Recenzje
Dręczyciel
Czasami mimo wszystkich sił i jeszcze więcej chęci nie możesz podążać wedle ustalonego planu. Nie potrafisz. Bo nie jesteś w stanie zaplanować spontanicznych emocji i tego, czego w danej chwili będziesz potrzebować.Tak samo ja absolutnie nie spodziewałam się, że przeczytam Dręczyciela chwilę po odebraniu książki z rąk kuriera. Na raz.
Dobra, może nie zabrałam się za tę książkę tak dosłownie od razu. Byłam poza domem i dopiero dzień po dostarczeniu jej mogłam się jej przyjrzeć. Planowałam przeczytać ją po tym, jak uporam się z wcześniejszymi zobowiązaniami. Tak, i wytrzymałam jakieś 24 godziny. Stwierdziłam, że po prostu przeczytam kilka stron i sprawdzę, jak się powieść zapowiada, ale sęk historii tkwi w tym, że jej nie da się odłożyć, zanim nie dotrze się do ostatniej strony, do ostatnich słów. Ale skłamałabym, gdybym powiedziała, że żałuję tego popołudnia z Penelope Douglas.
Książka zaintrygowała mnie już jakiś czas temu, kiedy przeglądałam lutowe zapowiedzi w poszukiwaniu tych najbardziej interesujących mnie pozycji, o których chciałam napisać na blogu. I naprawdę opis mnie przyciągnął. Przyjaciele, którzy z dnia na dzień stają się sobie obcy, ba, jedna osoba zaczyna wręcz dręczyć drugą? To było coś świeżego. Ale trzymałam się postanowień, by ograniczać się do tych "najpilniejszych" premier, nie szaleć z listą must read i z bólem odeszłam. Próbowałam się przekonać, że skoro żadne większe wydawnictwo się nie pokusiło o wydanie powieści, a przynajmniej nie takie, z którymi od długich miesięcy, jeśli nie lat, mam styczność, to może nie jest to nic szczególnego. Całe szczęście, że coś mnie tchnęło i skorzystałam z okazji, by jednak zagłębić się w lekturze od P. Douglas!
Nie byłam do końca pewna w jaką stronę pójdzie tutaj autorka, czy typowy romans, czy bardziej new adult. Oj, i poszła w tę najlepszą. Tate przyjaźniła się z Jaredem, jak z nikim innym. Do domów wracali właściwie tylko po to, by się przespać, coś zjeść, a później znów się spotykali i spędzali ze sobą całe godziny. Do czasu. Kiedy Jared miał czternaście lat jego ojciec, który porzucił rodzinę, gdy chłopak miał dwa latka, zaprosił go do siebie na wakacje. Po powrocie Jared nie przypominał dawnego siebie. Jakby wyjechał ukochany przyjaciel, troskliwy i przyjazny, a wrócił ktoś zupełnie mu przeciwny, chłodny, zdystansowany, okrutny.
W dodatku zaczął dręczyć najbliższą mu osobę, ranił Tate wykorzystując wszystko, czego się o niej dowiedział, przez te wszystkie lata, ale ranił tak, jak ludzie potrafią najmocniej - słowami. Zastraszał ją, rozpuszczał podłe plotki. Co się stało z tym miłym chłopakiem z sąsiedztwa? Co mu się przydarzyło tamtego lata, że zmienił się nie do poznania? W pewnym momencie Tate nie wytrzymała i wyprowadziła się na rok do Francji, uczęszczała do tamtejszej szkoły. Miała dość tego, że gdziekolwiek nie natknie się na Jareda, ten zmienia jej dzień w piekło, a ona kończy szlochając zrezygnowana i bezsilna. Jednak wróciła by ostatnią klasę skończyć w starej szkole. Nie żeby wróciła jako kompletnie inna nastolatka, ale ten rok dał jej trochę wytchnienia, nabrała choć trochę wiary w siebie i może nadal nie była ucieleśnieniem pewności siebie, ale już nie była takim wystraszonym chucherkiem.
