Recenzje
Dance, sing, love. Miłosny układ
Livia i James to dwójka różnych ludzi. On to słynna gwiazda, Ona to zawodowa tancerka. Łączy ich jedna scena, a rodziela wiele więcej rzeczy. Czy ta dwójka się polubi? Czy znajdą w sobie to czego im brakuje?
Wow! To najbardziej oddaje moje emocje po przeczytaniu tej książki. Jest to historia inna od wszystkich i do tego mało spotykana, gdyż niewiele książek jest poświęconych tańcu. Autorka trafiła na oryginalny pomysł i bardzo dobrze przelała go na papier dla czytelników.
Historia Liv i James'a zawiera w sobie bardzo wiele emocji, zarówno tych pozytywnych, jak i negatywnych. Każdy czytelnik poczuje na sobie łzy, gniew, histerię, ale także śmiech, miłość i pożądanie bohaterów. Czuć tutaj również zamiłowanie do pasji, które pokazuje, że w życiu można połączyć pasję z pracą.
Jak dla mnie książka jest idealna i na pewno skradnie nie jedno czytelnicze serce. Jedynym jak dla mnie minusem jest trzymające w napięciu zakończenie, przez które nie mogę doczekać się kolejnej części. Mam nadzieję, że zostanie ona niedługo wydana.
Książkę polecam wszystkim, zarówno tym młodszym, jak i starszym.
rudablondynkarecenzuje.blogspot.com Andżelika Arendarska; 2017-07-26
Prawo Mojżesza
Chciałabym podzielić się z Wami recenzją książki Amy Harmon - Prawo Mojżesza, którą przeczytałam...dosłownie w kilka godzin. Zaczynają mi się przypominać czasy piękne, kiedy to potrafiłam i cztery książki dziennie przeczytać. Wstyd aż się przyznać, ale Prawo Mojżesza jest dopiero dziewiątą książką, którą przeczytałam w tym roku (choć, wziąwszy pod uwagę kolejną, którą skończyłam wczoraj- jest ich już dziesięć). Książki takie jak ta przypominają mi dlaczego tak lubiłam przenosić się w świat bohaterów z kartek.
Okładka urzekła mnie od pierwszego spojrzenia- odcienie czerwieni, wanilii, bieli i niebieskości idealnie ze sobą współgrają. Różnorodność czcionek sugeruje zawiłe wątki w książce- przynajmniej moim okiem. Sięgnęłabym po nią w księgarni, chociażby po to, by przeczytać opis zmieszczony z tyłu książki.
Czytając opis z tyłu obawiałam się troszkę typowej książki dla nastolatek, do których już się nie zaliczam. Zainteresowała mnie jednak osoba Mojżesza- lubię w książkach zagadkowe, odmienne charaktery. Zachęciła mnie także informacja, iż książka nie kończy się happy-endem.
Książka podzielona jest na rozdziały- główni bohaterowie, Mojżesz i Georgia, opowiadają wydarzenia z dwóch różnych perspektyw. Lubię taką narrację- dzięki niej możemy poznać dwa, zupełnie odmienne punkty widzenia i wzajemne postrzeganie się bohaterów. Historia pisana językiem łatwym, przystępnym, ale jednocześnie niezwykle przyjemnym, subtelnym i lekkim. Niezmiernie spodobał mi się zwrot ,,kołysać się w pierwotnym rytmie ziemi" i kilka cytatów, które spokojnie mogłyby uchodzić za złote myśli, jak np. ,,Kiedy śnimy, nie wiemy o tym, że śnimy. W snach mamy normalne ciała i możemy dotykać, całować, biegać i odczuwać. Nasze myśli w jakiś sposób kreują rzeczywistość." Jedyne, co mi się nie podobało to występujący kilkukrotnie, błędnie napisany wyraz ,,patrzałam/em". Troszkę razi.
