ODBIERZ TWÓJ BONUS :: »

Recenzje

Życie i 101 przyjaciół

Każdy marzy o gromadce przyjaciół, którzy wiernie będą stali u naszego boku. Tęsknimy za wsparciem, dobrym słowem i ramieniem, które obejmie nas, gdy będzie źle. A może przyjaciele są zawsze przy nas?

Gruba książka, a na okładce elegancko ubrany autor uśmiechający się pewnie, jakby chciał nam powiedzieć, że w istocie znalazł receptę na szczęście. Muszę przyznać, że jest w tym bardzo przekonujący, bo jeszcze przed otwarciem czułam, że książka będzie dla mnie taką małą życiową rewolucją. W środku zaś znajdujemy 101 krótkich rozdziałów, które mimo oszczędności w treści zawierają prawdziwą esencję życia każdego z nas.

Publikacja jest jak jedna wielka próba uświadomienia nam, że wszystko, czego potrzebujemy do szczęścia, jest blisko nas – na wyciągnięcie ręki. Jedyne, co musimy zrobić, to odważyć się pójść pod prąd i otworzyć się na naszych przyjaciół, cierpliwie czekających na chwilę, gdy ich zauważymy. Kim są nasi kompani? To wyobraźnia, miłość, modlitwa, plan, braterstwo, ale przede wszystkim my sami. Razem 101 przyjaciół gotowych do pomocy i dysponujących tak ogromną siłą, że mogą nas wyciągnąć z największych tarapatów.

W książce Krzysztofa Liegmana nic nie jest oczywiste. Każda strona kryje w sobie coś niesamowitego, zaskakującego – coś, co staje w poprzek naszemu dotychczasowemu myśleniu i w jedną chwilę zmienia nasze życie. W końcu każdy z nas ma chwile, gdy czuje się samotny, opuszczony, bezsilny i bez wiary na dobre jutro. A tu okazuje się, że w każdej sekundzie naszego życia jest przy nas ktoś, kto podniesie nas z kolan i wskaże kierunek, w którym powinniśmy iść. Pewnie dla wielu wydaje się to zbyt piękne, żeby było prawdziwe. Nic bardziej mylnego. Każde zdanie w tej książce jest w stanie wlać w nasze serca wielką odwagę i tchnąć w nas ducha walki, abyśmy się już nigdy więcej nie poddawali. I choć na rynku wydawniczym jest bardzo wiele książek, które rzucają w nas hasłami obietnic nowego życia, to ta publikacja naprawdę może je spełnić. Czasami potrzeba bardzo niewiele, by zmienić nasz sposób patrzenia na świat. Wystarczy tylko nas otworzyć na to, co już mamy przy sobie i dodać nam śmiałości w korzystaniu z dóbr, które nas otaczają.

Dla kogo jest ta książka? Absolutnie dla każdego. Nieważne, czy właśnie borykasz się z problemami, czy może Twoje życie to pasmo nieustannych sukcesów, to zapewniam Cię, że ta pozycja z pewnością zmieni Twój sposób postrzegania świata i wprowadzi do Twojej codzienności beztroską radość oraz pewność, że nie jesteś sam.
 
dlaLejdis.pl Katarzyna Kubiak

Sztuka podstępu. Łamałem ludzi, nie hasła. Wydanie II

Przyszło nam żyć w niezwykłych, ale i niebezpiecznych czasach. Coraz więcej aspektów naszej cywilizacji w jakiś sposób łączy się z technologią informacyjną. Na krzemowych płytkach zapisujemy nasze wspomnienia, owoce ciężkiej pracy, przechowują one majątek, relacje, a nawet całe tożsamości. Wszyscy jesteśmy podłączeni do sieci – a sieć pełna jest ludzi, którzy tylko czekają na okazję, by wyciągnąć rękę po to wszystko. Chronimy się więc, układając coraz bardziej złożone hasła i szyfry, kryjemy się za firewallami i zdalnymi serwerami, zapominając w całym tym technologicznym szumie, że najsłabszy element misternych systemów zabezpieczeń pozostaje wciąż i wciąż ten sam – i to my nim jesteśmy. Przestrogą przed tym, jak łatwo wpaść w socjotechniczne pułapki i odsłonić się na atak, jest książka autorstwa Kevina Mitnicka, jednego z najbardziej niebezpiecznych hackerów wszech czasów - przynajmniej z tych, którzy dali się złapać. Oto „Sztuka Podstępu”, jedyny w swoim rodzaju podręcznik inżynierii społecznej.
 