Wow. To było coś niesamowitego. To takie new adult, które kocham, które nie jest bezsensownym i bezbarwnym "kopiuj, wklej", a zawiera taki ładunek emocji, że roznosi człowieka po całości. To pełna skrywanych przez lata emocji, natłoku tych złych i jeszcze bardziej nieprzyjemnych, historia o dwójce osób, o takiej przyjaźni, jaka zdarza się raz na sto. Czy spodziewałam się, że autorka kupi mnie już po pierwszych kilku stronach? Ani trochę! Owszem, miałam nadzieję na miłą odskocznię od stresujących dni, ale nawet nie odważyłam się pomyśleć, że to może być coś tak fantastycznego, taki rollercoaster! W gatunku, gdzie nie ma takiej historii, której wersji nie widziałabym pod minimum kilkoma różnymi nazwiskami znalazłam coś świeżego, coś niezwykle wciągającego. To ten rodzaj lektury, po której ma się ochotę rozpowiadać i polecać ją każdemu, rodzinie, przyjaciołom, czy nawet nieznajomym na ulicy. Jeśli więc zaczepię pewnego dnia kogoś z was i bez zupełnego sensu krzyknę, że koniecznie musicie przeczytać Dręczyciela Penelope Douglas, to bądźcie, proszę, wyrozumiali.
To powieść, o której mogłabym gadać i gadać i nigdy nie byłoby dość. Jestem pewna, że sporo rzeczy tutaj pominę, więc skracając do minimum: jeśli chcesz poczuć, to co ja, ten huragan, wystarczy, że po prostu przeczytasz książkę. Bohaterowie skradli moje marne serducho, tak jak sama autorka, już na początku. Tate nie jest typową Mary Sue, nie jest jakąś bezbarwną cichą myszką, czy totalnie bezpłciową i irytującą dziewuchą. Jej postać, jak i wiele innych, nakreślona jest bardzo realistycznie, z uwagą. Nic nie jest proste, a jednak czytelnik z łatwością może ją zrozumieć i zechcieć stać się jej przyjacielem. Jared... koleś zagadka do samego końca. I, co baaardzo cenię we wszelakich powieściach, wciąż mamy te same postaci, nie tylko z nazwisk, ale i z duszy. Na kartach powieści widzimy zmiany, jakie w nich zachodzą, ale są stopniowe, bardzo precyzyjnie oddane, nie ma nielogicznych przeskoków z takiej w taką osobowość, jak to często bywa. Wiecie o czym mówię? Przyznajcie szczerze, w ilu powieściach na początku trafili wam się świetni bohaterowie, którzy z czasem przetransformowali się w ciepłe i nijakie kluchy? Tutaj mamy wszystko pięknie poprowadzone, Tate nie przeczy sama sobie, co dla mnie jest już niemal, przykrym, standardem w new adult.
Penelope Douglas trzyma w napięciu do ostatnich stron. Jaką ta kobieta ma siłę sprawczą! Przez Dręczyciela przepłynęłam w stosunkowo ekspresowym tempie, jeśli o moim przypadku mowa, ale na koniec zaczynałam nabierać podejrzeń. Zostało bodajże 30-40 stron do końca, ja byłam usatysfakcjonowana, ale coś mi nie grało. Co miałoby się jeszcze wydarzyć? Coś ona knuje... Bywa, że autorzy faktycznie około tyle stron poświęcają na zejście napięcia i lekkie zakończenie. I już zaczynałam się przekonywać do takiego postawienia sprawy, kiedy BUM. Znowu to zrobiła. Ziemia usunęła mi się spod nóg, zaczęłam wątpić we wszystko i we wszystkich, jak histeryczka czytałam po kilka razy poprzednie zdania i zastanawiałam się jak mogło do tego dojść. No way! Halo, policja, co to ma być?! Chyba przeżyłam nawet lekkie załamanie nerwowe. I wtedy jeszcze bardziej chciałam poznać prawdę, dobrnąć do końca, miałam nadzieję, że autorka nie przerwie tego, co zaczęła i wszystko się wyjaśni... Meh! I can't even. Co ta kobieta robi z czytelnikiem, który na