Bez bicia przyznam- pierwsze rozdziały odrobinę mnie nudziły i utwierdzały w przekonaniu, iż troszkę za stara jestem na czytanie tejże lektury. Mojżesz, po latach tułania się po różnych domach do których nijak nie przystawał, trafia pod opiekuńcze skrzydła swojej babci, mieszkającej w niewielkim domku na farmie. Po sąsiedzku mieszka natomiast Georgia z rodzicami- pełna energii, zadowolona z życia, marząca o karierze kowbojki. Młodzi zaczynają się sobą interesować, choć dynamikę całej znajomości tworzy Georgia, nie przyjmując do wiadomości wyobcowania i niechętnych reakcji Mojżesza. Mojżesza, który zgrywał troszkę nieprzystępnego i pełnego tajemnic typowego bohatera, w którym szalona dziewczyna może się zakochać. A przede wszystkim, którego zapragnie oswoić, zupełnie jak dzikiego konia. Znudziłam się. Jednak z upływem przewróconych stron zupełnie odmieniłam swój pogląd na sprawę- bohaterowie i ich relacja powoli ewoluowały w coś dużo bardziej wyjątkowego, niż para zakochanych kochanków, biegających radośnie po łąkach. Sekret Mojżesza, który w końcu ujrzał światło dzienne fascynował mnie ze strony na stronę coraz bardziej. Uśpione i nieodkryte emocje, które się w nim obudziły nadały historii nowego smaczku. Sekret, który był ogromnym darem, chociaż sam właściciel uważał go za przekleństwo. Historia Georgii i Mojżesza dzieje się na przestrzeni kilku lat, dzięki czemu możemy obserwować proces przechodzenia w dorosłość, zmianę nastawienia, pozyskiwanie życiowych doświadczeń oraz mądrości. Cała historia pochłonęła mnie bez reszty w momencie pojawienia się bohatera imieniem Eli- nie będę jednak spojlerować i zdradzać Wam, kim on jest. W każdej scenie, w której brał udział, miałam przed oczyma jego słodką postać. Każda na swój sposób mnie rozczulała. Historia jest subtelna, niepozbawiona magii i trudnej miłości. Cierpliwości. Zakończenie okazało się dość zaskakujące i bardzo dynamiczne. Nie rozumiem jednak tutaj napisu z okładki- dlaczego ta historia nie kończy się happy-endem? Pomimo rozlicznych wzlotów i upadków, uniesień i podtopień, koniec końców uważam, że zakończenie jest szczęśliwe. Nawet bardzo. Choć może widziałabym w nim jeszcze jednego bohatera... ;-).
okiem-julii.pl Julia Wasielewska
Hard Beat. Taniec nad otchłanią
„Hard Beat” to powieść przepełniona emocjami i sekretami, w której namiętność miesza się z adrenaliną.
Tanner to korespondent wojenny, który podczas jednej z akcji traci swoją partnerkę. Pogrążony w bólu mężczyzna chce na nowo rzucić się w wir niebezpiecznych misji, by zapomnieć o bólu. Okazuje się, że jego nowy fotograf nie jest tym na kogo liczył Tanner – jest nią młoda i początkująca w branży Beaux, dla której kompletnie – nie bez wzajemności – traci głowę. I tak zaczyna się niebezpieczna, namiętna i pełna tajemnic historia dwojga ludzi, którzy w życiu przeżyli wiele i nie wiedzą czy jest im pisane szczęście…
Ich relacja nie należy do najłatwiejszych. Obydwoje wiedzą, że dla dobra współpracy nie powinni angażować emocjonalnie, jednak nie są w stanie przeciwstawić się sile, jaka przyciąga ich do siebie. Beaux jednak jest skryta i niechętnie opowiada o przeszłości. Co takiego wydarzyło się w jej życiu, że nie chce do tego wracać? I czy w ogarniętym wojną kraju, gdzie niebezpieczeństwo może nadejść z każdej strony, tych dwoje będzie miało szansę zaznać trochę szczęścia?