Książka podzielona jest na cztery części, a te na łącznie szesnaście rozdziałów. Każdy z nich wprowadza nową sztuczkę, za pomocą której socjotechnicy (hackerzy, oszuści, szpiedzy - lub po prostu zwykli złodzieje) są w stanie uśpić cudzą czujność, podać się za kogoś, kim naprawdę nie są i uzyskać od niczego niespodziewającego się człowieka informacje, które, użyte gdzieś indziej, pozwolą na przedostanie się przez rozmaite bariery bezpieczeństwa i osiągnięcie celu. Omówione tu techniki ukazane są na przykładzie krótkich historii – czasem prawdziwych, czasem opartych na faktach, a czasem kompletnie zmyślonych, jednak prezentujących zagadnienia w sposób przejrzysty i klarowny. Dowiemy się z nich, na przykład, jak obrabować bank wykonując najwyżej cztery telefony, jak wykraść sekretny projekt zaawansowanej aparatury medycznej w słoneczne niedzielne popołudnie albo jak samodzielnie wyjść ze strzeżonego budynku po spotkaniu twarzą w twarz z niezadowoloną z naszych odwiedzin ochroną.
 
Lektura książki Mitnicka pozostawiła mnie z odrobiną mieszanych uczuć. Z jednej strony byłem zdumiony i oczarowany – opisywane przez niego sztuczki są kwintesencją prostoty, ale jednocześnie tak bezczelne, że aż trudno wpaść na nie samemu. Wszystkie sprowadzają się do jednej i tej samej myśli: największym wrogiem każdego, kto ma dostęp do newralgicznej informacji, jest rutyna. Najprostszym więc sposobem pozyskania zaufania kogoś takiego jest sprawianie odpowiedniego wrażenia – znudzony ton, odpowiednio branżowy język, pilna sprawa do załatwienia i już zostaniemy uznani za kogoś „z wewnątrz”, za pracownika z tej samej firmy - i jeśli uda się tę iluzję podtrzymać, droga do pilnie strzeżonych sekretów stanie otworem. To obszerny wykład o tym, jak łatwo ulec gładko stworzonym pozorom, jak prosto czyni się błędne i katastrofalne w skutkach założenia, jak dużo można stracić na byciu zbyt ufnym i odprężonym. Jednocześnie jest to praktyczny podręcznik pewnego sposobu myślenia, kolokwialnie nazywanego „szukaniem dziury w całym” - uczy, jak wykorzystać z pozoru bezwartościową informację tak, aby użyta we właściwym miejscu okazała się kluczem, który niejedne drzwi otworzy na oścież. To umiejętność użyteczna nie tylko dla kogoś, kto trudni się szpiegostwem przemysłowym – odrobina myślenia analitycznego może być tym, co pozwoli utrzymać się na powierzchni w oceanie biurokracji, którego poziom stale się podnosi.
 
Z drugiej jednak strony nie mogłem pozbyć się wrażenia, że wszystkie opowiadane przez autora historie przebiegają z grubsza w ten sam sposób: cwany intruz, naiwna ofiara, dwa telefony, odrobina szybkiego myślenia, szast-prast i nieszczęście gotowe. Rozumiem, że większość z nich miała tylko zaprezentować sposób działania danej techniki, można było jednak postarać się o większą różnorodność – oraz o przykłady szyte trochę cieńszymi nićmi. Sporo z nich nosi pewne znamiona nieprawdopodobieństwa typowe raczej dla powieści sensacyjnych niż rzeczywistości – zdecydowanie trzeba te bajania przesiać przez gęste sitko. To i cokolwiek monotonny sposób prezentacji powodują, że tematycznie i merytorycznie świetna publikacja traci trochę na przyswajalności.
 
Jednocześnie opowieści Mitnicka mają w sobie całą masę sympatycznych nawiązań do początków technologii informacyjnej stosowanej na szeroką skalę, a także kultury narosłej wokół hackingu – jak choćby wzmianka o phreakingu, czyli różnych ciekawych rzeczach, jakich można dokonać za pomocą budki telefonicznej. W kimś, kogo to pasjonuje, lektura „Sztuki Podstępu” wzbudzi całą masę przyjemnych, może nieco nostalgicznych skojarzeń. Nie da się co prawda ukryć, że większość informacji związanych z technologią zdążyła się mocno zestarzeć od czasu pierwszego wydania książki – dodaje jej to jednak sporo uroku.
 
