowy kodeks karny. W jednej wsi Longkasa mieszkają, i to raczej zgodnie: muzułmanie, zielonoświątkowcy, katolicy, protestanci, buddyści, konfucjaniści, hinduiści. A także ludzie z wpisanym w dowodach ?bez wyznania?. Najcięższą tamtejszą zbrodnią jest przyczynienie się do czyjejś śmierci. Rozumiane bardzo szeroko. Równoznaczna z morderstwem i zabójstwem jest także czyjaś śmierć w rodzinie kobiety, np. dziecka siostry, w czasie gdy mężczyzna sypia z cudzą żoną. Wiadomo bowiem, że to wina? tego mężczyzny. Zgodnie z zasadą: postąpiłeś niemoralnie ? to musi się na kimś zemścić. Karę płaci się? w talerzach. Tak, w talerzach, porcelanowych, szklanych itp.
Można uiścić ją też w wartościowym przedmiocie: sarongu, metalowych narzędziach itp. W przeszłości, gdy ukarany był zbyt biedny aby zapłacić karę, stawał się niewolnikiem poszkodowanego i odpracowywał ją. Po zniesieniu niewolnictwa musi mu pomóc rodzina. Szokującym europejskie poczucie sprawiedliwości jest także pojęcie kradzieży. Gdyby np. syn ożenił się bez zgody ojca, to? osoby współodpowiedzialne za jego decyzję musiałyby ojcu chłopca wypłacić odszkodowanie. To tylko wybrane przykłady ciekawych faktów i sytuacji zawartych w tej książce. Są w niej również opisy m.in. "uzdrawiania" przez szamanów - i świetne obserwacje na temat stanu higieny we wsiach, jako źródła chorób, których praktycznie nikt nie leczy.
A także dziesiątki innych ważnych i ciekawych tematów. Autorka odkrywa przez czytelnikami świat ogromnej większości z nich zupełnie nieznany. Odległy od nas o tysiące kilometrów, ale przecież istniejący równolegle, w tym samym XXI wieku. Przy czym robi to w sposób znakomity! Warto więc, aby po książkę tę sięgnęli także ci, których niezbyt interesuje Indonezja, nie mówiąc już o tamtejszych pogrzebach, systemie kar, czy sposobach łowienia ryb, ośmiornic lub kałamarnic. Bo naprawdę dowiedzą się z niej mnóstwo nowego także o świecie.
GLOBTROTER INFO Cezary Rudziński
Koszmar Morfeusza
Wiele zmieniło się od momentu, kiedy Cassandra Givens przeprowadziła się do Miami, by zacząć nową pracę jako projektantka wnętrz w pewnej prestiżowej firmie. Jeden wypad do ekskluzywnego klubu wraz z przyjacielem całkowicie zmienił jej życie oraz wywrócił wszystko do góry nogami. To właśnie tam poznała tajemniczego oraz niezwykle seksownego Adama, który przedstawił się jej jako Morfeusz oraz złożył niezwykle kuszącą propozycję. Jednonocna przygoda przeradza się jednak w coś znacznie bardziej poważnego i zarówno Cassandra jak i mężczyzna nie są w stanie zaprzeczyć, że połączyło ich coś więcej niż tylko zwykły seks. Już wkrótce pomiędzy nimi wybucha ogromna namiętność, nad którą w żaden sposób nie są w stanie zapanować…
„Pokochałam mężczyzną, który jest dla mnie zgubą.”
Adam skrywa jednak przed kobietą wiele tajemnic, a jego świat jest wypełniony mrokiem, od momentu kiedy został wciągnięty do pewnej niezwykle niebezpiecznej organizacji. Adam musiał porzucić wszelkie swoje marzenia oraz ideały, a jego życie w jednej chwili zostało całkowicie podporządkowane pewnym niezwykle bezwzględnym zasadom, których złamanie może kosztować życie nie tylko jego, ale także najbliższych mu osób. Mężczyzna za wszelką cenę stara się ukryć swój związek z Cassandrą oraz ocalić ją przed ludźmi, którzy posuną się do wszystkiego, żeby osiągnąć swój cel oraz ukarać każdego, kto ośmieli się im przeciwstawić. Już wkrótce Adam stanie przed niezwykle trudnym wyborem, od którego może zależeć nie tylko jego związek z ukochaną, ale być może także jej życie…
„I tak: będąc z nim, wiele ryzykuję, ale jeśli odejdę, stracę coś, na co tak długo czekałam. Coś, na czym najbardziej mi zależy. Stracę miłość swojego życia.”
Cassandra nigdy nie podejrzewała, że jakikolwiek mężczyzna będzie potrafił aż tak bardzo wstrząsnąć jej światem. Miłość Adama oraz kobiety kwitnie, pomimo czającego się na każdym kroku niebezpieczeństwa. Cassandra za wszelką cenę pragnie uratować ukochanego oraz wyrwać go z pod wpływu pewnej niezwykle niebezpiecznej organizacji, która może zniszczyć wszelkie nadzieje zakochanych na wspólną oraz szczęśliwą przyszłość. Jak wiele kobieta będzie w stanie poświęcić, żeby uratować ich związek? Do czego kobieta się posunie, żeby ocalić mężczyznę nie tylko przed organizacją, ale także przed samym sobą? Czy Cassandra będzie potrafiła się odnaleźć w świecie mrocznych fantazji, które bardzo szybko mogą przerodzić się w jej największy koszmar?