„Hard Beat. Taniec nad otchłanią” to powieść, która zapewnić może czytelnikowi sporo emocji. Wpływ na to, co wraz z bohaterami przeżywać może czytelnik, ma wpływa także miejsce, w którym rozgrywa się akcja. Bliski Wschód, działania wojenne, misje militarne – nie brakuje chwil, kiedy tempo akcji zostaje podkręcone, a napięcie sięga zenitu. Końcówka jest okrutna i bardzo smutna. Jestem jednak zadowolona z zakończenia, które zafundowała nam autorka, gdyż zaskakuje. Nie spodziewałam się takiego zwrotu akcji.
„Hard Beat. Taniec nad otchłanią” To moje pierwsze spotkanie z powieścią K. Bromberg, ale bez problemu odnalazłam się w jej treści.
Miłość do Czytania Sandra Jędrowiak; 2016-12-30
Making Faces
Mój zapał do czytania książek ostatnimi czasy zaskakuje nawet mnie samą. Praktycznie każdego wieczora biorę do ręki książkę i kończę ją jeszcze tego samego dnia. Zapomniałam już jak wiele przyjemności może z tego płynąć.
Po okładce wczorajszej lektury spodziewałam się lekkiego romansu, rzekłszy szczerze, choć wiem, iż ocenianie książki po obrazku bywa mocno krzywdzące. W tym przypadku jednak nie tyle jednak takie to było, a niebywale mylące. Już od pierwszych stron powieści znalazłam bowiem całą kaskadę emocji, oryginalnych scenerii i licznych wzruszeń. Taka właśnie jest książka Amy Harmon - Making faces, która na długo jeszcze pozostanie w mojej pamięci. Dlaczego?
Okładka, ot, dość niewyróżniająca się na tle innych książek. Podoba mi się jednak zmysłowe ujęcie pary i spokojne, ciepłe kolory zieleni i pomarańczu przełamane bielą.
Przyznam szczerze, iż wybierając powieść, nie przeczytałam tylnego opisu, co rzadko mi się zdarza. Po prostu poprzednia powieść Amy jaką czytałam (Prawo Mojżesza, którego recenzja tutaj: KLIK) zaciekawiła mnie na tyle, iż zapragnęłam sięgnąć po kolejną. Opis przeczytałam dopiero później i niezmiernie się z tego cieszę- zupełnie nie rozumiem zawartego w nim spoilera... Cieszę się, iż bohaterów lektury poznawałam sama wraz z upływem kolejnych stron. Właśnie dzięki temu miałam szansę dać się ponieść emocjom i przenieść w inny świat. Takim opisom na okładce mówię stanowcze: NIE.
Książka podzielona jest na ciekawie zatytułowane rozdziały, które, jak się później okazuje, są cudownie wzruszającą listą marzeń do spełnienia, ale nie będę spojlerować. Niemniej, kapitalny pomysł, który dopiero przy końcu powieści nabiera sensu. Urzekł mnie także fakt, iż w książce w niemalże każdym z najczęściej kilkunastostronnicowych rozdziałów znajdziemy retrospekcje. Lubię cofać się w czasie wraz z bohaterami i dowiadywać się, jacy byli kiedyś oraz zastanawiać jaki wpływ miały przeszłe wydarzenia na obecne ich osobowości. Czcionka przystępna, podobnie jak i język, który jest lekki, acz w ten inteligentny sposób.
Cytat, który wybrałam do zdjęć zgrywa się z fabułą powieści w sposób nierozerwalny, choć na początku nic na to nie wskazywało. Mamy tutaj Fern- szarą, choć rudą, myszkę dobrą do imentu zakochaną w szkolnej gwieździe imieniem Ambrose (które niezmiernie mi się spodobało), chełpiącej się chwałą wybitnego zapaśnika. Oczywiście, o nienagannej aparycji. Oczywiście nie zauważa zakochanej w nim nastolatki (a gdzie tam taki on i taka ona). Schemat tak typowy, że aż w duchu chciało mi się śmiać z trafności klasyfikacji pozycji po okładce. Ostatnia klasa liceum, miłosne podboje, imprezy... Zresztą, przyjaciółka głównej bohaterki zastawia na Ambrose'a sidła i knuje małą intrygę. Ot, typowe.