new adult ma nawet specjalnie zawieszoną poprzeczkę dwukrotnie wyżej niż przy innych gatunkach... Jak już byłam w stanie zapanować nad trzęsącymi się dłońmi poguglowałam trochę, chciałam się dowiedzieć, czy wiadomo już coś o kolejnym tomie, czy autorka zaczęła już prace na kontynuacją, bo na okładce Dręczyciela mamy wyraźnie napisane, że to seria, i przeżyłam kolejny szok. Książka miała premierę za granicą w 2013 roku. 4 LATA TEMU. Ja się pytam, jakim cudem przez tyle czasu nikt nie nabył do niej praw. Kochane Wydawnictwo Editio! Mam nadzieję, że szybko wydadzą kolejne tomy serii. Nie będę mówić o Colleen Hoover, bo jeśli dokładnie mnie śledzicie, to wiecie, że nie jestem jej fanką i nie rozumiem jej fenomenu. Może to kwestia dobrej promocji i dość popularnego wydawnictwa. Anyway, Penelope pisze po tysiąckroć lepiej i bardziej emocjonująco. Jeśli uwielbiacie Carinę Bartsch (Lato koloru wiśni, Zima koloru turkusu), K.A. Tucker (mi.n. Dziesięć płytkich oddechów) czy Elle Kennedy (seria Off-Campus) to zakochacie się w powieści Penelope Douglas. Dręczyciel to idealna pozycja dla takich, może nie antyfanów, ale sceptyków new adult jak ja. Piękna historia, przepiękne jej przedstawienie. Potrzebuję więcej. Jeśli szukacie pozycji, z którą oficjalnie wejdziecie z przytupem w nową porę roku, to to jest ideał. Za książkę dziękuję Portalowi Papierowy Pies :)
Dobra, może nie zabrałam się za tę książkę tak dosłownie od razu. Byłam poza domem i dopiero dzień po dostarczeniu jej mogłam się jej przyjrzeć. Planowałam przeczytać ją po tym, jak uporam się z wcześniejszymi zobowiązaniami. Tak, i wytrzymałam jakieś 24 godziny. Stwierdziłam, że po prostu przeczytam kilka stron i sprawdzę, jak się powieść zapowiada, ale sęk historii tkwi w tym, że jej nie da się odłożyć, zanim nie dotrze się do ostatniej strony, do ostatnich słów. Ale skłamałabym, gdybym powiedziała, że żałuję tego popołudnia z Penelope Douglas.
Książka zaintrygowała mnie już jakiś czas temu, kiedy przeglądałam lutowe zapowiedzi w poszukiwaniu tych najbardziej interesujących mnie pozycji, o których chciałam napisać na blogu. I naprawdę opis mnie przyciągnął. Przyjaciele, którzy z dnia na dzień stają się sobie obcy, ba, jedna osoba zaczyna wręcz dręczyć drugą? To było coś świeżego. Ale trzymałam się postanowień, by ograniczać się do tych "najpilniejszych" premier, nie szaleć z listą must read i z bólem odeszłam. Próbowałam się przekonać, że skoro żadne większe wydawnictwo się nie pokusiło o wydanie powieści, a przynajmniej nie takie, z którymi od długich miesięcy, jeśli nie lat, mam styczność, to może nie jest to nic szczególnego. Całe szczęście, że coś mnie tchnęło i skorzystałam z okazji, by jednak zagłębić się w lekturze od P. Douglas!
Nie byłam do końca pewna w jaką stronę pójdzie tutaj autorka, czy typowy romans, czy bardziej new adult. Oj, i poszła w tę najlepszą. Tate przyjaźniła się z Jaredem, jak z nikim innym. Do domów wracali właściwie tylko po to, by się przespać, coś zjeść, a później znów się spotykali i spędzali ze sobą całe godziny. Do czasu. Kiedy Jared miał czternaście lat jego ojciec, który porzucił rodzinę, gdy chłopak miał dwa latka, zaprosił go do siebie na wakacje. Po powrocie Jared nie przypominał dawnego siebie. Jakby wyjechał ukochany przyjaciel, troskliwy i przyjazny, a wrócił ktoś zupełnie mu przeciwny, chłodny, zdystansowany, okrutny.