Nie jest to jednak książka, którą poznawałoby się dla przyjemności. Czytając „Sztukę Podstępu” można dowiedzieć się całej masy przydatnych rzeczy. Nawet jeśli nie planujemy przestępczej kariery (no oczywiście, że nie, panie władzo!), wiedza o brudnych chwytach wszelkiej maści kanciarzy jest w dzisiejszych czasach na wagę złota. Tymczasem okładka pyszni się: „ponad 45 tysięcy egzemplarzy sprzedanych w Polsce!”. Zakładając, że chociaż ćwierć obywateli naszego kraju korzysta z dobrodziejstw sieci, to o jakieś osiem milionów za mało. Co najmniej trzech z dziesięciu spośród nas dostaje dziennie chociaż jednego maila, w którym ktoś podaje się, na przykład, za pracownika sklepu internetowego - i prosi o pilne uaktualnienie informacji kredytowych (albo przedstawia się jako wydziedziczony książę Nigerii, prosząc o drobną zapomogę celem odzyskania trzydziestu milionów baksów, którymi oczywiście się podzieli – kto pamięta?). To jak nowy przekład klasycznej „Sztuki Wojny”, ale dostosowanej do dzisiejszych czasów – przecież w dobie Internetu każdy z nas może zostać zaatakowany i dobrze jest wiedzieć, jak się bronić. Krótko mówiąc, pozycja absolutnie obowiązkowa dla każdego, kto korzysta z podłączonego do sieci komputera – a podejrzewam, że pośród czytelników naszego bloga znajdzie się takich co najmniej kilku...
kotwbookach.pl Alicja

Making Faces

Amy Harmon, to kolejna autorka, która szturmem podbiła moje serce. Jej powieści Prawo Mojżesza oraz Pieśń Davida plasują się bardzo wysoko na mojej czytelniczej liście, więc bez żadnych obaw sięgnęłam po Making faces, powieść, która całkiem niedawno ukazała się na naszym wydawniczym rynku. Czy kolejny raz zostałam usatysfakcjonowana? Czy Amy Harmon wywołała we mnie lawinę emocji, które uwielbiam podczas czytania? Zapraszam na recenzję.
 
W małym miasteczku, gdzie każdy, każdego zna, mieszkała grupa przyjaciół. Wśród nich młody zapaśnik, Ambrose Young, przed którym kariera stała otworem. Przystojny, błyskotliwy i śmiały, nie zauważył, że nieśmiała Fern Taylor obdarzyła go uczuciem szczerym i tak silnym, że nawet czas oraz ogromna odległość nie była w stanie go zniszczyć. Fern uważała, że jest brzydka i że nigdy taki chłopak jak Ambrose nie zwróci na nią uwagi. Nie zdawała sobie jednak sprawy, jak piękne było jej wnętrze.
Ambrose po zakończeniu szkoły postanowił, że nie pójdzie na studia. Chciał od życia więcej, więc postanowił zaciągnąć się do wojska i wyjechał na wojnę. Wraz z nim pojechało czterech jego przyjaciół. Po jego wyjeździe serce Fern krwawiło z bólu, lecz dziewczyna cierpiała w milczeniu i kochała dalej, choć młody żołnierz nie wiedział nic o tym uczuciu. Czy, ta historia ma szansę na happy end? Czy po powrocie z okrutnej wojny Ambrose będzie taki sam jak wcześniej? Przekonajcie się sami.
 
„Jeżeli Bóg wymyślił nam twarze, to czy się śmiał, gdy stworzył mnie?
Czy stworzył nogi, które nie chodzą, i oczy, które widzą źle?
Czy kręci loki na mojej głowie, tworząc z nich dziką burzę?
Czy zatyka uszy głuchemu, robiąc to wbrew ludzkiej naturze?
Czy mój wygląd to przypadek, czy okrutne zrządzenie losu?
Czy mogę obwiniać Go za to, czego u siebie nie znoszę?
Za wady, które mnie prześladują w najgorszych snach,
Za brzydotę, której nie znoszę, za nienawiść i za strach?
Czy czerpie z tego jakąś przyjemność, że wyglądam aż tak źle?
Jeżeli Bóg wymyślił nam twarze, to czy się śmiał, gdy stworzył mnie?”
 