Aż tu nagle, przeczytawszy niewiele stron, odkryłam jak bardzo się pomyliłam i uświadomiłam sobie, iż nie będzie to płytkie love story jakich wiele. Pojawia się postać Bailey'a- nieuleczalnie chorego na dystrofię mięśniową kuzyna głównej bohaterki, którym ta, troskliwie, naturalnie i bez najmniejszych wyrzutów opiekuje się niemalże non stop od urodzenia. Postać Fern jest tu tak nieskończenie dobra, że aż nierealna. Sam Bailey budzi tak wielką sympatię, iż kibicuje się mu praktycznie od momentu zetknięcia się z bohaterem. Pojawia się także zupełnie paraliżujący nastolatków (i nie tylko) zamach na Word Trade Center. Muszę przyznać, iż opisany jest w sposób znakomity i trzymający w napięciu. Emocje aż biją ze stron po oczach- na tyle bardzo iż czytelnik także je czuje.
A później główny bohater wraz z ukochanymi przyjaciółmi z których każdy ma inną, acz ciekawą osobowość, wyrusza na wojnę aż do niebezpiecznego Iraku... Wciągnęłam się w historię na tyle, iż serce zaczęło mi mocniej bić.
Kiedy Ambrose powraca, nic nie jest ani trochę takie, jakim było. Wojna zabrała mu piękną twarz i pozbawiła emocji, pozostawiając na wrażliwym chłopcu lodową skorupę. Na jego szczęście niestrudzona Fern, która podczas jego nieobecności przemieniła się z brzydkiego kaczątka w uroczą, choć jeszcze zupełnie siebie nieświadomą kobietę, nie zamierza odpuścić sobie walki o miłość. Z całego serca chciałam, aby historia zakończyła się szczęśliwie dla bohatera z blizną w sercu i na twarzy i nieświadomej własnej wartości Fern, dla której (choć może brzmi to błaho- choć nie jest tak wcale) prawdziwe piękno kryje się głęboko wewnątrz.
Making faces to powieść, której nie można odłożyć nawet na chwilę, nie poznawszy dalszego ciągu wydarzeń. To powieść, z której bohaterami zżyć idzie się w tak wielkim stopniu, iż po skończonej lekturze czuje się żal- że to już. To powieść, którą polecam każdemu. I przede wszystkim, to powieść, której historia z pewnością zostanie ze mną na dłużej.
okiem-julii.pl Julia Wasielewska
Sny Morfeusza
Wieki zajęła mi pozornie nieistotna decyzja odnośnie przeczytania powieści K.N. Haner Sny Morfeusza. Internetowe recenzje były tak rozróżne, iż obawiałam się co zastanie mnie tuż za okładką. Jedni (czasem nawet w sposób nie do końca kulturalnie akceptowalny) uznali owe dzieło za najgorsze, z jakim to styczność w swoim życiu mieli; inni zaś docenili zamysł, koncepcję i próbę tworzenia autorki a nawet i fabułę pod niebo wynosili. Po lekturze podczas której emocji towarzyszyła mi kaskada cała wiem jedno- Sny Morfeusza można kochać lub nienawidzić, ustawić je na piedestałowej półce lub też zakopać głęboko pod ziemią. Zdecydowanie jest to pozycja skrajnie niebezpieczna emocjonalnie. Dlaczego?
Okładka zdecydowanie do mnie trafia, jako że lubuję się w ciemnych kolorach (nie będę pisać, że odzwierciedlają one kolory mojej duszy, ale jako jakże mrochhhna gimnazjalistka przed wieloma laty z pewnością bym sobie tego nie odpuściła ;)). Tajemnicze niebieskie ślepię, autor, tytuł, wydawnictwo- skromnie i niezbędnie; tak jak lubię.