W dodatku zaczął dręczyć najbliższą mu osobę, ranił Tate wykorzystując wszystko, czego się o niej dowiedział, przez te wszystkie lata, ale ranił tak, jak ludzie potrafią najmocniej - słowami. Zastraszał ją, rozpuszczał podłe plotki. Co się stało z tym miłym chłopakiem z sąsiedztwa? Co mu się przydarzyło tamtego lata, że zmienił się nie do poznania? W pewnym momencie Tate nie wytrzymała i wyprowadziła się na rok do Francji, uczęszczała do tamtejszej szkoły. Miała dość tego, że gdziekolwiek nie natknie się na Jareda, ten zmienia jej dzień w piekło, a ona kończy szlochając zrezygnowana i bezsilna. Jednak wróciła by ostatnią klasę skończyć w starej szkole. Nie żeby wróciła jako kompletnie inna nastolatka, ale ten rok dał jej trochę wytchnienia, nabrała choć trochę wiary w siebie i może nadal nie była ucieleśnieniem pewności siebie, ale już nie była takim wystraszonym chucherkiem.
Wow. To było coś niesamowitego. To takie new adult, które kocham, które nie jest bezsensownym i bezbarwnym "kopiuj, wklej", a zawiera taki ładunek emocji, że roznosi człowieka po całości. To pełna skrywanych przez lata emocji, natłoku tych złych i jeszcze bardziej nieprzyjemnych, historia o dwójce osób, o takiej przyjaźni, jaka zdarza się raz na sto. Czy spodziewałam się, że autorka kupi mnie już po pierwszych kilku stronach? Ani trochę! Owszem, miałam nadzieję na miłą odskocznię od stresujących dni, ale nawet nie odważyłam się pomyśleć, że to może być coś tak fantastycznego, taki rollercoaster! W gatunku, gdzie nie ma takiej historii, której wersji nie widziałabym pod minimum kilkoma różnymi nazwiskami znalazłam coś świeżego, coś niezwykle wciągającego. To ten rodzaj lektury, po której ma się ochotę rozpowiadać i polecać ją każdemu, rodzinie, przyjaciołom, czy nawet nieznajomym na ulicy. Jeśli więc zaczepię pewnego dnia kogoś z was i bez zupełnego sensu krzyknę, że koniecznie musicie przeczytać Dręczyciela Penelope Douglas, to bądźcie, proszę, wyrozumiali.
To powieść, o której mogłabym gadać i gadać i nigdy nie byłoby dość. Jestem pewna, że sporo rzeczy tutaj pominę, więc skracając do minimum: jeśli chcesz poczuć, to co ja, ten huragan, wystarczy, że po prostu przeczytasz książkę. Bohaterowie skradli moje marne serducho, tak jak sama autorka, już na początku. Tate nie jest typową Mary Sue, nie jest jakąś bezbarwną cichą myszką, czy totalnie bezpłciową i irytującą dziewuchą. Jej postać, jak i wiele innych, nakreślona jest bardzo realistycznie, z uwagą. Nic nie jest proste, a jednak czytelnik z łatwością może ją zrozumieć i zechcieć stać się jej przyjacielem. Jared... koleś zagadka do samego końca. I, co baaardzo cenię we wszelakich powieściach, wciąż mamy te same postaci, nie tylko z nazwisk, ale i z duszy. Na kartach powieści widzimy zmiany, jakie w nich zachodzą, ale są stopniowe, bardzo precyzyjnie oddane, nie ma nielogicznych przeskoków z takiej w taką osobowość, jak to często bywa. Wiecie o czym mówię? Przyznajcie szczerze, w ilu powieściach na początku trafili wam się świetni bohaterowie, którzy z czasem przetransformowali się w ciepłe i nijakie kluchy? Tutaj mamy wszystko pięknie poprowadzone, Tate nie przeczy sama sobie, co dla mnie jest już niemal, przykrym, standardem w new adult.