„Making faces”, to przepiękna, mądra i wartościowa powieść. Uwielbiam wszystkie książki Amy Harmon, jednak „Making faces” od teraz jest moim numerem jeden. Żałuję, że tak długo zwlekałam z przeczytaniem tej książki, bo to powieść, którą naprawdę warto i trzeba przeczytać. To historia, o której się nie zapomina, a bohaterowie wgryzają się w serce oraz pamięć i zostają tam na wieki. To przepiękna opowieść o poszukiwaniu miłości, prawdziwej przyjaźni, o akceptacji siebie oraz innych, o bólu, odrzuceniu, stracie, wybaczaniu oraz śmierci, która czeka każdego z nas. To książka, która ma duszę i niesie bardzo ważne przesłanie, które dotyczy akceptacji drugiego człowieka. Nieważny jest wygląd, najważniejsze jest wnętrze, czyli dusza oraz serce, które jest prawdziwym obliczem każdego człowieka. Tę powieść czyta się sercem, ona nie bawi, ona porusza do głębi i zmusza do wielu refleksji nad kruchością ludzkiej egzystencji oraz nad wyborami, które odmieniają życie.
 
„Gdy się komuś długo przyglądasz, przestajesz widzieć doskonały nos albo proste zęby. Przestajesz widzieć bliznę po trądziku i dołek na brodzie. Te cechy przestają się zamazywać, ty nagle widzisz kolory i to, co kryje się w środku, a piękno nabiera zupełnie nowego znaczenia.”
 
Ogromnym atutem tej powieści są bohaterowie, którzy są niezwykle naturalni oraz prawdziwi. Autorka poświęciła każdemu z nich wiele czasu oraz uwagi i mam tu na myśli naprawdę wszystkich bohaterów, bez wyjątku. Oczywiście prym wiedzie Fern oraz Ambrose. On jest miejscowym przystojniakiem, który urodę odziedziczył po biologicznym ojcu, który był Włochem. Zapaśnik przed którym kariera stoi otworem. Jednak Ambrose postanowił iść inną drogą i zaciągnął się do armii. Wraz z przyjaciółmi pojechał na wojnę, która zmieniła wszystko w jego życiu. Po powrocie otoczył się murem i odizolował się od ludzi oraz świata. Fern od zawsze uważała się za miejscową brzydulę i w skrytości serca marzyła o przystojnym kapitanie szkolnej drużyny zapaśniczej. Nie zdawała sobie sprawy, że jej piękno jest w jej wnętrzu. Po powrocie Ambrose'a z wojny postanowiła, że udowodni mu, że jego piękno też tam się znajduje. Nie mogę nie wspomnieć także o Bailey'u, kuzynie i najlepszym przyjacielu Fern, który urodził się z dystrofią mięśniową i całe życie żył z wyrokiem. Jego marzeniem było zostać bohaterem, wtedy czułby się spełniony i gotowy na to, co przyniesie mu los. Bailey, to chyba najbardziej sympatyczna postać w całej tej historii. Jest także Rita, piękna dziewczyna i przyjaciółka głównej bohaterki, która dokonała w życiu kilku złych wyborów, które okazały się tragiczne w skutkach. Są również przyjaciele Ambrose'a, waleczni żołnierze, którzy postanowili walczyć za swój kraj. O bohaterach mogłabym pisać i pisać, gdyż naprawdę każdy z nich jest godny uwagi i zapamiętania.
 
„Prawdziwe piękno, takie, które nie blaknie i nie umiera, wymaga czasu. Wymaga napięcia. Wymaga niewiarygodnej wytrwałości. To krople, które jedna po drugiej budują stalaktyt; to trzęsienia ziemi, które tworzą łańcuchy górskie; to fale uderzające nieustannie o brzeg, które łamią skały i wygładzają twarde krawędzie. A z tej gwałtowności, wrzawy, wściekłego wycia wiatru i szumu wody rodzi się coś lepszego, coś, co w innych okolicznościach nie mogłoby zaistnieć.”
 
„Making faces”, to naprawdę przepiękna, mądra i wartościowa powieść, którą polecam Wam z całego serca. Emocje dławią prawie na każdej stronie, a serce rozpada się na kawałki ze smutku, żalu, bezradności i niesprawiedliwości. To nie jest bajka ani tanie love story. To historia, która mogłaby przydarzyć się w prawdziwym życiu... a może już gdzieś się wydarzyła. Ta powieść uczy, że piękno znajduje się we wnętrzu człowieka, jednak czasami musi wydarzyć się coś bardzo złego, by można było je dostrzec. To zachwycająca opowieść o życiu, prawdziwej miłości i o przyjaźni, która trwa aż po grób.
 
Nieczęsto mam książkowego kaca, jednak Amy Harmon mi go zafundowała.
 