Z tyłu okładki tors za pewne niewychodzącego z siłowni (tudzież takiego, który dopiero co wyszedł z laboratorium) mężczyzny- ukłon zapewne w stronę fantazjujących o księciu z bajki buzujących niespożytkowaną energią seksualną nastolatek... choć może bardziej nie do końca spełnionych (czyt. niespełnionych wcale) kur domowych mających pod stołem całą serię Harlequinów. Dla mnie element zbędny, ale wiadomo dlaczego musi być.
Oprócz tego, a może raczej przede wszystkim, opis. Rzecz kolosalnie istotna- często w końcu przeważa o decyzji nad tym czy książkę zakupić, czy też lepiej szybko odłożyć na półkę. Do niczego tu właściwie przyczepić się nie można- nooo, może poza odrobinę przypadkowym rzucaniem przecinkami. Czy zdecydowałabym się na zakup lektury po przeczytaniu opisu? Sądzę, że tak- szczególnie przed jakimiś trzema laty, kiedy lektura zabarwionych erotyzmem powieści o nadludzko przystojnych niebezpiecznych mężczyznach i odmieniających je szarych myszkach wydawała mi się realna i nawet zabawna.
Język, gramatyka, styl pisania... I tutaj niestety mamy tragedię godną porównania z tymi ze starożytnej Grecji. Wszystko to leży i kwiczy i to w tak zatrważającym stopniu, iż czasem musiałam zdanie przeczytać kilkukrotnie, przecierając przy tym oczy, coby się upewnić, iż naprawdę przeczytałam to co przeczytałam. Książka pisana jest jednym ciągiem, bez rozdziałów, co dodatkowo wszystkie problemy językowe uwidacznia.
K.N. nie stroni niestety od przekleństw (na losowo otworzonej przed momentem stronie znalazłam właśnie u szczytu jakże szarmanckie ,,Wyp**rdalaj stąd dzi*ko.'') i, co gorsza, w chwili miłosnych uniesień między głównymi bohaterami, odzywki te wcale nie są lepsze. Dalej - co w powieści przewija się kilkukrotnie i za każdym razem wywołało u mnie salwę śmiechu graniczącą z płaczem - odmiana wyrazów. Naprawdę, ale to naprawdę, na mamusię przysięgam, wyrazy określające części intymne można odmieniać. Serio. Nikt za to batem nie smaga, choć może mało adekwatna to zachęta, wziąwszy pod uwagę tematykę powieści. O ileż ładniej brzmiałoby (jeśli rzecz można w ogóle, iż zdanie to ładnie brzmi) ,,(...) i wzięła do ręki jego twardego penisa." zamiast ,,(...) i wzięła do ręki jego twardy penis." Ano wybaczcie, i do teraz nie mogę powstrzymać dzikiego śmiechu. Niedokładnie zapewne odtworzyłam zdanie, ale tak to właśnie wygląda. K.N. zdecydowanie ktoś kiedyś brzydko bardzo okłamał twierdząc, iż słowa penis nie wolno odmieniać (święte? ;)). Dialogi momentami są mocno drewniane, ale do tego jeśli chodzi o styl miałabym chyba najmniejsze zastrzeżenia, wziąwszy pod uwagę całą resztę.
Fabuła... Rozpocząwszy lekturę miałam niejednokrotnie ochotę wypruć sobie flaki w nader widowiskowy sposób i zrobić z nich naszyjnik. Podczas czytania początkowych scen w głowie samoistnie odtwarzał mi się film z pierwszymi scenami z ,,Pięćdziesięciu twarzy Grey'a" (nie ażeby było się czym chwalić, iż tę wątpliwej jakości produkcję widziałam i to na kinowej sali...). Kropka w kropkę, tylko że detale były nieco inne, lub choć w założeniu być miały.