Penelope Douglas trzyma w napięciu do ostatnich stron. Jaką ta kobieta ma siłę sprawczą! Przez Dręczyciela przepłynęłam w stosunkowo ekspresowym tempie, jeśli o moim przypadku mowa, ale na koniec zaczynałam nabierać podejrzeń. Zostało bodajże 30-40 stron do końca, ja byłam usatysfakcjonowana, ale coś mi nie grało. Co miałoby się jeszcze wydarzyć? Coś ona knuje... Bywa, że autorzy faktycznie około tyle stron poświęcają na zejście napięcia i lekkie zakończenie. I już zaczynałam się przekonywać do takiego postawienia sprawy, kiedy BUM. Znowu to zrobiła. Ziemia usunęła mi się spod nóg, zaczęłam wątpić we wszystko i we wszystkich, jak histeryczka czytałam po kilka razy poprzednie zdania i zastanawiałam się jak mogło do tego dojść. No way! Halo, policja, co to ma być?! Chyba przeżyłam nawet lekkie załamanie nerwowe. I wtedy jeszcze bardziej chciałam poznać prawdę, dobrnąć do końca, miałam nadzieję, że autorka nie przerwie tego, co zaczęła i wszystko się wyjaśni... Meh! I can't even. Co ta kobieta robi z czytelnikiem, który na new adult ma nawet specjalnie zawieszoną poprzeczkę dwukrotnie wyżej niż przy innych gatunkach... Jak już byłam w stanie zapanować nad trzęsącymi się dłońmi poguglowałam trochę, chciałam się dowiedzieć, czy wiadomo już coś o kolejnym tomie, czy autorka zaczęła już prace na kontynuacją, bo na okładce Dręczyciela mamy wyraźnie napisane, że to seria, i przeżyłam kolejny szok. Książka miała premierę za granicą w 2013 roku. 4 LATA TEMU. Ja się pytam, jakim cudem przez tyle czasu nikt nie nabył do niej praw. Kochane Wydawnictwo Editio! Mam nadzieję, że szybko wydadzą kolejne tomy serii. Nie będę mówić o Colleen Hoover, bo jeśli dokładnie mnie śledzicie, to wiecie, że nie jestem jej fanką i nie rozumiem jej fenomenu. Może to kwestia dobrej promocji i dość popularnego wydawnictwa. Anyway, Penelope pisze po tysiąckroć lepiej i bardziej emocjonująco. Jeśli uwielbiacie Carinę Bartsch (Lato koloru wiśni, Zima koloru turkusu), K.A. Tucker (mi.n. Dziesięć płytkich oddechów) czy Elle Kennedy (seria Off-Campus) to zakochacie się w powieści Penelope Douglas. Dręczyciel to idealna pozycja dla takich, może nie antyfanów, ale sceptyków new adult jak ja. Piękna historia, przepiękne jej przedstawienie. Potrzebuję więcej. Jeśli szukacie pozycji, z którą oficjalnie wejdziecie z przytupem w nową porę roku, to to jest ideał. Za książkę dziękuję Portalowi Papierowy Pies :)
Ravenstarkbooks.blogspot.com Sylwia Niemiec
Dręczyciel
Autorka w ciekawy sposób ukazuje nam świat nastolatków, który z dnia na dzień zmienia się o 180 stopni. W jaki sposób i dlaczego?
Podejrzewam, że każdy z nas ma co najmniej jednego przyjaciela. Niektórzy mają to szczęście, że mają ich kilku. Prawdą jest też, że są ludzie, którzy tej jakże potrzebnej osoby w życiu nie mają. Jedni tę relację pielęgnują i to nawet bardziej niż miłość, a drudzy liczą, że skoro łączy nas "to coś" to utrzyma się sama.
Jedno jest pewne wielu z nas przekonanych jest, że nie ma czegoś takiego jak przyjaźń damsko-męska. Co ja uważam na ten temat? Nie wiem. To już wywód na rozprawkę. A jednak niektórym się udaje i taką relację nawiązują i utrzymują. Tak jest tu, ale do czasu.
Tatum i Jareda połączyła ta wyjątkowa więź już jako dzieci. Wiedzą o sobie wszystko, wspierali się w najgorszych momentach. On był dla niej podporą, gdy jej życie legło w gruzach po przedwczesnej śmierci mamy. Ona wspierała go, gdy jego matka alkoholiczka nie poświęcała mu uwagi, a ojciec po prostu odszedł w siną dal. Wszystko układało się idealnie jak to w przyjaźni.
I w końcu nadchodzi ten dzień. Coś się nagle zmienia. Coś pęka. Przyjaciel zmienia się we wroga. Zamiast wspierać zaczyna dręczyć. Mają czternaście lat, a on wraca z wakacji u ojca. Coś poszło nie tak...