Takiej książki jak ta się nie zapomina!
 
Gorąco polecam!
http://kobiecerecenzje365.blogspot.com/ Sylwia Stawska

Opowiadania drewnianego stołu. 125 przepisów, jak sprawić przyjemność sobie i bliskim

Jak sprawić przyjemność sobie i bliskim? Jest na to wiele opcji, jednak tą najprostszą, najlepiej dostępną i sprawiającą dużo radości jest sztuka kulinarna. Monika Walecka pragnie opowiedzieć nam o miejscu spotkań całej rodziny – tradycyjnym drewnianym stole, przy którym siada się do obiadów, świątecznych spotkań i codziennych pogaduch, a który widział wiele z tych lepszych i gorszych dni. Czy nie zasłużył, a wraz z nim wszyscy mieszkańcy, na to, by podać na nim coś wyjątkowego? Osoby, które lubią czasem zjeść coś, co nie należy do codziennych standardów i cenią sobie nowe smaki, szybko na takie pytanie odpowiedzą twierdząco.
 
„Opowiadania drewnianego stołu”, piękny tomik w twardej oprawie, powstała pod wpływem inspiracji z wielu rejonów świata, w których dane było autorce przebywać lub mieszkać. Jej pasja do gotowania znalazła wyraz na blogu „Gotuje bo lubi”, a teraz również w książce. Zawiera ona jednak, oprócz przepisów, pełen wachlarz porad odnośnie organizacji własnej kuchni i spiżarki, które może nie zaskoczą niczym osoby już obeznanej z tematem, ale stanowczo przydadzą się komuś, kto swoją przygodę z gotowaniem (czy samodzielnym życiem w ogóle) dopiero zaczyna. 
 
Mamy tu więc wykaz artykułów kuchennych z podziałem na te koniecznie potrzebne i po prostu przydatne, ale bez których można się obyć. Wśród tych drugich autorka wymieniła też tak „egzotyczne” akcesoria jak kamień do pieczenia pizzy czy żeliwny garnek, które stanowią już „wyższą szkołę jazdy” z przeznaczeniem dla bardzo specjalistycznego, ale cieszącego się coraz większym powodzeniem kucharzenia - jak wypiek własnego chleba czy pizzy o prawdziwym, pełnym smaku. W dalszej części dostaniemy kilka rad odnośnie do tego, na co zwracać uwagę robiąc zakupy i co warto gromadzić na zapas, a co niekoniecznie – wszystko to zostało okraszone anegdotkami z życia autorki, dzięki czemu nie brzmią one jak stricte „dobra rada”, a jak przekazywane w przyjacielskiej rozmowie doświadczenia życiowe.
 
Największą część książki stanowią oczywiście przepisy. Te podzielone zostały pod względem pory spożycia: „na śniadanie”, „na obiad” i „na słodko”. Tu widać dopiero, że „Opowiadania drewnianego stołu” zwykłą książką z przepisami nie są, bliżej im raczej do zbioru potraw z różnych części świata. Spora część brzmi bardzo egzotycznie już z tytułu, niewiele zawiera wyłącznie składniki dostępne w osiedlowym „spożywczaku” – aby coś z tego przygotować, będziemy musieli więc poświęcić trochę więcej czasu na szukanie rzeczy takich, jak amarantus, granola, jagody goi czy jarmuż. Moją uwagę zwróciły jednak te „zwyklejsze”, ale przygotowane w zupełnie inny sposób: tymiankowy krem z pieczarek, sernik lawendowo-miodowy czy pikantna sałatka z marynowanych owoców z truskawkami, pomarańczą i… pieprzem kajeńskim. Trafiają się też tak specyficzne pozycje jak na przykład Śniadaniowy Koszmar Stareckiej – który, wbrew nazwie, wydaje się być całkiem ciekawą opcją na słodkie śniadanie.
 
Przepisy pisane są w podobnym co poprzedzające je informacje stylu. Oprócz listy składników są to krótkie notki, zawierające anegdotkę dotyczącą nazwy, pochodzenia czy zastosowania danej potrawy, a sama część instrukcyjna jest zwięzła i treściwa. Nie miałam żadnego problemu ze zrozumieniem przepisów, nawet tych dotyczących bardziej specyficznych potraw – autorka postawiła na krótki, klarowny opis pełny niezbędnych szczegółów, niepozostawiający wątpliwości czy pola do własnej interpretacji zasad. Odnalezienie upatrzonego przepisu ułatwi nam zakładka - wstążeczka doczepiona do książki, a orientację w niej samej – spis treści z dołączonym szczegółowym indeksem.
 