Cassandra, główna bohaterka, z początkowych (i nie tylko zresztą) stron jawiła mi się jako chyba najgłupsza kobieta, o jakiej kiedykolwiek czytałam. Sądzę, iż czterolatka miałaby więcej samozaparcia. Kilkukrotne sytuacje, kiedy obiecuje sobie, iż w życiu się tego nie dopuści, po czym oczywiście jednak tak postępuje, następnie mówi sobie, iż był to jeden i ostatni raz, po czym... robi dokładnie to samo i koło się zatacza. Błędne, bardzo błędne koło. Idealnie obrazuje to zresztą sytuacja, kiedy Cass obiecuje sobie, że nigdy nie skrzywdzi swojego biednego, śmiertelnie chorego i do imentu zakochanego w niej przyjaciela Tommy'ego- a już na pewno nigdy się z nim nie prześpi, a gdzie!- po czym... dokładnie to następuje. Ale, ale, moi państwo, tylko ten jeden i ostatni raz!
Postać Tommy'ego zdecydowanie dodaje tej powieści uśmiechu. Ciepły, zwyczajny, a i nawet potrafiący odezwać się całkiem normalnie. Powieść byłaby zapewne dla wielbicielek BDSM i klimatów pokrewnych zbyt bezbarwna, toteż główne skrzypce gra tutaj nieprzyzwoicie bogaty Adam, w sytuacjach nieco bardziej klimatycznych nazywany Morfeuszem. I może gdyby pominąć otoczkę odezwań rodem spod burdelu, tudzież budki z piwem oraz kopulacji z naszą główną bohaterką w częstotliwości conajmniej trzech razy na dziesięć stron powieści, to właśnie on tworzy klimat tej powieści. Klimat mroku, szemranych mocno interesów, w których nie do końca wiadomo o co chodzi i znajomi, z którymi definitywnie nie chciałabym mieć do czynienia.
Sama nawet nie wiem kiedy wciągnęłam się w lekturę. A kiedy już się tak zatraciłam, pozbywszy się ogromnej dozy irytacji (pewnie, zważywszy na język, warto byłoby nazwać ją nawet wku**ieniem ;)), każda kolejna strona powieści uciekała mi coraz szybciej. Przestała mnie mierzić Cassandra, łopatologicznie opisane sceny zbliżeń zaczęłam omijać, przymrużyłam nawet trochę oko na język. Akcja nabrała tempa w takim stopniu, iż coraz bardziej chciałam dowiedzieć się co przyniesie dalszy ciąg fabuły- a przede wszystkim jakie tajemnice tak naprawdę niesie ze sobą postać Morfeusza. Muszę bowiem przyznać, że ta niebezpieczna otoczka wiecznie mu towarzysząca jest skonstruowana świetnie i oryginalnie- z takim pomysłem się jeszcze nie spotkałam, choć o co chodzi sensu stricto przekonam się dopiero w drugiej części powieści, którą już mam na półce.
Mam nadzieję, iż kontynuacja będzie równie dynamiczna co część pierwsza od sama nie wiem którego momentu, w którym udało mi się zatracić (myślę, że zdarzyło się to mniej więcej w połowie). Pobożne takie mam też mrzonki, ażeby język był choć odrobinę lepszy...
Zaliczę siebie nieskromnie do tej części oryginalnej, tej pośrodku, która w przypadku tej powieści właściwie nie ma racji bytu- ani książki nie kocham, ani nie nienawidzę (choć równie dobrze można byłoby zrównoważyć to powiedzeniem, że i ją kocham i jej nienawidzę i byłoby to chyba najtrafniejsze). Przeczytałam ją, jak i przeczytam kolejne dwie części- wtedy zapewne będę mogła już wybrać czy miłość czy nienawiść trafniejszym jest słowem, jeśli o tę trylogię K.N. Haner chodzi.
okiem-julii.pl Julia Wasielewska