"Wczoraj trwa wiecznie. Jutro nigdy nie nadejdzie"*
Tate, która do tej pory ceniła Jareda zaczyna go unikać. Zastraszana, gnębiona i zmieniona przez niego w pośmiewisko wyjeżdża na rok do Francji. Gdy wraca jest odmieniona i zaczyna walczyć. Choć nadal nie wie co się dzieje odpiera ataki, nie daje się pomiatać. Z uniesiona głową, jako młoda kobieta postanowiła nie unikać swojego prześladowcy tylko stanąć z nim twarzą w twarz.
"Płakałam przez ciebie już niezliczoną ilość razy - uniosłam ku niemu powoli środkowy
palec i zapytałam.
- Wiesz co to jest?- poklepałam środkowym palcem kąt mego oka.
- To ja, ocierająca ostatnią łzę, jaką dostaniesz."**
Wszystko układało by się w miarę dobrze gdyby nie fakt, że najlepsza przyjaciółka Tatum - K.C. mimo świadomości co dziewczyna przeszła przez Jareda zaczyna się z nim spotykać. Sama Tate odbiera to jako podwójny cios. Jako jeden z najgorszych ataków ze strony chłopaka, ale też niezrozumienie przez najbliższą osobę jaka jej została.
Jednak kilka rozmów, które udaje jej się usłyszeć powoduje, że dziewczyna chcę poznać prawdę. Postanawia zamiast oceniać bez wiedzy zorientować się co tak na prawdę stało się 3 lata temu. To co jej pomaga to zajęcia w szkole i monolog, który miała przygotować. Choć złamała w tedy zasady i ten, który wybrała nie był z książki to udało jej się osiągnąć częściowy cel...
Dlaczego Jared tak bardzo się zmienił? Co ten chłopak tak na prawdę ukrywa? Czy Tatum odkryje jego mroczną tajemnicę? Co zrobi dziewczyna by ruszyć sercem kolegi i by ten zaczął mówić? Jak cienka jest granica między nienawiścią, a miłością?
"Każdy z nas jest Aniołem z jednym skrzydłem. Jeśli chcemy pofrunąć, musimy mocno się objąć"***
Osobiście jestem zdania, że nic nie jest nam dane lekką ręką. Wszystko trzeba zdobywać i o to walczyć. Tak jest również z przyjaźnią. To, że mamy kogoś bliskiego sercu nie znaczy, że bez dbania i walki będzie on obok nas zawsze. Druga sprawa to to jak często pochopnie kogoś oceniamy. Nie zastanawiamy się nad zmianą zachowania innej osoby, nad tym dlaczego tak się stało i nie próbujemy tego wyjaśnić. Oceniamy i dajemy sobie spokój. A może warto się zatrzymać, schować dumę i spróbować porozmawiać?
Książka zdecydowanie jest dla młodszych czytelników, ale podoba mi się jej przesłanie. Daje do myślenia, zmusza nas do zastanowienia nad niektórymi aspektami w życiu. I choć język i styl pozostawiają wiele do życzenia to powieść warta jest uwagi. Są momenty, które psują całość, ale są też takie, które wynagradzają całość. To co mnie uwiodło to monolog Tatum i na tym poprzestanę.
<Ocena 7/10>
<Ocena 7/10>
swiatmiedzystronami.blogspot.com Karolina Marek
Koszmar Morfeusza
"Wszystkie drogi Cassandry Givens prowadzą do Adama McKeya — tej prostej prawdzie nie da się zaprzeczyć. Od chwili przypadkowego spotkania w nocnym klubie namiętny i wybuchowy związek Cass i Adama przeżywa różne fazy, ale pozostaje nierozerwalny jak samo życie. Choć oboje są świadomi zagrożeń, jakie niosą ze sobą potajemne spotkania, choć codziennie przekonują się, że niebezpieczeństwo czai się wszędzie, nie potrafią wyrzec się swoich uczuć. Słowa to za mało, gdy nawet gesty nie potrafią ukoić rozpalonych ciał.
McKey zaczyna naginać twarde zasady obowiązujące w jego świecie, a Cassandra coraz częściej mysli nad bardziej radykalnymi krokami uwolnienia ukochanego z sideł złowrogiej organizacji. Jednak życie w ciągłym strachu odbija się na ich relacji i niemal ją niszczy. Namiętna miłość potrafi być bardzo destrukcyjna…
Masz odwagę kolejny raz wkroczyć w świat mrocznych fantazji? Fantazji, które bardzo szybko mogą przerodzić się w prawdziwy koszmar? Przekrocz granicę między miłością i nienawiścią, gdzie życie ściera się ze śmiercią. "
Niedawno pisałam wam o książce „Sny Morfeusza „. Jak wiecie, historia bardzo mi się, podobała i nie mogłam doczekać się kolejnego tomu. Czy druga książka również spodobała mi się równie mocno ? Dowiecie się czytając, dalszą część recenzji.