„ […] urządził z mojego życia piekło, odebrał mi godność i szacunek do samej siebie, a mimo wszystko go kocham. Kocham go nad życie, jednocześnie go nienawidząc.”
„Sny Morfeusza” były bardzo ciekawym rozpoczęciem całej serii i muszę przyznać, że z ogromną niecierpliwością czekałam na moment, kiedy będę mogła poznać dalsze losy bohaterów. Jednak czy autorce udało się utrzymać wysoko postawioną poprzeczkę oraz spełnić oczekiwania swoich czytelników? Historia Cassandy oraz Adama jest pełna wzlotów oraz upadków i muszę przyznać, że przy tej dwójce naprawdę nie można się nudzić. Autorka zabiera nas w niezwykłą podróż do świata pełnego pożądania oraz najbardziej mrocznych fantazji, od którego naprawdę ciężko się uwolnić. Czytanie tej książki to prawdziwy emocjonalny rollercoaster, z którego ani na chwilę nie chce się wysiąść.
Zachowanie głównej bohaterki niejednokrotnie wprawiało mnie w osłupienie i czasami ciężko było mi nie westchnąć z rezygnacji z powody jej lekkomyślnych decyzji. Z drugiej strony jej sytuacja jest naprawdę niezwykle trudna, a brak jakiegokolwiek wsparcia ze strony jej bliskich musi być dla niej bardzo bolesny. Mimo, że nie do końca jestem w stanie zrozumieć postępowanie tej postaci, to i tak jestem ciekawa, czy w następnym tomie Cassandra wyciągnie jakąś lekcję z tego wszystkiego, co ją spotkało. Dzięki tej książce choć na chwilę mogłam oderwać się od rzeczywistości oraz przenieść do zupełnie innego, mrocznego świata. Autorka naprawdę mnie nie zawiodła i już nie mogę się doczekać, kiedy będziemy mogli poznać zakończenie całej tej historii. Trzeci tom tej serii powinien pojawić się jeszcze w tym roku, co niezwykle mnie cieszy. Całą serię gorąco polecam!
Addictedtobooksstories.blogspot.com
Sztuka fotografowania. 60 pomysłów na lepsze zdjęcia
Książki Davida duChemina to fenomen: pisane są tak przystępnie i tłumaczą tak podstawowe kwestie, że może je czytać zupełnie początkujący. Jednocześnie jednak poruszają – tym samym prostym językiem – zagadnienia nieoczywiste lub mało znane nawet dla fotoamatorów z pewnym doświadczeniem.
Ot, np. na s.12-19 mamy przystępne omówienie systemu strefowego pomiaru ekspozycji. Oczywiście, kilka stron na temat, na który powstały opasłe książki, to tylko liźnięcie zagadnienia, ale przedstawione w sposób zrozumiały dla rozpoczynających przygodę z fotografią, a i z pewnością niejeden zaawansowany fotoamator czegoś się dowie – chyba że obudzony w nocy potrafi podać różnicę między strefą VIII a IX.
Najnowsza książka popularyzatora fotografii podzielona jest na 60 lekcji: krótkich rozdziałów omawiających wybrane zagadnienie i zakończonych zadaniami dla czytelnika, które mają mu pomóc lepiej zrozumieć i opanować prezentowany temat. Wśród tych tematów są zagadnienia podstawowe, ale nie tylko: trójkąt ekspozycji, zależność między przysłoną a głębią ostrości, podstawowe informacje o filtrach optycznych przydatnych w fotografii cyfrowej czy wpływie kierunku światła.
O wszystkim, co wymaga czasu
Wśród „60 pomysłów” znajdziemy też porady przydatne także dla bardziej zaawansowanych, w tym sporo wskazówek dotyczących kompozycji: budowanie kadru w oparciu o różnego rodzaju linie, ustalanie balansu optycznego, użycie pustej przestrzeni czy skali. I szczególnie cenne zalecenie: upraszczanie kompozycji! Nigdy dość przypominania o upraszczaniu.
Nigdy też dość o cierpliwości, wyczuciu czasu, czekaniu na dobry pierwszy plan czy poświęceniu czasu na poznanie tematu, który chcemy fotografować. Te porady idą wbrew powszechnemu oczekiwaniu, aby wszystko było „w 24 godziny”, ale tutaj nie ma dróg na skróty – trzeba poświęcić czas i włożyć własną pracę, żeby uzyskać rezultaty.
Kogo nie należy słuchać?