Trudno mi jednakowoż odnieść się do samego tytułu pozycji, jako że brzmi on raczej powieściowo niż użytkowo, a wspomniany drewniany stół jest elementem wyłącznie wstępu i opisu okładkowego. Tak czy inaczej – ma on swój urok, a książka spełnia obietnicę podaną w tytule – w przepisach uzbieranych przez Monikę Walecką nie ma nic zwykłego, wszystkie to uczta dla podniebienia przeznaczona dla różnorakich gustów i smaków. Nie obiecuję, że wypróbuję wszystko, co tu znalazłam, bo część z góry wydaje się być „nie dla mnie”, jednak są tu też dania wyjątkowo kuszące połączeniem smaków, które mi odpowiada lub intryguje. Pikantna sałatka z truskawkami i pieprzem pójdą na pierwszy ogień. 
kotwbookach.pl Alicja

Opowiadania drewnianego stołu. 125 przepisów, jak sprawić przyjemność sobie i bliskim

Dziś mam dla Was recenzje bardzo pięknej i apetycznej książki :-). Autorka Monika Walecka to fotograf, stylista jedzenia, piekarz i autorka bloga gotujebolubi.pl Mieszka w San Francisco, gdzie dzieli swój czas na bycie fotografem i praktykowanie w fantastycznych piekarniach. Każdą wolną chwilę poświęca na odkrywanie nowych smaków i uwiecznianie ich na zdjęciach, cudnych zdjęciach. Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Helion

Dlaczego "Opowiadania drewnianego stołu" ? Drewniany stół to miejsce rodzinnych i przyjacielskich spotkań. Przy stole rozkoszujemy się pysznym jedzeniem, prowadzimy rozmowy. Przy stole spotykają się kolejne pokolenia, kojarzy się nam z czymś bardzo przyjemnym :-)

Książka to przepisy, pyszne przepisy na każdą porę dnia i roku. Od rana do wieczora. Proste jedzenie, które ma nas zachęcić d gotowania, a nie odstraszać. Przepisy zawarte w książce, to coś co bardzo smakowało autorce. Szybkie, nieskomplikowane, oraz kulinarne dzieła sztuki. Przepisów jest aż 125.

Książka podzielona jest na 5 rozdziałów:
 
  • czym gotować - tu mamy podrozdziały (artykuły pierwszej potrzeby, artykuły drugiej potrzeby, acz przydatne, artykuły trzeciej potrzeby, jak zrobić zakupy)
  • jak robić zakupy? co warto mieć w lodówce i szafkach ? w spiżarce ?
  • na śniadanie
  • na obiad
  • na słodko

    Podsumowując: Jak wzięłam książkę do ręki, to nie mogłam oderwać od niej wzroku. Jest tak pięknie wydana, tak kolorowo i apetycznie. Od samego przeglądania człowiek robi się głodny. Przepisów jest 125, pysznych, ciekawych, nieskomplikowanych. każdy opatrzony zdjęciem, dokładnym opisem, jak mamy coś przygotować. Jedyny minus tej książki to cena. 
    W najbliższym czasie przedstawię Wam przepisy, dużo przepisów, które wybrałam. Polecam ją Wam, bo na pewno i Wy wykorzystacie ich mnóstwo :-)
     
kruchebabeczki.blogspot.com Beata Dźwierzyńska
Płatności obsługuje:
Ikona płatności Alior Bank Ikona płatności Apple Pay Ikona płatności Bank PEKAO S.A. Ikona płatności Bank Pocztowy Ikona płatności Banki Spółdzielcze Ikona płatności BLIK Ikona płatności Crédit Agricole e-przelew Ikona płatności dawny BNP Paribas Bank Ikona płatności Google Pay Ikona płatności ING Bank Śląski Ikona płatności Inteligo Ikona płatności iPKO Ikona płatności mBank Ikona płatności Millennium Ikona płatności Nest Bank Ikona płatności Paypal Ikona płatności PayPo | PayU Płacę później Ikona płatności PayU Płacę później Ikona płatności Plus Bank Ikona płatności Płacę z Citi Handlowy Ikona płatności Płacę z Getin Bank Ikona płatności Płać z BOŚ Ikona płatności Płatność online kartą płatniczą Ikona płatności Santander Ikona płatności Visa Mobile
Bezpieczne płatności szyfrowane SSL