„Moje serce należy wyłącznie do niego… tyle że on tego serca nie chce.”
Cassandra nie może przestać myśleć o Adamie. Pragnie za wszelką cenę być z mężczyzną w normalnym szczęśliwym związku. I chociaż wie, że Adam naprawdę troszczy się o nią, nigdy nie wie czego spodziewać się po Morfeuszu. Z miłości Cassandra pragnie pomóc Adamowi wydostać się, z świata, w który się wplątał. Dlatego coraz bardziej igra z ogniem, aż w końcu poznaje prawdziwe obliczę tego do czego jest zdolna mafia i jakie są tego konsekwencje.
Podoba mi się rozwój bohaterów. Na pewno Cassandra zrobiła duży skok. Oczywiście nadal jest mocno zakochana w niewłaściwym mężczyźnie, mocno naiwna, i po prostu można określić ją mianem „ puszczalskiej „. To stała się również mocno odważną i waleczną kobietą. Chociaż książka opiera się głównie na kobiecie, Adama również w niej nie zabrakło. Pokazywał się na chwilę po czym uciekał. Jednak podoba mi się, że autorka mocniej pociągnęła temat klubu, w jakim pracuje mężczyzna po godzinach. Ukazała nam kim jest tak naprawdę Morfeusz. Poznajemy również wiele innych bohaterów, których mam ochotę poznać nieco bliżej, może autorka pomyśli coś w następnej części.
"...twój śmiech brzmi tak, jakby ktoś rozsypał sznur pereł po najdroższym krysztale..."
Książka to erotyk, ale nie taki dosłowny. Jest seks, a nawet i dużo seksu. Dostajemy również dobry kryminał oraz coraz więcej zwrotów akcji. Książka wciąga od pierwszej strony i puszcza nas dopiero po przeczytaniu ostatniej. Mam nadzieje, że będzie mi dane przeczytać również i ostatni tom. Już nie mogę się doczekać co wymyśli dla nas autorka.
"Nie chcę być szczęśliwa… chcę mieć spokojną duszę i serce. I nawet jeśli już nigdy nie będziemy razem, to przynajmniej będę miała świadomość, że zrobiłam co mogłam, by go uratować."
Zaczytanamarzycielka8.blogspot.com Anna Tymińska
Słodkie sekrety, czyli bezglutenowe, roślinne historie pisane lukrem
Słodkie desery czyli bezglutenowe roślinne historie pisane lukrem - druga książka Weroniki Madejskiej, autorki bestsellerowej książki wydanej w 2015 r. Bez glutenu. Bez wyrzeczeń. Natchnione przepisy dla bezglutenowców, we-getarian i całej reszty świata" i prowadzącej poczytny blog kulinarny www.natchniona.pl zawiera sprawdzone przepisy na zdrowe słodkości, nie tylko dla osób na diecie bezglutenowej i wegan. Miesięcznik ZDROWIE jest patronem medialnym tej książki.
MIesięcznik Zdrowie
Ty w social mediach. Podręcznik budowania marki osobistej dla każdego
Temat social mediów stał się bardzo mocno angażujący. Nie jest to już tylko zabawka, z której korzystają nastolatkowie, a coraz poważniejsze narzędzie komunikacji biznesowej pomiędzy klientami a potentatami na rynku sprzedaży.
Dlaczego tak bardzo istotną sprawą jest wizerunek w sieci? Na to pytanie postanowił odpowiedzieć Marcin Żukowski w książce „Ty w social mediach”. Autor nie tylko stara się uzasadnić wartość posiadania kanałów social media, ale prowadzi nas przez nie krok po kroku, pokazując ich możliwości oraz to, co powinniśmy zrobić, aby nasza marka osobista stała się wartościowa i mile widziana przez innych. Oczywiście, nie jest to żaden przepis na udane social media, a jedynie wskazówki, które, dzięki doświadczeniu autora, powinny przyczynić się do budowania pozytywnego odbioru naszej marki osobistej w sieci.