Nawet jeśli gdzieś wcześniej czytaliśmy podobne sugestie i podpowiedzi, to ponowna ich lektura z pewnością nam nie zaszkodzi. Najbardziej zaawansowani mogą traktować książkę duChemina jako repetytorium, a także źródło pomysłów i inspiracji. Czasem także przemyśleń – zwłaszcza rozdział o tym, kogo nie należy słuchać (s. 250).
Z autorem książki także nie trzeba się zgadzać. Ja zgrzytam zębami, gdy widzę kolejne powtórzenie mitu krążącego od kilkunastu lat o podwajaniu liczby rejestrowanych przez matrycę odcieni w miarę rozjaśniania ekspozycji co 1 EV (s.23). Za wpadkę trzeba uznać obie ilustracje do rozdziału o użyciu obiektywu szerokokątnego: jedno zdjęcie zostało zrobione na ogniskowej 300 mm, a drugie – 600 mm (s.61-63). Usterek jednak jest niewiele, za to solidnej i praktycznej wiedzy – mnóstwo.
Bez magicznych trików
Tutaj nie ma magicznych trików, cudownych przepisów na wspaniałe kadry wszędzie i zawsze. Jest mnóstwo praktycznej wiedzy, podzielonej na 60 lekcji – czy przyniosą one efekty w postaci lepszych zdjęć, zależy od tego, na ile pracowicie te lekcje zostaną odrobione. Dlatego zalecam tę książkę nawet osobom, które większość tych informacji już gdzieś czytały – bo może niedostatecznie je przemyślały, przećwiczyły, a częściowo zapomniały?
Piotr Dębek
Ot, np. na s.12-19 mamy przystępne omówienie systemu strefowego pomiaru ekspozycji. Oczywiście, kilka stron na temat, na który powstały opasłe książki, to tylko liźnięcie zagadnienia, ale przedstawione w sposób zrozumiały dla rozpoczynających przygodę z fotografią, a i z pewnością niejeden zaawansowany fotoamator czegoś się dowie – chyba że obudzony w nocy potrafi podać różnicę między strefą VIII a IX.
Najnowsza książka popularyzatora fotografii podzielona jest na 60 lekcji: krótkich rozdziałów omawiających wybrane zagadnienie i zakończonych zadaniami dla czytelnika, które mają mu pomóc lepiej zrozumieć i opanować prezentowany temat. Wśród tych tematów są zagadnienia podstawowe, ale nie tylko: trójkąt ekspozycji, zależność między przysłoną a głębią ostrości, podstawowe informacje o filtrach optycznych przydatnych w fotografii cyfrowej czy wpływie kierunku światła.
O wszystkim, co wymaga czasu
Wśród „60 pomysłów” znajdziemy też porady przydatne także dla bardziej zaawansowanych, w tym sporo wskazówek dotyczących kompozycji: budowanie kadru w oparciu o różnego rodzaju linie, ustalanie balansu optycznego, użycie pustej przestrzeni czy skali. I szczególnie cenne zalecenie: upraszczanie kompozycji! Nigdy dość przypominania o upraszczaniu.
Nigdy też dość o cierpliwości, wyczuciu czasu, czekaniu na dobry pierwszy plan czy poświęceniu czasu na poznanie tematu, który chcemy fotografować. Te porady idą wbrew powszechnemu oczekiwaniu, aby wszystko było „w 24 godziny”, ale tutaj nie ma dróg na skróty – trzeba poświęcić czas i włożyć własną pracę, żeby uzyskać rezultaty.
Kogo nie należy słuchać?
Nawet jeśli gdzieś wcześniej czytaliśmy podobne sugestie i podpowiedzi, to ponowna ich lektura z pewnością nam nie zaszkodzi. Najbardziej zaawansowani mogą traktować książkę duChemina jako repetytorium, a także źródło pomysłów i inspiracji. Czasem także przemyśleń – zwłaszcza rozdział o tym, kogo nie należy słuchać (s. 250).
Z autorem książki także nie trzeba się zgadzać. Ja zgrzytam zębami, gdy widzę kolejne powtórzenie mitu krążącego od kilkunastu lat o podwajaniu liczby rejestrowanych przez matrycę odcieni w miarę rozjaśniania ekspozycji co 1 EV (s.23). Za wpadkę trzeba uznać obie ilustracje do rozdziału o użyciu obiektywu szerokokątnego: jedno zdjęcie zostało zrobione na ogniskowej 300 mm, a drugie – 600 mm (s.61-63). Usterek jednak jest niewiele, za to solidnej i praktycznej wiedzy – mnóstwo.
Bez magicznych trików
Tutaj nie ma magicznych trików, cudownych przepisów na wspaniałe kadry wszędzie i zawsze. Jest mnóstwo praktycznej wiedzy, podzielonej na 60 lekcji – czy przyniosą one efekty w postaci lepszych zdjęć, zależy od tego, na ile pracowicie te lekcje zostaną odrobione. Dlatego zalecam tę książkę nawet osobom, które większość tych informacji już gdzieś czytały – bo może niedostatecznie je przemyślały, przećwiczyły, a częściowo zapomniały?
Digital Foto Video Piotr Dębek