Marcin, próbując uświadomić nam fakt, że każdy z nas jest marką osobistą i wszystko co sobą reprezentujemy się na to składa, zadaje nam 4 pytania: CO? JAK? DLACZEGO? i GDZIE?. Skąd się one wzięły? Są to podstawowe pytania, dzięki którym będziemy w stanie określić cały nasz plan działania w kanałach social media przy budowaniu marki osobistej.
Naszą przygodę zaczniemy od pytania CO? tak naprawdę robimy i co chcemy pokazać światu, aby go sobą ( własną marką osobistą) zainteresować. Jaką wartość sobą reprezentujemy i co mamy do zaoferowania odbiorcom w sieci.
JAK? - nie możemy być nudni, to nie przejdzie w żaden sposób. Skoro są miliony osób, które prowadzą swoją markę osobista w sieci, to ty musisz się w jakiś sposób wyróżnić. Z książki dowiemy się jakich błędów nie popełniać i jak, w prosty sposób, zaangażować odbiorców do interakcji z własną marką osobistą. Pytanie Jak? to nie tylko w jaki sposób robić zdjęcia, pisać treści, ale zbudować cały wizerunek, który ludzie widzą w sieci tylko we fragmencie - takim, jaki im pokażemy. Sukces zależy od nas samych, wystarczy tylko nie zaliczać wpadek.
Dlaczego? - Właśnie! po co chcesz to robić? Przecież są miliony ludzi w sieci, więc dlaczego ciebie mają zauważyć? To jedna z najważniejszych kwestii - spójrz w lustro i odpowiedz sobie na to pytanie. Czy jesteś gotowy wziąć odpowiedzialność za swój wybór oraz za konsekwencje, które z tego wynikną dla twoich odbiorców? Musisz być przede wszystkim sobą. W sieci żadna ściema i udawanie nie przejdzie - prędzej czy później każda osoba, która cię obserwuje zorientuję się, że coś nie gra. Musimy być uczciwi i lojalni wobec ludzi, którzy poświęcają swój czas na oglądanie właśnie ciebie w sieci. Autor książki cały czas upewnia cię w jednym - jesteś sam dla siebie marką! Kreuj się i dbaj o swoją markę konsekwentnie!
Gdzie? - jakich kanałów social mediów powinieneś użyć? Na pewno nie wszystkich. Bycie wszędzie jest złe i może być źle odebrane przez obserwatorów - nie możesz przesycić ich swoją obecnością. Możemy robić różne rzeczy: prowadzić bloga, być youtuberem, posiadać własną stronę internetową, lecz od czegoś musimy zacząć. Najprostsze jest oczywiście założenie bloga bądź swojej strony, chociaż kręcenie vlogów też wcale nie jest trudne. Bardziej angażujące i zarazem uzupełniające kanały do właściwej działalności to twitter , facebook czy instagram. Z nich korzysta się najczęściej i to one skupiają największą liczbę obserwujących osób. Autor opowiada wiele ciekawostek na temat każdej z platform i to stanowi sporą wartość książki.
Książka napisana jest dość luźnym i dosadnym językiem. Czytając ją można poczuć się jakby się słuchało dobrego kolegi, który zna się na temacie. Na pewno nie będzie łatwo przełknąć niektóre rzeczy, bo można dostrzec własne błędy, za które nie znajdziemy rozgrzeszenia, tylko mocną sugestię, żeby wziąć się w garść i zrobić to dobrze! Wszystko zależy od nas samych i naszego zaangażowania - nawet w social mediach. Czytając poradnik nie dostajemy gotowego przepisu na sukces w social mediach. To jedynie wskazówki, drogowskaz jak lokować swoją markę osobistą w sieci i ominąć wpadki. Social Media nie są trudne, ale nie zmienia to faktu, że trzeba być do nich przygotowanym. Mogę śmiało polecić tę publikację każdemu, kto chce budować swoją markę i pokazać siebie w sieci. Także tym, którzy mają już jakieś doświadczenie z social mediami, ale mogą poznać inny punkt widzenia i to napisany dość fajnym językiem.
Zachęcam do wartościowej lektury, w której każdy może znaleźć coś dla siebie.
Jakubowy